Ministerstwo Klimatu chce, by do niszczenia siedlisk wystarczyło zaledwie wykazanie „słusznego interesu strony”. Projekt zmian w prawie zbiega się z propozycją Polski 2050 i PSL, maksymalnie utrudniającą tworzenie rezerwatów. Koalicja Tuska uderza w ochronę przyrody w Polsce.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska opublikowało propozycję zmian w ustawie o ochronie przyrody. Na stu stronach zmieszczono pomysły dotyczące ochrony gatunkowej, tworzenia nowych terenów chronionych, czy ograniczeń na obszarach już podlegających ochronie. Ta szeroka i trudna do zrozumienia dla laika nowelizacja zawiera sporo punktów, które budzą sprzeciw ekspertów.
Po analizie zapisów projektu okazuje się, że jeśli ustawa zaczęłaby funkcjonować w proponowanym kształcie, zachęcałaby m.in. do niszczenia bobrowych tam i stawiała dobro deweloperów ponad ochronę ptasich siedlisk.
14 kwietnia zakończyły się konsultacje publiczne w tej sprawie.
Jak czytamy w uzasadnieniu projektu nowelizacji, jej zapisy mają wyeliminować problemy, które utrudniają faktyczną ochronę przyrody.
— Ta ustawa odpowiada na część podnoszonych od lat postulatów, porządkuje pewne zagadnienia — komentuje w rozmowie z OKO.press Maria Włoskowicz, prawniczka z organizacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi. Wśród największych plusów projektu Włoskowicz wymienia zakaz polowań w rezerwatach. Obecnie taki odgórny zakaz obowiązuje jedynie w parkach narodowych.
W uzasadnieniu Ministerstwo Klimatu i Środowiska pisze: „Rezerwaty przyrody stanowią ok. 0,6 proc. powierzchni Polski. Z założenia zostały one utworzone dla ochrony obszarów w stanie naturalnym lub mało zmienionym i mają chronić całą przyrodę znajdującą się w tych obszarach (…). Tym samym brak jest uzasadnienia dla dopuszczenia możliwości polowań w rezerwatach przyrody”.
Ministerstwo chce również ułatwić proces wyznaczania parków krajobrazowych i obszarów chronionego krajobrazu – obecnie konieczna do ich powołania jest zgoda gmin. Uzgadnianie – czyli w praktyce weto – ma być zastąpione opiniowaniem.
„Często uzasadnienie do uchwały [rady gminy] odmawiającej uzgodnienia jest lakoniczne i nacechowane brakiem znajomości przepisów. Przykładem może być nieuzgodnienie przez gminę Rzgów oraz gminę Zagórów (treści uzasadnienia tożsame – identyczne) projektu uchwały w sprawie Nadwarciańskiego Parku Krajobrazowego” – wskazuje resort. W związku z oporem gmin – wyjaśnia MKiŚ – w parku nie obowiązują żadne nakazy i zakazy, a więc ochrona przyrody w tym miejscu jest fikcyjna.
To plusy. A minusy?
„Proponowana zmiana art. 56 ust. 4 i 4a jest bardzo niebezpieczna” — czytamy w petycji, jaka powstała po opublikowaniu przez MKiŚ projektu noweli.
„Te artykuły określają, jakie wymogi musi spełnić np. inwestor, żeby móc uzyskać zezwolenie na naruszenie zakazów obowiązujących w stosunku do chronionych roślin, zwierząt i grzybów – czyli żeby móc np. legalnie je zabijać lub niszczyć ich siedliska. Jeśli zostanie przyjęta zaproponowana zmiana przepisów, będzie odtąd wolno niszczyć gniazda i siedliska ptaków po prostu dlatego, że ktoś ma w tym swój interes”.
Według projektu zniszczenie siedlisk i gniazd będzie możliwe, jeśli wnioskodawca wykaże „słuszny interes strony”.
— To jest bardzo szerokie pojęcie. Ktoś mógłby wykazać na przykład, że prowadzi działalność biznesową polegającą na budowie bloków, więc ma w tym słuszny interes, żeby zniszczyć siedliska. I dzięki temu będzie mógł budować te bloki praktycznie wszędzie — komentuje dr Mateusz Laszczkowski, autor petycji.
— Oczywiście nie mówimy tu o sytuacjach, gdzie dany teren jest objęty jakąś inną formą ochrony, stanowi rezerwat czy park narodowy. Chodzi o niechronione prawem łąki czy nieużytki. Takie miejsca potrafią być bardzo cenną ostoją przyrody i bioróżnorodności w mieście. Teraz udaje się je chronić, w wielu przypadkach właśnie dlatego, że są siedliskami ptaków w rozumieniu ustawy. Jeżeli weszłyby w życie te przepisy, obrona takich miejsc byłaby niemożliwa — wyjaśnia.
Petycję do momentu publikacji tego tekstu podpisało prawie 11,5 tysiąca osób.
Siedlisko – zgodnie z ustawą o ochronie przyrody – to dowolne miejsce występowania danego gatunku zwierząt, w całym jego cyklu życiowym, w dowolnym momencie roku. — Ustawa precyzuje, że siedlisko to jest miejsce rozrodu, wychowu młodych, żerowania, odpoczynku lub migracji. Czyli, w przypadku ptaków, siedliskiem może być pojedyncze drzewo czy krzew, ale też cała łąka czy cały las — tłumaczy dr Laszczkowski.
Jak dodaje, obecnie, żeby dostać zezwolenie na niszczenie siedlisk, należy wykazać „nadrzędny interes publiczny”.
— Trzeba wykazać, że faktycznie jest to potrzeba istotna dla całego społeczeństwa. Wtedy można uzyskać to zezwolenie. Natomiast jeśli ta zmiana weszłaby w życie, właściwie każdy pod pretekstem swojego interesu będzie mógł dostać zezwolenie na niszczenie siedlisk i gniazd ptaków — wyjaśnia dr Laszczkowski.
Taki zapis w ustawie, podkreślają eksperci, jest niezgodny z unijną dyrektywą ptasią.
Stowarzyszenie Nasz Bóbr zwraca uwagę na art. 1 pkt 92 lit. c, który zakłada, że jeśli na danym terenie było wydane pozwolenie na niszczenie tam, nor i żeremi bobrowych, ale nie zostało zrealizowane, podmiotom nie należy się odszkodowanie za szkody powodowane przez bobry. Przykładowo: rolnik nie będzie mógł liczyć na odszkodowanie, jeśli mimo zgody regionalnej dyrekcji środowiska, nie zniszczy tamy i woda zaleje mu pole.
Za szkody powodowane przez gatunki chronione odszkodowania wypłaca Skarb Państwa. Bobry są chronione częściowo, co oznacza, że RDOŚ może wydawać zgody na niszczenie nor, żeremi i tam, a także na odstrzał.
— Faktem jest to, że za bobra państwo płaci największe odszkodowania – wskazują na to coroczne statystyki GUS — komentuje w rozmowie z OKO.press Marta Kaźmierczak ze Stowarzyszenia Nasz Bóbr.
— To są najczęstsze »szkody« – choć tak naprawdę nie powinniśmy patrzeć na działalność bobrów w kontekście szkód.
W krajobrazie rolniczym zalanie pola przez bobry to tak naprawdę inwestycja prośrodowiskowa.
Powinniśmy zachęcać ludzi, żeby utrzymywali te rozlewiska. Ministerstwo chce robić coś zupełnie odwrotnego i zachęcać ludzi, żeby niszczyli tamy, przez co rozlewisk i wody będzie mniej – a w efekcie pogłębią się efekty długotrwałej suszy — dodaje Kaźmierczak.
Jak wyjaśnia, jeśli zmiany weszłyby w życie, odszkodowań nie dostałyby osoby i podmioty, które otrzymały indywidualną zgodę na niszczenie tam, ale również takie, które podlegają pod zarządzenie RDOŚ. Na czym polega różnica? Indywidualne zgody wydawane są na konkretne tamy czy konkretne cieki wodne. Zarządzenie RDOŚ może być znacznie szersze, zezwalające na niszczenie tam na dużym obszarze, nawet w całym województwie. Może być też długoterminowe – obowiązujące do pięciu lat.
— Czyli jeżeli RDOŚ wydał taką zgodę np. dla województwa podkarpackiego, to żadna osoba z tego województwa nie dostanie odszkodowania za zalany przez bobry teren? — pytamy.
— Tak w praktyce by to działało. To jest tworzenie presji finansowej, żeby te tamy niszczyć. A niszcząc tamy, niszczy się też całe siedlisko — nie tylko bobrów, ale płazów i owadów, które osiedlają się na rozlewiskach. Jesteśmy w stanie kryzysu klimatycznego i kryzysu bioróżnorodności – a w tym samym momencie proponowana jest zmiana, która oba te kryzysy tylko pogłębi — odpowiada Marta Kaźmierczak
— Powinniśmy jako państwo dążyć do tego, żeby wspierać współistnienie bobrów z ludźmi. Żeby promować rozwiązania alternatywne, na przykład montaż rur przelewowych w bobrowych tamach, które pozwoliłyby obniżyć poziom wód. Paradoksalnie, przy proponowanej zmianie przepisów, osoby, które postawiłyby na takie alternatywy, zostałyby pozbawione szans na otrzymanie odszkodowania — dodaje.
Koalicja 10%, skupiająca największe polskie organizacje przyrodnicze, w ramach konsultacji publicznych wysłała kilkanaście uwag dotyczących zapisów w projekcie nowelizacji.
— Jeśli miałabym wymienić, co w tej ustawie jest najbardziej niebezpieczne, postawiłabym na zapisy dotyczące niszczenia siedlisk — ocenia Maria Włoskowicz.
— Niepokojące są również zapisy dotyczące ustanawiania obszarów Natura 2000 – dziś ustanawia się je rozporządzeniem ministra klimatu. Według nowelizacji takie obszary miałyby być powoływane aktem prawa miejscowego wydawanym przez RDOŚ. To wbrew pozorom nie jest zmiana formalna, jak próbuje przekonać Ministerstwo w uzasadnieniu — tłumaczy prawniczka.
— To zmiana, która przenosi znaczenie tego aktu w hierarchii źródeł prawa: z aktu powszechnie obowiązującego na terenie całego kraju na akt miejscowy obowiązujący na terenie działania kompetencji danego organu. W przypadku Natura 2000 to jest problematyczne, bo te obszary tworzą sieć. Ich spójność jest szczególną wartością, zapisaną również w unijnej dyrektywie siedliskowej. Nie można więc tej sieci rozdrobnić na obszary, za które odpowiadają różne RDOS-ie — wyjaśnia Włoskowicz.
Akt miejscowy, jak dodaje Włoskowicz, można zaskarżać do sądu administracyjnego zgodnie z ustawą o samorządzie województwa. Takie rozwiązanie może więc znacząco utrudnić powoływanie nowych obszarów Natura 2000.
— Szczególnie istotne jest to, czego w tej ustawie zabrakło. Jako ClientEarth w 2021 roku wydaliśmy raport »Dlaczego w Polsce od 20 lat nie powstał park narodowy i jak to zmienić«. Jedną z podstawowych przeszkód jest samorządowe weto, dodane do ustawy w 2000 roku. Nowelizacja daje szansę na wprowadzenie wielkiej, znaczącej i daleko idącej zmiany, z której ustawodawca niestety nie skorzystał. Złożyliśmy w konsultacjach propozycję zniesienia weta. Mamy nadzieję, że zostanie uwzględniona — mówi Włoskowicz.
— Nie chodzi nam oczywiście o wykluczenie jednostek samorządu terytorialnego z procesu tworzenia parku narodowego. Chodzi o likwidację twardego weta – samorząd wciąż miałby możliwość opiniowania — dodaje prawniczka.
Jak podkreśla Włoskowicz, tworzenie parku narodowego powinno wynikać przede wszystkim z wartości przyrodniczej konkretnego terenu. Tymczasem w obecnych warunkach zależy wyłącznie od klimatu politycznego w regionie.
To głos ekspertów. Niestety, zupełnie inne stanowisko przedstawiają posłowie rządzącej koalicji. Projekt nowelizacji ustawy o ochronie przyrody zbiegł się w czasie z propozycją posłów Polski 2050 i PSL, którzy chcą maksymalnie utrudnić powoływanie nie tylko parków narodowych, ale również rezerwatów przyrody. Proponują, żeby – tak jak w przypadku parków narodowych – samorządy miały prawo weta również w przypadku rezerwatów. To w praktyce sparaliżowałoby skuteczną ochronę przyrody w Polsce. Na łamach OKO.press opisał to szczegółowo Paweł Średziński:
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Komentarze