Komisja Europejska chce, by loty z zewnątrz do wspólnoty były objęte podobnymi opłatami za emisje CO2, co loty wewnątrz Europy. Kryteria ustalono jednak tak, by nie drażnić Donalda Trumpa.
Jeśli obecne trendy zostaną utrzymane, globalne zapotrzebowanie na paliwa kopalne w wielu sektorach będzie coraz mniejsze. Dotyczy to nie tylko energetyki, lecz także transportu drogowego czy ogrzewania.
Niektóre sektory są jednak bardzo trudne do zmiany. Wśród nich znajduje się lotnictwo, w którym emisje gazów cieplarnianych rosną najszybciej — podczas gdy niemal w każdym innym sektorze spadają. Jednocześnie – według Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego (ICAO) – zapotrzebowanie na loty wzrośnie do połowy wieku nawet trzykrotnie.
Udział lotnictwa w ogólnych emisjach UE może więc drastycznie wzrosnąć. Komisja Europejska przewiduje wzrost z obecnych 4 proc. do nawet 90 proc. w 2050 r. (bo inne sektory wyeliminują lub ograniczą emisje, a lotnictwo nie).
Żeby uniknąć tego scenariusza, potrzeba działań.
KE zaproponowała zmiany w systemie handlu emisjami, czyli EU ETS. Jak już pisaliśmy, większość z nich koncentruje się na przemyśle i jest po myśli rządu Polski. Ale systemem ETS, o czym mówi się znacznie mniej, objęte jest także lotnictwo – i to już od 2012 r.
Przez większość tego okresu linie lotnicze korzystały z darmowych uprawnień do emisji. Sytuacja jednak zmienia się bardzo szybko — w 2024 r. wycofano 25 proc. darmowych uprawnień. W 2025 r. kolejne 50 proc., a z upływem 2026 r. znikną już wszystkie.
Zwiększenie kosztów rodzi jednak nowe wyzwania. Obecnie system opłat obowiązuje jedynie loty wewnątrz UE (oraz do Szwajcarii i Wielkiej Brytanii), co faworyzuje przewoźników długodystansowych. Jednocześnie to właśnie takie podróże odpowiadają za zdecydowanie największe emisje.
Jak wynika z czerwcowej analizy organizacji Transport & Environment, pierwsza trasa objęta systemem ETS zajmuje pod względem rocznych emisji… 131 miejsce.
Dlatego Komisja Europejska proponuje zaktualizowanie zasad. Chce, by opłatami objęto wszystkie loty do i z państw wspólnoty w promieniu 5 tys. km od największego lotniska w centrum UE. Proponuje również, aby wreszcie objąć opłatami również prywatne odrzutowce.
Nowe przepisy miałyby wejść w życie od 2029 r.
„Lotnictwo to jedyny duży sektor, w którym emisje rosną, a nie maleją. Jednocześnie UE stoi w obliczu problemu równych warunków konkurencji: obecnie ETS obejmuje tylko Europejski Obszar Gospodarczy, a wiele krajów, szczególnie w Zatoce Perskiej, dotuje swoje linie lotnicze” – tłumaczył dziennikarzom Hopke Woekstra, komisarz ds. klimatu i transformacji energetycznej, co przytacza „Euronews”.
We wstępnym projekcie dyrektywy, który będzie negocjowany z Parlamentem Europejskim i państwami członkowskimi, pojawiły się też inne wyjaśnienia. KE stwierdza w nim, że przyjęty zakres obejmuje około połowę maksymalnej odległości lotów z centrum Europy. Według przedstawionych przez nią analiz to właśnie takie trasy najłatwiej unikają opłat za emisje.
Niektóre media, jak chociażby brytyjskie dzienniki „The Guardian” i „Financial Times”, piszą jednak wprost, że te zapisy mają pomóc uniknąć konfrontacji z Donaldem Trumpem. W praktyce oznacza to, że od 2029 r. opłaty za emisje będą nałożone na europejskie loty z i do Dubaju, Marakeszu czy Stambułu, ale już nie Nowego Jorku.
Jak to wszystko przełoży się na ceny biletów?
Obecnie rodzina z Polski, lecąc na wakacje do Grecji, płaci kilka euro opłat za emisje CO2 za bilet. Biznesmeni latający do Stanów, Chin czy Japonii nie płacą nic. Nowe przepisy mają więc wprowadzić większą sprawiedliwość. Propozycja KE nie zapewni jednak w pełni równego traktowania, bo obawa przed odpowiedzią Trumpa przeważyła. Co by się stało, gdyby było inaczej?
Zajmująca się wyceną emisji CO2 organizacja Carbon Market Watch zleciła wykonanie badania w tej sprawie firmie konsultingowej CE Delft. Najważniejszy wniosek? Rozszerzenie systemu ETS na wszystkie loty „miałoby bardzo niewielki wpływ na ceny biletów i popyt ze strony pasażerów”.
Na przykład cena lotu w klasie ekonomicznej w obie strony z Frankfurtu do Singapuru wzrosłaby zaledwie o 0,9 proc., a popyt zmalałby o 0,95 proc.
Warto mieć jednak na uwadze, że to wynik modelowania komputerowego – rzeczywisty wpływ opłat na ceny i decyzje pasażerów będą zależeć od tego, w jakim stopniu przewoźnicy przerzucą koszty emisji CO2 na pasażerów. W badaniu przyjęto, że 85 proc. tych kosztów „wchłoną” sami.
Ale Carbon Market Watch podnosi też drugi argument – koszt emisji CO2 stanowi jedynie niewielki element całkowitej ceny biletu. O wiele większy wpływ mają rosnące koszty paliwa lotniczego i zakłócenia w jego podaży.
Do podobnych wniosków doszła wspomniana organizacja Transport&Environment. Z jej analizy wynika, że w obecnym kształcie system ETS zwiększa średnią cenę biletu lotniczego o 7 euro. Kolejne 0,7 euro dokładają wymogi wprowadzania coraz większej ilości zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Tymczasem wyższe ceny paliwa przełożyły się na wzrost cen biletów lotniczych wewnątrz UE aż o 29 euro, a poza jej granice – na 88 euro.
„Ceny biletów rosną z powodu uzależnienia Europy od paliw kopalnych, a nie z powodu środków mających na celu odciągnięcie sektora od tych paliw” – przekonuje T&E.
Gdyby opłaty za emisje zostały nałożone na wszystkie loty poza UE, cena za długodystansowy lot wzrosłaby według T&E średnio o 45 euro. To jednak wciąż o połowę mniej niż wzrost spowodowany wojną w Iranie i podwyżką cen paliw.
Jak podkreślają organizacje, opłaty te ponosiliby jednak przede wszystkim bogatsi ludzie, których stać na dalekie loty. Jest to więc znacznie bardziej sprawiedliwe niż obecna sytuacja. Co więcej, celem opłat nie jest wyłącznie obciążanie firm z „brudnych” sektorów kosztami ich destrukcyjnego wpływu na klimat. Chodzi też o to, by w ten sposób pozyskiwać pieniądze na transformację.
Na wyższych cenach paliw zarabiają jedynie koncerny paliwowe. Wpływy z ETS zasilają zaś budżety państw i mogą, a wręcz powinny być kierowane na działania na rzecz klimatu. A chodzi o naprawdę duże pieniądze.
Według badania Carbon Market Watch rozszerzenie opłat za emisje CO2 na wszystkie loty z Europejskiego Obszaru Gospodarczego przyniosłoby już w 2030 r. dodatkowe 9 mld euro rocznie. Rozszerzenie systemu również na loty przylatujące podwoiłoby te przychody nawet do 19 mld euro.
Z kolei z analizy T&E wynika, że w 2025 r. zaledwie 32 proc. emisji z lotów z państw UE podlegało ETS. Reszta – z powodu istniejących luk w przepisach – była z tego zwolniona. W efekcie linie lotnicze zapłaciły 4,1 mld zamiast 12,7 mld euro, a efektywna cena za tonę emisji CO2 wyniosła zaledwie 23 euro zamiast potencjalnych 73 (tyle średnio w roku płaciły inne sektory objęte ETS).
Przy objęciu ETS wszystkich lotów z i do UE, całkowite dochody z opłat mogłyby przekroczyć 17 mld euro rocznie w 2030 r. A drugim największym beneficjentem byłaby Polska.
Warto mieć przy tym na uwadze, że Carbon Market Watch i T&E to organizacje proklimatyczne i wspierające rozwój ETS. Możliwe więc, że koszty wdrożenia takich rozwiązań lub ich skutki uboczne są przez nie niedoszacowane, a korzyści – przeszacowane.
Mimo to również KE zdaje sobie sprawę, jak ważne są pieniądze. Dlatego Komisja nie ogranicza się tylko do „kija”, lecz stawia też na „marchewki”.
Obecnie na wsparcie transformacji lotnictwa, głównie poprzez szukanie i rozwój alternatyw dla paliwa lotniczego (SAF, wodór, samoloty elektryczne), zapisano 1,5 mld euro. W latach 2029-2040 kwota ta miałaby wzrosnąć do 15 mld (w formie darmowych uprawnień). Ma to pomóc w osiągnięciu celu nadrzędnego, czyli uzyskania 70 proc. udziału alternatywnych paliw lotniczych do 2050 r.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze