251 mln zł zebrane przez Łatwoganga to 1 promil budżetu NFZ. Tymczasem da się za jednym pstryknięciem palców wyczarować na leczenie w Polsce dodatkowe 18 mld zł. Nikt po nie nie sięga, bo Polacy wierzą, że państwo to ich wróg i lubią myśleć, że pieniądze rosną na drzewach
„Myślę, że ministra zdrowia podziękuję tej ekipę zwariowanych ludzi, że to zrobili”
– tak Jerzy Owsiak skomentował finał zbiórki youtubera znanego jako Łatwogang, który podczas dziewięciodniowego streamu z pomocą celebrytów zebrał 251 mln zł dla fundacji Cancer Fighters na onkologię dziecięcą.
To było medialne szaleństwo. I wspaniały zryw społeczny młodego pokolenia, któremu niespodziewanie udało się osiągnąć niemal taki sam wynik, jak organizowanej przez lata machinie Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, która korzysta ze wsparcia potężnych (tradycyjnych mediów), a do akcji szykuje się przez cały rok.
Przypomnę, że WOŚP podczas tegorocznego finału swojej zbiórki charytatywnej, zebrał 263 mln zł. A robił to już po raz 34.
Ale co znaczy owe 251 mln zł?
Pierwszą skalą jest roczny budżet NFZ, a więc kwota, jaką w Polsce wydajemy przez rok na leczenie wszystkich pacjentów. W 2026 roku budżet ten wynosi 247,8 mld zł, a to oznacza, że zbiórka, która poruszyła całą Polskę, to 0,001 całego budżetu NFZ.
Słownie: jeden promil.
To nie krytyka, po prostu warto oszacować, jak wielka powinna być radość ministry zdrowia.
Faktem jest jednak, że Łatwogang wspólnie z Cancer Fighters nie planowali wcale ratować całego systemu ochrony zdrowia, a jedynie tę część odpowiedzialną za onkologię dziecięcą.
Ile pieniędzy w Polsce wydaje się na nią? Trudno to dokładnie policzyć, ponieważ „onkologia dziecięca” to w pewnym sensie kategoria medialna, hasło publicystyczne, a nawet narzędzie polityczne. A nie kategoria wydatków w planie finansowym NFZ.
Na te wydatki składa się wiele pozycji, w tym od jakiegoś czasu także tzw. ratunkowy dostęp do terapii lekowych, który polega na tym, że w szczególnych przypadkach można zwrócić się do Ministerstwa Zdrowia o możliwość dofinansowania leczenie pacjenta i na tę ratunkową ścieżkę jest osobny budżet.
Zostawmy zawiłości systemu. Dla uproszczenia podajmy za Ministerstwem Zdrowia, że w 2025 roku wartość refundacji świadczeń onkologicznych – zarówno dla dzieci, jak i dorosłych – wyniosła 26,8 mld zł. A zatem ponad 10 proc. tego, co wydajemy w Polsce na leczenie, wydajemy na leczenie raka.
Liczby za 2026 rok z pewnością nie będą mniejsze, a dodatkowo powiększy je 5,2 mld zł na onkologię, które trafią do szpitali w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej z Krajowego Planu Odbudowy.
Czyli mamy zapewne ponad 30 mld zł do wydania na onkologię w 2026 roku – podkreślam jeszcze raz, że zarówno tę dziecięcą, jak i tę dla dorosłych. I tu warto się zatrzymać, dokonując jednak tego podziału.
Wróćmy do 2023 roku, kiedy rząd Donalda Tuska przy dźwięku fanfar przeznaczył dodatkowe 3 mld zł na zdrowie, z których większość miała iść właśnie na onkologię dziecięcą. Wówczas dr Magdalena Jutrzenka, specjalistka onkologii i hematologii dziecięcej mówiła w OKO.press w rozmowie ze Sławomirem Zagórskim:
„Nie wydaje mi się, żeby onkologia dziecięca była najbardziej zaniedbaną częścią naszego systemu ochrony zdrowia”.
Oraz:
„Sądzę, że te dodatkowe pieniądze w onkologii dziecięcej już nie zrobiłyby takiego efektu »wow«, jaki mogłyby zrobić albo w onkologii dorosłych, albo w psychiatrii dziecięcej”.
Krótko mówiąc, pieniędzy na leczenie oczywiście nigdy za wiele, ale akurat najmniej pilnie potrzebne są one właśnie w onkologii dziecięcej.
Warto pokazać liczby na kolejnej skali. W onkologii dziecięcej mamy co roku ok. 1,2 tys. nowych rozpoznań nowotworów, z czego 80 proc. dzieci udaje się uratować. Te liczby są stabilne na przestrzeni lat.
Wśród dorosłych rocznie przybywa ok. 170 tys. pacjentów onkologicznych, a umiera 100 tys. – wskazywała dr Magdalena Jutrzenka. I w dodatku liczba nowych zachorowań z roku na rok ciągle rośnie.
Nowotwory dzieci to zatem 0,7 proc. wszystkich, a zgony dzieci to ok. 0,24 proc. (jedna śmierć dziecka na 400 dorosłych).
I jeszcze raz głos lekarki, która z dziećmi chorymi na nowotwory pracowała, bo to (w przeciwieństwie do samozwańczych socialmediowych specjalistów) daje jej prawo do wygłaszania takich sądów:
„Mam poczucie, że onkologia dziecięca to jest dziś raczej emocjonalny wybór. A wręcz, niestety, populistyczny” – mówiła Magdalena Jutrzenka, kiedy Donald Tusk dorzucał 3 mld zł na leczenie dzieci.
I dodawała:
„Myślę, że mało która dziedzina medycyny może liczyć na takie społeczne zainteresowanie. (…) Dzieci chore na nowotwór zawsze będą budziły w ludziach odruch większej empatii. Poczucia, że trzeba tutaj coś zrobić, ale nie do końca są świadomi tego, jak opieka nad nimi wygląda w rzeczywistości”.
Z roku na rok dziura w budżecie NFZ jest coraz większa. W tym roku zabraknie ok. 26 mld zł. To, co Łatwogang zebrał w swojej charytatywnej zbiórce, to niecały 1 proc. brakującej kwoty.
Tymczasem można problem dziury w NFZ rozwiązać systemowo. Jak? W Sejmie leży projekt ustawy, który znajduje pieniądze, by pokryć ok. 65 proc. brakującej w tym roku na leczenie kwoty. Gdyby nie strachliwość polityków, dałoby się znaleźć nawet 100 proc.
Strach polega na tym, że polityczki i politycy boją się powiedzieć społeczeństwu, że należałoby podnieść składkę zdrowotną. Federacja Przedsiębiorców Polskich, która jest współautorem wspomnianego projektu ustawy i która od kilku lat przygotowuje wspólnie z Narodowym Instytutem Zdrowia Publicznego raporty na temat luki finansowej w systemie ochrony zdrowia, proponuje, by składkę zdrowotną podnieść z 9 do 9,5 proc.
Taka podwyżka o 0,5 pkt proc. dałaby dodatkowe 9 mld zł na leczenie. Polki i Polacy w charytatywnym zrywie, którego nie da się powtarzać co tydzień, zebrali niecałe 3 proc. tej kwoty.
Ale na taką proponowaną podwyżkę składki zdrowotnej należy spojrzeć z jeszcze innej perspektywy – historycznej.
Kiedy planowano reformę systemu ochrony zdrowia w Polsce pod koniec lat 90., dyskusje w Sejmie i w gronie ekspertów pokazywały jasno: żeby system finansowo się spiął, trzeba ustalić składkę zdrowotną na poziomie 11 proc.
W ramach politycznego kompromisu ustalono ją na poziomie 10 proc. I z takim zapisem ustawa została uchwalona w 1997 roku i zaczęła obowiązywać w obiegu prawnym, tyle że czekała na faktyczne wdrożenie.
Ale w międzyczasie zmienił się w Polsce rząd i koalicja Unii Wolności i AWS uznała, że składka jest za wysoka i zanim reforma weszła w życie, składkę obniżono do 7,5 proc.
I to w pewnym sensie był grzech pierworodny, za który płacimy dziś.
To nie koniec, bo owe 7,5 proc. miało co roku rosnąć stopniowo o 0,25 pkt proc., bo jasne było, że 7,5 proc. nie wystarczy. I tak mieliśmy dojść do poziomu 10 proc. Doszliśmy jednak do 9 proc. i nagle w 2007 r. małe coroczne podwyżki zostały zatrzymane.
Dlaczego? Bo zabrakło woli politycznej, by tę ścieżkę do odpowiedniego finansowania systemu ochrony zdrowia doprowadzić do końca. Mimo że te podwyżki co roku o 0,25 pkt proc. wcale nie budziły społecznego oporu.
Kropka jednak została postawiona i teraz trudno ją przesunąć, bo od tamtej pory mamy swoisty polityczny kompromis, że 9 proc. składki zdrowotnej to świętość nie do ruszenia.
Podsumowując, płacimy na zdrowie mniej niż już trzydzieści lat temu zakładano, że powinniśmy. Gdybyśmy wrócili choć do kompromisowej przecież stawki na poziomie 10 proc., jak za pstryknięciem palców wyczarowalibyśmy w systemie ochrony zdrowia dodatkowe 18 mld zł.
Tylko że politycy nie mają odwagi powiedzieć tego na głos. No i nie da się spływania 18 mld zł do kasy NFZ streamować w internecie.
Dla jasności – ewentualne podniesienie składki zdrowotnej z 9 do 9,5 albo i 10 proc. dotyczy tylko pracowników na umowach o pracę. Bo przedsiębiorcy płacą na zdrowie według zupełnie innego klucza.
W uproszczeniu wygląda to tak, że dziś zwykły etatowy pracownik płaci na zdrowie 9 proc. swojej pensji brutto. A przedsiębiorca na ryczałcie płaci 9 proc., ale wcale nie od tego, co zarabia, a od średniej krajowej, jeśli jego przychód w danym roku mieści się w przedziale 60-300 tys. zł.
300 tys. zł rocznie to średnio 25 tys. zł miesięcznie. Przedsiębiorca z takim przychodem płaci składkę zdrowotną w wysokości 830 zł miesięcznie, czyli dokładnie tyle, co pracownik zarabiający średnią krajową.
Jeszcze ciekawiej robi się w przypadku przedsiębiorców na ryczałcie, którzy mają przychody powyżej 300 tys. zł rocznie. Niezależnie od tego, czy jest to 301 tys. zł czy 3 mln zł, stawka jest taka sama – płacą 1495 zł miesięcznie.
A liczy się to tak: to 9 proc. – owszem – ale naliczane nie od ich rzeczywistych przychodów czy dochodów, ale od stawki ustalonej jako 180 proc. przeciętnego wynagrodzenia.
Gdyby pracownik na etacie zarabiał 300 tys. zł rocznie, płaciłby miesięcznie 2250 zł składki zdrowotnej. A gdyby zarabiał 3 mln zł rocznie, płaciłby 22,5 tys. zł składki zdrowotnej miesięcznie. I tak dalej, ponieważ składka dla pracowników, inaczej niż dla przedsiębiorców, nie jest limitowana żadnym progiem zarobków.
I do tego wszystkiego należy jeszcze dodać, że ryczałtowcy mogą odliczyć sobie 50 proc. tych zapłaconych składek zdrowotnych od przychodu. Pracownicy odliczać nie mogą nic.
Warto jeszcze wspomnieć o składce zdrowotnej dla przedsiębiorców rozliczających się podatkiem liniowym (19 proc.) – ci płacą nie 9 proc., a 4,9 proc. i również mogą sobie zaliczyć do kosztów 14 tys. zł rocznie.
Zostawmy jednak księgowość, bo to, co się wydarzyło w związku ze streamem Łatwoganga i fundacji Cancer Fighters, to przede wszystkim emocje, nie liczby.
Cała Polska zachwyciła się nie tylko sprawczością młodych ludzi w social mediach (choć rozmiar tej akcji prawdopodobnie nie byłby tak ogromny, gdyby nie włączyły się tradycyjne media), ale i odruchem serca Polek i Polaków, którzy doskonale spisują się podczas narodowych zrywów.
Problem w tym, że to nie zastąpi rozwiązań systemowych.
Analizując reakcje w internecie, można odnieść wrażenie, że my po prostu nie rozumiemy, skąd się biorą pieniądze na wydatki publiczne. Podziw dla spektakularnej zbiórki zamienia się w opinie, że tego typu zrywy mogą zdziałać więcej niż rozwiązania systemowe.
Nie mogą, chyba że chcemy obciąć budżet na leczenie w Polsce do 1 promila obecnych wydatków.
W akcji Łatwoganga pojawiały się komentarze, że „jeszcze NFZ powinien coś dorzucić do zbiórki”, a na taki pomysł ktoś inny odpisał: „nie licz na cuda, ich to nie obchodzi”. Zupełnie, jakby NFZ miał jakieś pieniądze na zdrowie, których jednak nie chce oddać społeczeństwu w postaci świadczeń zdrowotnych, tylko zazdrośnie trzyma je w kieszeni.
Nie mówiąc już o tym, że ewidentnie brakuje świadomości, skąd w tej kieszeni się wzięły, bo nie zostały przecież zerwane z zakazanego drzewa.
Ta fałszywa narracja całkiem niedawno miała jeszcze inne oblicze. Influencerka z grupy DRE$$COD zamieściła w social mediach nagranie, w którym płakała (dosłownie) i niemal mdlała, ponieważ dowiedziała się, że musi zapłacić 24 tys. zł podatku.
Przytomnością umysłu wykazały się jej koleżanki, które ze spokojem pytały, czy nie może sobie wyliczać podatku od zarobku od razu (w domyśle, by płacić zaliczki na podatek dochodowy regularnie, zamiast kumulować należny podatek do zapłaty w rozliczeniu rocznym).
„Nieeeeeee” – brzmiała odpowiedź. Dlaczego właściwie? Bo zdaniem influencerki, to są jej pieniądze i nikt jej nie wytłumaczy, że jest inaczej. A „państwo polskie ją wykończy”.
To jest w gruncie rzeczy ta sama opowieść co zbiórka pieniędzy organizowana przez Łatwoganga – jakaś część Polski najwyraźniej uznaje, że państwo to „oni”. Oni są źli, są w kontrze do „my”.
Dlatego „my” nie chcemy dawać „im”. A „oni” nie chcą dawać „nam”.
Możemy dawać swoje pieniądze innym potrzebującym ludziom, ale z pominięciem aparatu państwa, który jest nam wrogi. Tymczasem tego aparatu pominąć się nie da. Bo kiedy się to robi, zachwyt nad własnym dziełem przesłania właściwą ocenę jego efektu. Odrywamy się od skali.
I tym razem zachwyt (skądinąd słuszny) bardzo tę skalę przesłonił, jednocześnie koślawiąc obraz rzeczywistości. Dobrą wizualizacją tego jest kolaż dwóch zdjęć, który zrobił jeden z internautów na fali zbiórkowej ekstazy.
Na jednym obrazku jest prof. Zbigniew Religa, wycieńczony po 23-godzinnej operacji przeszczepu serca. Zdjęcie ikona.
Na drugim obrazku jest Łatwogang, który po zakończeniu 9-dniowego streamu nadal siedzi przy monitorze w pokoju pełnym rozsypanego konfetti.
Niestety obie sytuacje zupełnie do siebie nie przystają. Prof. Religa dokonał cudu – bo za jeden z największych cudów współczesnej medycyny uważa się transplantacje serca. On zrobił to jako pierwszy w Polsce, w trudnych pionierskich warunkach i rozpoczął tym samym w medycynie nową erę.
Łatwogang świata nie zmienił.
Stanu polskiego systemu ochrony zdrowia też nie. Przywrócił Polakom poczucie sprawczości, dał nadzieję, że dobro istnieje, a „Polacy są niesamowici”, choć w niektórych kręgach ta fraza używana jest już prześmiewczo.
Zrobił coś jeszcze. Umożliwił firmom „charity washing” i optymalizację podatkową influencerów – te wątki pod zbiórką podejmował aż co piąty ją komentujący – wynika z opublikowanego już w niedzielę raportu Europejskiego Kolektywu Analitycznego Res Futura.
Ale, mimo że to przecież należałoby włożyć do szufladki z kategorią „zarzuty” i tak 96 proc. internautów wyraziło wsparcie dla zbiórki, a 97 proc. komentarzy miało sentyment pozytywny. Dobre i to.
Lubimy zakładać różowe okulary.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Komentarze