Prawa autorskie: Ilustracja Mateusz Mirys/OKO.pressIlustracja Mateusz M...
20 listopada 2022

Żegnać po ludzku. W Holandii 90. proc. pogrzebów to ceremonie świeckie. Kiedy tak będzie w Polsce?

Na szkoleniu ze skrzynek na owoce formowałyśmy niby-trumny, dekorowałyśmy je polnymi kwiatami i gałązkami drzew, tym, co było pod ręką. Odprawiałyśmy pożegnania, czasami naprawdę przy tym płacząc. Zastanawiam się, jak to wyglądało z punktu widzenia obsługi tego pensjonatu

  • W ceremoniach humanistycznych chodzi także o to, żeby odebrać instytucji moment pożegnania ze zmarłym i z powrotem wprowadzić to doświadczenie w krąg bliskich, rodziny, przyjaciół.
  • Wchodzimy w pole działania księdza. Oto kobiety w tej chwili przejmują ten obszar relacji międzyludzkich, jakim jest pożegnanie zmarłych, ponieważ w Kościele nie ma na nie miejsca, po prostu.
  • Pogrzeby są zmaskulinizowane. I myślę, że to wpływa na to, jak są zorganizowane i prowadzone. Jest to takie odtąd – dotąd: przemówić, poświęcić, zakopać i do widzenia. Natomiast w pogrzebach prowadzonych przez kobiety pojawia się nowa jakość i przestrzeń: na intymność, na wyrażenie emocji.

O ceremoniach humanistycznych i świeckich rytuałach pogrzebowych opowiada Ewa Pawlik, dziennikarka i celebrantka pogrzebowa, założycielka firmy „Pełnia".

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

„Wierny sługa"

Roman Pawłowski, OKO.press: Skąd pomysł, aby zostać świecką celebrantką pogrzebową?

Ewa Pawlik*: Pomysł narodził się organicznie. Doświadczyłam kilku strat w ubiegłym roku, m.in. zmarł partner mojej przyjaciółki. Z reguły, kiedy w moim otoczeniu ktoś umiera, to staję w pełnej gotowości do niesienia potrzebnej pomocy. Mam na myśli kwestie czysto praktyczne. Z moją przyjaciółką pojechałyśmy załatwiać stypę, byłyśmy nawet razem u księdza. Liczyłyśmy możliwą liczbę osób, które przyjdą na pogrzeb. Ustalałyśmy menu z restauratorem, omawiałyśmy kwestie praktyczne z firmą pogrzebową. Byłam jakby spiritus movens tego pogrzebu. W momencie, kiedy rodzina była zbyt poruszona lub zajęta, to ja byłam osobą, która w tle łączyła wątki, żeby wszystko się odbywało tak, jak miało się odbyć.

Pogrzeb był katolicki?

Tak, pojawił się na nim nawet zabawny element: ksiądz w kazaniu nazwał naszego zmarłego przyjaciela „wiernym sługą” i część zgromadzonych trochę to rozbawiło. To na pewno nie było adekwatne określenie dla tej osoby.

Po pogrzebie mieliśmy stypę, która moim zdaniem jest zawsze najpiękniejszym momentem w tradycyjnych pogrzebach. Chwila, kiedy zostają bliscy, atmosfera się trochę rozluźnia. Kiedy tej osoby, która odeszła, jest więcej w rozmowach, w atmosferze, we wszystkim. I wtedy jedna z naszych wspólnych przyjaciółek, wiedząc, że to już któryś raz pomagam w przygotowaniu pogrzebu spytała mnie, dlaczego nie robię tego zawodowo. To był moment olśnienia. W kreskówkach pojawia się wtedy świecąca żarówka.

Muszę przyznać, że zapaliłam się do tego pomysłu. Od pewnego czasu szukam dla siebie innej drogi zawodowej. Pracuję jeszcze jako dziennikarka, ale chciałabym się rozwinąć trochę w inną stronę i zadawałam sobie pytanie - w jaką? Odpowiedź znalazła się sama.

Instytut Dobrej Śmierci

W jaki sposób zdobywała Pani doświadczenie w dziedzinie ceremonii?

Zainteresowałam się działaniami Instytutu Dobrej Śmierci, kolektywu badawczo-edukacyjnego, założonego przez Anję Franczak. Zrzesza on ponad 80 osób z różnych środowisk zawodowych, ludzi, którzy starają się myśleć o śmierci w nowy sposób. Dyskutują o tym, kształcą siebie i innych, podejmują próby rozumienia różnych procesów towarzyszących śmierci, zarówno u tych, którzy pozostają, jak i tych, którzy odeszli. Instytut zorganizował kurs „Creating Personal Farewell”, prowadzony przez Anję Franczak i Jana Möllersa, założyciela domu pogrzebowego i centrum edukacji i kultury funeralnej „memento” w Berlinie. Anja zajmuje się prowadzeniem pogrzebów od paru lat, Jan robi to w Niemczech od ponad dwudziestu, dzięki czemu był świadkiem rozwoju branży funeralnej oraz rosnącej popularności osobistych, indywidualnych ceremonii pogrzebowych.

Szkolenie zakładało projektowanie i tworzenie ceremonii pogrzebowej w taki sposób, żeby miała ona określoną dynamikę i sens. To jest uczenie się, jak projektować pożegnanie, jak stworzyć taki rodzaj celebracji tego momentu, który wpłynie na to, jak będziemy przeżywać później żałobę. Po dobrze poprowadzonym pogrzebie, skoncentrowanym na osobie, która odeszła, jej energii, wrażliwości, naprawdę czujemy się inaczej. Zostajemy z czymś zupełnie innym niż w sytuacji, kiedy jesteśmy zmuszone do uczestnictwa w ceremonii, która nie ma dla nas adekwatnej formy. Kiedy jest dysonans między obrzędem a wartościami naszymi lub osoby zmarłej.

Mniej w tym poczucia beznadziei i rozpaczy, więcej wdzięczności i tęsknoty.

Kończę też kurs na temat współczesnych teorii żałoby i pracy z ludźmi, którzy jej doświadczają. Uczestniczę także w innych szkoleniach i warsztatach, organizowanych przez Instytut Dobrej Śmierci.

Czym różni się ceremonia humanistyczna od religijnej? Czy nie jest to po prostu próba zastąpienia jednego rytuału drugim, niezwiązanym z religią?

Mam nadzieję, że jednak jest to inny sposób wsparcia w żałobie. W nurcie ceremonii humanistycznych, do którego dołączyłam, bardzo ważne jest zadanie sobie pytania, kim była ta osoba, która zmarła. W jaki sposób była wyjątkowa. Ważnym pytaniem jest także, jaki to był rodzaj śmierci. Czy było to odejście nagłe, czy nie. W jakim punkcie życia znajdowała się osoba, która odeszła. Czy umarła naturalnie, czy wskutek wypadku. Kogo zostawiła. Bo od tego zależy, jak ceremonia będzie wyglądała. To odróżnia ceremonie humanistyczne od tradycyjnych już na początku ich planowania.

W ceremoniach humanistycznych chodzi także o to, żeby odebrać instytucji moment pożegnania ze zmarłym i z powrotem wprowadzić to doświadczenie w krąg bliskich, rodziny, przyjaciół. To wymaga zmiany myślenia o pogrzebach. Wyobrażenia sobie tego, co w ogóle jest istotne i możliwe.

Pogrzeb z muzyką Milesa Davisa

Oglądała Pani ceremonie w Amsterdamie, europejskiej stolicy pogrzebów humanistycznych. Jakie to doświadczenie? Czy bliscy orientowali się, że pojawił się ktoś obcy wśród żałobników?

Czasami tak, czasami nie. Jeśli ktoś mnie pytał, odpowiadałam, że jestem tu, bo chcę zmiany podejścia do pogrzebów w Polsce. Witano to z olbrzymią otwartością. W Holandii indywidualne celebracje humanistyczne zaczęły się pojawiać w latach 90. Wcześniej to była nisza, jak dzisiaj w Polsce. Natomiast obecnie, czyli 30 lat później, stanowią one ponad 90 proc. wszystkich prowadzonych w Holandii pogrzebów. I trzymam kciuki za to, żeby podobne liczby pojawiły się w Polsce.

Co zauważyła Pani charakterystycznego w holenderskich ceremoniach?

Zaskoczył mnie brak patosu. To, jak były skrojone na miarę rodziny i wszystkich obecnych na pogrzebie. Nie ma w nich schematu, jest większa prywatność, większa swoboda wypowiadania się o zmarłym.

Miałam wrażenie, jakbym brała udział w rodzinnych obchodach urodzin.

To były bardzo kameralne i intymne uroczystości. Jest oczywiście smutek i wszystko, co powinno być w pogrzebie, ale nie ma w tym patosu.

Wspominała Pani o ceremonii, podczas której nie było przemówień, tylko muzyka Milesa Davisa.

Tak, to był mój pierwszy pogrzeb humanistyczny. Pojechałam do Amsterdamu z kolegą, bo trochę niezręcznie bym się czuła w pojedynkę na pogrzebach nieznanych mi ludzi. Na pierwszym cmentarzu, na który się wybraliśmy, natrafiliśmy na trwający w sali pożegnań pogrzeb. Stanęliśmy w krzakach i podglądaliśmy wszystko z oddalenia, lekko zażenowani własnym zachowaniem. Ktoś zaprosił nas do środka. Czekaliśmy, aż coś się wydarzy, ale nie stało się nic. Żadnych przemówień. Słuchaliśmy po prostu płyty „Kind of Blue” Milesa Davisa, zresztą jednej z moich ulubionych.

Po kilku utworach goście wyszli z sali i ustawili się w kręgu. To było piękne. I potem wyniesiono trumnę. Najpierw ustawiono ją w środku tego kręgu, bez słów. Po paru minutach zadumy pracownicy cmentarza odprowadzili trumnę do miejsca pochówku. Ludzie uformowali kondukt.

Nikogo nie popędzam

Czy już poprowadziła Pani ceremonię pogrzebową w Polsce?

Nie, brałam udział w organizacji pogrzebów, ale nie byłam celebrantką. Natomiast prowadziliśmy ceremonie w trakcie szkolenia z projektowania ceremonii. Dostałyśmy od prowadzących kilka fikcyjnych biogramów i projektowałyśmy pogrzeby, biorąc pod uwagę życiorysy, okoliczności śmierci i to, kto zostaje. A potem, w ogrodzie tego pensjonatu, ze skrzynek na owoce formowałyśmy niby-trumny. Dekorowałyśmy je polnymi kwiatami i gałązkami drzew, tym, co było pod ręką i odprawiałyśmy pożegnania. Czasami naprawdę przy tym płakałyśmy, bo niektóre były szalenie poruszające. Zastanawiam się, jak to wyglądało z punktu widzenia obsługi tego obiektu.

Mam już pierwsze zlecenie.

Zamówienia dostałam także od mojej mamy i kilkorga przyjaciół, ale nie mam zamiaru nikogo popędzać. Terminy pozostają otwarte.

Pogrzeby prowadzone przez kobiety: skrojone na miarę

W kursach i szkoleniach organizowanych przez Instytut Dobrej Śmierci uczestniczą niemal wyłącznie kobiety. Do tej pory kobiety nie kojarzyły się z pogrzebami, to była zawsze domena mężczyzn. Skąd ta zmiana?

Rzeczywiście, nigdy nie widziałam żeńskiej drużyny grabarskiej, ani tym bardziej księdza-kobiety. Pogrzeby są bardzo zmaskulinizowane. I myślę, że to wpływa na to, jak są zorganizowane i prowadzone. Jest to takie odtąd – dotąd: przemówić, poświęcić, zakopać i do widzenia. Natomiast w pogrzebach prowadzonych przez kobiety, które widziałam, pojawia się nowa jakość i przestrzeń na intymność, na wyrażenie emocji, które towarzyszą pogrzebowi.

Pogrzeby robione przez dziewczyny są piękniejsze. Jest w nich dbałość o detal.

One są krojone na miarę, zgodnie z gustem i wolą tych, którzy pozostali po zmarłej osobie. To jest odejście od tego, co mamy teraz, czyli praktycznie braku wyboru. Założyliśmy, że tak to ma wyglądać i koniec, jakby nie było innych wariantów. A one są, ale potrzeba czasu, zanim zmieni się świadomość i poznamy pełnię możliwości, jakie stwarza humanistyczna ceremonia.

Nie będziemy palić kadzidła

A jaki byłby Pani scenariusz idealnej ceremonii pogrzebowej?

Taki, który uwzględniłby cały proces tworzenia przestrzeni transcendencji. Nie można przecież udawać, że to nie jest rytuał. My tworzymy rytuał, co nie znaczy, że będziemy się tam skrapiać olejami i palić kadzidła, mrucząc mantry. Nie w tym rzecz. Trzeba wykreować sytuację, która wytrąca nas z czasu codziennego. Wszyscy tego doświadczamy w takich podniosłych momentach. Na kursie zajmowałyśmy się tym, jakiego rodzaju gestów możemy użyć, do jakich działań zaprosić zgromadzonych, aby to się urzeczywistniło.

Kiedy idziemy na tradycyjny pogrzeb, idziemy trochę jak do teatru. Jesteśmy świadkami, stoimy z wieńcami, a wszystko odbywa się poza nami.

W ceremoniach, które będę projektować, chodzi o doświadczenie kolektywne.

Mój idealny pogrzeb? Stoimy w kręgu, tworzymy wspólnotę ludzi, którzy się zebrali z dwóch autentycznych powodów: bólu i miłości. Kiedy mówimy o życiu osoby, która odeszła, widzimy pełnię jej życia, także w kontekście czasu: to, co się działo w świecie i to, co się działo w życiu tej osoby. Bardzo chcę wnieść moje dziennikarskie doświadczenie do pisania tego, co się nad grobem mówi.

Marzy mi się, żeby potem była świetnie zaprojektowana stypa. Niekoniecznie z rosołem i schabowym, ale taka, która będzie przedłużeniem obecności i energii osoby, którą pożegnaliśmy. Żeby to był taki pogrzeb i taka stypa, po której czujemy jeszcze więcej miłości do osoby, która odeszła. A nasza więź z nią zmienia się, ale niekoniecznie słabnie.

Szkoda, że będąc podmiotem pogrzebu, nie można jednocześnie być uczestnikiem.

A tego nie wiemy.

„Hadesu" nie brałam pod uwagę

Swoją firmę nazwała Pani „Pełnia”. Od pełni życia?

Nazwa przyszła do mnie sama. Kiedy pojawił się pomysł na działalność, wszyscy dopytywali mnie o nazwę. Ponieważ pochodzę ze środowiska dziennikarskiego, mieliśmy niejedno spotkanie i nawet dyskusje w grupach na messengerze, jak to w ogóle nazwać. Wiadomo było, że „Hadesy” i tym podobne nie będą brane pod uwagę. Zgłosiłam się nawet do poety Grzegorza Uzdańskiego i mieliśmy prawdziwe biznesowe spotkanie w sprawie ustalenia nazwy, ale żadna nam nie przychodziła do głowy.

W geście rozpaczy wymyśliliśmy nazwę, która nie mogłaby absolutnie zaistnieć – „Leży jak ulał”...

Zabrnęliśmy w ślepy zaułek.

W końcu pojechałam na jedno ze szkoleń bez tej nazwy i wieczorem, przy ognisku, ona po prostu się pojawiła. Poczułam, że „pełnia” ma sens. W którymkolwiek momencie to życie się nie zakończy, to jednak coś się wypełnia, dopełnia.

Nie ma etyki poza Kościołem?

W Polsce ugruntowany jest pogląd, że poza Kościołem katolickim, poza wiarą chrześcijańską nie ma alternatywnego systemu wartości. Powtarzają to politycy z prawicy i centrum. W OKO.press zrobiliśmy nawet sondaż na ten temat. Na ile nowe ceremonie humanistyczne mogą zmienić to przekonanie?

Wartości moralne są w każdym człowieku. Ludzie kierują się nimi w życiu, więc ten pogląd budzi mój najwyższy sprzeciw. Możemy wrócić do pytania, dlaczego w ruchu humanistycznym jest tyle kobiet. Te kwestie są ze sobą powiązane. Uważam, że w polskim Kościele A.D. 2022 nie ma miejsca na jakąkolwiek uczciwość. Jest on pełen pogardy, nie widzę w nim miejsca dla nas, kobiet. I myślę, że

to symboliczne, że właśnie kobiety inicjują zmianę. Bo w czyje pole działania wchodzimy? Wchodzimy w pole działania księdza.

Oto kobiety przejmują tę warstwę życia, ten obszar relacji międzyludzkich, ponieważ w Kościele nie ma na nie miejsca, po prostu. Cieszę się, że przestałyśmy na nie czekać i prosić. To i tak nie miałoby sensu.

Rola kobiet wydaje się tu naturalna. Zadziwiające, że do tej pory tak nie było.

Nigdy Kościół nie budził tyle złości, ile budzi w tej chwili. Jego pozycja, zwłaszcza w Polsce, była zawsze specjalna. A teraz Kościół naprawdę rozeźlił wiele kobiet, nie wspominając o mniejszościach. Żyjemy w inny sposób niż pokolenie naszych rodziców. Podróżujemy, widzimy, że inne rzeczy są możliwe. Tu bym się znowu powołała na Holandię. 30 lat temu pogrzeby humanistyczne były wyjątkiem, teraz stanowią większość. W Holandii więcej zachodu wymaga dzisiaj znalezienie księdza do pochówku, niż zorganizowanie świeckiej ceremonii.

Obawa przed odmową pochówku katolickiego powoduje, że wiele osób zostaje w Kościele.

Oczywiście, siła tradycji, jasne. Ale też trzeba podkreślić, że my – mówię w imieniu dziewczyn, z którymi się kształcę – nie jesteśmy nastawione zerojedynkowo. Nie jest tak, że jeżeli zgłosi się do mnie rodzina z pochówkiem, którego częścią będzie obrządek katolicki, to tam już nie ma dla mnie miejsca. Ono jak najbardziej jest. Możemy współpracować z otwartym księdzem, czy z otwartą rodziną. Bo pogrzeb to nie tylko te, średnio, 25 minut ceremonii. To również to, co wydarza się wcześniej i to, co wydarzy się po ceremonii. Tym wszystkim mam zamiar się zająć.

A więc to tylko tyle?

Co Panią najbardziej interesuje w pracy z żałobą?

Drugi człowiek, jak zawsze – także w pracy dziennikarskiej. Tu mam możliwość niesienia ulgi, pomagania osobom w bardzo trudnym i bolesnym momencie. Mam poczucie, że ta praca ma sens i jest potrzebna. W zgodzie z moimi wartościami.

W Amsterdamie istnieje muzeum poświęcone śmierci, nazywa się Tot Zover. Piękne muzeum, które robi warsztaty dla dzieci poświęcone śmierci, organizuje wystawy okołofuneralnych projektów studentów wzornictwa przemysłowego, m.in. pokazują tam zegarek, który po wprowadzeniu danych na temat naszego zdrowia i trybu życia, kalkuluje, ile nam mniej więcej zostało czasu. Nazwa tego muzeum w tłumaczeniu oznacza „I tyle”. Mówi o tym, że śmierć to nieuchronny etap życia, po którym prawdopodobnie jest coś dalej. Na pewno istnieje rodzaj więzi, która w nas zostaje. I holenderskie podejście do tego zagadnienia, takie bez patosu i histerii, mnie uwiodło.

Ta nazwa muzeum przypomina mi wiersz Tadeusza Różewicza, napisany po śmierci Konstantego Puzyny:

Czas na mnie

czas nagli

co ze sobą zabrać

na tamten brzeg

nic

więc to już

wszystko

mamo

tak synku

to już wszystko

a więc to tylko tyle

tylko tyle

więc to jest całe życie

tak całe życie

Chciałam podkreślić, że wokół humanistycznych ceremonii tworzy się cała społeczność. Może przez to, że kobiety tym się zajmują, bardzo sobie nawzajem kibicujemy i wspieramy. Cieszymy się, kiedy następna osoba wychodzi z inicjatywą zaprezentowania tego pomysłu światu. Jest nas już całkiem sporo i będzie coraz więcej.

*Ewa Pawlikdziennikarka, producentka wydarzeń kulturalnych, celebrantka humanistycznych uroczystości pogrzebowych, właścicielka firmy organizującej świeckie pogrzeby „Pełnia".

Udostępnij:

Roman Pawłowski

publicysta, kurator teatralny, dramaturg. Absolwent teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w latach 1994-2012 dziennikarz działu kultury „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Zbigniewa Raszewskiego dla najlepszego polskiego krytyka teatralnego (1995). Opublikował m.in. antologie polskich sztuk współczesnych „Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne” (2003) i „Made in Poland. Dziewięć sztuk teatralnych z Polski” (2006), a także zbiór wywiadów z czołowymi polskimi ludźmi kultury „Bitwa o kulturę #przyszłość” (2015), wyróżniony nagrodą „Gazety Wyborczej” w Lublinie „Strzała 2015”. Od 2014 związany z TR Warszawa, gdzie odpowiada za rozwój linii programowej teatru oraz pracę z młodymi twórcami i twórczyniami.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne