W 2025 roku kraj ten miał drugie najniższe PKB na mieszkańca na świecie. Ponad połowa mieszkańców Sudanu Południowego nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej. Państwo nie dysponuje środkami, by samodzielnie na te wyzwania odpowiedzieć – mówi Joanna Lenartowicz z Polskiej Akcji Humanitarnej
Aleksander Kamkow: 9 lipca minęło 15 lat od ogłoszenia niepodległości Sudanu Południowego. W jaki sposób doszło do podziału Sudanu?
Joanna Lenartowicz, Polska Akcja Humanitarna: By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do czasów kolonialnych. Od końca XIX wieku obszar dzisiejszego Sudanu i Sudanu Południowego znajdował się pod panowaniem kondominium egipsko-brytyjskiego. To właśnie wtedy wyraźnie utrwalił się podział na północ i południe.
Dużą rolę w powstaniu tego podziału odegrały uwarunkowania geograficzne. Dzisiejszy Sudan pozostawał pod silniejszym wpływem Egiptu oraz arabskich szlaków handlowych. Z kolei Sudan Południowy, znajdujący się pod brytyjską administracją, był geograficznie bliższy regionowi Wielkich Jezior Afrykańskich.
Brytyjczycy, chcąc ograniczyć rozszerzanie się wpływów arabskich, wprowadzili przepisy utrudniające przemieszczanie się między północą a południem. Ponadto większość szkół zakładanych na terenie dzisiejszego Sudanu Południowego prowadziły misje chrześcijańskie. Nauczanie odbywało się w języku angielskim. W efekcie oba regiony rozwijały się w odmiennych kierunkach, a istniejący podział z czasem jeszcze bardziej się pogłębił.
Kiedy w 1956 roku Sudan uzyskał niepodległość – mówimy tu o państwie obejmującym zarówno dzisiejszy Sudan, jak i Sudan Południowy – centrum administracyjne znalazło się w Chartumie, czyli na terenie obecnego Sudanu. Oznaczało to dominację administracji arabskiej. Już od początku mieszkańcy południa wyraźnie odczuwali swoją odrębność i sprzeciwiali się funkcjonowaniu w ramach jednego państwa zarządzanego z północy. Od 1956 roku nieustannie pojawiały się więc dążenia do podziału kraju, które ostatecznie doprowadziły do ogłoszenia niepodległości Sudanu Południowego w 2011 roku.
W jaki sposób podział państwa wpłynął na codzienne życie ludzi zamieszkujących te tereny?
Kiedy powstaje nowa granica państwowa, naturalnie dochodzi do podziału lokalnych społeczności i rodzin. Ludzie, którzy wcześniej swobodnie przemieszczali się między północą a południem, utrzymywali kontakty rodzinne i społeczne, z dnia na dzień znaleźli się po dwóch stronach granicy.
Od ogłoszenia niepodległości Sudanu Południowego swobodne przemieszczanie się w obrębie regionu stało się poważnie utrudnione. Dlatego część osób zdecydowała się wrócić do regionów swojego pochodzenia. Przykładowo, mieszkańcy południa, którzy przed 2011 rokiem żyli na terenie obecnego Sudanu, po ogłoszeniu niepodległości często wracali na obszary znajdujące się już w granicach Sudanu Południowego.
Warto też pamiętać, że przed 2011 rokiem gospodarka Sudanu w 95 proc. opierała się na wydobyciu ropy naftowej – po podziale kraju większość złóż znalazła się na terenach Sudanu Południowego.
Złoża tego surowca są niezwykle cenne, a wiele z nich znajduje się właśnie w pobliżu granicy. To sprawiło, że negocjacje dotyczące jej przebiegu były wyjątkowo trudne. Dlatego też konflikt zbrojny często koncentrował się właśnie na terenach przygranicznych, a do dziś przebieg granicy nie został w całości uznany przez oba państwa. Dla mieszkańców tych regionów oznacza to stałe poczucie niepewności i realne zagrożenie dla bezpieczeństwa.
Jak obecnie wygląda sytuacja humanitarna w Sudanie Południowym?
Potrzeby są tutaj ogromne. Przytoczę kilka danych, które dobrze pokazują, jak trudna jest sytuacja w Sudanie Południowym. W 2025 roku kraj ten miał drugie najniższe PKB na mieszkańca na świecie – wynosiło ono zaledwie około 300 dolarów rocznie [w Polsce ok. 28 tys. dolarów – red.].
Jednocześnie ponad połowa mieszkańców Sudanu Południowego nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej i doświadcza kryzysu żywnościowego. Mówimy więc o najbardziej podstawowych potrzebach, które dla ogromnej części społeczeństwa pozostają niezaspokojone. Państwo nie dysponuje środkami, by samodzielnie na nie odpowiedzieć, dlatego tak ważną rolę odgrywają organizacje humanitarne. Zapotrzebowanie na ich działania jest ogromne.
Co roku agendy ONZ publikują szacunki dotyczące potrzeb finansowych związanych z pomocą humanitarną w poszczególnych krajach oraz informacje o poziomie ich finansowania. W przypadku Sudanu Południowego luka finansowa jest bardzo duża. Obecnie zapewnione jest niewiele ponad 30 proc. środków potrzebnych do realizacji działań humanitarnych.
Jak sytuację zmieniła wojna domowa w Sudanie?
Od 2023 roku do Sudanu Południowego przybyło około miliona osób uciekających przed konfliktem zbrojnym. Znaczna część z nich zatrzymuje się na północy kraju, przede wszystkim w hrabstwie Renk, gdzie prowadzimy nasze działania. To właśnie tam znajduje się główne przejście graniczne, przez które większość uchodźców przedostaje się do Sudanu Południowego.
Wiele z tych osób pozostaje w tym regionie. Oznacza to, że zasoby i infrastruktura, które już wcześniej były niewystarczające, aby zaspokoić potrzeby lokalnej społeczności, zostały dodatkowo obciążone. To stosunkowo niewielkie hrabstwo. Jeszcze przed wybuchem wojny największe miasto liczyło zaledwie kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Teraz trzeba sobie wyobrazić, że do tego regionu napływa około miliona osób, które potrzebują schronienia, wody, żywności i podstawowej opieki.
Podczas regularnych spotkań organizacji humanitarnych na bieżąco koordynujemy nasze działania. Wspólnie oceniamy potrzeby, monitorujemy liczbę nowo przybyłych osób i staramy się odpowiednio planować pomoc. Niestety nieustannie widzimy, że skala potrzeb przewyższa nasze możliwości. W praktyce często nie jesteśmy w stanie zapewnić nawet najbardziej podstawowej pomocy, takiej jak dostęp do bezpiecznej wody pitnej, który pozostaje jednym z największych problemów w hrabstwie Renk.
W jaki sposób mieszkańcy Sudanu Południowego zareagowali na pojawienie się tak dużej liczby uchodźczyń i uchodźców z Sudanu? Czy osoby uciekające przed wojną mogą liczyć na wsparcie przyjmujących ich społeczności?
To bardzo ciekawa kwestia, ponieważ większość osób, które obecnie przyjeżdżają do Sudanu Południowego, to tzw. returnees, czyli Sudańczycy Południowi, którzy przez lata mieszkali w Sudanie, a po wybuchu wojny wracają do swojego kraju. Oczywiście wśród nowo przybyłych są również uchodźcy z Sudanu, jednak znaczną część stanowią właśnie osoby powracające.
Przy tak ograniczonych zasobach i jednocześnie tak dużej liczbie osób, które szukają tu schronienia przed wojną, ryzyko wystąpienia napięć społecznych jest bardzo wysokie. Dlatego dla organizacji humanitarnych niezwykle ważne jest, aby planując pomoc, uwzględniać nie tylko uchodźców i osoby nowo przybyłe, ale również społeczności przyjmujące. Bardzo często mieszkańcy tych regionów sami żyją w skrajnym ubóstwie i nie dysponują większymi zasobami niż osoby, które uciekły przed wojną i przybyły praktycznie z niczym.
Z tego względu nasze działania kierujemy do całych społeczności. Pomoc obejmuje zarówno uchodźców, osoby powracające do Sudanu Południowego po latach życia w Sudanie, jak i lokalnych mieszkańców oraz osoby wewnętrznie przemieszczone z innych części kraju. To jedno z najważniejszych narzędzi ograniczania ryzyka konfliktów i napięć między poszczególnymi grupami.
Oczywiście całkowite wyeliminowanie tego ryzyka nie jest możliwe.
W sytuacji, gdy ludziom brakuje podstawowych środków do życia – wody, żywności czy schronienia – napięcia są naturalnym zjawiskiem.
Dlatego tak istotne jest, aby pomoc humanitarna była planowana w sposób możliwie sprawiedliwy i obejmowała wszystkie grupy dotknięte kryzysem.
Jakie inne działania podejmuje na miejscu Polska Akcja Humanitarna, by wspomóc lokalne społeczności?
Na terenie dzisiejszego Sudanu Południowego działamy już od 20 lat. Jako organizacja specjalizująca się w zapewnianiu dostępu do wody oraz poprawie warunków sanitarnych i higienicznych, koncentrujemy się przede wszystkim na tych obszarach.
Niektórzy kojarzą nas przede wszystkim z wierceniem studni głębinowych. Niestety w hrabstwie Renk nie jest to możliwe, ponieważ poziom wód gruntowych jest bardzo niski, a ich zasoby są ograniczone. Dlatego najskuteczniejszym sposobem zapewnienia mieszkańcom bezpiecznej wody pitnej jest albo gromadzenie wody deszczowej albo budowa systemów uzdatniających wodę z Nilu i doprowadzających ją do okolicznych społeczności.
Właśnie tym zajmujemy się w ramach obecnie realizowanego projektu, który finansowany jest przez Unię Europejską. Prowadzimy go wspólnie z organizacją GOAL i niedawno dołączyła do nas kolejna – World Vision, a jego celem jest zapewnienie mieszkańcom dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej oraz wsparcia żywieniowego. GOAL odpowiada za świadczenie usług medycznych w lokalnych punktach zdrowia. Są to bardzo skromne placówki – czasem mieszczą się w niewielkich, jedno- lub dwuizbowych murowanych budynkach, a czasem w prowizorycznych konstrukcjach z lokalnych materiałów. Nasz partner realizuje również program leczenia niedożywienia dzieci poniżej piątego roku życia oraz wsparcia żywieniowego dla kobiet w ciąży i matek karmiących.
Naszą rolą jest zapewnienie tym placówkom dostępu do wody niezbędnej do ich codziennego funkcjonowania. Budujemy również latryny dla pacjentów oraz spalarnie odpadów medycznych. To bardzo ważne, ponieważ ryzyko wybuchu epidemii jest w tym regionie wysokie, a właściwa utylizacja odpadów medycznych znacząco ogranicza zagrożenie rozprzestrzeniania się chorób.
A co z działaniami profilaktycznymi?
Oprócz budowy infrastruktury wodnej i sanitarnej prowadzimy także działania edukacyjne. Szkolimy lokalnych promotorów higieny, którzy następnie przez kilka dni w tygodniu pracują w swoich społecznościach, przekazując podstawową wiedzę dotyczącą zdrowia i higieny. Uczą między innymi prawidłowego mycia rąk, bezpiecznego korzystania z latryn, ochrony źródeł wody przed zanieczyszczeniem czy podstawowej higieny jamy ustnej.
To może wydawać się bardzo podstawową wiedzą, ale w rzeczywistości ma ogromne znaczenie. Oczywiście sama edukacja nie rozwiąże wszystkich problemów – do skutecznej profilaktyki malarii potrzebne są moskitiery, a utrzymanie higieny wymaga przede wszystkim dostępu do wody, której w tym regionie bardzo brakuje. Jednak nawet niewielkie zmiany w codziennych nawykach mogą znacząco ograniczyć liczbę zachorowań.
Dobrym przykładem jest kwestia korzystania z latryn. Obecnie około połowa mieszkańców Sudanu Południowego praktykuje otwartą defekację, podczas gdy średnia światowa wynosi około 11 proc. W hrabstwie Renk odsetek ten sięga nawet 60 proc. W porze deszczowej nieczystości są spłukiwane do rzek i innych źródeł wody, co prowadzi do ich zanieczyszczenia.
Konsekwencją są częste zachorowania na cholerę, dur brzuszny czy ostrą wodnistą biegunkę. Ta ostatnia jest szczególnie niebezpieczna dla dzieci, ponieważ prowadzi do odwodnienia i pogłębia niedożywienie. Nawet jeśli dziecko otrzymuje specjalistyczną żywność terapeutyczną, spożywanie zanieczyszczonej wody może sprawić, że leczenie okaże się nieskuteczne.
To właśnie dlatego nasze działania łączą inwestycje w infrastrukturę z edukacją zdrowotną. Wiemy, że tylko takie kompleksowe podejście może przynieść trwałe efekty, choć praca w tym regionie pozostaje ogromnym wyzwaniem ze względu na bardzo ograniczone zasoby i stale rosnące potrzeby mieszkańców.
W jaki sposób globalne ocieplenie wpływa na sytuację mieszkańców Sudanu Południowego?
Zmiany klimatu w ogromnym stopniu pogłębiają istniejące kryzysy humanitarne. Ich skutki są szczególnie odczuwalne w Sudanie Południowym: według indeksu INFORM Risk Index [globalny wskaźnik oceny ryzyka kryzysów humanitarnych i katastrof, używany przez ONZ, organizacje pomocowe i rządy – red.] kraj ten od wielu lat znajduje się w czołówce państw najbardziej dotkniętych skutkami kryzysu klimatycznego.
Niedawne temperatury przekraczające 40 stopni były w Polsce przełomowym wydarzeniem. Tymczasem w hrabstwie Renk, a właściwie w większości Sudanu Południowego, takie temperatury przez wiele miesięcy w roku są codziennością.
Poza porą deszczową w ciągu dnia temperatura regularnie przekracza 40 stopni. W nocy również nie ma dużej ulgi – temperatury często oscylują w granicach 30 stopni. Kiedy przyjechałam tutaj w kwietniu, przez pierwsze tygodnie najniższa temperatura w nocy, jaką odnotowałam, wynosiła 28 stopni Celsjusza.
W efekcie gleba jest coraz bardziej wysuszona i mniej urodzajna, plony są niszczone, pora deszczowa staje się coraz krótsza, a opady deszczu mniej regularne. Obecnie pora deszczowa trwa w Sudanie Południowym około trzech miesięcy. W tym roku od maja do czerwca padało zaledwie kilka razy, a do początku lipca, kiedy rozmawiamy, deszcz nadal praktycznie się nie pojawił. Tymczasem właśnie lipiec, sierpień i wrzesień powinny być okresem najbardziej intensywnych opadów.
Jak te drastyczne warunki wpływają na ludzi?
Kiedy deszcze w końcu nadchodzą, często są bardzo gwałtowne. Przesuszona ziemia nie jest w stanie szybko wchłonąć tak dużej ilości wody, dlatego dochodzi do podtopień, które również niszczą uprawy. Są regiony Sudanu Południowego, które od 2019 roku regularnie, każdego roku zmagają się z powodziami. Dotyczy to przede wszystkim stanów Jonglei i Unity. Szacuje się, że każdego roku w wyniku tych powodzi cierpi tam około miliona osób – tracą swoje domy, źródła utrzymania i uprawy.
Co zrozumiałe, osoby zamieszkujące tereny podatne na zalewanie poszukują bezpieczniejszych miejsc do życia. Jednak przy jednocześnie kurczących się terenach nadających się do uprawy czy zapewniających możliwość utrzymania, rośnie konkurencja o dostęp do zasobów i przestrzeni.
Kryzys klimatyczny wpływa również na zmiany społeczne. Osoby, które tradycyjnie utrzymywały się z rolnictwa, coraz częściej muszą szukać innych źródeł dochodu, ponieważ ich dotychczasowy sposób życia staje się coraz trudniejszy do utrzymania.
Widać to również lokalnie, w hrabstwie Renk. Jeżeli spojrzymy na tamtejszy rynek, większość dostępnych produktów jest importowana z Sudanu. Z lokalnej produkcji przede wszystkim uprawia się sorgo, słodkie ziemniaki oraz cebulę. Jest to więc bardzo ograniczona produkcja, która w niewielkim stopniu odpowiada na potrzeby mieszkańców regionu.
To pokazuje, jak silnie powiązane ze sobą są kwestie klimatyczne, bezpieczeństwa żywnościowego i kryzysów humanitarnych.
Dlaczego to tak istotne, aby społeczeństwo obywatelskie zainteresowało się sytuacją w Sudanie i Sudanie Południowym?
Żyjemy w świecie globalnym, w którym kryzysy zachodzące nawet na drugim końcu świata prędzej czy później wpływają również na nas. Jednocześnie sami mamy wpływ na to, co dzieje się w innych częściach świata.
Widać to szczególnie w kontekście kryzysu klimatycznego. Żadne z państw, które obecnie najbardziej odczuwa jego skutki, nie należy do krajów, które w największym stopniu przyczyniają się do jego powstawania.
Żyjąc w krajach rozwiniętych, których gospodarki opierają się w dużej mierze na produkcji i konsumpcji, w pewnym stopniu przyczyniamy się do zmian, których konsekwencje często ponoszą państwa takie jak Sudan Południowy.
Myślę, że sytuacja w Sudanie Południowym powinna skłaniać nas do refleksji i wzbudzać w nas poczucie solidarności. Jesteśmy systemem naczyń połączonych – skutki kryzysów, które dziś wydają się odległe, mogą z czasem dotknąć również nas. I być może kiedyś to my znajdziemy się w sytuacji, w której będziemy potrzebować wsparcia innych.
Z jednej strony skala potrzeb w Sudanie Południowym może wydawać się przytłaczająca. Z drugiej strony nie zawsze potrzeba ogromnych środków, żeby realnie zmienić życie konkretnych osób i całych społeczności. Przykładem może być budowa studni głębinowej w stanie, w którym znajduje się stolica kraju. Nawet w stolicy wiele osób nadal nie ma dostępu do bieżącej wody. Koszt takiej studni to około 120 tysięcy złotych, a może ona służyć przez wiele lat i zapewnić dostęp do wody setkom osób, które wcześniej korzystały wyłącznie z rzeki Nil – często pokonując pieszo godzinę drogi w jedną stronę, żeby do niej dotrzeć.
Dlatego, choć skala problemów może wydawać się ogromna, warto pamiętać, że pojedyncze działania naprawdę mają znaczenie. Każde wsparcie, nawet niewielkie, jeśli zostanie połączone z pomocą wielu osób, może przełożyć się na realną zmianę życia całych społeczności.
Absolwent hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim i semitystyki na Freie Universität Berlin. Socjalista i dumny częstochowianin. Badacz dialektu Druzów z miasta al-Suwejda na południu Syrii. Publicysta, pisał dla magazynu „Kontakt” i „Magazynu Muzułmańskiego Al-Islam”.
Absolwent hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim i semitystyki na Freie Universität Berlin. Socjalista i dumny częstochowianin. Badacz dialektu Druzów z miasta al-Suwejda na południu Syrii. Publicysta, pisał dla magazynu „Kontakt” i „Magazynu Muzułmańskiego Al-Islam”.
Komentarze