Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by Jim WATSON / AFPPhoto by Jim WATSON ...

Steve Feinberg nie jest najbardziej medialną twarzą administracji Trumpa. Nie występuje w telewizji, nie opracowuje wielkich deklaracji, nie pełni żadnych dostrzegalnych dyplomatycznych misji. Ale to właśnie on, nowojorski miliarder z sektora private equity z majątkiem wycenianym przez Forbesa na pięć mld dol., jest zastępcą ministra wojny Pete’a Hegsetha, czyli numerem dwa w Pentagonie.

Przeczytaj także:

Feinberg odpowiada za codzienne funkcjonowanie resortu, budżet i wdrażanie priorytetów Hegsetha. Wiceminister jest jednym z najbogatszych ludzi w rządzie. Swoją fortunę zbudował w funduszu inwestycyjnym Cerberus Capital Management, który wyrósł na inwestowaniu w aktywa przecenione, zadłużone i wymagające restrukturyzacji.

Firma przedstawia się jako alternatywny fundusz inwestycyjny, działający w obszarach kredytu, private equity i nieruchomości, z portfelem rzędu 65 mld dolarów. Cerberus wyrósł z rynku tzw. distressed debt – inwestycji w aktywa kłopotliwe, często na granicy niewypłacalności.

Feinberg został zatwierdzony na stanowisku przez Senat 14 marca 2025 r. „Za” głosowali oczywiście Republikanie i sześciu Demokratów, w tym były kandydat na wiceprezydenta u boku Hillary Clinton, Tim Kaine, oraz najbardziej ceniony spec od obronności na centrolewicy, Jack Reed.

W Pentagonie nowojorski miliarder pełni więc funkcję nie tyle techniczną, ile centralną:

nadzoruje codzienną pracę w czasie, kiedy Hegseth bryluje na uroczystościach, w mediach i na konferencjach.

Feinberg pilnuje budżetu i wdraża w życie polityczne priorytety ekipy Trumpa. Podczas przesłuchania w senackiej komisji sam sugerował audyt Pentagonu i odbudowę bazy przemysłu obronnego jako główne pola działania.

Udziałowiec wojny

Finansowy życiorys Feinberga nie stanowi jedynie tła, lecz sedno tego, co nas interesuje, czyli potencjalnego konfliktu interesów. Liczące 1827 stron oświadczenie majątkowe Feinberga pokazuje, jak szeroko Cerberus był zaangażowany w sektory kluczowe dla obronności i bezpieczeństwa.

W dokumentach widać m.in. udziały w spółce M1 Support Services, zajmującej się utrzymaniem i modernizacją samolotów, szkoleniami lotniczymi, wsparciem operacyjnym oraz logistyką. W North Wind USA, odpowiedzialnej za projektowanie, budowę i obsługę infrastruktury do testów hipersonicznych. Inne inwestycje to np. Tier 1 Group, prowadząca szkolenia wojskowe i dla służb porządkowych, a także Red River Technology, dostawca rozwiązań IT dla administracji federalnej USA.

Do tego dochodzą inne aktywa z pogranicza przemysłu i bezpieczeństwa: np. Landmark Structures, producent zbiorników i konstrukcji przemysłowych, czy Federated Wireless, spółka wykorzystująca technologie AI w sektorze telekomunikacji. Dokumenty wskazują, że powiązane z Feinbergiem wartości udziałów w M1 Support Services i Landmark Structures znajdują się w przedziałach 5–25 mln dol.

Formalnie Feinberg zadeklarował wyjście z Cerberusa po objęciu urzędu. Zobowiązał się do rezygnacji z funkcji w Cerberusie, a rzecznik firmy powiedział ProPublice (niezależne medium non-profit o profilu śledczym), że sprzedał swoje udziały w firmie i we wszystkich zarządzanych przez nią funduszach.

Ale ta sama dokumentacja pokazuje też rzecz nietypową: pozwolono mu nadal korzystać z usług Cerberusa w zakresie rozliczeń podatkowych, księgowości i ubezpieczenia zdrowotnego, a zaktualizowana umowa z początku 2026 r. przewiduje, że taka relacja może być kontynuowana. To nie dowodzi jeszcze ewidentnego konfliktu interesów, ale daje mocną podstawę do zadawania pytań o jego granice.

Złota Kopuła, złoty interes

Na poziomie Pentagonu szczególnie istotne jest to, że wiceminister nadzoruje inicjatywę Golden Dome. ProPublica napisała, że Feinberg kieruje biurem odpowiedzialnym za ten program, a oficjalny komunikat Pentagonu potwierdza, że gen. Michael Guetlein, szef Office of Golden Dome for America, jest odpowiedzialny bezpośrednio przed Feinbergiem.

Jednocześnie dziennikarze śledczy ProPubliki ustalili, że co najmniej cztery firmy należące do Cerberusa otrzymały już kontrakty związane z Golden Dome. Ministerstwo wojny odpowiedziało redakcji, że Feinberg nie ma „bezpośredniej odpowiedzialności” za zakupy w ramach Golden Dome, ale nie zakwestionowało samego faktu jego nadzoru nad projektem.

Tymczasem każda wojna bardzo szybko przestaje być wyłącznie pytaniem o strategię i zaczyna oznaczać konkretne wydatki. W przypadku trwającego konfliktu z Iranem mówimy przede wszystkim o kilku segmentach rynku obronnego: amunicji precyzyjnej, systemach obrony powietrznej i przeciwrakietowej, logistyce i utrzymaniu sprzętu oraz szeroko rozumianym ISR, czyli rozpoznaniu, nadzorze i wywiadzie opartym na dronach, satelitach i sensorach.

To nie jest specyfika tej administracji: tak działa każda współczesna wojna.

Decyzja polityczna bardzo szybko przekłada się na zamówienia, kontrakty i przepływy pieniędzy w sektorze zbrojeniowym.

Dziś nie sposób jeszcze z całą pewnością wyliczyć pełnego rachunku za tę wojnę, bo jej skala wciąż się zmienia, a część kosztów bywa rozproszona między bieżącym budżetem Pentagonu a dodatkowymi wnioskami do Kongresu.

Można jednak powiedzieć jedno: konflikt z Iranem już teraz wygląda na operację skrajnie kosztowną. Reuters podał, że administracja mówi o potrzebie dodatkowego finansowania rzędu 200 mld dol., a sam koszt pierwszych sześciu dni wojny miał przekroczyć 11 mld dol. Agencja ocenia, że może to być najdroższa amerykańska wojna od czasu Iraku i Afganistanu.

Tymczasem wojna się komplikuje, a w samym sercu amerykańskiego systemu dowodzenia narasta chaos, który trudno uznać za przypadkowy produkt uboczny polityki kadrowej. W trakcie operacji przeciwko Iranowi Hegseth zdecydował się na nagłe usunięcie szefa sztabu wojsk lądowych, gen. Randy’ego George’a oraz dwóch innych wysokich rangą oficerów, bez jasnego uzasadnienia i z natychmiastowym skutkiem.

To kolejny etap szeroko zakrojonej przebudowy najwyższego dowództwa, w wyniku której niemal cały skład Połączonych Szefów Sztabów został wymieniony w ciągu kilkunastu miesięcy. W normalnych warunkach takie roszady byłyby uznane za wyjątkowe, tymczasem dziś stają się elementem nowej rutyny, w której personalne konflikty, ideologiczne kryteria i nieprzejrzystość decyzji zaczynają wpływać na stabilność całego systemu dowodzenia.

Rynek wojenny

O ile polityczne gierki Hegsetha zaciemniają obraz sytuacji na styku najwyższych władz cywilnych i wojskowych, o tyle struktura amerykańskiego „rynku wojennego” jest dość przejrzysta, bo od lat opiera się na kilku dominujących graczach amerykańskiego przemysłu obronnego, którzy dostarczają kluczowe systemy uzbrojenia.

Pierwszy z nich to Lockheed Martin — największy producent zbrojeniowy świata. Firma odpowiada m.in. za systemy używane w operacjach precyzyjnych i obronie przeciwrakietowej. To pociski PAC-3 w ramach systemu Patriot, elementy systemów THAAD oraz szeroką gamę uzbrojenia dla lotnictwa, w tym samoloty F-35.

Drugim kluczowym graczem jest RTX, czyli dawny Raytheon. To firma szczególnie silna w obszarze pocisków i obrony powietrznej. Produkuje m.in. pociski manewrujące Tomahawk, systemy Patriot (we współpracy z Lockheedem) oraz szeroką gamę uzbrojenia precyzyjnego używanego przez marynarkę i lotnictwo. W realiach operacji przeciw Iranowi — obejmujących uderzenia na cele infrastrukturalne i wojskowe — to właśnie ten segment uzbrojenia jest zużywany na dużą skalę.

Northrop Grumman działa w nieco innym obszarze, ale równie kluczowym. To jeden z głównych dostawców technologii ISR — systemów rozpoznania, nadzoru i wywiadu. Produkuje drony (jak Global Hawk), systemy radarowe i komponenty satelitarne. Bez nich współczesna operacja wojskowa, szczególnie na tak rozległym teatrze działań jak Bliski Wschód, jest w praktyce niemożliwa. To Northrop Grumman odpowiada za znaczną część „niewidzialnej infrastruktury” tej wojny.

Czwarty z głównych graczy to General Dynamics. Firma jest mniej widoczna w medialnych narracjach, ale kluczowa w obszarze logistyki i platform bojowych. Produkuje m.in. okręty dla marynarki, pojazdy opancerzone oraz systemy komunikacyjne i IT dla wojsk lądowych i specjalnych. W konflikcie z Iranem oznacza to udział w operacjach morskich w Zatoce Perskiej, a także w utrzymaniu całego zaplecza technicznego i operacyjnego.

Do grona kluczowych firm należy dopisać również Boeinga, którego rola w ewentualnym konflikcie z Iranem jest fundamentalna dla dominacji w powietrzu. Koncern dostarcza myśliwce F-15EX Eagle II, które dzięki ogromnemu udźwigowi uzbrojenia są idealną platformą do niszczenia silnie bronionych celów lądowych i infrastruktury podziemnej. Równie istotny jest wkład firmy w logistykę strategiczną poprzez dostawy tankowców powietrznych KC-46 Pegasus.

W operacjach nad rozległym terytorium Bliskiego Wschodu, gdzie bazy mogą być oddalone od celów o tysiące kilometrów, to właśnie flota tankowców Boeinga umożliwia maszynom uderzeniowym (takim jak F-35 czy F-15) wielogodzinne operowanie w strefie działań. Bez tego „powietrznego zaplecza” zasięg amerykańskiego lotnictwa byłby drastycznie ograniczony, co czyni Boeinga krytycznym ogniwem w łańcuchu dostaw dla operacji dalekiego zasięgu.

To oczywiście tylko najwięksi gracze. Wokół nich funkcjonuje cały ekosystem mniejszych firm — podwykonawców, dostawców komponentów i usług — które również korzystają na wzroście zamówień Pentagonu. Nie oznacza to, że firmy te wpływają na decyzje polityczne — ale oznacza, że są ich bezpośrednimi beneficjentami.

Zresztą rynki finansowe reagują na tę wojnę szybciej niż polityczny komentariat.

W ostatnich tygodniach akcje największych amerykańskich koncernów zbrojeniowych wyraźnie wzrosły — Northrop Grumman o ok. 5 proc., RTX o 4,5 proc., Lockheed Martin o 3 proc. — a w dłuższej perspektywie trend jest jeszcze wyraźniejszy.

Od 2023 r. notowania tych firm rosną systematycznie, w przypadku RTX nawet o ponad 100 proc. To efekt prostego mechanizmu: wojna oznacza zużycie uzbrojenia, a zużycie oznacza nowe zamówienia. Przy kontraktach liczonych w dziesiątkach miliardów dolarów i portfelach zamówień przewyższających budżety wielu państw, przemysł zbrojeniowy już dziś wycenia ten konflikt jako źródło długotrwałego popytu.

Zleceniodawca = beneficjent

Na tym tle wiceminister wojny Feinberg nie jest już tylko jednym z wielu urzędników, lecz figurą, wokół której skupiają się różne, zbieżne ze sobą mechanizmy tego systemu. Jako inwestor Feinberg działał w świecie, gdzie państwo — a zwłaszcza sektor bezpieczeństwa — jest jednym z najpewniejszych klientów. Jako urzędnik odpowiada dziś za funkcjonowanie instytucji, która uruchamia sute kontrakty. Te dwa porządki formalnie zostały rozdzielone: Feinberg zadeklarował wyjście z Cerberusa, a decyzje zakupowe w Pentagonie są rozproszone i podlegają procedurom. Nie ma dowodów, że podejmuje decyzje z myślą o własnych interesach finansowych.

Problem polega jednak na czymś trudniejszym do uchwycenia niż indywidualna odpowiedzialność. Kariera Feinberga pokazuje, że

granice między światem państwa, kapitału i przemysłu obronnego nie przebiegają już wyraźnie między instytucjami, lecz często w poprzek tych samych biografii.

A to oznacza, że pytanie o konflikt interesów nie dotyczy wyłącznie konkretnych decyzji, lecz samej konstrukcji systemu, w którym wojna staje się jednocześnie operacją militarną i impulsem gospodarczym. Przywiązana do procedur Ameryka się rozszczelnia.

Jeśli jednak odsunąć na chwilę pytanie o to, kto zarabia, i spojrzeć na sam moment decyzji, widać inny, równie istotny mechanizm. Proces nie jest aktem jednego człowieka, nawet jeśli politycznie firmuje go prezydent. Formalnie decyzja wychodzi z Białego Domu, jest przygotowywana i operacyjnie prowadzona przez Pentagon, a następnie — przynajmniej w teorii — powinna być objęta kontrolą Kongresu, który dysponuje kluczową prerogatywą: pieniędzmi. To tam zapadają decyzje o finansowaniu działań, czy to w ramach regularnego budżetu, czy poprzez nadzwyczajne pakiety, które w praktyce potrafią być zatwierdzane szybciej i przy mniejszej debacie. Inna rzecz, że przy okazji operacji irańskiej kongresmeni i senatorowie zgłaszali, że zostali w procesie pominięci.

W tym sensie wojna jest nie tylko decyzją strategiczną, lecz także budżetową. Każda rakieta, każdy dzień operacji, każda godzina pracy lotnictwa muszą znaleźć swoje pokrycie w konkretnych liniach finansowania. I choć polityka nadaje kierunek, to bez zgody na wydatki pozostaje ona tylko deklaracją. Pieniądze nie decydują o wojnie, niemniej każda wojna musi zostać zatwierdzona politycznie i finansowo — a to oznacza, że odpowiedzialność za nią rozkłada się szerzej niż sugerują to nagłówki i konferencje prasowe.

Kompleks militarno-przemysłowy

W gruncie rzeczy to wszystko nie jest nowe. Już w 1961 r. republikański prezydent Dwight D. Eisenhower, żegnając się z urzędem, mówił o „military-industrial complex” — układzie, który może zacząć żyć własnym życiem poza demokratyczną kontrolą.

I mówił to człowiek, który nie był ani pacyfistą, ani naiwnym komentatorem. “Ike” dowodził operacją Overlord, czyli lądowaniem w Normandii 6 czerwca 1944 r., potem kierował ofensywą przez Francję, Belgię i Holandię aż do Niemiec, prowadząc siły alianckie do zwycięstwa w Europie w maju 1945 r.

Prezydentem był w samym środku zimnej wojny, czyli epoki, w której Ameryka zapisała niechlubne rozdziały, od mccarthyzmu, przez operacje wywiadowcze po wspieranie reżimów, które z demokracją miały niewiele wspólnego. To za kadencji Eisenhowera CIA przeprowadziła operację Ajax, czyli obalenie Mohammada Mosaddegha, demokratycznie wybranego premiera Iranu.

A jednak to właśnie Eisenhower — jeden z ostatnich prezydentów, którzy łączyli doświadczenie władzy z pewnym rodzajem moralnej powściągliwości oraz, czego tak bardzo dziś brakuje, oczytaniem i kapitałem kulturowym — uznał za konieczne postawić publicznie znak ostrzegawczy.

Problem polega na tym, że system, przed którym ostrzegał, nie tylko nie zniknął, ale się zinstytucjonalizował i rozszerzył. Dziś nie jest to już zamknięty krąg Pentagonu i kilku wielkich koncernów, lecz rozległa sieć obejmująca fundusze inwestycyjne, firmy technologiczne, podwykonawców i globalne rynki kapitałowe. Państwo pozostaje największym klientem, ale nie jest już jedynym aktorem, który nadaje kierunek.

Mechanizm działa płynniej, ciszej i bez wyraźnego centrum.

W tym sensie Feinberg nie jest anomalią, tylko produktem tego systemu, idealnie do niego dopasowanym. To człowiek, który przeszedł z jednego obiegu w drugi, nie zmieniając zasad gry, tylko ich skalę. I może właśnie to jest dziś najbardziej niepokojące. Na wojnie zawsze ktoś zarabiał. Dziś coraz trudniej wskazać moment, w którym kończy się decyzja polityczna, a zaczyna logika rynku.

Komentarze