0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 11.05.2021 Gliwice , Poltechnika Slaska . Otwarcie laboratorium katalizy przemyslowej do projektowania technologii egologicznych w przemysle . Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl11.05.2021 Gliwice ,...

We wrześniu 2023 roku, jeszcze za poprzedniego rządu, brałem udział w proteście młodych naukowców w Ministerstwie Finansów. W OKO.press ukazał się wtedy nasz manifest oraz mój tekst o tym, że politycy od dekad głodzą polską naukę.

Przeczytaj także:

Minęło dwa i pół roku, ale obecny rząd rozczarowuje tak samo jak poprzednie – polskie państwo od dwudziestu lat przeznacza w budżecie coraz niższy odsetek PKB na naukę i szkolnictwo wyższe. Stoi to w jawnej sprzeczności z szumnymi deklaracjami polityków.

Z jednej strony Donald Tusk mówi, że „Przyszłość […] Zachodu […] będzie zależała od tego, czy będziemy w stanie utrzymać Europę, w tym Polskę, na tym najwyższym poziomie, jeśli chodzi o kreatywność, innowacyjność, naukę, wiedzę”, Andrzej Domański zaś twierdzi, że „to praca świata nauki zdecyduje o konkurencyjności polskiej gospodarki w kolejnych dekadach”.

Z drugiej strony Polskę obiega ogłoszenie instytutu Polskiej Akademii Nauk, w którym osobie z doktoratem z fizyki ciała stałego za pracę przy zaawansowanej aparaturze proponuje się pensję minimalną. Wiceminister Marek Gzik wywodzi, że w latach 2024-2026 „wzrost wynagrodzeń na uczelniach polskich został odnotowany na poziomie prawie 40 proc.”, zapomina jednak dodać, że płaca minimalna wzrosła o 34 proc. (od 3600 zł brutto w grudniu 2023 roku do 4806 zł obecnie). Politycy musieli dostosowywać do tego wzrostu drabinkę zasadniczych pensji nauczycieli akademickich, bo inaczej zarobki na jej dolnym szczeblu – asystenckim – byłyby już tak niskie, że aż niezgodne z prawem.

3 proc. dla nauki, 100 proc. dla Polski

Dlatego 27 maja o 13:00 pod Sejmem odbędzie się dużo większy protest, koordynowany przez Łukasza Okruszka, Agatę Starostę i Michała Tomzę (ja sam należę do szerszego grona badaczek i badaczy, którzy pomagają w organizacji).

Będzie to kulminacyjny punkt akcji „3% dla nauki, 100% dla Polski”.

Po co nam nauka

„Rozwój nauki nie powinien być traktowany jako dobro luksusowe” – tak zaczynamy petycję. „Jest on warunkiem koniecznym stabilnego postępu cywilizacyjnego, społecznego i gospodarczego. Dzięki nauce jesteśmy w stanie budować silne państwo i odporne społeczeństwo oraz czerpać korzyści z rozwoju gospodarki”.

Co więcej, na stronie akcji i w jej mediach społecznościowych codziennie pojawia się przynajmniej kilka krótkich nagrań, w których ludzie nauki (w tym wiele osób młodych) opisują swoje badania, na ich przykładzie wyjaśniając, czemu inwestowanie w ten sektor jest tak ważne.

Nauka służy zarówno całej ludzkości, a także poszczególnym rejonom i krajom. Inwestycje w naukę to zarazem inwestycje w bezpieczeństwo własnego państwa. Inne kraje przyfrontowe, jak Korea Południowa, potrafią poświęcać na badania i rozwój nawet ponad 5 proc. PKB; również Polska powinna dbać o własne technologie, ale też o głębsze zrozumienie swoich słabych i mocnych stron, np. podatności na wojnę informacyjną i możliwości obrony przed manipulacją.

Zastosowania nauk ścisłych i przyrodniczych raczej nie budzą zazwyczaj wątpliwości. A jak z naukami społecznymi i humanistycznymi?

Potrzebujemy ekspertek i ekspertów nie tylko w radiu

Ostatnie lata pokazały, że kryzysy geopolityczne wybuchają w bardzo różnych miejscach, i to często takich, które wcześniej rzadko przyciągały naszą uwagę. W 2022 roku miało to miejsce w Ukrainie, w 2023 – w Izraelu i Palestynie, teraz w styczniu wszyscy usłyszeliśmy o Wenezueli, a w marcu o kontrolowanej przez Iran Cieśninie Ormuz. Niedługo może będziemy nadrabiali braki w wiedzy o Dżibuti (przez położoną przy nim Cieśninę Bab al-Mandab przepływa około 10% globalnego handlu morskiego) bądź Tajwanie.

Takich kryzysów nie da się w pełni przewidzieć, ale można się do nich w pewnym stopniu przygotować. Do tego potrzebujemy ekspertek i ekspertów – ludzi, którzy znają język, historię i kulturę danego kraju bądź regionu dzięki własnym badaniom naukowym lub ukończonym studiom. Wiedza tworzona przez te osoby powinna być udostępniana decydent(k)om, lecz także publikowana w formie tekstów, podcastów i innych materiałów. Oczywiście samo kształcenie uniwersyteckie nie wystarczy, jest jednak koniecznym elementem ekosystemu informacyjnego (złożonego też np. z korespondentek i korespondentów zagranicznych), który umożliwia klasie politycznej oraz innym grupom społecznym sprawniejsze odnajdowanie się we współczesnym świecie.

Istnieją dobre przykłady ukierunkowanych w ten sposób działań państwa: mamy np. Ośrodek Studiów Wschodnich. Działania te trzeba wzmacniać i rozszerzać, a nie osłabiać i zawężać. Bez własnych specjalistów i specjalistek będziemy patrzeć na świat cudzymi oczami, rozumiejąc tyle, ile nam opowiedzą „Guardian” czy „New York Times”. A przecież poważne państwo powinno budować własną wiedzę o świecie, nie ograniczając się do obcej perspektywy.

Skoro zajęliśmy się już funkcjami nauki, pora zapytać, czy niedofinansowana nauka może je pełnić.

Czego potrzebuje nauka

Szereg problemów i związanych z nimi postulatów opisaliśmy w petycji. Mówiąc najszerzej, w 2024 roku nasze państwo wydawało na badania i rozwój tylko 1,41 proc. PKB, podczas gdy w Unii Europejskiej było to średnio 2,24 proc.; wyprzedzały nas m.in. Słowenia, Estonia, Czechy i Grecja.

W odpowiedzi postulujemy zwiększenie wydatków na badania i rozwój do 3 proc. PKB do roku 2030

(mówimy tu o sumie środków publicznych i prywatnych), a ponadto zapewnienie godnych warunków wszystkim pracującym w sektorze nauki, student(k)om i doktorant(k)om oraz realne finansowanie badań.

W tej chwili minimalna zasadnicza pensja asystencka – na stanowisku, na którym część instytucji z braku środków zatrudnia nawet osoby z doktoratem – to 4825 zł brutto. Bardzo niskie pozostają zarobki personelu wsparcia (administracyjnego, technicznego, techniczno-badawczego).

Stypendium doktoranckie przez pierwsze dwa lata wynosi 3570,50 zł brutto. Praca w sektorze nauki jest zatem coraz mniej atrakcyjna. Zwłaszcza młodzi ludzie z wykształceniem wyższym, którzy mieszkają w dużych miastach, mają do dyspozycji inne zawody (lub inne kraje) pozwalające stabilniej planować życie i myśleć o zakładaniu rodziny. Nauka staje się opcją dla ascetów albo dla osób ze znacznym wsparciem finansowym rodziców, partnerki czy partnera.

Problem ten zresztą widać już wcześniej, na etapie studiów – nie bez powodu pracuje niemal 60 proc. studiujących. Kto nie pochodzi z miasta uniwersyteckiego i nie wywodzi się z dostatecznie zamożnego domu, ten musi spędzać po kilka godzin dziennie na wyczerpującym, za to mało rozwijającym dorabianiu.

Dzieje się tak również dlatego, że brakuje odpowiedniej liczby tanich miejsc w akademikach i niedrogich publicznych stołówek, a próg dochodowy stypendium socjalnego jest tak wyśrubowany, że wyklucza nawet te osoby, których rodzice otrzymują płacę minimalną. W takich warunkach trudno o wejście na drogę naukową, przez co tracimy dużą część ludzi, którzy mogliby z sukcesami budować polską i jednocześnie światową naukę.

Równocześnie brakuje pieniędzy na badania, w tym na utrzymanie kluczowej infrastruktury – w zeszłym roku niepewny był m.in. los radioteleskopu w Piwnicach pod Toruniem, reaktora jądrowego Maria i statku Oceania. Niedostateczna jest podstawowa subwencja, która umożliwia uczelniom, instytutom PAN i państwowym instytutom badawczym codzienne funkcjonowanie; o wiele za niski jest też budżet Narodowego Centrum Nauki, finansującego badania podstawowe.

To wszystko można zmienić, ale potrzeba woli politycznej. Nie mają jej rządzący, którzy myślą o wyniku najbliższych wyborów zamiast o długofalowej przyszłości Polski. Dlatego musimy sprawić, by ignorowanie nauki zaczęło być dla polityków kosztowne, a drogą do tego są właśnie protesty.

Cudów nie ma

Istnieje narracja, wedle której naukę należy najpierw głęboko zreformować, a dopiero potem finansować. W myśl tej narracji powinniśmy wstrzymać się z wydawaniem większych środków na badania, rozwój i szkolnictwo wyższe, dopóki nie rozwiążemy głównych problemów wewnętrznych tego sektora.

Oczywiście nauka w Polsce ma swoje słabości, którymi też warto się zajmować. Mimo to jednak uzyskuje wyniki w przybliżeniu zgodne z tymi, których można się spodziewać przy obecnym finansowaniu (czasami nieco lepsze, czasami nieco gorsze). Jeżeli nasze wydatki na badania i rozwój – jako odsetek PKB – sytuują nas pomiędzy Grecją i Chorwacją, to nie oczekujmy rezultatów na poziomie Stanów Zjednoczonych. Nie dziwmy się też, gdy polscy badacze i badaczki, szukając lepszych warunków pracy, wyjeżdżają choćby do Niemiec.

Spójrzmy na kilka analiz. W 2022 roku Przemysław Kazienko i Maciej Dzieżyc z Politechniki Wrocławskiej opublikowali artykuł, w którym porównują Narodowe Centrum Nauki z kluczową europejską instytucją grantową, European Research Council, sprawdzając, jakie efekty przynoszą środki wydawane na finansowanie projektów badawczych. W największym uproszczeniu – publikacje naukowe, które powstają dzięki grantom NCN, są względnie częściej cytowane w prestiżowych czasopismach specjalistycznych (w przeliczeniu na każdy wydany milion euro) niż prace z projektów wspieranych przez ERC.

Z kolei Marcin Wroński i Karol Bąkowski w raporcie dla Sieci Badawczej Łukasiewicz przyjrzeli się międzynarodowemu rankingowi QS, analizując budżety uczelni. Gdy wyliczyli, jaka kwota przypada na jednego pracownika naukowego, okazało się, że w pierwszej setce rankingu jest to średnio ponad milion dolarów. Natomiast na trzech zbadanych polskich uczelniach (Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Jagiellońskim i Politechnice Warszawskiej) ta kwota wynosi kilkakrotnie mniej: około 85–135 tys. USD, względnie 200–320 tys. USD według parytetu siły nabywczej. Kiedy bierzemy pod uwagę finansowanie, okazuje się, że uczelnie te plasują się nawet wyżej w rankingach, niż należałoby się spodziewać. (Obraz ten w pewnej mierze komplikuje inna obserwacja autorów, zgodnie z którą UW, UJ i PW charakteryzują się relatywnie małą liczbą studentek i studentów na pracownika naukowego).

Im wyższe finansowanie, tym większy wpływ

Inny raport, „Nauka i szkolnictwo wyższe a PKB”, powstał z inicjatywy Konferencji Rektorów Uczelni Ekonomicznych. Jego autorzy i autorki zestawili ze sobą państwa Unii Europejskiej, porównując ich wydatki na badania i rozwój (przełożone na standard siły nabywczej) z liczbą publikacji i cytowań w międzynarodowej bazie danych Scopus. W efekcie wykreślili prostą linię trendu: im wyższe finansowanie, tym większy wpływ na globalny obieg wiedzy naukowej. Polska znajduje się nieco poniżej tej linii. Interpretując ten rezultat, należy jednak wziąć pod uwagę fakt, że baza Scopus zawiera przede wszystkim publikacje anglojęzyczne, a w naszym kraju istnieje znacząca tradycja pisania w języku narodowym w naukach społecznych i humanistycznych – podobnie jak we Francji i Niemczech, które w jeszcze większym stopniu odbiegają od linii trendu.

Wszystkie te analizy mają jedną cechę wspólną: porównując naukę w Polsce i innych państwach, uwzględniają poziom finansowania. Mówią nam przez to więcej niż wskaźniki abstrahujące od tego, jak niskie są nasze nakłady w zestawieniu z zachodnimi. Dostępne miary nie są doskonałe (np. rankingi uczelni mają wiele ograniczeń), ale na tyle, na ile potrafimy to policzyć, zasadniczy wniosek wydaje się jasny – nie jesteśmy wyjątkiem, lecz podlegamy takim samym prawidłowościom, jak inne kraje. Istnieją więc dobre powody, by przypuszczać, że wzrost finansowania pociągnie za sobą lepsze wyniki.

A jeżeli w systemie nie znajdzie się więcej pieniędzy, to cóż – cudów nie ma. Reformy bez finansowania już były, przeprowadzamy je od czasu wejścia do Unii Europejskiej (jeżeli za punkt wyjścia wziąć ustawę „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” z 2005 roku). Wywarły lepszy lub gorszy wpływ na niektóre obszary systemu, ale nie mogły przynieść zasadniczej poprawy. W dodatku wzrost finansowania sam w sobie już będzie reformą – dzięki niemu do nauki będzie trafiać coraz więcej osób, które mają wysokie kompetencje badawcze, dydaktyczne i organizacyjne, ale obecnie wybierają lepiej płatne prace w innych sektorach.

W zeszłym roku dumnie okrzyknęliśmy się dwudziestą gospodarką świata. Jeżeli chcemy iść dalej, musimy inwestować w naukę – czyli w przyszłość.

Komentarze