0:00
0:00

0:00

Niektórzy traktują inwazję Putina na Ukrainę jako „testowanie” Zachodu, analogiczne do zajęcia Czechosłowacji przez Hitlera w 1938 r. Czyli zapowiedź faszystowskiej agresji. W jakim stopniu jesteśmy dziś zatem zagrożeni faszyzmem i czy operowanie tym pojęciem pozwala precyzyjnie opisywać rzeczywistość? Agata Sikora rozmawia o tym z dr. hab. Michałem Hererem, filozofem, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, autorem książki „Skąd ten faszyzm?”.

  • Naśladowania tego, co było w latach 30., czyli neonazizm czy neofaszyzm, nie można lekceważyć. Ale mieliśmy z tym do czynienia, w różnym nasileniu, w całej powojennej historii i nadal są one raczej niszowe.
  • Faszyzm trudno jednoznacznie zdefiniować: jest pewną wiązką cech, zjawisk, procesów, tworzących niespójny zbiór, w którym te elementy w dodatku ciągle się zmieniają.
  • Lepiej posługiwać się terminem „faszyzacja”. Wskazuje on na zagęszczanie się politycznej i społecznej atmosfery spowodowane pojawianiem się w przestrzeni społecznej i politycznej coraz większej liczby elementów należących do owej faszystowskiej „wiązki”.
  • Gdy coraz częściej słychać wezwania do rozprawienia się z „wrogami ojczyzny”, narasta ksenofobia, kult siły, militaryzm i autorytaryzm polityczny, a jednocześnie interesy kapitału pozostają niezagrożone, można mówić o faszyzacji, choć nie o faszyzmie
  • To nie czcze ćwiczenia umysłowe. Pojęcie „faszyzacji” pozwala zrobić taki test kontrolny. Np. nie doszło jeszcze w Polsce do odpowiednika nocy kryształowej z 1938 roku w Niemczech i mamy wolne media, ale są strefy wolne od LGBT+, a warszawiacy boją się wyjść na miasto 11 listopada, bo idzie nim wznoszący rasistowskie okrzyki marsz z racami.
  • Precyzyjna analiza prowadzić może do tworzenia różnych scenariuszy, także dystopijnych. Dzięki temu można uniknąć scenariuszy najgorszych.

Agata Sikora: W obiegowym myśleniu pojawia się ostatnio twierdzenie, że znajdujemy się w podobnej sytuacji, co w latach 30. XX wieku, że rośnie zagrożenie faszyzmem, że jesteśmy w przededniu globalnego konfliktu.

Od 2015 roku w demokratycznych wyborach duże poparcie, a często i władzę, zdobywają partie prawicowe. Takie, które odwołują się mniej lub bardziej otwarcie do ideałów nacjonalistycznych, ksenofobii, lęku przed migracją (np. PiS w Polsce, Trump w USA, popularność AFD w Niemczech, Front Narodowy/Zjednoczenie Narodowe we Francji). Nawet jeśli zostaną one powstrzymane przez partie identyfikujące się liberalną demokracją, zagrożenie nie mija. Najlepszym przykładem są szanse Trumpa na powrót do Białego Domu.

Przeczytaj także:

Do tego pojawiają się analogie między wojną w Syrii a wojną domową w Hiszpanii 1936-39. Albo inwazją na Ukrainę jako „testowaniem” reakcji Zachodu analogicznym do tego, jakim był Anschluss albo zajęcie Czechosłowacji przez Hitlera. Bombardowania Gazy przez Izrael przez wielu traktowane jest jako zbrodnia wojenna, czystka etniczna czy wręcz ludobójstwo. A rządy Zachodu odwracają od tego oczy w imię celów politycznych.

Czy Pana zdaniem wysnuwanie takich historycznych analogii ma sens?

Dr. hab. Michał Herer, filozof: Myślenie w kategoriach analogii często jest zwodnicze. Byłbym ostrożny z wyszukiwaniem takich podobieństw. Szczególnie jeśli podobieństwa miałyby dotyczyć zewnętrznych form, opierać się na odtwarzaniu form historycznych (np. nazistowskiej symboliki). Naśladowanie tego, co było w latach 30., czyli neonazizm czy neofaszyzm, to są zjawiska, których nie można lekceważyć. Ale mieliśmy z tym do czynienia, w różnym nasileniu, w całej powojennej historii i nadal są one raczej niszowe.

Natomiast jest faktem, że od jakiegoś czasu bardzo wiele osób mówi o powrocie faszyzmu czy zagrożeniu faszyzmem, i wydaje się, że coś jest na rzeczy. Narasta klimat „faszyzacji”, jak to sobie nazwałem.

Moim zdaniem ważniejsze od podobieństw formalnych, widocznych gołym okiem, są podobieństwa mechanizmów. Bo jeśli ekonomiczne, (geo)polityczne, ale też społeczne i psychologiczne procesy podobne do tych, które stały za wyłonieniem faszyzmu sto lat temu, działają również dziś, to możemy się spodziewać faszyzacji, nawet jeśli będzie ona przybierała odmienne formy.

Na czym więc polegają te podobieństwa procesów społecznych?

Faszyzm historyczny był owocem sytuacji w wielorakim sensie kryzysowej. Zazwyczaj mówi się o załamaniu gospodarczym z przełomu lat 20. i 30., krachu na giełdzie itp. Ale to był kryzys głębszy i bardziej wielowymiarowy, który ogarnął świat, a na pewno Europę, po I wojnie światowej. Powszechnie panowało wtedy przekonanie, że ta wojna oznaczała koniec pewnego świata. To był moment radykalnego przesilenia.

I podobna sytuacja ma miejsce i dziś. Mówi się przede wszystkim o kryzysie ekonomicznym politycznym i ekologicznym... ale często używa się też terminu „polikryzys”. Bo być może jest znacznie więcej tych wymiarów, a my nie potrafimy ich już nawet policzyć i sklasyfikować.

Co sprawia taki polikryzys? Najbardziej oczywista odpowiedź byłaby taka, że faworyzuje rozwiązania radykalne. Dlaczego jednak te radykalne rozwiązania miałyby być akurat rozwiązaniami faszyzującymi?

Jedną z przyczyn może być to, że skrajna prawica ma dziś dużo większą zdolność przechwytywania i organizowania społecznych emocji.

Dlaczego tak się dzieje i skąd bierze się niemoc lewicy – to temat na oddzielną rozmowę. Co ciekawe, przed stu laty, w epoce kształtowania się historycznych faszyzmów, sytuacja była, przynajmniej pod tym względem, inna. W samych Niemczech w 1918 r. widmo proletariackiej rewolucji było bardzo realne, komuniści i socjaliści byli wielką siłą polityczną. Wygląda więc na to, że zarówno silna, jak i bezsilna lewica może tworzyć warunki dla faszyzacji. Jak to rozumieć?

Faszyzm zawsze odnosi się do tego, co przedstawia jako zagrożenie komunizmem, lewactwem itp., niezależnie od tego, jaką realną siłą dysponuje lewica.

Być może ostatecznie chodzi o samą MOŻLIWOŚĆ zmiany porządku ekonomicznego i społecznego. Faszyzm byłby sposobem na powstrzymywanie tej zmiany i utrzymywanie status quo.

Dziś widać to chyba nawet jeszcze wyraźniej. Akumulacja kapitału zagraża wprost warunkom życia na planecie. Uniknięcie katastrofy wymagałoby radykalnej zmiany logiki ekonomicznej. I właśnie wtedy – w obliczu tej koniecznej zmiany, nawet jeśli lewica wydaje się na razie politycznie niezdolna do jej przeprowadzenia – faszyzm podnosi głowę…

Etykieta vs. test kontrolny

Używa pan terminu „faszyzacja”. Czym różni się „faszyzacja” od „faszyzmu”?

Faszyzm trudno jednoznacznie zdefiniować: jest pewną wiązką cech, zjawisk, procesów, tworzących niespójny zbiór, w którym te elementy w dodatku ciągle się zmieniają. Trudno więc wskazać na jeden element czy ich zbiór, który byłby obecny wszędzie tam, gdzie mówimy o faszyzmie.

Poza tym jestem sceptyczny wobec pewnego sposobu używania terminu „faszyzm”: okładaniem się nim jak pałką w dyskusjach publicystycznych albo krążenia wokół pytań „kto jest faszystą?”, „czy mamy już faszyzm?”.

To budzi podejrzenia osób, które uważają to za jakąś przesadę albo zbyt daleko posunięty alarmizm.

W związku z tym zaproponowałem ten termin „faszyzacja”. Wskazuje on na zagęszczanie się politycznej i społecznej atmosfery spowodowane pojawianiem się w przestrzeni społecznej i politycznej coraz większej liczby elementów należących do owej faszystowskiej „wiązki”:

  • Gdy coraz częściej słychać wezwania do rozprawienia się z „wrogami ojczyzny”,
  • narasta ksenofobia, kult siły, militaryzm i autorytaryzm polityczny,
  • a jednocześnie interesy kapitału pozostają niezagrożone,

można mówić o faszyzacji, nawet jeśli nie ma jeszcze faszyzmu.

Mnie ta propozycja wydaje się bardzo użyteczna. Słowo „faszysta” bywa używane jako wyzwisko. Z drugiej strony może wywoływać pozwy, bo propagowanie faszyzmu jest przestępstwem i niemal nikt się otwarcie do tej ideologii nie przyznaje. Czyli z jednej strony to pojęcie jest uwikłane w banalizację, z drugiej – wywołuje ostrożność, autocenzurę. W efekcie koncentrujmy się na tym, czy stwierdzenie „X jest faszystą” jest naruszeniem dóbr osobistych, czy już możemy użyć tego słowa, czy nie... A nie na tym, co dokładnie X robi i w jakim kontekście. Natomiast „faszyzacja” nie koncentruje się na jednostkach i ich przekonaniach, tylko pozwala nazwać pewien proces społeczny.

Do tego, gdy myślimy o „faszyzmie”, od razu myślimy o REŻIMIE, o porządku faszystowskim. Gdy mówimy: „panuje tu faszyzm”, jest to bardzo mocna diagnoza. Natomiast „faszyzacja” ma przeważnie charakter pełzający. Możemy więc o niej mówić również wtedy, gdy daleko jeszcze od ustanowienia stabilnego i jednoznacznie faszystowskiego porządku politycznego.

Może termin „faszyzacja” pomaga też zapobiegać wyparciu? Kiedy widzę, że nie ma jeszcze totalitarnego systemu, to każde nawiązanie do faszyzmu uważam za przesadę. Natomiast myślenie o „faszyzacji” pozwala zrobić taki test kontrolny. Np. nie doszło jeszcze do odpowiednika nocy kryształowej i mamy wolne media, ale są strefy wolne od LGBT+, warszawiacy boją się wyjść na miasto 11 listopada, bo idzie nim wznoszący rasistowskie okrzyki marsz z racami.

Tak, ważne jest też to, co bierzemy za model w myśleniu o faszyzmie.

Sam być może też dołożyłem się do tego nieporozumienia, przywołując w swojej książce, w warstwie historycznej, głównie przykłady z nazistowskich Niemiec. Nie chciałem sugerować, że reżim Trzeciej Rzeszy jest jedynym i najlepszym modelem myślenia o faszyzmie.

Przejęcie władzy w państwie nie jest warunkiem koniecznym, żebyśmy mówili, że mamy problem z faszyzmem.

Trochę przyzwyczailiśmy się do myślenia, że musi być wódz, na tle sztandarów przemawiający do całego narodu, i cały naród ciągnący za tym wodzem. Ale przecież w Niemczech też, zanim naziści doszli do władzy, mieliśmy do czynienia właśnie z pełzającą faszyzacją.

Fałszywe rozwiązanie prawdziwych problemów

Wskazuje pan na trzy wierzchołki trójkąta, w którym faszyzm się rodzi: nowoczesność, kapitalizm, mieszczaństwo. Jak widzi pan te zależności?

[Śmiech]. Właściwie cała książka jest odpowiedzią na to pytanie. Ale może warto, żebym na wstępie powiedział, o co mi NIE chodziło.

Na pewno w tej konstrukcji nie idzie o takie proste powiedzenie, że faszyzm jest wykwitem, manifestacją czy ujawnieniem istoty kapitalizmu, mieszczaństwa czy nowoczesności.

Nie przemawia do mnie filozofia, która doszukuje się istoty czegokolwiek. A szczególnie wtedy, kiedy mówi się o procesach czy zjawiskach historycznych. Przede wszystkim jednak naprawdę nie uważam, że faszyzm i kapitalizm to w zasadzie to samo. Albo, że historyczna dynamika kapitalizmu z konieczności prowadzi do faszyzmu, jak to się kiedyś mówiło – a czasem dalej mówi – w krytyce lewicowej. Tak samo nie uważam, że można postawić znak równości między faszyzmem a nowoczesnością czy faszyzmem a etosem mieszczańskim (albo, jak również można twierdzić – antymieszczańskim).

Natomiast sądzę, że między tymi rzeczami zachodzi jednak ścisły związek.

Faszyzm działa w polu wyznaczanym przez dynamikę mieszczańskiej i kapitalistycznej nowoczesności.

Myślę, że dynamika ta wytwarza pewne problematyczne sytuacje, wywołuje napięcia. Te napięcia mogą być rozładowane i bywały historycznie rozładowane na rozmaite sposoby – faszyzm jest jednym z nich. W tym sensie jest pewną stale towarzyszącą kapitalistycznej nowoczesności możliwością.

Co byłoby główną przyczyną generującą te napięcia i problemy?

O jednym z najważniejszych mechanizmów tego rodzaju można przeczytać już w słynnych fragmentach „Manifestu komunistycznego”, w których Marks i Engels przypisują burżuazji rewolucyjną rolę w procesie historycznym. Polega ona na niestrudzonym upłynnianiu rzeczywistości – rozkładaniu wszelkich trwałych stabilnych struktur i instytucji, przede wszystkim tych związanych z formacją feudalną. Owemu „upłynnianiu” towarzyszy jednak ustanawianie nowego, kapitalistycznego porządku. Ma się on – zdaniem Marksa i Engelsa – opierać na bezwzględności stosunków ekonomicznych, która wypiera wszelkie sentymenty i moralno-religijne kody.

Wydaje mi się, że faszyzm bardzo trudno zrozumieć bez uwzględnienia ogólnej logiki kapitalistycznej nowoczesności. On z jednej strony ustanawia się w kontrze do ruchu upłynniania, próbuje ten proces w jakiś sposób powstrzymać, zablokować – w tym sensie jest konserwatywny.

Jednocześnie faszyzm nie jest i nigdy nie był po prostu konserwatyzmem. Nieprzypadkowo teoretycy historycznego faszyzmu wiązali go z tzw. rewolucją konserwatywną, co jest formułą pozornie wewnętrznie sprzeczną – przecież konserwatyzm z definicji jest przeciw rewolucji. Pokazuje ona właśnie dwoistą naturę faszyzmu. Z jednej strony jego reakcyjność albo reaktywność – dążenie do zatrzymania płynnej rzeczywistości. Z drugiej – swoista „ucieczka do przodu”. W tym drugim aspekcie faszyzm sprzymierza się z siłami porządkującymi, by w już upłynnionym świecie zaprowadzić nowy ład, choćby ten oparty na zasadzie etnicznej homogeniczności państwa narodowego.

Przy czym to, co sto lat temu wiązało się z tendencją „rewolucyjną”, a w każdym razie z odgórnym tworzeniem nowego ładu, dziś może stać po stronie „reaktywnej”. Z czymś takim mamy chyba właśnie do czynienia w przypadku idei społeczeństwa homogenicznego. Ruchy faszyzujące również dziś się do niej odwołują, ale sprawia to wrażenie archaizmu.

W okresie między dwiema wojnami światowymi powołanie do życia homogenicznego narodu miało być aktem rewolucyjnym, w którym bezkształtna MASA (będąca produktem nowoczesnej niwelacji) zyskałaby polityczną i moralną substancję. Tak widzieli to faszyści. Mówi się często o faszyzmie jako ruchu masowym i jest to prawda, ale w tym sensie, że umasowienie, pojawienie się płynnej społecznej masy w miejsce dawnych stanów, było koniecznym, choć zasadniczo negatywnym punktem wyjścia faszystowskiej narodowej rewolucji. Co byłoby obecnie odpowiednikiem takiego rewolucyjnego aktu? Być może zamiast nierealnego marzenia o powrocie do etnicznej czystości w świecie, w którym masowe migracje staną się faktem,

faszyzm przybierze raczej postać segregującego rasistowskiego zarządzania różnicami.

Hegemoniczne dyskursy, reaktywne emocje

Wspomina pan o dwóch odmianach faszyzmu: odgórnym, narzucanym państwowo czy politycznie, dążącym do homogenizacji wyobraźni, a z drugiej strony oddolnym, wypływającym z emocjonalnych reakcji jednostek.

To nie muszą być jednostki, to mogą być grupy. Chodzi nie o jednostkowy, ale reaktywny charakter tego zjawiska, o negatywną reakcję na proces upłynniania, próbę jego blokowania.

Mam pewne wątpliwości co do tego podziału. Jeszcze siedem, osiem lat temu myślałam, że cała ta retoryka antygenderowa czy anty LGBT jest właśnie wyrazem takiego oddolnego konserwatywnego lęku przed zmianą. Dzisiaj po książce Klementyny Suchanow „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze” wiemy, że nie są to działania oddolne i spontaniczne, ale międzynarodowo organizowane i finansowane. Podobnie było z wyborem Trumpa i brexitem, które były inspirowane przez rosyjską maszynę propagandową. Nie twierdzę, że frustracja, która stoi za przyswojeniem tych dyskursów, nie jest autentyczna, ale że same te dyskursy nie powstały jednak spontanicznie. Dlatego zastanawiam się, czy myślenie o współczesnej faszyzacji jako ruchu spontanicznym i oddolnym, trochę jej nie odpolitycznia.

Tezę o „oddolności” rzeczywiście trzeba zmodyfikować. Nie szedłbym tak daleko, żeby to odwracać i twierdzić, że to w ogóle nie ma charakteru oddolnego, że zawsze orkiestrują to jakieś organizacje na zamówienie takich czy innych decydentów. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z równoległym działaniem w obu tych kierunkach. Istnieje pewien zespół czy syndrom społecznych reakcji, czy reaktywnych emocji związanych z nowoczesną logiką upłynniania. To są reakcje lękowe, wynikające z tego, że tempo, w jakim zachodzi to upłynnienie rzeczywistości, sprawia, że świat nowoczesny dla wielu ludzi staje się coraz trudniejszym miejscem do życia.

”Delikatne” pushbacki „obozu demokratycznego”

Ostatnio mieliśmy polityczną zmianę: władzę wpisującą się w logikę faszyzacji zastąpili „uśmiechnięci proeuropejscy liberałowie”, a ministrem sprawiedliwości został Adam Bodnar, niegdysiejszy wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Tymczasem na granicy polsko-białoruskiej dalej dokonywane są nielegalne pushbacki, ludzie zamiast do szpitala, trafiają za graniczny mur. Jak dzisiaj liberałowie sytuują się wobec faszyzmu czy faszyzacji?

Problem z liberalnym rozumieniem faszyzmu polega między innymi na tym, że faszystami zawsze są tu jacyś ONI. W szczególności nie dopuszcza się tu myśli, że faszyzm może współistnieć z gospodarką kapitalistyczną. Ktoś (zdaje się, że Klaus Theweleit) powiedział, że nic nie rozumie z faszyzmu ten, kto nigdy nie poczuł w sobie samym faszystowskiego odruchu czy impulsu.

Liberałowie silnie wypierają tę świadomość. Pytanie, na ile lewica jest w stanie przyjąć inną postawę.

Nie chodzi mi przy tym o wewnętrzne porachunki lewicowych frakcji w stylu – stalinowskich z ducha – oskarżeń o „socjalfaszyzm” itp. Ani nawet o dogmatyzm i skostnienie, które oczywiście przydarza się lewicy, ale nie musi się to od razu wiązać z jakimś skręcaniem w stronę faszyzmu. Myślę na przykład o lękach, jakie wywołuje nowoczesne upłynnianie – czy musimy zawsze sprawiać wrażenie, jakby to nas w ogóle nie dotyczyło, jakby było to wyłączną domeną ludzi „zacofanych” i skazanych na to, by wylądować na śmietniku historii? Skądinąd wysyłanie całych grup czy kategorii ludzi na ów śmietnik jest dość paskudnym zwyczajem, z pewnością nieobcym duchowi faszyzmu…

Jeszcze inne wyzwania wiążą się z tym, o czym pani powiedziała, czyli z kwestią migracji i granic. To bez wątpienia najważniejszy punkt zapalny i obszar, w którym występuje największy potencjał faszyzacji.

Trzeba zapobiegać rozpowszechnianiu się mentalności i polityki „oblężonej twierdzy”. Nie będzie to łatwe w nadchodzącej epoce, w której będziemy mieli do czynienia z wojnami klimatycznymi, rywalizacją o nowe rzadkie zasoby, potrzebne do przeprowadzenia transformacji energetycznej itp. (wystarczy pomyśleć, ile wojen stoczono o ropę i jaki wpływ miała eksploatacja paliw kopalnych na geopolitykę). Pytanie, czy poza kategorycznym imperatywem otwartości na Innego mamy jakiś spójny i realistyczny pomysł na to, jak miałoby wyglądać społeczeństwo przyszłości, co zrobić, żeby starego dążenia do homogeniczności nie zastąpił nowy rodzaj segregacji. Przy braku takiej wizji owa otwartość w zderzeniu z rzeczywistymi problemami może szybko zmienić się w swoje przeciwieństwo.

Sama idea integracji europejskiej powstała po II wojnie światowej i miała być odpowiedzią na faszyzm. W 1948 roku ONZ uchwaliło Powszechną deklarację praw człowieka, które miały stać się założycielskimi wartościami jednoczącej się Europy. Od lat 50. do połowy ostatniej dekady europejski liberał przynajmniej deklaratywnie musiał ich bronić. W ostatnich latach Unia Europejska prowadzi jednak politykę „twierdzy Europa”, a w kontekście katastrofy klimatycznej retoryka spod znaku „musimy się bronić, bo nas zaleją” coraz wyraźniej daje się słyszeć na liberalnych salonach jako wyraz „zdrowego rozsądku”. Nie wiem, czy „faszyzacja” oddawałaby tu istotę rzeczy – ja się zastanawiam, czy nie mamy tu w ogóle do czynienia z końcem wyobraźni politycznej opartej na założeniu uniwersalności praw człowieka.

Wydaje mi się, że na figurę „zalewu” (droga faszystom wszelkiej maści – wczoraj ostrzegającym przed zalewem „judeobolszewizmu” a dziś przed falą islamizacji) wciąż jest przez obóz liberalny używana raczej wstydliwie, jeszcze nie w głównym nurcie.

Jeśli, jak twierdził La Rochefoucauld, hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie, to jakieś resztki cnoty liberałom pozostały…

Nie zmienia to faktu, że na poziomie praktyki istotnie nie widać na białoruskiej granicy wielkich różnic między rządzącym w Polsce „obozem demokratycznym” a jego autorytarnymi poprzednikami. Czy można przeprowadzać pushbacki bardziej etycznie, delikatnie, z poszanowaniem praw człowieka?

Jest to szersze zjawisko, które na przykład we Francji zaznacza się w polityce migracyjnej Macrona, w strategii, którą jego obóz nazywa „odcinaniem politycznego paliwa” radykalnej prawicy. Polega ona na zaspokojeniu części jej żądań, by powstrzymać dalszy pochód faszyzujących ugrupowań. Wydaje się to politycznie dość ryzykowne... Najbardziej jednak niepokojący jest brak jasnej narracji, którą można by przeciwstawić wszystkim tym, którzy dawno ogłosili porażkę „multikulturalizmu”, „polityki różnicy” itp. Tamten program rzeczywiście domaga się rewizji, ale na pewno nie w duchu Zgromadzenia Narodowego czy polityki tożsamości.

Poza myślenie tożsamościowe

Parokrotnie wskazuje pan, że „dyskusja” o faszyzmie nie jest do końca dyskusją – służy raczej okopywaniu się w tożsamościowych obozach. Myśliciele lewicowi uważają, że kapitalizm zawsze musi prowadzić do faszyzmu, liberałowie – że faszyzm jest zaprzeczeniem kapitalizmu, który ma opierać się na wolności i liberalnej demokracji. Dziś pojęcie „polityka tożsamości” kojarzone jest głównie z lewicą, ale tak naprawdę jej pierwszą inkarnacją nie był wcale feminizm, ruchy LGBT, ale właśnie „tożsamość narodowa” wyłaniająca się w XIX wieku. Jakie widzi pan zagrożenia w rozumieniu polityki jako ekspresji jakiejś zbiorowej czy indywidualnej tożsamości?

Faktycznie, „polityka tożsamości” jest dwuznacznym pojęciem. Z jednej strony kojarzy się z ruchami broniącymi praw mniejszości seksualnych czy etnicznych. Z drugiej – zwłaszcza we Francji – tzw. identytaryzm obejmuje ugrupowania nowej prawicy, często radykalne i faszyzujące (jak choćby islamofobiczna Génération Identitaire). Niektórzy krytycy lewicowej polityki tożsamości po lewej stronie sceny politycznej widzą w tym symptom niebezpiecznego zbliżenia z prawicą. Postulują więc odejście od tego trendu, powrót do problematyki ekonomicznej, skupienie na walce z nierównościami i wyzyskiem, od której „wojny kulturowe” mają jedynie odciągać. To jedno z najtrudniejszych pytań, przed jakimi stoi obecnie lewica, i nie będę udawał, że mam na nie odpowiedź.

Być może tożsamość, która nie jest ani piętnem, ani źródłem poczucia wyższości wobec innych, taka, której afirmacja nie prowadzi do ksenofobii, rzeczywiście możliwa jest dopiero tam, gdzie panuje elementarna ekonomiczna i społeczna sprawiedliwość. W przestrzeni skonfigurowanej według zasad neoliberalnych nigdy nie będziemy „pięknie się różnić”. Z drugiej strony porządek ekonomiczny, również w skali globalnej, wydaje się wspierać na głęboko zakorzenionym rasizmie (czy globalna Północ i globalne Południe nie są eufemistycznymi określeniami części globu zamieszkiwanych, odpowiednio, przez białą i nie-białą populację?). A jeśli tak, to sprzeciw wobec niego powinien artykułować się również w kategoriach innych niż czysto ekonomiczne.

Jak zatem można myśleć o wspólnocie czy współdziałaniu w innym kluczu niż tożsamościowy?

Swego czasu zaproponowałem pewną koncepcję przyjaźni jako próbę odpowiedzi na pytanie „jak żyć razem?”, zarówno na wymiarze jednostkowym, jak i społecznym czy politycznym. Przyjaźń, rozumiana jako pewien typ relacji, powinna w większym stopniu przesycać nie tylko nasze życie intymne, prywatne, ale też – szerzej – nasze społeczne współbycie, które dziś opiera się na zasadzie rywalizacji (rynek) i tożsamości (naród). Nadal tak uważam. Przyjaźń zawiera w sobie aspekt tożsamościowy („podobne przyciąga się z podobnym”) a czasem nawet faszyzujący (braterstwo broni, solidarność w „manosferze” itp.), jednak gdy na pierwszy plan wysunie się inne, dominujące moim zdaniem aspekty – przyjaźń jako relacja polegająca pozwoleniu innemu na bycie innym, także różnym od samego siebie (zdolnym do zmiany). Taka przyjaźń rozumiana jako afirmacja autonomii innego (oraz własnej), relacja wolna od zaborczości i otwarta stanowi przeciwieństwo postawy faszyzującej.

Nie jest to jednak odpowiedź na pytanie: „co robić?”. Renesans kultury przyjaźni stanowiłby raczej efekt przemiany, która się nie może dokonać pod hasłem „przyjaźnijmy się”… Dziś jestem dużo bardziej sceptyczny, gdy idzie o rzeczywisty potencjał takiej przemiany. Czas, w którym pisałem „Pochwałę przyjaźni”, niedługo przed zwycięstwem Trumpa w wyborach prezydenckich w USA, jawi mi się dziś jako ostatni moment przed nastaniem naprawdę mrocznych czasów.

Jak przeciwdziałać faszyzacji

Tamta książka była próbą odnowienia politycznej wyobraźni, propozycją pozytywną. Nowa kończy się dość ponuro: "Szanse na rychłą i radykalną zmianę systemową są, mówiąc oględnie, niewielkie, przynajmniej jeśli miałaby to być zmiana na lepsze. Bardziej prawdopodobna wydaje się więc niestety katastrofa, która, znów, wcale nie musi przybrać postaci punktowego zdarzenia czy w ogóle jakiegoś spektakularnego zdarzenia”.

Wiele osób dziś ma poczucie bezalternatywności i niewiary w możliwość społecznej zmiany – czy wynika ze strukturalnych (ekonomicznych, materialnych itd.) przyczyn? Czy jest tylko samospełniającą się przepowiednią wynikającą z kryzysu wyobraźni?

Wyobraźnię polityczną i społeczną trzeba ćwiczyć, i to w obu kierunkach.

Z jednej strony należy próbować wyobrażać sobie rozmaite dystopijne scenariusze,

  • związane ze zmianami klimatycznymi,
  • narastającymi konfliktami i nierównościami,
  • niekontrolowanym rozwojem technologii itd.

W kontekście faszyzacji jest to szczególnie ważne, ponieważ będzie się ona dokonywać w ścisłym związku z tymi zjawiskami i procesami.

Ćwiczenia z dystopii są potrzebne, abyśmy mogli tej faszyzacji przeciwdziałać. Udaremnić realizację najgorszego scenariusza.

Czyli na przykład nastania jakiegoś techno-faszyzmu w świecie zdewastowanym przez katastrofę ekologiczną, w warunkach zaostrzonej rywalizacji o zasoby i przetrwanie.

Z drugiej strony absolutnie nie neguję potrzeby wyobrażania sobie innego porządku społecznego i ekonomicznego oraz sposobów jego ustanowienia. Po prostu z jakichś względów czuję się gorzej w tym gatunku. Huxley potrafił napisać i Nowy wspaniały świat, i Wyspę. Ale nie każdy potrafi poruszać się w tych dwóch rejestrach…

Wielka narracja, jaką kiedyś był komunizm, upadła. Z powodów, które wszyscy znamy, przestała organizować wyobraźnię mas.

Choć niegdyś, także na Zachodzie, pozwalała klasie robotniczej nie tylko snuć utopijne wizje, ale też budować coś w rodzaju równoległego społeczeństwa. Dziś nie widać na horyzoncie idei o podobnej sile przyciągania. Nie jestem nawet do końca pewien, czy aby zapobiec katastrofie, potrzebujemy takiej JEDNEJ idei.

Wspomina Pan, że prawdziwe przeciwdziałanie faszyzacji musiałoby wyjść poza rytualne wzywanie do uczenia dzieci empatii. Jakie ma Pan intuicje, jak ono miałoby wyglądać?

Oczywiście nie mam nic przeciw wychowaniu do empatii. Sam staram się to robić. Problem w tym, że faszyzacja dokonuje się w związku ze zjawiskami o charakterze globalnym i strukturalnym.

Edukacja, gdy wychodzimy poza sferę bezpośrednich interakcji z naszymi dziećmi, w swoim strukturalnym wymiarze też jest zresztą w stanie zapaści, który bardzo utrudnia takie działania.

Chodzi mi przede wszystkim o pogłębiający się rozdźwięk między edukacją publiczną i prywatną. Wychodzi na to, że za wychowanie do otwartości i empatii trzeba słono płacić.

Ci zaś, których na to nie stać, skazani są na system, który boryka się z takimi problemami, że te sprawy siłą rzeczy schodzą na dalszy plan. I to nawet gdy panujący minister czy kurator akurat nie sympatyzują ze skrajną prawicą i nie promują nacjonalistycznej hucpy w szkołach.

Przeciwdziałanie faszyzacji nie musi zawsze występować pod tym hasłem. Walka o równość i sprawiedliwość społeczną, walka o planetę, przeciw globalnej oligarchii, interesom kapitału inwestowanego w paliwa kopalne – wszystko to jest w obecnej sytuacji również walką z faszyzmem. Możliwym faszyzmem przyszłości.

;
Agata Sikora

Kulturoznawczyni, eseistka, autorka książki „Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć” (Karakter 2019). Napisała doktorat o szczerości nowoczesnej. Mieszka w Londynie.

Komentarze