0:00
20 lipca 2020

"Wiadomości" wywindowały sztukę manipulacji na nieznany dotąd poziom. Ale nie wygrały Dudzie wyborów

Po obejrzeniu ciurkiem ośmiu wydań „Wiadomości” mam wrażenie jakbym oddychał gazem musztardowym. Czy taki dziennik TVP wygrał Dudzie wybory? Nie zgadzam się z tą hipotezą. Z perspektywy historii widać, jak często przeceniana jest rola propagandy instytucjonalnej - pisze prof. Piotr Osęka

Wydrukuj

„Wiadomości” już dwa lata temu przestały zachowywać pozory obiektywnego serwisu informacyjnego, a ostatnia kampania przypieczętowała transformację programu w spot wyborczy PiS. Przemiana jest ostentacyjna i zauważalna już na poziomie formalnym - codzienne wydania w kampanii wyborczej nie były podsumowaniem bieżących wydarzeń, tylko rozwinięciem wiecowych haseł Andrzeja Dudy.

Gdy prezydent obiecał dodatkowe wsparcie polskich rodzin, „Wiadomości” połowę czasu poświęciły na wyliczanie dobrodziejstw, jakich Polacy doświadczyli w ciągu minionych lata ze strony rządu. Slogan o „wielkiej koalicji polskich spraw” stał się pretekstem do rozwlekłej opowieści o sukcesach rządu i świetnej kondycji polskiej gospodarki.

Ta formuła sprawia, że zaciera się tradycyjny podział głównego wydania na kilkuminutowe materiały tematyczne. Felietony płynnie przechodzą z jednego w drugi, a wątki łączone są na zasadzie luźnych skojarzeń, co prowadzi do powtórzeń i zapętleń.

W ferworze politycznego zaangażowania nikt nie panuje nad kompozycją całości, a nawet nad redakcją tekstu. Pełno jest błędów i niezręczności językowych, Holecka notorycznie zacina się i myli czytając z promptera.

W ciągu pół godziny widzowie kilkakrotnie słuchają pochwał na cześć programów społecznych PiS lub zapewnień o przywiązaniu prezydenta Dudy do tradycji. Parokrotnie, w odstępie kilkunastu minut, oglądają też te same ujęcia z katastrofy warszawskiego autobusu i z wnętrz luksusowych hoteli, ilustrujące słowotok o nieporadności i nieuczciwości Rafała Trzaskowskiego.

"Wiadomości" nie bawiły się w niuanse

Stronniczość „Wiadomości” manifestuje się już na poziomie pojedynczych zdań - redaktorzy pilnują każdego słowa, każdego przymiotnika. Widz ani przez chwilę nie może zapomnieć, kto jest zbawcą, a kto zdrajcą ojczyzny.

„Wybór między Andrzejem Dudą lub Rafałem Trzaskowskim, to wybór między Polską przyjazną rodzinom, Polską wierną tradycji i patriotyzmowi, a Polską skrajnie lewicowej ideologii” - napomina Holecka. Prezydent „spełnia złożone obietnice” i szczerze kocha Polskę, podczas gdy jego kontrkandydat „próbuje przekonać opinię publiczną do tego, by uwierzyli [tak w oryginale] w jego otwartość”.

Całość dopełniają osławione „belki”: „Kandydat elit znów zmienił maskę”, „Brazylijska samba Trzaskowskiego”, „Polska elit czy wszystkich Polaków?”, „Warszawa: narkomani prowadzą autobusy”, „Zwolennicy Trzaskowskiego niszczą Polaków”.

W okresie przedwyborczej kampanii z mediów publicznych praktycznie zniknęły tematy politycznie neutralne lub relacje zagraniczne. Całą narrację podporządkowano jednemu celowi: wytłumaczeniu widzom, dlaczego powinni poprzeć Andrzeja Dudę. Redakcja nie bawiła się przy tym w niuanse, stawiała na wyrazistość i jednoznaczność przekazu.

Peany na cześć urzędującego prezydenta sąsiadowały z filipikami wymierzonymi w Trzaskowskiego. Tego ostatniego przedstawiano jako postać tak obmierzłą, zakłamaną i powszechnie nielubianą, że dziw bierze, dlaczego sondaże prezentowane w kolejnych wydaniach dawały mu blisko 50-procentowe poparcie. Dziennikarze „dobrej zmiany” zdawali się nie dostrzegać tej sprzeczności.

Motywem przewodnim wszystkich wydań „Wiadomości” było akcentowanie kontrastu: Duda to dobroczyńca Polaków, głosują na niego prości ludzie i bohaterowie powstania warszawskiego - Trzaskowskiego zaś popierają drag queens, Żydzi, Niemcy, wyniosłe elity i Jerzy Urban.

Trzaskowski odrażający i zły

Negatywna kampania ufundowana została przede wszystkim na homofobicznych stereotypach. Jak przekonują „Wiadomości”, chociaż Trzaskowski publicznie wykluczył możliwość adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, w skrytości ducha popiera złowieszczy „plan Rabieja”, zakładający pełne równouprawnienie homoseksualistów.

W każdym wydaniu eksponowano informację o podpisaniu przez Trzaskowskiego deklaracji LGBT, przewidującej „edukację seksualną małych dzieci” - i tu przebitka na Dudę gromko zapowiadającego, że „nie pozwoli eksperymentować na dzieciach”. "Wiadomości" dokładały starań, żeby utrwalić w świadomości widzów skojarzenie „Trzaskowski = dzieci dla homoseksualistów”. Mało tego: ilekroć mowa była o LGBT i prawie do adopcji, na ekranach oglądaliśmy całujących się mężczyzn i wyuzdane tańce z parad równości. Była to oczywista, choć niewypowiedziana sugestia, że homoseksualiści chcą, aby pozwolić im molestować dzieci.

Odrażający Trzaskowski nie miałby nic przeciwko, ale najmłodszych obroni szlachetny szeryf Duda - jeśli tylko na niego zagłosujemy.

Na podobnej zasadzie - przy użyciu łańcucha insynuacji i lepkich skojarzeń - zbudowano wizerunek kandydata opozycji jako sojusznika Niemców i Żydów przeciwko Polakom. Media publiczne wielokrotnie podkreślały, że Trzaskowski cieszy się poparciem niemieckiej prasy, bo „jako prezydent zrezygnuje z biliona dolarów należnych Polsce reparacji”. Politykom w Berlinie jest także na rękę (tu przebitka na płonącą Warszawę z września 1939), że Trzaskowski cytuje „tezy Jana Tomasza Grossa” jakoby przypisującego Polakom niemieckie winy za zbrodnie na Żydach.

To właśnie dlatego - ciągną „Wiadomości” - Trzaskowski już kilka lat temu gotów był negocjować z „organizacjami żydowskimi domagającymi się od Polski 60 mld dolarów odszkodowań”. To dwukrotnie więcej niż wartość wszystkich programów społecznych PiS (belka: „Trzaskowski spełni żydowskie żądania?”), „stąd wniosek, że gdyby Rafał Trzaskowski miał wpływ na polską politykę, pieniędzy na wsparcie polskich rodzin najprawdopodobniej by zabrakło”. Tłem komentarza jest przebitka na pusty plac zabaw.

Każdym kolejnym materiałem dziennikarze „dobrej zmiany” udowadniają, że wywindowali sztukę manipulacji na nieznany dotąd poziom.

Oto w warszawskim ratuszu zatrudniona jest urzędniczka, która w latach osiemdziesiątych - pod innym nazwiskiem - była tajnym współpracownikiem SB i śledziła ks. Blachnickiego. „Wiadomości” obszernie omawiają sylwetkę i dokonania ks. Blachnickiego, uwypuklając informację, że „zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach”, a następnie podkreślają „antyklerykalizm kandydata PO”, który w publicznej wypowiedzi źle ocenił lekcje religii w szkołach, zaś jego żona nie posłała dziecka do komunii.

Na ekranie widzimy esbeckie dokumenty i belkę „Niebezpieczne związki Trzaskowskiego”. Wniosek jest jasny: kandydat opozycji to wspólnik morderców ks. Blachnickiego.

Przeciwskuteczne ekscesy TVP

Po obejrzeniu ciurkiem ośmiu wydań „Wiadomości” mam wrażenie jakbym oddychał gazem musztardowym. Zastanawiam się, czy te programy jest w stanie oglądać ktokolwiek poza aktywistami Klubów "Gazety Polskiej"? Dlatego właśnie nie zgadzam się z powszechną opinią, że zwycięstwo Dudy to zasługa propagandy TVP.

Z perspektywy historii widać, jak często przeceniana jest rola propagandy instytucjonalnej.

  • W 1989 PZPR przegrała straszliwie, chociaż miała do wyłącznej dyspozycji telewizję, radio, niemal wszystkie gazety i cały aparat administracyjny państwa.
  • Rok później Stanisław Tymiński wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich, nie mając za sobą nawet jednej sprzyjającej gazety.
  • W 2015 PiS dwukrotnie rozgromił Platformę, dysponując o wiele skromniejszym zapleczem medialnym niż przeciwnik.

Tymczasem to, co dziś wyprawia TVP, jest nie tylko odrażające, ale też przeciwskuteczne. Na każdego zmobilizowanego wyborcę Dudy, przypada zapewne dwóch zwolenników Trzaskowskiego, którzy poszli do urn rozjuszeni plugastwem lejącym się z mediów publicznych i przerażonych politykiem, który głosi takie hasła.

Zdaniem Jacquesa Ellula, klasyka badań nad propagandą, polityczna perswazja w mediach jest tym skuteczniejsza, im lepiej udaje jej się imitować neutralny przekaz informacyjny. Pod tym względem telewizja publiczna wypada zdecydowanie kiepsko.

Redaktorzy „Wiadomości” tak bardzo zafiksowali się na politycznym katechizmie PiS, że chwilami całkiem tracili z oczu odbiorcę. Materiały przeładowane były odniesieniami do czasów rządu PO-PSL - pomstowaniem na Tuska, Kopacz, Rostowskiego, fragmentami „taśm z Sowy”, a nawet przypominaniem kontrowersyjnych decyzji prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Rozumiem, że są to tematy wciąż emocjonujące dla Rady Politycznej PiS, ale ilu wyborców, zwłaszcza z młodszego pokolenia, żyje historiami sprzed dekady lub dwóch?

Również powtarzane w kółko opowieści o sukcesach gospodarczych raziły jaskrawym samochwalstwem władzy. Gdyby dziennikarze poprzestali na epatowaniu widza danymi ekonomicznymi (choćby zmyślonymi) całość miałaby jeszcze pozory wiarygodności. Rządowa telewizja poszła jednak dalej - w każdym wydaniu „Wiadomości” przewijał się korowód szczęśliwych obywateli, opowiadających, jak dobrze powodzi im się po 2015 roku i jak wysoko cenią urzędującego prezydenta. To wypowiedzi zapewne autentyczne, ale też bez wątpienia starannie dobrane - dziwnym zbiegiem okoliczności dziennikarze spotykali wyłącznie entuzjastów PiS.

Sedno problemu leży jednak gdzie indziej. Uliczne sondy, zestawione z komentarzem lektora, przekazują obraz społeczeństwa głęboko wdzięcznego władzy za dobrodziejstwa, jakich doświadczyło. Informacja zastąpiona zostaje dydaktyką: PiS - jak niegdyś PZPR - poucza oto Polaków - „jesteście naszymi dłużnikami”. Ten protekcjonalny ton zapewne dobrze oddaje wyobrażenia kierownictwa partii o własnym elektoracie, ale centrowych wyborców nie przyciąga.

Duda wygrał z Trzaskowskim raczej pomimo niż dzięki kibicującym mu serwisom informacyjnym. Nie zmienia to faktu, że zamienienie mediów publicznych w podżegający do nienawiści biuletyn partyjny było niemoralne i bezprawne.

Dr. hab. Piotr Osęka jest historykiem, badaczem najnowszej historii Polski, profesorem w Instytucie Studiów Politycznych PAN, autorem wielu książek historycznych, a także publicystą.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne