Polskie społeczeństwo nie ma zaufania do nauki. To jest charakterystyczne dla zbiorowości, które z mniej lub bardziej uzasadnionych przyczyn boją się zmian, nie bardzo wierzą w inwestowanie w rozwój i, siłą rzeczy, w naukę, która to umożliwia — mówi w rozmowie z OKO.press prof. Andrzej Leder.
Dr Stanisław Krawczyk, współorganizator akcji „3% na naukę, 100% dla Polski”, której uczestnicy 27 maja protestowali pod Sejmem, w liście otwartym do mediów napisał, że pensje w sektorze nauki są skrajnie niekonkurencyjne, a mimo apeli kolejnych gremiów środowiska naukowego pieniądze przeznaczane na naukę i szkolnictwo wyższe, liczone jako procent PKB, od dwóch dekad systematycznie maleją.
„Wynagrodzenie osoby z doktoratem rozpoczynającej pracę na stanowisku adiunkta to niecałe trzy czwarte średniego wynagrodzenia w sektorze małych, średnich i dużych przedsiębiorstw, zaś część osób zatrudnionych na stanowiskach asystenckich, mimo posiadania doktoratu, zarabia zaledwie 19 złotych powyżej pensji minimalnej” – wyliczał Krawczyk.
Zapytałem prof. Andrzeja Ledera, filozofa, psychoterapeutę, członka Rady Naukowej w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN oraz autora m.in. „Prześnionej rewolucji”, za którą był nominowany do Nagrody Literackiej „Nike”, dlaczego nauka nie jest priorytetem polskich polityków oraz czy militaryzacja badań i rozwoju jest nieunikniona.
Damian Nowicki: Istnieje opinia, że z finansowaniem nauki w Polsce jest jak z narodową kadrą piłki nożnej: wszyscy wiedzą, że jest źle, każdy podaje inny powód i rozwiązanie, a na końcu i tak nic się nie zmienia, a jak już, to na gorsze. Dlaczego tak jest?
Prof. Andrzej Leder: Chociaż w zasadzie wszyscy zgadzają się, że nie jest dobrze, to rozrzut propozycji przeciwdziałania niewydolności finansowania nauki w Polsce jest silnie związany z poglądami politycznymi. Różne odpowiedzi usłyszymy z jednej strony od kogoś, komu bliżej do liberalizmu, neoliberalizmu, a tym bardziej libertarianizmu, inne – od państwowca, w szczególności tego o poglądach lewicowych. Ten spór, moim zdaniem, dotyczy dwóch głównych kwestii: czy nauka, a szczególnie badania podstawowe, powinna być finansowana przez sektor publiczny czy prywatny – i w jakiej wysokości.
Druga kwestia dotyczy tego, jaka powinna być wartość lub jakość tego, co nauka daje społeczeństwu. Trzeba podkreślić, że to starcie dwóch perspektyw występujące we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych, należących do OECD (Organisation for Economic Co-operation and Development, Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, która grupuje 37 państw świata) i na dodatek mających gospodarkę rynkową.
Najstarsze doniesienia o niedofinansowaniu szkolnictwa wyższego i nauki w Polsce sięgają samego początku transformacji. Z kolei już w 1992 roku Europejski Instytut Rozwoju Regionalnego i Lokalnego Uniwersytetu Warszawskiego opublikował raport o dość jednoznacznym tytule „Ucieczka mózgów z nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce”. Czy Pana zdaniem można powiedzieć, że znormalizowaliśmy kryzys, jeżeli od ponad 30 lat polska nauka jakoś funkcjonuje w takim stanie?
Niestety można tak powiedzieć. Nakłada się na to jeszcze boom edukacyjny wśród polskiego społeczeństwa, który trwał od lat 90. mniej więcej do kryzysu finansowego z 2008 roku. Dla uczelni wyższych i samych naukowców był on ogromnie ważny, ponieważ pozwolił przetrwać zawirowania tamtego okresu, np. bezrobocie sięgające w szczytowym momencie 20 proc. Należy podkreślić, że boom nie oznaczał lepszego finansowania nauki, tylko był sposobem na to, żeby naukowcy, którzy uczyli studentów, nie umarli z głodu, bo ich pracę finansowali rodzice studiujących albo oni sami, pracując. Ale to nie jest sposób, aby rozwijać bazę naukową i sensowne badania.
Pewna siła bezwładności tego boomu trwała jeszcze w drugiej dekadzie XXI wieku, ale skończyła się z przyczyn demograficznych: coraz mniej dzieci przekłada się na coraz mniejszą liczbę studentów. Drugą kwestią jest fakt, że młodzi ludzie dzisiaj widzą, że w wielu zawodach, które nie wymagają wyższego wykształcenia, można zarabiać porównywalnie albo lepiej niż w zawodach wymagających dyplomu uniwersyteckiego. Oba te zjawiska powodują, że naukowcy są odcinani od dodatkowego źródła finansowania.
A jak było wcześniej? Czy nauka w socjalistycznym paradygmacie, mimo że centralnie sterowana i w wielu aspektach ocenzurowana, była w gorszej sytuacji finansowej?
Kondycja finansowa nauki w PRL-u była tożsama z sytuacją większości innych obszarów życia społecznego: ogromne deficyty, ale bez umierania z głodu. Oczywiście w porównaniu do teraźniejszości warunki materialne były gorsze, choćby ze względu na niewymienialność waluty i autarkiczny, zamknięty charakter państwa. Nie wydaje mi się jednak, żeby można było porównywać obie rzeczywistości ze względu na zupełnie inny ustrój oraz sytuację geopolityczną.
Pytam o PRL, ponieważ pojawia się coraz więcej krytycznych analiz, takich jak książka prof. Tomasza Zaryckiego pt. „Polskie nauki społeczne w kontekście relacji władzy i zależności międzynarodowych”, według których polska nauka okresu socjalizmu może się pochwalić największymi osiągnięciami, a także istotnością w globalnym obiegu naukowym. Chodzi chociażby o badania prof. Witolda Kuli oraz Mariana Małowista, które wywarły ogromny wpływ nie tylko na światowy dyskurs historii społeczno-gospodarczej, ale także na ekonomię czy socjologię. Czego dzisiaj, w dobie członkostwa w najróżniejszych międzynarodowych gremiach oraz statusu 20. gospodarki świata, zdaniem samych badaczy, szukać ze świecą.
Tutaj byłbym ostrożny. Rzeczywiście lata 60. były niezłym okresem dla polskiej nauki, kiedy szczególnie dziedziny społeczne i humanistyczne odnosiły spore sukcesy i były równorzędnym partnerem dla przedstawicieli z krajów wysokorozwiniętych. Był to też okres, kiedy Związek Radziecki konkurował z Zachodem, wystrzeliwał w kosmos rakiety i wydawało się, że jest jakaś współmierność. Co więcej, do lat 70. w całym świecie nauki społeczne traktowano poważnie, uważano, że mają one społeczeństwom coś ważnego do powiedzenia. To się bardzo zmieniło wraz ze zwycięstwem neoliberalnego modelu i „końcem historii”. Dyskusja nad formą społeczeństwa odesłana została do lamusa, nauka została uznana za dziedzinę produkcji, nauki społeczne za źródło sondaży, a humanistyczne – contentu dla przemysłu rozrywkowego, reklamy i polityk historycznych.
Trochę przejaskrawiam, ale nie tak bardzo. Wracając do lat 60., nie zmienia to jednak faktu, że kontakt polskiego naukowca z międzynarodowymi badaczami był mocno ograniczony i zawsze odbywał się w pewnej sytuacji podrzędności. Jednocześnie z naukami technicznymi czy medycyną było znacznie słabiej. Polska miała jeszcze przedwojenne tradycje naukowe, choćby matematyczne, aczkolwiek one nie wymagały technologii poza kartką papieru, ołówkiem i koszem na śmieci.
I jeszcze jedno. Po 1968 roku nastąpiła w Polsce głęboka zmiana. Z jednej strony na polską humanistykę założono kaganiec nacjonalistyczny, z drugiej – nauki przyrodnicze i techniczne zaczęły być duszone importem technologii z Zachodu i w związku z tym polskie badania znajdowały coraz mniej zaplecza w przemyśle. Na dodatek lata 70. były okresem, kiedy Stany Zjednoczone i kraje zachodnioeuropejskie odskoczyły blokowi wschodniemu, więc ta współmierność, o której mówiłem, załamała się i nastąpiła stagnacja.
Ostatnie lata PRL-u to po prostu niesłychana bieda polskiej nauki. W momencie wejścia w transformację nie było nawet czego porównywać.
Śledząc doniesienia medialne, można odnieść wrażenie, że każdy rząd po 1989 roku powtarzał z grubsza te same hasła o istotności nauki, jej wpływie na gospodarkę, innowacje, rozwój itp. Jednocześnie na przestrzeni minionych dekad powstało sporo analiz wskazujących, że każda złotówka zainwestowana w badania i rozwój nauki generuje ileś tam złotych więcej w postaci wyższego PKB. Na przykład raport „Nauka i szkolnictwo wyższe a PKB” Konferencji Rektorów Uczelni Ekonomicznych z 2023 roku podaje zwrot w wysokości 8–13 złotych z każdej zainwestowanej złotówki. Dlaczego w takim razie nauka nie jest chociaż jednym z priorytetów polityków, skoro mamy twarde dane, że przynosi realne korzyści finansowe, a nie „tylko” symboliczne w postaci nagród czy wyróżnień?
Na to nakładają się dwie sprawy. Pierwszą jest hegemoniczna ideologia neoliberalna, która obowiązuje od przełomu lat 80. i 90. Jej koncepcja zakładała, że nauka, owszem, jest ważna, ale powinna być finansowana przez prywatne podmioty, ponieważ w wielu bardzo wysoko rozwiniętych krajach koło 70 proc. inwestycji w naukę pochodzi z prywatnych źródeł. Polscy politycy wciąż są przywiązani do tego modelu, ponieważ niezależnie od tego, czy rządzi Koalicja Obywatelska, czy PiS, o gospodarce w zasadzie decydują ekonomiści o orientacji neoliberalnej. Założenie, że jak będziemy wymuszać na naukowcach, żeby się promowali, to trafią w jakiś sposób do przemysłu czy przedsiębiorców, którzy dadzą im pieniądze na badania, nadal bardzo silnie rezonuje wśród decydentów w Polsce.
Problem polega na gotowości kapitału do ponoszenia ryzyka. W Izraelu albo w Stanach Zjednoczonych taki mechanizm rzeczywiście działa – choć, jak pokazała Mariana Mazzucato, również w tych krajach u podstaw nowych technologii zawsze są badania prowadzone przez państwo. W państwach europejskich nadal to agencje publiczne biorą na siebie finansowanie tego, co może być ryzykowne. Poza wyjątkami, w krajach półperyferyjnych o średnim poziomie rozwoju, a Polska nadal jest takim krajem – niezależnie od tego, jakbyśmy ustawiali statystyki –
prywatny kapitał nie jest skłonny do ryzyka. Najchętniej kupuje nieruchomości, korzystając z dopłat z pieniędzy publicznych.
Zresztą w państwie, w którym każda kolejna ekipa rządząca unieważnia wszystkie decyzje poprzedniej, nie jest to takie dziwne. Poza tym jednak polskie społeczeństwo wyrosło z kultury folwarcznej i na zasadzie jakiegoś głębokiego odruchu jego podstawowe środki są kierowane na własność, kiedyś ziemską, a dzisiaj nieruchomości w postaci mieszkań w miastach. To jest charakterystyczne dla społeczeństw, które nie bardzo wierzą w inwestowanie w rozwój i, siłą rzeczy, w naukę, która to umożliwia. I w tym sensie myślę, że musiałoby się jeszcze wiele zmienić w mentalności Polaków, żeby presja ze strony kapitału i społeczeństwa na kierowanie dużych środków na naukę była większa.
Skoro polscy przedsiębiorcy w ogóle nie mają ochoty na inwestycje, nawet te produkcyjne, to umieszczanie pieniędzy w funduszach inwestycyjnych, lokujących środki w badania naukowe, których efekty pojawią się za nie wiadomo ile lat, a może wcale, jest dla nich czymś jeszcze odleglejszym. To się po prostu nie dzieje, i widać, że statystycznie w Polsce inwestycje są wtedy, kiedy przychodzą pieniądze unijne albo duże fundusze publiczne. Sfera polityczna z kolei cały czas marzy o tym, żeby zdarzył się jakiś cud:
żeby nie musieć finansować nauki ze środków publicznych i żeby sami naukowcy w pewnym momencie nauczyli się wyciągać pieniądze od przedsiębiorców, jak w tej bajkowej Ameryce.
Drugą – i w moim odczuciu główną – przyczyną jest brak zaufania polskiego społeczeństwa do nauki. O ile profesor uniwersytecki jako postać nadal cieszy się szacunkiem, o tyle sama idea badań naukowych i tego, że przekładają się one na coś konkretnego, jest traktowana jako bajka. Powszechne jest myślenie, że publiczne pieniądze tak naprawdę idą na pensje naukowców po to, żeby lekko im się żyło, a nie na coś ważnego i pożytecznego. Połączenie takiej postawy dużej, niestety, części społeczeństwa z nastawieniem przedsiębiorców sprawia, że wywołanie presji politycznej na skierowanie dużych środków na naukę jest niewykonalne. Jednocześnie, jeżeli się powie, że badania dotyczą np. chorób nowotworowych i pokaże się dziecko chore na raka, to dochodzi do różnych zrywów, czego jesteśmy regularnie świadkami.
Wchodząc na moment w buty adwokata diabła, może problem leży po stronie naukowców, którzy nie potrafią się zaprezentować i sprzedać?
Nie jestem pewien, czy praca naukowca powinna zakładać elementy show-biznesu, czy marketingu, ale nawet jeżeli byśmy tak myśleli, to wciąż będzie spora grupa badaczy, którzy będą mieć trudności, aby publicznie ogłaszać: „dajcie mi pieniądze”. Szczególnie w naukach przyrodniczych, ale też w wielu dziedzinach humanistycznych i społecznych są ludzie, którzy właściwie tylko siedzą przed komputerem i piszą teksty, albo w laboratoriach i robią eksperymenty, a ich kontakty społeczne kończą się na publikacjach w czasopismach czy referatach podczas konferencji. Można powiedzieć, że to ich własna wina, ale to właśnie często oni są autorami najciekawszych pomysłów i najwartościowszych wynalazków. I oczywiście również w Stanach Zjednoczonych są tacy sami naukowcy, którzy wykonują taką samą, a nawet jeszcze mniej „dynamiczną” działalność, a jednak kieruje się na nich niemałe środki finansowe.
Czy w takim razie protest naukowców pod hasłem „3% na naukę, 100% dla Polski”, który był najliczniejszą demonstracją środowiska akademickiego po 1989 roku, wywoła upragnioną zmianę?
W świetle fragmentacji środowiska akademickiego w Polsce poziom mobilizacji do tego, żeby się czegoś domagać, był czymś niesłychanym. Oczywiście naukowcy powinni próbować zmieniać świadomość społeczną, więc samą akcję popieram i uważam za potrzebną, zresztą uczestniczyłem w demonstracji pod Sejmem. Ale uważam też, że było nas bardzo niewielu, zbyt niewielu. W Warszawie z nauką związanych jest, licząc ze studentami, paręset tysięcy ludzi. A pod Sejmem było nas tysiąc, dwa tysiące, może trochę więcej…
Jest jeszcze jedna zmienna w tym równaniu – to ogólna tradycja edukacyjna. Polska edukacja wyrasta z XIX wieku – najwyżej ceni się „rębajłów”, a przygotowuje raczej pracowników przedsiębiorstw i urzędników, a nie ryzykantów.
Nie bez znaczenia jest też Unia Europejska oraz nasze w niej członkostwo. Faktem jest, że kraje, które mają długie i silne tradycje naukowe, ściągają do siebie zarówno środki, jak i naukowców, co powoduje, że słabsze kraje, jak Polska, po prostu na tym tracą. Jeżeli nie ma konkurencyjnej oferty rozwoju dla naukowców, to ci wyjeżdżają pracować tam, gdzie ona jest, np. do Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Holandii itp.
A propos konkurencji: twórcy ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym z 2018 roku zapewniali, że pieniądze na naukę i badania się znajdą, ale trzeba będzie o nie powalczyć. Tłumaczono to światowym standardem obecnym na najważniejszych uczelniach, na których mierzalność i konkurencyjność są nieuniknione. Prof. Marek Kwiek, jeden z twórców projektu Ustawy 2.0, powiedział, że „nauka nie jest demokratyczna i nie jest egalitarna; nauka to stała walka o odkrycia, uznanie i środki”. Czy takie podejście do zarządzania finansami nauki dało jakieś korzyści?
W tej argumentacji jest pewna racja i, jak zwykle, problem leży w sposobie realizacji. W krajach OECD przeznacza się średnio 2,7 proc. PKB na badania i rozwój, w Unii Europejskiej jest to około 2,2 proc., natomiast w państwach, które prowadzą wojnę albo są u jej progu, jest to koło 5–7 proc., jak w Izraelu czy Korei Południowej.
Około 1,1 proc. polskiego PKB po prostu nie jest dużą kwotą pieniędzy przeznaczonych na naukę.
To fakt, z którym nie ma co dyskutować, a mówienie, że w systemie są pieniądze, tylko trzeba się o nie postarać, jest jawną przesadą. Z kolei reforma zakładała, że w kraju, który jest półperyferyjny, istotne będzie prywatne finansowanie nauki. Nie bez powodu powstało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które miało łączyć naukę z biznesem. Patrząc na jego stosunkowo krótką, ale bogatą w afery historię, widać, że to założenie po prostu nie działa. O niechęci polskiego kapitału do ryzyka już mówiłem, musimy się więc liczyć z tym, że finansowanie nauki w naszym kraju będzie publiczne.
Następną sprawą jest wspólny system mierzenia wyników naukowych. To, że w ramach tak wielkiego organizmu, jakim jest Unia Europejska, nie ma własnego systemu oceny i promowania nauki, który pozwoli porównywać badania polskie, francuskie, niemieckie czy hiszpańskie, bez zależności od anglo-amerykańskiego kompleksu przemysłowo-naukowego, jest błędem.
Elementem tego jest uzależnienie się w procesie oceniania od prywatnego kapitału amerykańskiego czy brytyjskiego – bo to on stoi za naukowymi wydawnictwami czy rankingami, takimi jak Scopus czy lista szanghajska.
To jest, moim zdaniem, polityka samobójcza. To, jak obecny system miar jest skonstruowany, powoduje, że naukowiec nie ma żadnej stabilności, przynajmniej do momentu, kiedy znajdzie się w pozycji feudała w swojej dziedzinie. I stanie się kimś, kto raczej rozdaje niźli ubiega się o różnego rodzaju profity. Powtórzmy – podstawowe dochody naukowców są dzisiaj na bardzo słabym poziomie, a stypendia młodych naukowców na studiach doktoranckich nie pozwalają im w ogóle przeżyć.
Słyszałem też opinie, że prawdziwym problemem nie są pieniądze, ale biurokracja, formalności i struktura systemu grantowego. W końcu te miliony na dofinansowania trafiają do jakichś naukowców?
Trafiają, czego przykładem jest zespół badawczy, w którym pracuję. Grant, który uzyskaliśmy, rozwiązuje wiele problemów na jakiś czas, chociaż nie tak znowu długi, bo na dwa–trzy lata. Nie zmienia to faktu, że sytuacja, w szczególności młodych naukowców, jest dramatyczna, a sukcesy pojedynczych osób czy zespołów tego nie zmieniają. Jednocześnie Narodowe Centrum Nauki ma budżet tak słaby, że współczynnik sukcesu przy składaniu grantów na różnego rodzaju badania sięga około 10 proc. Powoduje to, że merytoryczna weryfikacja grantów staje się loterią, a ogromna część projektów, nierzadko znakomitych, leci do kosza. W takich okolicznościach rzeczywiście bardziej od nauki liczy się przede wszystkim technika pisania wniosków, tj. składania obietnic i używania pewnych kluczowych słów czy fraz, które spodobają się oceniającym. To nie jest zresztą problem dotyczący tylko Polski.
Ale nawet nie to jest największym problemem.
Tym, co dusi polską naukę, jest głębokie niezrozumienie jej społecznej roli.
Nauka nie jest wyłącznie produkcją. Rozumiem, że epoka, w jakiej żyjemy, wymusza na naukowcach to, że będą tworzyć drony, lasery i sztuczną inteligencję, która je napędza. Wiadomo też, że jesteśmy w sytuacji frontowej, więc jest to potrzebne. To rola nauk stosowanych. Są jednak też nauki podstawowe, których rolą od wieków było pogłębianie naszego zrozumienia świata. Poszukiwanie prawdy. Wszystkie społeczeństwa tego potrzebują, nawet jeśli często badania podstawowe nie przynoszą rezultatów, które można bezpośrednio zamienić na leki, albo po prostu utowarowić. Podobnie, rozwijanie nowych koncepcji w naukach społecznych i humanistycznych pogłębia dyskusję dotyczącą tego, w jakim społeczeństwie chcemy żyć.
Może jednak najważniejsze jest to, że nauka to jest też pewnego rodzaju instytucja społeczna, działająca w sposób niezastąpiony w społeczności lokalnej, do której przynależy. Uniwersytet czy uczelnia wyższa, szczególnie w małym mieście, odgrywa rolę kulturotwórczą, wokół niej tworzą się inicjatywy i wydarzenia kulturalne, jakieś środowisko, jednocześnie wyławia najzdolniejszych ludzi, którzy tam mieszkają, daje im jakąś perspektywę. Jeżeli nie ma takiego uniwersytetu, powiedzmy, w Rzeszowie albo Białymstoku, to ci ludzie mogą się nigdy w ogóle nie dowiedzieć o pewnych możliwościach i z nich nie skorzystać. Albo zrobią wszystko, żeby stamtąd uciec. W tym sensie nauka nie pełni roli tylko produkcyjnej, ale również
tworzy nowoczesne społeczeństwo, które potem będzie w stanie się obronić choćby przed rosyjską dezinformacją czy zalewem „contentu” z amerykańskich czy chińskich platform.
Trzeba myśleć nie tylko o tym, że mamy się ścigać z Oksfordem czy Sorboną, ale również o tym, jaką funkcję nauka pełni dla społeczeństwa.
Warto dodać, że bez stworzenia sieci dobrych ośrodków naukowych w całym kraju, a nie tylko w największych aglomeracjach, nie będziemy potrafili wykorzystać jedynego zasobu, jaki Polska ma, czyli stosunkowo dużej, dobrze wykształconej części społeczeństwa. Co więcej, kończy się epoka, w której Polska rozwijała się dzięki niskokosztowej pracy w montowniach i różnego rodzaju usługach. Młodzi ludzie nie znajdą już pracy w usługach księgowych dla amerykańskich firm, dlatego że te albo wykorzystują AI, albo przenoszą się do tańszych Indii. Ci młodzi ludzie muszą mieć jakiś obszar ekspansji, a dobrze finansowane uczelnie byłyby dla nich właśnie takim obszarem i tworzyłyby pewnego rodzaju potencjał dla Polski.
To jest funkcja, której gowinowska naukometria w ogóle nie dostrzega.
Podczas tegorocznej konferencji Impact Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego, powiedział, że resort intensywnie poszukuje pieniędzy, a w sprawie zwiększenia nakładów na naukę do 3 proc. PKB prowadzi rozmowy m.in. z ministrem finansów Andrzejem Domańskim, Wojciechem Balczunem, ministrem aktywów państwowych, oraz przedstawicielami spółek Skarbu Państwa. Co Pan sądzi o pomyśle, aby finansowanie polskiej nauki stało się taką „międzyresortową zrzutką” i czy świadczy to o niewydolności lub indolencji resortu nauki, czy też jest to raczej nieistotne, dopóki, mówiąc kolokwialnie, na końcu ktoś dowiezie pieniądze dla naukowców?
Aktualnie mamy pewnego rodzaju stan wyjątkowy związany z tym, że trzeba bardzo szybko skonsumować dużą ilość pieniędzy związanych chociażby z programem SAFE. Jeżeli jakąś część z nich mogłyby uzyskać ośrodki badawcze, ale pieniądze te przepłynęłyby przez Ministerstwo Obrony Narodowej, to oczywiście nie jestem temu przeciwny. Nie jest to jednak systemowe rozwiązanie ani zmiana na dłuższą metę, których potrzebujemy. Z drugiej strony uważam, że pokazuje to niewydolność aktualnej polityki finansowania nauki oraz brak sprawczości ministra nauki. Z całym szacunkiem, ale te dodatkowe środki na naukę, jeżeli się pojawią, nie będą efektem jego działań, tylko decyzji gremium politycznego, prawdopodobnie premiera, ministra finansów, ale też koalicjantów.
W marcu prof. Konarzewski powiedział w jednym z wywiadów, że projekty wojskowe staną się jednym z głównych filarów finansowania instytutów PAN i że instytucja kończy pracę nad porozumieniem z MON w tej sprawie. Czy Pana zdaniem nie jest to puszka Pandory, która doprowadzi do militaryzacji nie tylko PAN, ale polskiej nauki w ogóle?
Badania czy projekty naukowe dla wojska zawsze były ogromnym bodźcem dla nauk technicznych czy przyrodniczych. Wszyscy znamy historię projektu Manhattan, którego głównym efektem było co prawda zbombardowanie Hiroszimy i Nagasaki, ale też olbrzymi postęp techniczny w związku z opanowaniem energii atomowej. Rozwój układów scalonych, systemów łączności satelitarnej, a nawet internetu ma wojskowe pochodzenie. To, że wojsko będzie się dokładać do badań prowadzonych w określonych naukach technicznych Polskiej Akademii Nauk, nie wydaje mi się czymś złym. Bardzo dobrze, żeby część tych środków pozostała w Polsce, a nie poszła na badania naukowe w Korei albo USA. Natomiast to dalej nie ma nic wspólnego z systemowym rozwiązaniem problemu finansowania nauki. Pieniądze na zbrojenia będą dostępne przez jakiś czas, a Polska sama nie udźwignie zbrojeń na taką skalę, by móc zapewnić bezpieczeństwo wobec Rosji czy Rosji razem z Chinami, gdy Amerykanie wycofują się z Europy. I żaden fort Trump tego nie zmieni.
Musimy stworzyć system długofalowego finansowania nauki, niezależnie od tego, czy mamy akurat jakiś zastrzyk pieniędzy, jakim są środki na zbrojenia, czy nie.
Minister Kulasek powiedział też, że w związku z sytuacją geopolityczną strategiczny jest rozwój badań w kierunkach zbrojeniowych, a sądząc po rozwoju wydarzeń nie tylko na styku Ukrainy i Rosji, ale w ogóle na świecie, kierunek ten nieprędko się zmieni. Czy w związku z tym może dojść do sytuacji, w której naukowcy zajmujący się np. literaturoznawstwem, filozofią czy historią starożytnego Bliskiego Wschodu, żeby w nie tak odległej przyszłości otrzymać jakiekolwiek finansowanie, będą zmuszeni konkurować o grant, tyle że „okołomilitarny”?
Wizja, w której żeby otrzymać dofinansowanie, historycy będą badać wyłącznie przebieg wojen, filolodzy będą analizować zwroty używane przez Cezara podczas kampanii galijskiej, a filozofowie będą komentować Tukidydesa albo Clausewitza, jest karykaturalna i koszmarna. Na szczęście żyjemy w kraju, w którym gwałtowne zmiany są bardzo rzadkie. Inercja jest podstawową cechą systemów instytucjonalnych w Polsce, więc takiego niebezpieczeństwa się nie obawiam. Raczej te potencjalne pieniądze od wojska będą dodatkowymi zastrzykami, które nie będą częścią podstawowego finansowania, zaś jego poziom pozostanie niski. Po prostu niespodziewanie pojawią się jakieś pieniądze na jakieś badania związane z jakimś nowym typem dronów czy laserów. Pieniądze te, moim zdaniem, znikną równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawiły.
Na sam koniec chciałbym zapytać o wizję przyszłości i nadzieję. Z jednej strony, patrząc na ostatnie 37 lat, mieliśmy do czynienia najpierw z depriorytetyzacją nauki, a potem z indolencją rządzących wobec konsekwencji tych decyzji. Z drugiej strony jest sporo badaczy i naukowców, którzy otrzymali granty i nie mogą narzekać na brak środków, pracy czy możliwości. Czy jako szanowany naukowiec z dorobkiem i nagrodami, ale też jako „zwykły” akademik, który o te granty wnioskuje – oraz jako członek środowiska akademickiego – patrzy Pan w przyszłość z nadzieją czy obawą?
Jestem optymistą, ale optymistą realistycznym. Moim zdaniem ta sytuacja jest zależna przede wszystkim od mobilizacji politycznej, nie od środowiska naukowego. Tak jak powiedziałem, moim zdaniem w Polsce kończy się okres, kiedy mogliśmy konkurować z innymi krajami tanią pracą. Te zmiany dotkną bardzo wielu młodych ludzi, często nieźle wykształconych, wywołując kryzysy oraz liczne konflikty. To, jak energia tego konfliktu zostanie zużytkowana, jest zależne od aktualnych sporów politycznych. Może to pójść w kierunku jakiejś formy nacjonalizmu, ataków na obcokrajowców jako konkurujących na rynku pracy i wreszcie prób wychodzenia z Unii. Może też pójść w kierunku zwiększenia realnych środków przeznaczanych na naukę w ramach wspomnianego konkurencyjnego systemu Unii Europejskiej. To jest już kwestia decyzji politycznych, które nastąpią w ciągu najbliższych lat. I tu, moim zdaniem, jesteśmy w środku kluczowych zmian, co do których jest jeszcze za wcześnie na predykcje.
A czy powrót do władzy prawicowych formacji sprawi, że pojawi się więcej pieniędzy na naukę? Przemysław Czarnek już obiecywał odważne zmiany mające naprawić polską naukę.
Nie, nie pojawi się. Po pierwsze, wiadomo, że te środowiska romansują m.in. z wizją wyjścia z Unii Europejskiej, więc nie będzie więcej pieniędzy europejskich. Po drugie, sprawdziliśmy już, że
w nauce pod rządami prawicy rządzi nacjonalistyczne tromtadractwo, a pod nim korupcja i nepotyzm.
Po trzecie, formacje radykalnej prawicy w ogóle nie cenią polskiej nauki i uważają ją za niepotrzebną, przy czym jedni dlatego, że uważają, iż wszystko można i trzeba brać od Stanów Zjednoczonych, a inni, jak Braun, sądzą, że jego elektorat naukowców raczej nie lubi. Jeżeli więc dojdzie do zmiany ekipy rządzącej na radykalnie prawicową koalicję, to myślę, że trzeba znowu będzie się nastawić na „chronienie substancji” i próby przetrwania do lepszych czasów.
Nauka
Władza
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego
finansowanie nauki
humanistyka
nauka w Polsce
obronność
Dziennikarz i reportażysta freelancer, najściślej związany z "Gazetą Wyborczą" oraz "Tygodnikiem Powszechnym". Absolwent filozofii i filmoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu w Warszawie. Nominowany do nagrody Grand Press 2022 w kategorii wywiad. Najbardziej poruszają go systemowe problemy, które krzywdzą bezbronnych ludzi. Pracuje nad debiutancką książką o nadużyciach w polskim środowisku akademickim, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.
Dziennikarz i reportażysta freelancer, najściślej związany z "Gazetą Wyborczą" oraz "Tygodnikiem Powszechnym". Absolwent filozofii i filmoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu w Warszawie. Nominowany do nagrody Grand Press 2022 w kategorii wywiad. Najbardziej poruszają go systemowe problemy, które krzywdzą bezbronnych ludzi. Pracuje nad debiutancką książką o nadużyciach w polskim środowisku akademickim, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.
Komentarze