0:00
Prawa autorskie: 23.12.2022 Warszawa , al. Roz 2 , Minister sprawiedliwosci, prokurator generalny Zbigniew Ziobro podczas konferencji prasowej . Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl23.12.2022 Warszawa ...
05 stycznia 2023

Ziobro udaje, że jest gotów na kompromis z PiS w sprawie KPO − a tak naprawdę myśli o własnym klubie

Morawiecki i Ziobro dogadali się w sprawie KPO i zmian w sądownictwie? Ależ skąd. Szef rządu PiS wciąż będzie musiał przeciągać linę, siłując się jednocześnie z ziobrystami i prezydentem. Polska zaś nadal nie zbliżyła się do wypłat funduszy z KPO nawet o krok

Wydrukuj

W Zjednoczonej Prawicy toczy się kolejna zażarta wojna. To rozgrywka o władzę, pieniądze i wpływy między Mateuszem Morawieckim, Zbigniewem Ziobrą i Andrzejem Dudą - w której ustawa o Sądzie Najwyższym odgrywa jedynie całkowicie przedmiotową rolę.

Zbigniew Ziobro chce ugrać jak najwięcej, godząc się na zmiany w ustawach o sądownictwie pozwalające na odblokowanie środków z KPO. W tej grze Ziobrze i jego ludziom chodzi o dostęp do TVP przed kampanią wyborczą oraz o nowe posady w spółkach skarbu państwa. Ziobryści coraz poważniej - i już nie tylko w kategoriach straszaka wobec PiS - myślą też o własnym klubie parlamentarnym. Choćby ze względu na dostęp do dodatkowych pieniędzy na kampanię.

Ale swoje chce też tym razem wyszarpać prezydent Andrzej Duda - któremu zależy na umieszczeniu własnych ludzi na listach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. Wiele wskazuje na to, że tym razem prezydent sprzymierzył się z ziobrystami, by mocniej docisnąć otoczenie Mateusza Morawieckiego i centralę PiS. Tym ostatnim zależy zaś przede wszystkim na odblokowaniu KPO przed nadchodzącą kampanią wyborczą. Przede wszystkim po to, by strumień unijnych pieniędzy został zauważony i doceniony przez Polki i Polaków, zanim wyruszą oni do urn.

Wojna w Sejmie i na Twitterze

Od przedświątecznego starcia o nową ustawę o Sądzie Najwyższym, która znienacka trafiła do Sejmu, by po niespełna dwóch dniach równie nieoczekiwanie zniknąć z porządku obrad, pomiędzy premierem Mateuszem Morawieckim i jego otoczeniem a prezydentem Andrzejem Dudą z jednej strony, zaś z drugiej ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą, niemal bez przerwy iskrzy - także na forum publicznym.

Ten najnowszy projekt wrzucony przed świętami przez PiS do Sejmu miał być kolejną próbą wywiązania się ze zobowiązań nałożonych na Polskę przez Brukselę - i tym samym szansą na odblokowanie środków z Krajowego Planu Odbudowy dla naszego kraju. Miał wiele wad - o których obszernie pisał w OKO.press Mariusz Jałoszewski.

Andrzej Duda dawał wyraz swemu niezadowoleniu z rządowego projektu, jednocześnie publicznie ogłaszając, że nikt z rządu go z nim nie konsultował. Prezydent zasugerował też, że ustawę zawetuje - co skutkowało jej wycofaniem przez PiS z Sejmu. Zbigniew Ziobro z kolei najpierw nazywał projekt "podyktowanym przez Brukselę", by po jego wycofaniu dość obłudnie troszczyć się o właściwe poszanowanie prezydenckiego urzędu.

Już po nowym roku doszło do kolejnej rundy. Prezydent ostro odniósł się w poniedziałek 2 stycznia do wypowiedzi ministra rozwoju i technologii Waldemara Budy - „Dzisiaj już wiem, że te rozmowy, które są prowadzone z prezydentem po tej wypowiedzi, bardzo mocno go uspokajają.” Nie wiem od kogo Pan Min. Buda czerpie takie informacje ale są one nieprawdziwe i w swojej wypowiedzi niestety mija się z prawdą" - napisał Duda na Twitterze, dość wyraźnie sugerując, że rozmów albo nie ma, albo są one dla niego niesatysfakcjonujące.

Dzień później Duda również na Twitterze zażądał od Morawieckiego, by najpierw zebrał większość parlamentarną dla swego projektu, zanim zacznie angażować głowę państwa - odnosząc się dość jednoznacznie do braku porozumienia między premierem a Ziobrą.

"Umowa" będąca w rzeczywistości szantażem

W końcu w środę 4 stycznia Morawiecki i Ziobro zasiedli do negocjacji. Po raz drugi - bo po raz pierwszy spotkali się w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia - jednak wtedy treść ich rozmów pozostała tajemnicą. Po tym drugim, środowym spotkaniu część mediów donosiła natomiast o „umowie”, która miała zostać zawarta między premierem i ministrem sprawiedliwości w sprawie KPO. To jednak określenie zdecydowanie na wyrost. Trudno nawet określić, czy rozmowy między Ziobrą a Morawieckim przybliżają wypracowanie jakiegokolwiek kompromisu co do KPO i zmian w sądownictwie, czy raczej je oddalają.

Środowe spotkanie miało trwać 4 godziny i przebiegać w raczej ciężkiej atmosferze. Nie zakończyło się żadnymi konkluzjami dotyczącymi istoty sporów między Morawieckim i Ziobrą o KPO i ustawy o sądownictwie – nie zostały wskazane akceptowalne dla obu stron rozwiązania w żadnej ze spornych kwestii. Obaj politycy częściowo dogadali się tylko co do tego, w jakim trybie mają zamiar pracować nad rozwiązaniem problemu w najbliższym czasie.

Nie zmienia to faktu, że w Sejmie słychać, że w szybkim tempie ma powstać kolejna wersja projektu. „Słyszałem, że w przyszłym tygodniu ma być autopoprawka do ustawy. To może ją całkowicie wywrócić do góry nogami” — mówi OKO.press szef klubu parlamentarnego Lewicy Krzysztof Gawkowski. Komisja ma się zebrać we wtorek wieczorem. Problem w tym, że między Morawieckim, Ziobrą i Dudą nie doszło jeszcze do żadnego porozumienia co do akceptowalnej dla całej trójki treści projektu.

Zawarte w środę ustalenia między premierem a ministrem sprawiedliwości polegają jedynie na tym, że Mateusz Morawiecki i jego ludzie mają wynegocjować z prezydentem Andrzejem Dudą nowy kształt ustaw o sądownictwie – który miałby zadowalać jednocześnie i Komisję Europejską, i głowę państwa. Dopiero po uzyskaniu poparcia prezydenta Morawiecki miałby zaś wrócić do Zbigniewa Ziobry – by rozpocząć kolejną fazę negocjacji. Taką formułę procedowania nad projektem zmian w sądownictwie miał forsować w swej rozmowie z premierem Ziobro.

Paragraf 22 - wersja Zjednoczonej Prawicy

Jest mało prawdopodobne, by te ustalenia utrzymały się długo. Zważywszy na obecny poziom napięć między Morawieckim, Dudą i Ziobrą, przyjęcie takiego właśnie trybu prac nad ustawami o sądownictwie raczej nie wróżyłoby happy endu. Zaproponowana przez Ziobrę kolejność działań to przecież jemu przyznaje rolę instancji ostatecznej. De facto premier i prezydent po ciężkich negocjacjach ze sobą nawzajem mieliby wypracować kompromisowe rozwiązanie – po czym zanieść je Ziobrze do łaskawej akceptacji. Stawianie głowy państwa w takiej pozycji nie byłoby rozsądnym pomysłem w żadnym politycznym układzie, a zwłaszcza w takim, w którym toczy się rozgrywka, w której prezydent wydaje się być jedną z trzech stron.

Na tym jednak nie koniec. Przecież dosłownie tuż przed spotkaniem Morawieckiego i Ziobry to Andrzej Duda – i to publicznie – domagał się, żeby to Morawiecki zapewnił odpowiednią większość w Sejmie dla swoich propozycji. A zatem – by najpierw dogadał się z Ziobrą, a dopiero potem zwrócił się do prezydenta.

W efekcie mamy więc sytuację, w której Ziobro żąda od Morawieckiego, by najpierw dogadał się z Dudą, a następnie przyszedł do niego z projektem. Duda zaś żąda od Morawieckiego, by najpierw porozumiał się z Ziobrą, a dopiero w następnym etapie zwrócił się do prezydenta. Nie wydaje się, żeby z tego klinczu było łatwo wybrnąć.

Ale może właśnie o to chodzi.

W co gra Ziobro?

„Ziobryści w tej chwili negocjują, za co mogą się poddać” — uważa polityk znający relacje w obozie Zjednoczonej Prawicy. W sytuacjach kryzysowych PiS miał wypróbowaną metodę: rozbić obóz przeciwnika, wyciągnąć mu część ludzi, przekonać, pogrozić, przekupić. Tym razem taki scenariusz raczej nie wchodzi w grę. Zdaniem naszego rozmówcy przekupywanie pojedynczych posłów Solidarnej Polski odpada. „Nie można przekupić ludzi Ziobry. Kogo Ziobro mógłby stracić? Takich osób prawie nie ma. Może Cymański, może Kanthak”.

Na co jeszcze Morawiecki nie może liczyć? „Ziobryści nie pójdą na deklarację, że będzie jedna lista w wyborach w 2023, bo wiedzą, że Kaczyński może ich oszukać“. Czego w takim razie może chcieć Ziobro? „Dla nich ważne są dwie rzeczy: TVP i spółki skarbu państwa”. Czyli konkret: politycy Solidarnej Polski mieliby gościć stale i często na antenach TVP, mieliby też zostać nowe stanowiska w państwowych spółkach.

Innymi słowy, chodzi o widzialność i pieniądze.

To podstawowe narzędzia w walce o polityczne poparcie. PiS już użył pierwszego: jak donosiły w czwartek media, politycy Solidarnej Polski zostali wycięci z TVP. Ale Ziobro może iść jeszcze dalej w swoich żądaniach lub groźbach.

„W ich głowach kiełkują myśli, żeby mieć własny klub” — uważa nasz rozmówca. „Wtedy TVP nie będzie ich w stanie wycinać, mieliby też wicemarszałka Sejmu”. Solidarna Polska jest dziś częścią klubu PiS w Sejmie. Mimo że Ziobro ma wystarczającą liczbę posłów, by utworzyć własny klub (potrzeba co najmniej 15 posłów, Ziobro ma ich 19).

Własny klub to też pieniądze. Nasz rozmówca oblicza, że klub Solidarnej Polski miałby w 2023 roku do dyspozycji ok. 300 tys. zł, które mógłby przeznaczyć na kampanię wyborczą. W czasie tarć w koalicji rządzącej w 2020 roku Kaczyński obiecywał koalicjantom (wtedy była to Solidarna Polska i Porozumienie), że podzieli się z nimi subwencją budżetową. Mieli dostać po 2 mln zł. Jednak nigdy ich nie zobaczyli.

„Klub by im się naprawdę przydał” — uważa nasz rozmówca.

Co z Andrzejem Dudą?

„Z całą pewnością Solidarna Polska jest w tej chwili w stałym kontakcie z prezydentem” — uważa dobrze poinformowany co do sytuacji w Zjednoczonej Prawicy polityk, z którym rozmawiamy. „Andrzej Duda jest absolutnie utwardzony” — mówi nam z kolei polityk opozycji, który bierze udział w rozmowach na temat ustawy o SN. „Przed rokiem prezydent powiedział: ani kroku wstecz, konsekwentnie się tego trzyma, jest klincz. Duda jest bardzo przewrażliwiony na punkcie swojej prerogatywy” — mówi nasz rozmówca.

Jeszcze inna interpretacja zachowania Dudy: „Nie chce, żeby ktoś mu powiedział: najpierw podpisywałeś ustawy, które łamały konstytucję, a teraz podpisujesz takie, które je odwracają. W ten sposób Duda przyznałby, że łamał konstytucję” — zastanawia się Krzysztof Gawkowski z Lewicy.

Jednak nasz rozmówca znający kulisy polityki wewnątrz Zjednoczonej Prawicy nie zgadza się z tą oceną. „Duda się o takie rzeczy nie obraża. Prezydent gra w swoją grę“. Według niego kluczową rolę odgrywają tu interesy prezydenta, a nie jego emocje — takie jak urażona duma. Jakie interesy może mieć Duda? Miałoby chodzić o budowanie zaplecza politycznego.

„Będzie się musiał dogadać z PiS co do obecności swoich ludzi na listach. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której prezydent nie będzie miał zaplecza w parlamencie”. Miałoby chodzić np. o takie osoby jak Grażyna Ignaczak-Bandych, Łukasz Rzepecki czy Paweł Sałek. „Prezydent coś musi dostać. Jakiś twardy papier muszą mu położyć na stół — jakąś gwarancję dla jego zaplecza politycznego” - mówi nasz rozmówca.

Czego można się spodziewać w najbliższych dniach?

Nasi rozmówcy rysują różne scenariusze. Jeden to próby dalszego naciskania na Ziobrę.

„Może być natychmiastowe spotkanie Komitetu Politycznego PiS, plotki, że Kaczyński jest wściekły, że koalicja jest skończona”. Inna opcja to jakieś ruchy w spółkach skarbu państwa.

„Na razie nie mogą Ziobry ściąć, ale mogą mu strącić kogoś ze spółek”.

Czym jeszcze może zagrać PiS? Telewizją Polską. Od dobrych kilku tygodni TVP trzyma z Morawieckim, niemal w każdym głównym wydaniu „Wiadomości” jest materiał wychwalający KPO. Na przykład 30 grudnia: „Rachunek ekonomiczny nie pozostawia wątpliwości, że KPO to dobra inwestycja”.

TVP i inne media prorządowe mogą jednak pójść dalej w razie braku postępu w negocjacjach: „Mogą się pojawić jakieś przecieki na temat Ziobry”. Inny scenariusz to jakiś rodzaj ustępstwa Morawieckiego wobec prezydenta. Jeszcze inny: powrót Morawieckiego do rozmów z opozycją. „Żeby wyjść z impasu, trzeba uczciwie zagrać z opozycją, ale nikt z nich nie chce grać z opozycją” — mówi OKO.press Krzysztof Gawkowski, szef klubu parlamentarnego Lewicy.

Opozycja podtrzymuje swoje stanowisko: wspólnie ma zgłosić cztery poprawki. Wśród nich to, że sprawy dyscyplinarne miałaby rozstrzygać Izba Karna SN, a nie NSA - jak jest w projekcie PiS. Inna z planowanych poprawek: konieczność siedmioletniego stażu sędziowskiego w SN.

„W Solidarnej Polsce trzymają kciuki za opozycję, żeby dogadała się z rządem” — słyszymy. Dlaczego? „Za mocno wbili flagę, żeby ustąpić“, a jednocześnie „Nie wyobrażam sobie scenariusza, żeby oni zrobili coś jawnie przeciwko Kaczyńskiemu".

„Ziobro gra w grę, w której na końcu i tak będzie przeciwko ustawie” — uważa Gawkowski. Jak to się wszystko skończy? „Ktoś gdzieś będzie musiał zrobić podwójnego delfina i powiedzieć, że się pomylił” — mówi Gawkowski. Z tego wszystkiego wynika, że z zewnętrz widzimy rozmowy o KPO, a wewnątrz wszyscy już myślą o wyborach.

A gdzie w tym wszystkim KPO i kamienie milowe?

W tle całej rozgrywki pozostaje prezydencka ustawa o SN, którą latem zeszłego roku złożył w Sejmie Duda. Wymogiem w zakresie praworządności zapisanym w kamieniach milowych była reforma systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. Ich sprawy miały być przekazane niezależnemu i niezawisłemu organowi, który miał także zweryfikować orzeczenia wydane przez Izbę Dyscyplinarną. Projekt prezydenta rozwiązywał ID i sprawy dyscyplinarne przekazywał nowemu ciału - Izbie Odpowiedzialności Zawodowej, która została przez prezydenta obsadzona z przewagą tzw. neo-sędziów.

Kolejnym z wymogów KE było umożliwienie sędziom badania statusu innych sędziów. W tym celu PiS wprowadził tzw. test niezawisłości i bezstronności. Miał on jednak dwa poważne ograniczenia - nie mógł odnosić się jedynie do okoliczności powołania takiego sędziego i nie mógł być robiony przez sąd z urzędu, a jedynie na wniosek stron.

Rozwiązania te okazały się niewystarczające. Komisja Europejska, i to ustami zarówno Very Jourovej, jak i Ursuli von der Leyen, przyznawała publicznie, że polska ustawa nie spełnia kamieni milowych, ponieważ sędziowie nadal nie mają możliwości kwestionowania statusu innych sędziów. Eksperci zajmujący się praworządnością ostrzegali także, że IOZ również nie spełnia wymogu niezawisłego sądu ustanowionego na podstawie ustawy.

Nowy projekt PiS rozszerza zatem test bezstronności. Sędziowie będą mogli robić test z urzędu, ale rozpatrzenie go będzie się odbywało już w NSA - w przypadku badania sędziów SN w pierwszej instancji, w przypadku sędziów sądów powszechnych w przypadku odwołań. Do NSA trafić mają też sprawy dyscyplinarne sędziów, co wzbudza w środowisku sędziowskim wątpliwości natury konstytucyjnej.

Czy to się uda? Niekoniecznie

Pomimo tego, że nowa ustawa przedstawiana jest jako duże ustępstwo, istnieje niemała szansa, że i tak nie będzie zaakceptowana przez Komisję Europejską. Forsowany przez KPRM projekt nie zakłada usunięcia kluczowych przepisów tzw. ustawy kagańcowej - nadal pozostaje w mocy art. 107 par. 1 pkt 2 i 3 prawa o ustroju sądów powszechnych, mówiący o tym, że kwestionowanie statusu sędziego, prawidłowości jego powołania oraz statusu organu konstytucyjnego stanowią delikty dyscyplinarne.

Dodatkowo w mocy pozostaje wprowadzony ustawą prezydencką delikt “odmowy wykonania wymiaru sprawiedliwości”. Oznacza to, że w ręku rzeczników dyscyplinarnych Zbigniewa Ziobry wciąż pozostaje bat - będą mogli ścigać sędziów, jeśli na przykład zdecydują się rozpoznać wniosek o wyłączenie sędziego ze względu na jego powołanie w procedurze przed neo-KRS.

Zbigniew Ziobro i Solidarna Polska ostatecznie przystali na ustawę prezydenta, wyrażając głośno niechęć wobec jej rozwiązań i roztaczając wizję chaosu w sądownictwie. Nic takiego się nie stało, ponieważ test bezstronności był narzędziem zaprojektowanym tak, by nie naruszać status quo wokół neo-KRS i by jego stosowanie było maksymalnie wąskie. Pomimo jego rozszerzenia w nowym projekcie, trudno powiedzieć, by było rewolucyjne i przyczyniło się do masowych i systemowych podważeń sędziów powołanych z udziałem neo-KRS. Wciąż pozostaje to bowiem wysoce sformalizowaną procedurą, dotyczącą wszystkich sędziów i wyprowadzoną do NSA, gdzie neo-sędziowie stanowią już 30 proc. obsady.

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, pracował w "Dzienniku" i "Polsce The Times". W Oko.press od 2021 roku. Zajmuje się tematyką polityczną i okołopolityczną.

Agata Szczęśniak

Dziennikarka, socjolożka. W OKO.press od 2016. Pisze o polityce polskiej i zagranicznej, mediach, prawach kobiet. Wcześniej wicenaczelna „Krytyki Politycznej”. Pracowała też w „Gazecie Wyborczej”. Współtworzyła satyryczny feministyczny program „Przy kawie o sprawie”. Prowadzi audycję „Jest temat” w radiu TOK FM.

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne