0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. JORGE GUERRERO / AFPFot. JORGE GUERRERO ...

Na zdjęciu: Kordoba podczas rekordowych upałów 27 kwietnia 2023 roku. Skutki globalnego ocieplenia to jeden z tematów wyborów w Hiszpanii.

W słonecznej Hiszpanii nie dzieje się ostatnio dobrze. Po pierwsze, susze. Jak mówią eksperci z World Weather Attribution, jest pewne, że spowodowane są globalnym ociepleniem. Podobnie jak w Portugalii, Maroko i Algierii, w kraju Cervantesa temperatury skoczyły aż o 20 stopni – w Kordobie zaś osiągnięto rekordowe 38,8 stopni, ostatnio zanotowane tam w 1961 roku. W całej Hiszpanii spadło do tej pory o 75 proc. mniej deszczu, niż wynosiła średnia z ostatnich 10 lat. Susza dotknęła także Katalonię, gdzie odsłoniła niewidziany od dziesięcioleci tysiącletni kościółek Sant Romá, zatopiony w XX wieku. Cierpią przede wszystkim takie sektory jak uprawy (zwłaszcza w Andaluzji) czy produkcja miodu (to w Andaluzji i Estremadurze) oraz oliwy (gaje oliwne nie są odpowiednio nawadniane).

Po drugie, pamięć. „Rewolucja społeczna i ekonomiczna ostatnich dziesięcioleci wyrwała miliony Hiszpanów ze starych, patriarchalnych struktur” – pisała jakiś czas temu w „Polityce” Aleksandra Lipczak. Obecne rządy centrolewicowego PSOE w koalicji z lewicowymi ugrupowaniami jak Podemos wzięły się w końcu za frankistowskie dziedzictwo, którego wcześniejsze ekipy rządzące bały się tykać. Nagle okazało się, że kraj, który dla krajów Europy Centralnej miał być wzorem pokojowej transformacji, okazał się zbudowany na kruchych podstawach.

Czytelnik polski miał już zresztą okazję przyjrzeć się, o co chodzi – bo najpierw mieliśmy świetny reportaż „Strup. Hiszpania rozdrapuje rany” Katarzyny Kobylarczyk, a teraz np. na platformie HBO MAX „Matki równoległe” w reżyserii Pedro Almodóvara. I tu, i tu można było dowiedzieć się o ekshumacjach masowych grobów z czasów dyktatury Franco. Wielu Hiszpanów dopiero teraz może poznać prawdę na temat tego, co w latach 30. i 40. stało się z ich bliskimi.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Po trzecie, regionalizmy i polityki społeczne. Przed oczami stają od razu obrazy z katalońskiego referendum w 2017 roku, kiedy protestujący byli bici pałkami do krwi. Sprawa jest jednak trochę bardziej skomplikowana. Nawet w Katalonii nie jest to tak oczywiste. Z jednej strony mamy „wiernych Koronie”, a z drugiej – sympatyków większej autonomii regionu. W pierwszej grupie jest m.in. były członek katalońskiego parlamentu Xavier Domènech i Sampere, który w swojej książce „Zbiór narodów” pisał o tym, że katalońska walka o niepodległość z 2017 roku wprowadziła możliwość zupełnie nowej wizji Hiszpanii. Przykładem drugiego głosu są propozycje Fernando Savatera – filozofa (często tłumaczonego na polski), który z całych sił walczy przeciw hiszpańskim separatyzmom.

Regionalizmy to też skutek szerszego kryzysu hiszpańskiego państwa, o czym mówił w rozmowie z OKO.press badacz polityk publicznych, prof. Jacint Jordana. Problemy są jednak głębsze: chodzi m.in. o postępującą biedę, problem z dostępem do mieszkań. Niepokoi też nie tak dawno osiągnięty rekordowy w dziejach tego kraju dług publiczny – we wrześniu zeszłego roku wyniósł 1,5 bln euro, a także największy w UE odsetek ludzi zatrudnionych na tzw. umowach śmieciowych (26,8 proc. jeszcze w 2018 roku).

Majowe wybory w Hiszpanii są wprawdzie „tylko” wyborami regionalnymi – tak naprawdę są jednak zapowiedzią tego, jakich wyników możemy się spodziewać podczas wyborów parlamentarnych, które odbędą się już na jesieni.

Przeczytaj także:

Lewicowy raj z problemami

Póki co lewicowy rząd Hiszpanii w porównaniu do znajdującej się od lat pod rządami prawicy Polski jest jak z (innej) bajki. Wprowadził reformę emerytalną zakładającą wyższe składki od wyższych zarobków i większy udział pracodawców w składce, tzw. urlop menstruacyjny oraz „Ley Trans”, które umożliwia samookreślenie płci już po 14. roku życia, czy pełną delegalizację tzw. terapii konwersyjnych.

Ten lewicowy raj ma jednak swoje problemy. Po pierwsze, z praworządnością. Członkowie El Consejo General del Poder Judicial, czyli odpowiednika naszej KRS, wybierani są przez parlament większością kwalifikowaną (czyli ⅗ głosów). Jednak rządząca lewica nie może zebrać takiej większości, tymczasem w najbliższych latach wielu sędziów ma przejść na emeryturę, zaś sam sektor jest niedofinansowany.

Wymiar sprawiedliwości ociera się więc o paraliż.

Co ciekawe, w Hiszpanii to siły progresywne są oskarżane o sabotowanie praworządności. Opozycja blokuje wybór sędziów, domagając się odpolitycznienia go (nie odbywa się on identycznie jak w Polsce, jakby chcieli politycy PiS-u – jak zwraca uwagę portal Demagog, jest obwarowany większą liczbą formalnych wymogów). Hiszpańska prawica z kolei zarzuca lewicy współpracę z ugrupowaniami wprost podważającymi obecną konstytucję Królestwa, a więc katalońskimi czy baskijskimi. Problemy z praworządnością mają więc – paradoksalnie – źródło w samej konstytucji, co widać na przykładzie sporu o El Consejo General del Poder Judicial, zaś walka o pamięć – w polaryzacji pamięci historycznej w tym kraju.

Woda cenniejsza niż złoto

Teraz do gry wszedł jeszcze jeden – i to bardzo poważny – problem: klimat. „Kryzys klimatyczny ogarnia Hiszpanię i wywołuje polityczną dyskusję” – obwieścił czytelnikom konserwatywno-liberalnej La Vanguardía Antonio Cerrillo. Częściowo winę za to ponoszą rządzący. Wspólnota Walencji zaskarżyła do hiszpańskiego odpowiednika Sądu Najwyższego rządowy plan wodny rzeki Tag (według niej ma to być „arbitralna decyzja, która nie ma oparcia w kryteriach technicznych”, która zmniejszyłaby transfery jej wody do południowo-wschodniej Hiszpanii). Problemem jest również pakt wodny w Katalonii, którego niestety ciągle nie udało się go na razie uchwalić. Zdaniem Cerrillo nie pomaga też fakt, że wiele gmin – tutaj pisze akurat o Katalonii – ma przestarzałe sieci wodociągowe, zaś rządząca w tym regionie lewica boi się coś z tym zrobić, po części z powodu nadchodzących wyborów.

„Obszar Morza Śródziemnego jest jednym z miejsc na świecie, w których globalne ocieplenie postępuje najszybciej i jednym z miejsc, w których skutki zmian klimatu są najbardziej widoczne" – mówi mi Valentina Raffio, specjalistka m.in. od kwestii kryzysu klimatycznego w barcelońskiej gazecie „El Periódico”. „Wiemy, że kryzys klimatyczny objawia się w różny sposób w różnych częściach świata. Są obszary, w których pada więcej, a inne, gdzie zaczęło padać mniej.

W Katalonii opady deszczu znacznie zmniejszyły się w ciągu ostatnich dwóch lat i znajdujemy się w okresie prawdziwego załamania".

Dodaje, że Katalonia nie po raz pierwszy doświadcza tego rodzaju kryzysu wodnego. W 2008 roku miała tam miejsce jedna z najbardziej ekstremalnych susz w ostatnich dziesięcioleciach i rząd regionalny musiał podjąć zdecydowane środki, takie jak na przykład budowa zakładów odsalania wody. W ostatnich latach rządy regionalne zwiększały inwestycje, budowały nową infrastrukturę, projektowały ograniczenia dla ludności i planowały wszystko, aby zmniejszyć skutki. „Ale nie zapobiec" – kwituje Raffio.

A co to znaczy dla polityki? Na pewno to, że wszyscy przejmują się suszą, nawet skrajna prawica – nawet jeśli robi to nieumiejętnie i metodami przypominającymi naszą, rodzimą. Skrajnie prawicowy Vox najpierw próbował zorganizować referendum w sprawie przyjęcia proponowanej przez nich wersji Plan Nacional del Agua (czyli planu gospodarki wodnej kraju) – ultraliberalnego, głosząc hasło, że „Hiszpania ma wystarczającą ilość wody, aby zaspokoić potrzeby Hiszpanów". Następnie próbował oskarżać rząd o „napędzanie” suszy przez likwidowanie specjalnych studni.

„Jesteśmy krajem o dużym saldzie migracji i ludzie dobrze wiedzą, że na globalnym Południu temperatura naprawdę się podwyższa i że może to mieć jakiś związek z globalnym ociepleniem” – mówi mi Pablo Elorduy, redaktor lewicowego „El Salto Diario”. „Hiszpanie na własne oczy widzą uchodźców z Południa, widzą też więc skutki tego kryzysu. To dlatego mamy naprawdę mało negacjonistów klimatycznych”.

Elorduy zwraca uwagę ponadto na znaczenie sprawy Parku Narodowego Doñana. W czerwcu 2021 roku TSUE uznał, że Królestwo Hiszpanii uchybiło ciążącym na nim zobowiązaniom, jeśli chodzi o wspólnotowe działania w dziedzinie polityki wodnej. Konkretnie nie uwzględniło nielegalnego, służącego do zaopatrywania obszarów miejskich i turystycznych poboru wody przy szacowaniu poboru wód podziemnych w regionie Doñana w planie hydrologicznym dla rzeki Gwadalkiwir na lata 2015–2021 oraz nie przewidziało środków na zapobieganie degradacji chronionej fauny i flory. Krótko mówiąc, wskutek tego park narodowy wysycha. Wody po prostu przestaje starczać dla wszystkich.

Problem Doñany lokalny rząd Andaluzji (kierowany przez opozycyjne, konserwatywno-liberalne Partido Popular) próbuje naprawić ustawą. Elorduy komentuje jednak, że de facto zalegalizuje ona rabunek wody z warstw wodonośnych parku na potrzeby rolnictwa.

Doñana to więc pewien symbol tego, jak poszczególne ugrupowania będą walczyć o klimat. Partido Popular, co widzimy na przykładzie Andaluzji, nie daje sobie z tym rady – nie mówiąc już o Vox, czyli tamtejszej skrajnej prawicy. PSOE ogłasza za to, że uratuje Doñanę. Innymi decyzjami demonstruje, że klimat ją obchodzi – choćby uniemożliwiając zbudowanie nowego turystycznego kurortu w regionie.

Mimo że 28 maja nie będzie wyborów w Andaluzji (tak jak w Galicji, Katalonii, Kraju Basków czy Kastylii i León), to sprawa parku narodowego w tym regionie może znaczyć dużo, bo pokazuje, jak bardzo politycy wezmą sobie do serca unijną politykę dotyczącą klimatu.

Pamięć, wojna, niepodległość

W Polsce osoba skazana przez sąd na pozbawienie wolności za przestępstwo umyślne (ścigane z oskarżenia publicznego) nie może być ani senatorem, ani posłem. W Hiszpanii sprawa wygląda inaczej, co doprowadziło do sporych kontrowersji. Lewicowo-nacjonalistyczne ugrupowanie EH Bildu z Kraju Basków, popierane przez PSOE, wystawiło na swoich listach 44 osoby, które dawniej należały do ETA – czyli baskijskiej organizacji terrorystycznej, zaangażowanej w walkę na rzecz niepodległości tego regionu. Co istotne, nie chodziło o byle jakie przestępstwa. Aż siedem osób było skazanych za zabójstwa.

Prawa strona bardzo szybko to podchwyciła. „Wygrało ETA” – grzmiał Juan Carlos Girauta w monarchistyczno-prawicowym (brzmi strasznie, ale przypomnijmy, że Hiszpania to właśnie monarchia) dzienniku „ABC”. Sama opozycyjna prawica też się podzieliła. Isabel Díaz Ayuso z Partii Ludowej, czyli ubiegająca się o reelekcję prezydentka Madrytu, poparła pomysł delegalizacji całego ugrupowania EH Bildu. Stwierdziła wręcz, że „Bildu to ETA”. Minister ds. polityki terytorialnej i rzeczniczka rządu Isabel Rodríguez skwitowała złośliwie ten ruch, sugerując, że PP nie ma po prostu żadnych innych propozycji i próbuje wykreować w kampanii temat zastępczy.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się rzeczywiście idiotycznym błędem progresywistów. Optyka się jednak zmienia, gdy zobaczymy, o co naprawdę w tym sporze chodzi. Kluczem nie jest mianowicie baskijski terroryzm, który potępiają współcześnie wszystkie liczące się hiszpańskie ugrupowania polityczne.

Problemem jest Franco, ten hiszpański „trup z szafy”,

jak ujęła to w „Ludziach z placu słońca” Aleksandra Lipczak.

O komentarz poprosiłem Alejandro Torrús Lopeza, reportera centrolewicowego „El Público”, publicystę, który specjalizuje się w politykach historycznych i problemach pamięci historycznej w Hiszpanii.

„Bildu jest całkowicie demokratyczną partią, a ETA na szczęście nie istnieje od ponad dekady” – mówi. „Poza tym, ETA zabijała nie tylko ludzi z prawicy, ale także z partii lewicowych, w tym z Bildu. Wreszcie skoro dzisiaj, po odbyciu kary, dawni członkowie tej organizacji zdecydowali się złożyć broń i wystartować w wyborach, to jest to zwycięstwo demokracji, a nie ETA”.

Torrús Lopez dodaje, że w ten sam sposób można powiedzieć, że nielegalną partią powinno być opozycyjne Partido Popular, bo jej założyciel, Manuel Fraga, był wcześniej frankistowskim dygnitarzem.

Brzmi to może jak whataboutism, ale w Hiszpanii to znaczący argument. Hiszpania jest podzielona, jeśli chodzi o stosunek do Franco. Prawica pragnie podążać dalej za polityką „zapomnienia” (zgodnie z ideałami transformacji demokratycznej późnych lat 70.), zaś lewica – „odgrzebania”. Jak zauważa liberalny „Libertad Digital”, skandal z udziałem Bildu w ogóle nie wpłynął na poparcie dla PSOE i Podemos.

Wybory w Hiszpanii są też w końcu walką o pamięć, na co także zwraca mi uwagę Torrús Lopez: „Jeśli chodzi o ewentualne zadośćuczynienie w kategoriach sprawiedliwości, czyli zbadania przez sądy zbrodni popełnionych przez dyktaturę i skazania winnych – nie jest to w obecnym stanie prawnym możliwe”.

„Gramy o lepsze wdrażanie ustawy o pamięci” – dodaje. Ustawa o Pamięci Historycznej została uchwalona przez koalicyjny rząd PSOE i Unidas Podemos blisko dwa lata temu. Przyznała ona regionom autonomicznym ważną rolę w poszukiwaniach zaginionych (z czasów wojny domowej i dyktatury Franco) czy ekshumacjach. Jak mówi Torrús Lopez, ustawa definiuje również rolę rad lokalnych w poszukiwaniu zaginionych i daje im narzędzia prawne i środki finansowe, aby móc je przeprowadzić. Tworzy także regionalne banki DNA, które można następnie połączyć w bank DNA na poziomie państwowym. „Dzięki tym danym można zidentyfikować ofiary, zaginionych, a nawet wykradzione przez reżim dzieci” – podkreśla Torrús Lopez.

Pamięć odgrywa więc istotną rolę w hiszpańskich wyborach – i to nie tylko tych regionalnych. Ekshumacje były początkowo robione „chałupniczo”, przez inicjatywy oddolne. Dopiero za rządów koalicji lewicowej przyjęły zinstytucjonalizowaną formę. Istotną zmianą są rzeczywiście banki DNA, o których paręnaście lat temu Hiszpanie mogliby sobie co najwyżej pomarzyć.

Prawica również może trochę ugrać, jeśli chodzi o pamięć o ETA, które przez jakiś czas terroryzowało północ Hiszpanii (nie zapominajmy, że w tym samym okresie działały też tam niemniej groźne bojówki skrajnej prawicy). „Jak mam popierać takie ugrupowania jak Bildu” – mówi mi znajomy Hiszpan, pochodzący z sąsiadującej z Krajem Basków Asturii, „jeśli ETA zastrzeliło mojego dziadka? I to nie dlatego, że robił coś złego, on po prostu był tam policjantem”.

Bieda i prekaryjność

Żyjemy wprawdzie w czasach wojen kulturowych, ale wojna o pamięć to nie wszystko. „Dla lewicy bardzo ważne jest to, że zagrożone są usługi publiczne” – mówi Torrús Lopez. „W Hiszpanii mamy bardzo wysoki poziom decentralizacji. Wspólnoty autonomiczne mają wiele kompetencji, na przykład w zakresie zdrowia i mieszkalnictwa. W tej chwili są to dwie kwestie, które zajmują polityków i urzędników, ponieważ młodzi i ogólnie osoby poniżej 40 roku życia mają bardzo mały dostęp do mieszkań”.

„Hiszpanie są coraz biedniejsi” – głosił ostatnio nagłówek w „El Economista”. Nie chodzi bynajmniej o inflację, ale o niską produktywność hiszpańskiej gospodarki. „Połowa populacji już teraz z trudem wiąże koniec z końcem”.

„Na szczęście”, mówi mi Pablo Elorduy,

„prawica nie ma tutaj zbyt wiele do zaproponowania. Jeśli chodzi o kwestię polityk społecznych, są to często tylko slogany.

Skupia się raczej na atakowaniu rządu Sanchéza za to, że dogaduje się z »wrogami Hiszpanii« – czyli ugrupowaniami katalońskimi i baskijskimi”.

Bo co ma do zaoferowania prawica? Przyjrzyjmy się programom i postulatom dwóch największych ukrupowań: konserwatywno-liberalnej Partido Popular i skrajnie-prawicowego Voxu. Jak wylicza „El Confidencial”, PP proponuje wzmocnienie sektorów ochrony zdrowia, a także edukacji i polityki społecznej oraz stworzenie nowego modelu opieki społecznej. Mimo to planuje jednoczesne obniżenie podatków. Do tego: skupienie się na zdrowiu psychicznym, prawie do mieszkania oraz wprowadzenie bezpłatnych przedszkoli.

Tymczasem Vox proponuje między innymi „delegalizację partii, stowarzyszeń lub organizacji pozarządowych, które dążą do zniszczenia jedności terytorialnej i suwerenności narodu” (w tym duchu też działają: jedna z posłanek Voxu została ostatnio uciszona w Kortezach, kiedy zaczęła w zupełnie innej dyskusji nagle mówić o sprawie EH Bildu) i przekształcenie „państwa autonomii” w „państwo prawa”. Ponadto: deportacja „nielegalnych migrantów”, walka z „mafiami nielegalnych imigrantów”, „ograniczenie wydatków politycznych”, połączenie rad lokalnych i znaczne zmniejszenie liczby lokalnych przedstawicieli czy uelastycznienie rynku nieruchomości.

A jeśli chodzi o wybory lokalne? „El Confidencial” wylicza postulaty Vox w przypadku Sewilli: to między innymi walka o „bezpieczeństwo”, czyli zwiększenie personelu lokalnej policji i poprawa jej zasobów materialnych, wydalenie nielegalnych imigrantów, walka ze skłotami i handlem narkotykami oraz „odzyskiwanie najbardziej poszkodowanych dzielnic poprzez zaprzestanie »zbędnych i ideologicznych« wydatków”, cokolwiek to znaczy.

Wydaje się, że te propozycje niekoniecznie będą zagrażać lewicy. Po pierwsze, PSOE już pokazało, że potrafi przeprowadzić i reformy społeczne, i te z zakresu polityki pamięci. W wypadku Voxu mamy do czynienia z głośnymi obietnicami podszytymi ksenofobią. „Populares” roztaczają neoliberalne marzenia o niskich podatkach i jednocześnie dobrych usługach publicznych.

Poza tym, jeżeli Partido Popular i Vox tak marzą o scentralizowanej Hiszpanii (co raczej, na co też zwracał mi uwagę Jordana, się nie zdarzy), powinny wcześniej sprawić, żeby Hiszpanie uwierzyli w swoje państwo. Drogą ku temu są lepsze polityki publiczne – inaczej ludzie z poszczególnych regionów będą zwracać się ku ideałom niepodległości (naród, jak chciał Kazimierz Kelles-Krauze, to najlepsza ucieczka od kapitalizmu). Lewica rozumie te dążenia i stąd wręcz jej federalistyczne skłonności.

Wybory odbędą się w Aragonii, Asturii, na Wyspach Kanaryjskich, w Kantabrii, Kastylli-La Manchy, Comunidad Valenciana, Extremadurze, na Balerach, w Comunidad de Madrid, Región de Murcia, Nawarrze i La Rioja. Jeśli chodzi o miasta, będą to m.in. Ceuta, Melilla, Madryt, Barcelona, Walencja, Sewilla, Saragossa i Malaga.

Zażarta walka odbędzie się zwłaszcza o Madryt, Barcelonę i Walencję, bo to kluczowe miasta. Jak zauważa w rozmowie z OKO.press Alejandro Torrús Lopez, w Madrycie zwycięstwo Ayus Díaz z Partido Popular jest „nie do zakwestionowania”. Szanse są i na radę miasta, i na region Comunidad de Madrid, o czym mówi też Pablo Elorduy. Aby wygrać w Barcelonie, cała prawica musiałaby się połączyć w jedną wspólną listę (a to jest trudne do zrealizowania nie tylko w Polsce), zaś w Walencji – Partido Popular i Vox miałyby szansę przejąć Ratusz, gdyby połączyły siły. Gra jednak pójdzie o „garstkę głosów”, jak słusznie zauważa María Fabra w „El País”. Casimiro García-Abadillo to właśnie Walencję nazywa „klejnotem w koronie” zarówno dla PP, jak i PSOE.

;

Udostępnij:

Krzysztof Katkowski

publicysta, socjolog, student Kolegium MISH UW i barcelońskiego UPF. Współpracuje z OKO.press, Kulturą Liberalną i Dziennikiem Gazeta Prawna. Jego teksty ukazywały się też między innymi w Gazecie Wyborczej, Jacobinie, Guardianie, Brecha, El Salto czy CTXT.es. Współpracownik Centrum Studiów Figuracyjnych UW.

Komentarze