„Ksiądz Stanisław?” – pytam. Miesza się, ucieka wzrokiem, odchodzi. Kiedy usłyszy: „Czy ksiądz żałuje?”, tylko odwróci się plecami, zasłoni twarz. Chwilę później sędzia powie: Stanisław P. zjawił się w sądzie, ale nie będzie dziś zeznawał. Zasłabł, lekarz odradza przesłuchanie.
Miał swój typ: spokojny, pokorny, uległy. Zawsze chłopiec. Sadzał na kolana, potem gładził po plecach, udach, pośladkach. Dotykał krocza, genitaliów. Czasem przez ubranie, czasem nie. Ściskał, często aż do wywołania bólu.
Tarnowska prokuratura udowodniła księdzu Stanisławowi P. molestowanie prawie stu chłopców. Krzywdził przez lata, w każdej parafii w kraju i za granicą, gdzie był wysyłany. Ksiądz Stanisław nie odpowie jednak za krzywdę żadnego z chłopców. Nim kuria zgłosiła sprawę do prokuratury, zarzuty zdążyły się przedawnić. Na ławie oskarżonych siedzi więc biskup Andrzej Jeż, ostatni przełożony księdza Stanisława. Może być pierwszym hierarchą w Polsce skazanym za ukrywanie pedofilii, zarówno tej dokonywanej przez księdza Stanisława, jak i Tomasza K., innego księdza z diecezji tarnowskiej.
Biskup nie pojawia się na kolejnych procesach (23 marca odbyła się czwarta rozprawa), wysłuchania świadków odbywają się przy całkowitej i świadomej nieobecności hierarchów kościoła katolickiego. Wspomniany ksiądz Stanisław w sądzie miał być jedynie świadkiem. Miał być, bo choć w sądzie się pojawił, zeznań nie złożył.
Stanisław P. ma 73 lata. Mieszka w Domu Księży Emerytów w Tarnowie. Przez sąd kościelny został dwukrotnie ukarany za przestępstwa pedofilskie. W poniedziałek 23 marca do sądu przyszedł z wyprzedzeniem, ale kiedy zobaczył kamery telewizyjne i siedzących na korytarzu dziennikarzy, uciekł piętro wyżej.
„Ksiądz Stanisław?” – pytam podchodząc. Miesza się, ucieka wzrokiem, odchodzi. Kiedy od innego dziennikarza usłyszy: „Czy ksiądz żałuje?”, tylko odwróci się plecami, zasłoni twarz.
Na księdza czekamy przed salą sądową przez długie minuty. My, prokuratura, obrona. Czeka sędzia. W końcu wpuszcza wszystkich do sali i powie krótko: Stanisław P. zjawił się w sądzie, ale nie będzie dziś zeznawał. Zasłabł, lekarz uznał, że nie wymaga hospitalizacji, ale podano mu leki i odradzono zaplanowane na dziś przesłuchanie.
Nie usłyszymy więc, ile razy kuria konfrontowała go z zarzutami o pedofilię. Czy czuł, że ta rzeczywiście chciała wyjaśnić sprawę. Od kiedy biskup Andrzej Jeż wiedział o wykorzystywanych przez niego dzieciach – i co w międzyczasie robił.
Tu przeczytasz pierwszą relację z rozprawy, na której przesłuchiwano biskupa Andrzeja Jeża oraz dowiesz się więcej o kulisach skandali pedofilskich z udziałem księży Stanisława P. i Tomasza K. Tutaj – relację z drugiego dnia procesu, gdzie na pytania sądu odpowiadał ksiądz Robert Kantor, prawa ręka biskupa, kanclerz kurii tarnowskiej, a do niedawna (kwiecień 2015 – maj 2023), delegat ds. ochrony dzieci i młodzieży diecezji tarnowskiej. Tutaj przeczytasz z kolei, co przed sądem mówił Wiktor Skworc, były metropolita katowicki, który jako pierwszy, 24 lata temu, odebrał zgłoszenie o molestowaniu seksualnym, jakiego dokonywał ksiądz Stanisław – i wysłał go na kilkuletnią misję do Ukrainy.
23 marca sędzia w tarnowskim Sądzie Rejonowym przesłuchała dwoje innych świadków. Jednym z nich był Krzysztof Krajewski-Siuda, psychiatra i psychoterapeuta specjalizujący się m.in. w pracy z duchownymi, którego pacjent (osoba świecka) był wykorzystywany przez księdza Tomasza K., drugiego z księży, którego kuria mogła bronić, zwlekając ze zgłoszeniem do prokuratury.
Krajewski-Siuda sam zgłosił sprawę prokuraturze. „Zrobiłem to, bo nie robiła tego kuria” – powiedział przed sądem. Jego zeznania, na wniosek prokuratury, odbywały się jednak za zamkniętymi drzwiami, w postępowaniu niejawnym dla dziennikarzy. Wcześniej sąd zwolnił lekarza z tajemnicy lekarskiej.
W poniedziałek w sądzie zeznawał też Adam Nita, były kanclerz tarnowskiej kurii diecezjalnej od 2004 do 2014 roku, który sam, w 2010 roku, odebrał zgłoszenie dotyczące wykorzystania seksualnego przez księdza Stanisława. Najpierw mailowo, potem osobiście. Sprawę skierował dalej, do biskupa Wiktora Skworca.
Kuria już osiem lat wcześniej otrzymała sygnał dotyczący molestowania seksualnego dzieci podczas lekcji religii. Do biskupa przyszli rodzice skrzywdzonych dzieci. Ale ten nic z tym nie zrobił. Nie powiadomił ani prokuratury, ani Watykanu, wszczął jedynie wewnętrzne postępowanie, które formalnie nie zakończyło się żadnym dokumentem, wyjaśnieniem sprawy. Skworc wysłał za to księdza na misję do Ukrainy, a po powrocie mianował go spowiednikiem od najcięższych grzechów w parafii w Krynicy-Zdroju, gdzie m.in. uczył religii. Dopiero w 2010 do ks. Adama Nity zgłosił się mężczyzna – a sprawa pozwoliła na rozpoczęcie pierwszego kościelnego procesu księdza, który, choć zakończył się stwierdzeniem winy księdza, nie doprowadził do wydalenia go ze stanu duchownego. Stało się to dopiero w 2024 roku, po kolejnej fali zgłoszeń i drugim kościelnym procesie, który – gdyby kuria nie zwlekała z zawiadomieniem prokuratury – mógłby mieć szansę znaleźć swój finał w sądzie.
„Dochodzenie wstępne wskazywało na wysokie prawdopodobieństwo, że do tego czynu doszło” – zeznał w poniedziałek przed sądem Nita. I próbował niuansować, że choć wątpliwości co do popełnienia przestępstwa nie było, to kościół nie zgłosił go organom ścigania. Dlaczego? Według Adama Nity była to kwestia częstych zmian postanowień pokrzywdzonego, który raz miał domagać się sprawiedliwości przed sądem, a innym razem prosił o niewyciąganie wobec księdza konsekwencji.
I dodawał, że nie miał obowiązku zgłoszenia przestępstwa, bo nowelizacja prawa karnego, która nakłada obowiązek niezwłocznego zawiadomienia organów ścigania o przestępstwach pedofilskich, obowiązuje dopiero od 2017 roku.
- Gdyby był pan świadkiem włamania, złożyłby pan takie zawiadomienie na policję, czy nie? – dopytywała sędzia Małgorzata Adamczyk.
- Starałbym się – odpowiadał Adam Nita wskazując, że w przypadku molestowania zawiadomienie mogli złożyć poszkodowani, ich bliscy. A on w rozmowach z ofiarą namawiał ją do złożenia doniesienia, czego ta zrobić nie chciała.
- A jakby pan był świadkiem przestępstwa, ale widział osobę poszkodowaną, to pan by namawiał ją do zawiadomienia policji czy sam to zrobił? – nie dawała za wygraną sędzia.
- Proszę pani, to jest jakieś teoretyzowanie – próbwał bronić się ksiądz Nita. Ale sędzia twardo wyjaśniała, że to sytuacje na wskroś zbieżne, wszak i rabunek, i pedofilia, są przestępstwem. „Prawo nie nakazywało zgłaszania takich spraw. Z tego, co pamiętam, sam pan pokrzywdzony mówił, że sprawę zgłaszał na policję” – próbował bronić się ksiądz.
- A moralny obowiązek nie istniał? – puentował prokurator Marcin Stępień.
Kolejne rozprawy zaplanowano na najbliższą środę, 25 marca oraz na połowę kwietnia. Andrzej Jeż może odpowiedzieć za zwłokę w zawiadomieniu organów ścigania o czynach pedofilskich księży Stanisława P. i Tomasza K.
Jak jednak poinformował Szymon Piegza na łamach Onetu, toczące się przed tarnowskim sądem śledztwo nie jest jedyne. Miejscowa prokuratura prowadzi kolejne postępowanie w sprawie zaniechania zawiadomienia organów ścigania o seksualnym wykorzystaniu małoletnich przez Andrzeja Jeża. Chodzi o głośną sprawę Mariana W., księdza pedofila, którzy wykorzystywał seksualnie młodych ministrantów.
Marian W. został skazany przez sąd na 12 lat więzienia, w systemie terapeutycznym. Po wyjściu ma trafić na leczenie psychiatryczne lub farmakologiczne. Kuria swojej winy jednak nie widzi. Jak opisywał Onet, poszkodowani pozwali kurię – a ta w odpowiedzi na pozew napisała m.in., że ich potencjalna wina nie jest tu współmierna, bo... pokrzywdzeni akceptowali zachowania księdza. Działania księdza „nie spotkały się ani ze stanowczym sprzeciwem powodów, ani z próbami szukania przez powodów pomocy u innych osób” – napisała kuria tarnowska kierowana przez bpa Andrzeja Jeża.
Obrońcą biskupa Andrzeja Jeża jest m.in. były minister sprawiedliwości w pierwszym rządzie Donalda Tuska, Zbigniew Ćwiąkalski.
Kościół
Wiktor Skworc
Andrzej Jeż
dzieci
księża
molestowanie seksualne
pedofila w Kościele
proces biskupa jeża
prokuratura
sąd
tarnów
wykorzystywanie seksualne dzieci
Zbigniew Ćwiąkalski
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze