Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Wyborcza.pl *** Local Caption *** .Fot. Agnieszka Sadow...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Szymon Bujalski: Czy powinniśmy „zjeść bogatych”, jak metaforycznie głosi hasło części aktywistów?

Prof. Ewa Bińczyk: Po jednym z moich wywiadów radiowych dostałam w prezencie książkę od jej autora, Michała Wojciechowicza, z adnotacją, że „pokrywa się z moją opowieścią”. To było science-fiction, ale tytuł brzmiał niepokojąco: „Zabić bogatych”. Mamy serial „Bunkier milionerów” czy filmy jak „Mountainhead”, wątki krytyki superbogactwa pojawiają się więc w pop kulturze.

To wyłazi na wierzch – żyjemy w epoce „nierównościocenu”.

Drugą i brzydką stroną tego medalu jest jednak „pauperocyd” – milcząca zgoda uprzywilejowanych na śmierć i cierpienie ludzi w krajach ubogich na skutek destabilizacji klimatu i degradacji środowiska. W opracowaniach naukowych pojawia się teza, że od 2022 roku stabilizuje się cyniczna zgoda decydentów i „biznesu jak zwykle” na klimatyczne „przestrzelenie”.

Co to za „przestrzelenie”?

Z dokumentów wynika, że na ostatnim szczycie klimatycznym w Sharm El Sheikh de facto ludzkość odpuściła sobie cel 1,5°C. Stało się brutalnie jasne, że mamy zagwarantowane „przestrzelenie” – przekroczymy tę granicę na bank. Wśród klimatologów panuje konsensus, że z powodu braku postępów w zakresie ograniczania emisji w najbliższych dekadach czeka nas ocieplenie o przynajmniej 2,7°C. Ideę 1,5°C nazwano więc „hopium”.

Nadzieja i opium

To połączenie słów hope [nadzieja] i opium. 1,5°C to retoryka paryskiego porozumienia klimatycznego [zawartego przez państwa ONZ w 2015 roku], polegająca na zwiększeniu ambicji co do ograniczeń wzrostów temperatury, przy jednoczesnym odpuszczeniu twardych rozliczeń redukcji emisji czy jakichkolwiek sankcji za „jazdę na gapę”. Stanęło na dobrowolności. Efekty?

Sektor paliw kopalnych kwitnie.

Aktywa inwestujących w to podmiotów i ich kredyty są zabezpieczane przez państwa. Zaczęła się gigantyczna „odklejka”: ściema ambitnych celów klimatycznych plus bonanza zysków w sektorze paliw kopalnych.

W jakim sensie?

IPCC [Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu], gremium naukowców zajmujących się klimatem, w swym ostatnim raporcie przedstawia 900 scenariuszy przyszłości.

Tylko 10 proc. z nich zakłada, że unikniemy wzrostu temperatury o więcej niż 2°C!

Godzimy się już na przestrzelenie. Okrasza się to dziecinną gadką, że najpierw zdrowo nabroimy, ale za to za 30 czy 40 lat to tak mocno „się weźmiemy”, tak masowo zainwestujemy, że wyciągniemy gazy cieplarniane z atmosfery przy użyciu nieistniejących jeszcze technologii. Zgadzam się więc z tezą, że w tym momencie już chyba tylko kategorie psychoanalityczne mogą nam pomóc w analizie tego, co się dzieje.

Emisje muszą spadać. A rosną

Skąd te informacje o zgodzie na tak duże „przestrzelenie”?

W 2024 i 2025 roku wyszły dwie książki Andreasa Malma i Wima Cartona. Pierwsza z nich to „Overshoot: How the World Surrendered to Climate Breakdown” [“Przestrzelenie: jak świat poddał się załamaniu klimatu” – przyp. red.], druga to „The Long Heat: Climate Politics When It’s Too Late” [„Przedłużający się upał: o polityce klimatycznej, kiedy jest już za późno”].

Przeczytaj także:

Pierwsza ma ponad 200 stron treści, ale aż 120 stron przypisów. Są dobrze udokumentowane, m.in. piorunującymi danymi księgowymi sektora paliw kopalnych. Autorzy ci twierdzą, że jeszcze przed inwazją Putina na Ukrainę była iskierka nadziei dla skutecznej polityki klimatycznej. W 2021 roku Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) podkreślała, że nie powinno się wydawać już żadnych nowych zgód na wydobycie paliw kopalnych. Pisały o tym „Forbes” i „Wall Street Journal”.

Mainstream uświadomił sobie, że to koniec „biznesu jak zwykle” kapitalizmu paliw kopalnych.

Problem w tym, że w poszukiwanie paliw i rozbudowę infrastruktury wydobycia, przetwórstwa i transportu paliw włożono monstrualne pieniądze. W 2022 roku w budowie mieliśmy tyle nowych gazociągów, że mogłyby okrążyć Ziemię wokół równika 24 razy, a rurociągi – 8 razy. Do tego 300 terminali LNG. East Africa Crude Oil Pipeline ma biec przez 230 rzek i 400 wiosek.

Szacuje się, że aby zrealizować cel 1,5°C, powinniśmy zmniejszać globalnie emisje gazów cieplarnianych o 7 proc. rocznie. Zwiększamy je jednak o 2 proc. rocznie. To po prostu brutalne, twarde dane. Gdzie decyzje polityczne, które biorą to pod uwagę?

Ratowanie planety się nie opłaca?

Na papierze, który wszystko przyjmie.

No właśnie. Tymczasem opracowania ekspertów pokazują, że dekarbonizacja nie wymaga żadnych cudów technologicznych, wszystko już mamy. Problem w tym, że obecnemu biznesowi to się nie opłaca. Dlatego musimy wyginąć.

W 2021 roku przez chwilę wydawało się, że stawka w grze, czyli ryzyko destabilizacji planety – jedynego domu, który mamy, bez którego nie będzie ani zysków, ani wzrostu PKB – dotarła wreszcie do świadomości decydentów. Pojawiały się nawet głosy, że czas na wyjęcie całego sektora paliw kopalnych spod logiki kapitalizmu i jego nacjonalizowanie. Różne analizy wykazały jednak, że istniałoby ryzyko wywołania kryzysu podobnego do tego z 2008 roku.

Teraz plan wygląda tak: odpuszczamy i niektórzy zarabiają jak szaleni, a za cztery dekady masowo inwestujemy w wychwytywanie dwutlenku węgla, bioenergię i geoinżynierię. W prestiżowym czasopiśmie „Nature. Climate Change” badacze rozważają już nawet, przez ile lat mamy mieć podgrzaną atmosferę: 37, a może 47? Jednak z punktu widzenia życia na Ziemi ocieplenie o 1,5 czy 2°C to jest naprawdę ogromna różnica.

Proszę więc to wyjaśnić.

Po roku 2021 naukowcy zaczęli bardzo precyzyjnie to analizować. I tak na przykład ocieplenie o 1,5°C oznacza, że przetrwa ok. 10-30 proc. raf koralowych. Przy 2°C nie zostanie prawie nic. Grenlandia przy 1,5°C nie będzie raczej roztapiała latem, ale przy 2°C jest to już bardzo prawdopodobne.

Podobnie jest z roztapianiem wiecznej zmarzliny i uwalnianiem ogromnych emisji metanu, który w niej zalega. Przy 2°C nieuniknione będzie też roztopienie części Antarktydy. Są to tzw. punkty krytyczne, po których przekroczeniu różne procesy będą się napędzać same – już bez względu na to, co zrobi człowiek. I konsekwencje będą nieodwracalne.

2 stopnie: wyrok śmierci

Jak przełoży się to na życie ludzi?

Państwa wyspiarskie bardzo mocno walczyły, by w Porozumieniu paryskim zawarto cel 1,5°C. Wyspy Marshalla, Kiribati, Malediwy, Dominikana, Jamajka i inne państwa zebrały ponad sto różnych krajów, które tłumaczyły we wspólnocie ONZ, że 2°C to dla nich wyrok śmierci. One zostaną po prostu zalane. I m.in. dlatego wspomniałam wcześniej o „pauperocydzie”, czyli cynicznym zlekceważeniu perspektywy tych państw i przyzwoleniu na ich unicestwienie.

Bo dlaczego kogoś w Europie, Stanach czy Chinach ma obchodzić, co stanie się z mieszkańcami Wyspy Marshalla?

I właśnie dlatego niestety zgadzam się z opinią rosnącej liczby ekspertów, że urządzamy się już w barbaryzmie. Zaczynamy wybierać, kogo trzeba będzie poświęcić.

Porozumienie z Paryża nie zawiera żadnych sankcji, żadnych rozliczeń, żadnych kar.

Polega na tym, że kraje deklarują dobrowolne, co zamierzają zrobić. Te puste deklaracje, które z roku na rok się nie spełniają, wiodą nas do ocieplenia o 2,7°C w najbliższych dekadach. Oznacza to np., że w całym pasie równikowym, gdzie mieszka 40 proc. ludzkości, przez dużą część lata z uwagi na upały nie będzie można przetrwać na zewnątrz bez klimatyzacji. Realne problemy z przetrwaniem będą miały miliony ludzi żyjących w slumsach.

Urządzanie się w barbaryzmie dotyczy także Polski. Obecnie wypłacane są duże odszkodowania np. za straty w powodziach błyskawicznych lub na skutek suszy u rolników. W pewnym momencie dyskusja przesunie się jednak w kierunku pytania, komu tych odszkodowań już nie wypłacimy, bo nie będzie na to pieniędzy. Albo komu wyłączymy prąd, gdy nie będzie czym schładzać elektrowni latem.

Susza we Francji

W zachodniej Francji, w rejonie Sainte-Soline, w latach 2021-2023 panowała duża susza. Podjęto więc decyzję o budowie gigantycznych zbiorników retencyjnych na wodę, którą zebrano zimą – ale później woda ta trafiła już tylko do najbogatszych właścicieli największych gospodarstw.

Przeciwko tej grabieży wody w 2023 roku protestowało 30 tys. ludzi, 200 osób zostało rannych. Policja użyła dronów i granatów hukowych, a władza wprowadziła zakaz protestowania w tamtejszym regionie. Mówimy o Francji, nie bardzo odległym kraju, nie o odległej perspektywie. Tak może wyglądać przyszła polityka również w Polsce.

Na przykład w Toruniu trwa właśnie spór o plany deweloperskie na Winnicy. To część miasta wartościowa ekologicznie, w której ma powstać drapacz chmur z zabudową. Władze miasta w komunikacji dzielą już więc Winnicę na zachodnią i wschodnią – one chcą zabudować „tylko” część wschodnią, a zachodnia przecież zostanie zielona! W literaturze okołoklimatycznej mówi się o „adaptacji w trybie macho”. Sama nazywam to „kibolską adaptacją”, z całym szacunkiem dla piękna rywalizacji sportowych.

Kibolska adaptacja

Kibolską?

W tym sensie, że władza często realizuje coś na pokaz – na przykład z pieniędzy podatniczek i podatników buduje wielkie stadiony, zamiast żłobków czy szpitali. W adaptacji do zmiany klimatu oznaczać to będzie ochronę tylko najsilniejszych. Bangladesz buduje wały przeciwpowodziowe tylko dla dzielnic biznesu i elit. Zwykli obywatele, którzy są regularnie zalewani, nocami robią dziury w tych wałach, niszczą je.

Już dziś widać sporo takich ognisk małych walk, w których słabsi są w toku „kibolskiej adaptacji” rozdeptywani.

W Polsce budujemy wielkie lotnisko w Radomiu, zamiast przywracać połączenia PKS, o co walczy Ostatnie Pokolenie.

To nic, że jedna czwarta gmin nie ma dostępu do transportu publicznego, że wykluczone są głównie kobiety i dzieci. Ważne, by pokazać „kibolską siłę” lotniska dla elit (samolotami lata tylko 10 proc. najbogatszych ludzi na świecie).

Jeżeli rzeczywistość wygląda tak już dziś, to co przyniesie przyszłość?

Polityka i edukacja proklimatyczna przez wiele lat była źle adresowana. My nie musimy już przekonywać klasy ludzi wykształconych i profesjonalistów, którzy stanowią kilkanaście proc. społeczeństwa.

Problem w tym, że brakuje masowego poparcia ze strony tych, których nie stać na prąd i naprawdę zmagają się z codziennymi trudnościami.

„Zielony Ład” musi przynosić zwykłym obywatelom widoczne korzyści – i to w krótkiej perspektywie czasowej.

„Tańszy lub darmowy prąd dla zwykłych ludzi, plus wysokie podatki za emisje luksusowe najbogatszych” – ekonomiści polityczni i ekologiczni pokładają resztki nadziei właśnie w takim sprawiedliwym podejściu. Jeśli to się nie uda, alternatywą jest adaptacja po trupach najsłabszych.

Piekło klimatyczne

Ta cała rozmowa przywołuje w mojej głowie temat, którym jeszcze się nie zająłem: „Ile milionów ludzi trzeba będzie zabić, by utrzymać nasz świat w iluzji”?

Jedna z analiz [od Institute for Economics and Peace – przyp. red.] wykazała, że w 2050 roku liczba uchodźców klimatycznych może sięgnąć 1,2 miliarda. Naukowcy wyliczają, że w 2100 roku aż 75 proc. ludzi będzie żyło w miejscach, gdzie przez co najmniej 20 dni w roku nie będzie można przetrwać na zewnątrz.

Wątpliwe, by to wszystko przebiegało w pokojowej atmosferze. Eksperci sięgają po niepokojące określenia: „piekło klimatyczne”, „skokowa strata gospodarcza” czy „globalna fala destabilizacji”. Nie odpowiem jednak na pytanie, ile osób będzie musiało umrzeć. Będzie się liczyć każda 0,1°C. Najsłabsi w krajach ubogich giną już teraz. I zapewne to oni będą często obwiniani jako pierwsi.

„Trzeba było się tak w tej Afryce nie rozmnażać” – usłyszymy, choć 1 proc. najbogatszych ludzi odpowiada za dwa razy większe emisje CO₂ niż biedniejsza połowa ludzkości.

Im trudniejsza będzie sytuacja na świecie, tym więcej protestów, migracji i przekonywania, że „nie stać nas na ochronę wszystkich”. Najnowsze badania dotyczące etapów kolapsu prognozują szoki dla rolnictwa, załamania gospodarcze i ich rozprzestrzenianie się po całym świecie. Do tego narracje obwiniające innych, czyli faszyzacja dyskursu publicznego i szukanie kozłów ofiarnych. Jeszcze dekadę temu w renomowanych czasopismach naukowych nie było tekstów pokazujących, że kolaps jest nieunikniony. Dziś takie artykuły pojawiają się coraz częściej – i to w takich czasopismach jak PNAS, Nature, Science.

Wiedzę mamy. I co z tego?

Obawiam się, że ważni decydenci dziś za problemy świata obwinią obcokrajowców, jutro aktywistów klimatycznych, a pojutrze „lewaków” i naukowców. Przesadzam?

Niestety nie. Co działo się po powodziach w Polsce? Obwiniono bobry i ekologów, którzy rzekomo mieli sprzeciwiać się budowie tamy. Stawką w dyskusji była właśnie „kibolska adaptacja” – wielkie betonowe inwestycje, zbiorniki i wały. Klimatolodzy od dawna przedstawiani są jako histerycy, ewentualnie hipokryci. Natomiast kampanie dezinformacyjne są sowicie sponsorowane przez sektor paliwowy.

I jak się temu przeciwstawiać?

Wiedzę naukową o zmianie klimatu już mamy – i zmienia to niewiele. Edukacja klimatyczna jest ważna, ale oprócz niej potrzeba kompetencji sięgania po władzę i wzmacniania sprawczości zwykłych obywateli. Co z tego, że ekolodzy mają rację, skoro po drugiej stronie jest morze lobbystów i ogromne zyski? Dlatego właśnie trzeba mówić o związku paliw kopalnych z fortunami i o tym, kto te fortuny dziedziczy.

Wszystko wskazuje na to, że efektywne przeciwstawienie się katastrofie klimatycznej, wymieraniu gatunków, degradacji gleb i oceanów wymaga długofalowego planowania sprawnych państw z misją, które nie biegałyby na pasku sektorów energetyki i paliw kopalnych.

Historia pokazuje, że to możliwe, regulacje skutecznie działały już wcześniej, inspirowały przemysł do rozwoju. Państwa były zdolne do wielkich inwestycji, jak elektryfikacja wsi, albo do wywłaszczeń po to, by tworzyć sieć kanalizacji w miastach i zwalczać epidemie lub budować mieszkania socjalne i wyrywać ludzi z nędzy.

Sprawiedliwa polityka klimatyczna

Jakoś trudno mi uwierzyć, że politycy staną na wysokości zadania.

Polityka klimatyczna musi być sprawiedliwa i potrzebuje poparcia masowego, nie może być tylko mrzonką elit. W Polsce jak dotąd realne skutki przyniósł tylko program „Mój prąd” i dofinansowania dla fotowoltaiki. Musimy przekierowywać subsydia.

Potrzeba do tego nie kartonowych państw, ale sprawnych i nasyconych podatkami. Nie takich, które cisną najuboższych i cały czas odpuszczają najbogatszym.

Niedawny raport organizacji Oxfam International wykazał, że 1 proc. najbogatszych posiada już ponad 90 proc. globalnego bogactwa. Jak podaje Ilona Otto i jej zespół badawczy, w USA w 2017 roku na cztery duże fundusze klimatyczne (takie jak Green Climate Fund) przeznaczono 2,78 miliarda dolarów. W tym samym czasie superbogacze odziedziczyli aż 189 miliardów dolarów! O takiej skali dysproporcji mówimy.

Superbogacze i superkonsumpcja

Superbogactwo systemowo psuje nasz świat na różne sposoby. Słabsi pozostają bez zabezpieczeń na trudne czasy, najbogatsi gromadzą fortuny bez wysiłku.

Superbogacze częściej niż inni inwestują w aktywa paliw kopalnych, najczęściej latają samolotami (często prywatnymi). Ich superkonsumpcja i decyzje inwestycyjne smażą planetę i prowadzą do dalszego rozwarstwienia społecznego.

Dlatego zgadzam się z głosami naukowców, którzy mówią: dość badań nad biedą, zacznijmy porządnie badać superbogactwo. Bo to ono definiuje nam świat.

Widzimy analizy pokazujące, jak gospodarka USA przestaje być rynkiem dla zwykłych ludzi. Nie liczy się przeciętny odbiorca, bo 1 proc. najbogatszych konsumuje tyle, co 60 milionów obywateli Stanów Zjednoczonych. Nasze gospodarki zaczynają być gospodarkami właśnie dla superbogaczy. To nie może przynieść niczego dobrego.

Jak temu zapobiegać?

Można opodatkować dziedziczenie fortun, które w większości krajów nie jest opodatkowane wcale. Można zwiększać podatki od dywidend, które według Oxfam, zamiast kilkunastu procent powinno wynosić ponad 70 proc. Albo wprowadzać limity bogactwa – nie chodzi przy tym o to, ile ktoś zarabia, lecz właśnie co posiada.

Chodzi o opodatkowywanie rentierów posiadających grunty, nieruchomości czy papiery wartościowe. Pojawiają się też postulaty opodatkowania luksusowej konsumpcji (np. superjachtów, odrzutowców, trzecich i kolejnych domów) i obowiązkowych rozwiązań niskoemisyjnych w domach o bardzo dużej powierzchni.

Nie zjadać. Opodatkować

No to zjeść tych bogatych czy nie?

Mogą nie być smaczni (uśmiech). Tak na poważnie nie chodzi jednak o to, by kogokolwiek obwiniać personalnie. Nie brakuje bogaczy, którzy sami proszą, aby ich opodatkować. W tak absurdalnych czasach żyjemy. Istnieją takie ruchy jak „Tax Me Now” czy „Patriotic Milionaires”. Miliarderzy, milionerzy i ich rodziny aktywnie działają w NGOs-ach na rzecz opodatkowania superbogactwa, pokazując, że jest ono szkodliwe.

Niektóre wielkie postaci biznesu jak Yvon Chouinard czy Charles Feeney uczciwie płacą podatki i nie zamierzają przekazywać superfortun dzieciom, i to dla ich własnego dobra. Nie jest więc tak, że wśród superbogaczy nie ma rozsądnych osób. Szkodliwy jest jednak system nierównościocenu, w którym funkcjonujemy.

Nie uważam więc, że warto zjadać bogatych. Wolałabym, żeby ich opodatkowano. Jak na przykład wtedy, gdy polityka redystrybucji po II wojnie światowej w części świata zachodniego przyniosła największe zmniejszenie nierówności w historii. To były osiągnięcia, z których możemy być dumni.

Prof. Ewa Bińczyk – filozofka, socjolożka wiedzy i badaczka nauk o klimacie z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

;
Na zdjęciu Szymon Bujalski
Szymon Bujalski

Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.

Komentarze