0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja GazetaAgnieszka Sadowska /...

Dwadzieścia lat temu, 10 lipca 2001 roku, obchody upamiętniające ofiary bratobójczej zbrodni w Jedwabnem koło Łomży, miały rangę państwową.

Kilkuset zamordowanych 10 lipca 1941 roku Żydów i kilkudziesięciu ich zabójców, Polaków, było sąsiadami, mieszkańcami tego samego miasteczka.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski przeprosił w imieniu swoim i „tych Polaków, których sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią”. Dzień wcześniej premier Jerzy Buzek w oświadczeniu wyraził żal z powodu zbrodni i uczcił pamięć ofiar. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa na miejscu kaźni postawiła pomnik i zorganizowała rocznicową uroczystość. Instytut Pamięci Narodowej wszczął śledztwo w sprawie zbrodni i podjął gruntowne badania historyczne na jej temat.

Przed rocznicą episkopat in gremio odprawił w Warszawie nabożeństwo pokutne za grzechy katolików polskich w stosunku do Żydów. Przez wiele miesięcy w prasie toczyła się bezprecedensowa intensywna publiczna debata historyków, socjologów i publicystów nad przyczynami, okolicznościami i następstwami zbrodni w Jedwabnem (oraz innych, stopniowo odkrywanych miejscach podobnych tragedii na Podlasiu), a także szerzej – nad relacjami polsko-żydowskimi podczas wojny.

Przeczytaj także:

Generał Rowecki „Grot”: „Większość nastrojona jest antysemicko”

Proces przyswajania trudnej i bolesnej prawdy bynajmniej nie przebiegał łatwo i prosto. O najbardziej dla mnie zaskakującej przeszkodzie wspomniał profesor Paweł Machcewicz, podówczas kierownik pionu naukowego IPN, w wielkiej księdze zbiorowej „Wokół Jedwabnego”.

Otóż gdy podczas prac nad tym dziełem - summą ówczesnej wiedzy o zbrodni - zamówił w archiwum instytutu akta procesów z lat 40. i 50. wytoczonych uczestnikom pogromów Żydów na Podlasiu podczas wojny, spotkał się z odmową. Wyjaśniono mu, że udostępnienie tych akt mogłoby godzić... w polską rację stanu. Odwołał się do prezesa IPN i profesor Leon Kieres oczywiście nakazał archiwum IPN wydać żądane dokumenty.

Do opinii powszechnej wiedza o polskim udziale w zagładzie Żydów na Podlasiu w 1941 roku - a więc na rok przed rozpoczęciem przez III Rzeszę „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” - dotarła niedawno i była drastycznie sprzeczna z narracją obowiązującą przez pół wieku, a ponadto bolesna i szokująca. Dlatego wspominając rok 2001 uznaję, że instytucje – zwłaszcza państwowe, ale także naukowe, medialne, i wreszcie kościelne – sprostały trudnemu wyzwaniu.

Opinia publiczna była podzielona. Nie wiem w jakich proporcjach, ale jest ona z reguły inercyjna. Jakkolwiek trudno się z tym pogodzić, niemały odsetek polskiej opinii publicznej przejawia skłonność antysemicką.

Nie całkiem od rzeczy będzie przytoczenie tu depeszy, jaką we wrześniu 1941 roku (czyli trzy miesiące po pogromach) wysłał do rządu w Londynie generał Stefan Rowecki „Grot”: „Proszę przyjąć jako fakt zupełnie realny, że przygniatająca większość kraju nastrojona jest antysemicko”. Odpowiadał w ten sposób na instrukcję rządu, by instytucje Polski Podziemnej ostrzegały społeczeństwo, żeby nie ulegało niemieckiemu podżeganiu do wystąpień przeciwko Żydom na ziemiach zwolnionych z okupacji sowieckiej. Słowa generała „Grota” zawsze robiły na mnie wstrząsające wrażenie, chociaż jak większość pokolenia powojennego nie byłem w pełni świadomy, do jakich dokładnie okoliczności się odnoszą.

Straszna prawda nie tylko o Jedwabnem

„Sprawa Jedwabnego” wybuchła w 2000 roku. Opublikowane zostały źródła dowodzące, że 10 lipca 1941 roku w tym podlaskim miasteczku (i w zbliżonym czasie także w wielu innych miejscowościach regionu) grupy Polaków, dostatecznie silne, żeby skutecznie wywierać przemoc, dopuściły się zbrodni masowych morderstw na współziomkach, sąsiadach - Żydach.

Popełniono je w zamęcie wojennym, kilka - kilkanaście dni po ataku III Rzeszy na ZSSR i przejściu frontu przez zachodnie Podlasie, po ucieczce okupantów sowieckich i nastaniu okupantów niemieckich, instalujących się dopiero i nie sprawujących jeszcze pełni władzy i kontroli, a więc w stanie rozchwianej odpowiedzialności i nieustalonych reguł, w warunkach zatem sprzyjających najdzikszym ekscesom.

Ale takie oskarżenie pod adresem nie jakiegoś pojedynczego złoczyńcy czy zdemoralizowanego marginesu, lecz w stosunku do pokaźnych grup „zwyczajnych” Polaków padło po raz pierwszy.

Sygnalista Jan Tomasz Gross

Zasygnalizował je Jan Tomasz Gross, ale jeszcze nie głośną niebawem książką „Sąsiedzi”, tylko krótkim tekstem o długim tytule: „Lato 1941 w Jedwabnem. Przyczynek do badań nad udziałem społeczności lokalnych w eksterminacji narodu żydowskiego w latach II wojny światowej”. Ogłosił w nim dwie relacje szesnastoletniego w 1941 roku mieszkańca Jedwabnego Szmula Wasersztejna.

Relacje te Wasersztejn złożył 5 kwietnia 1945 roku, czyli w czasie stosunkowo nieodległym od opisywanych wydarzeń, przed Żydowską Komisją Historyczną w Białymstoku. Opowiedział najpierw o pogromie 25 czerwca 1941 roku: grupa mężczyzn, mieszkańców miasteczka, wyposażona w pałki, noże i siekiery, dopuszczała się rabunku, gwałtów i szykan na Żydach, a kilkoro z nich, znanych jako współpracownicy władz sowieckich, zamordowała. Nie ma mowy w tej części relacji o obecności tego dnia w Jedwabnem Niemców.

Następnie opisał wydarzenia z 10 lipca: na rozkaz Niemców, ale bez ich czynnego udziału, większa grupa mężczyzn, pod kierownictwem tych samych złoczyńców co poprzednio, przy pomocy zwerbowanych przez siebie sąsiadów spędzili na rynek wszystkich Żydów, których udało im się wytropić. Znęcali się nad nimi kilka godzin, po czym najpierw mniejszą grupę, przeważnie młodych, silnych mężczyzn, zapędzili do stodoły na skraju miasta.

Zmusili ich do wykopania dołu, zamordowali i wrzucili ciała do prowizorycznej mogiły. Następnie zapędzili pozostałych Żydów do tej samej stodoły, podłożyli ogień i spalili ich żywcem. Na rynku, w drodze do stodoły i na miejscu kaźni, oprócz morderców obecni byli w znacznie większej liczbie inni mieszkańcy Jedwabnego, tworzący szczelny kordon wokół skazańców. Nikt nie próbował powstrzymać złoczyńców i nie przeciwstawił się zbrodni.

Relacje te Gross opatrzył zwięzłym komentarzem, uznając je za godne uwagi i warte dalszych badań. Tekst ten w lutym 2000 roku zamieścił w zbiorowej księdze pamiątkowej zadedykowanej profesorowi Tomaszowi Strzemboszowi „Europa nieprowincjonalna”. Pół roku później ukaże się głośna książka Grossa o zbrodni w Jedwabnem „Sąsiedzi”, a Strzembosz będzie z nim ostro polemizować.

Pośród polemistów Grossa, a było ich bez liku, krytykujących takie czy inne sformułowanie, wytykających pomyłki i braki, profesor Strzembosz zajął skrajne stanowisko, a mianowicie zupełnie zanegował udział Polaków. Jego zdaniem, sprawcami zbrodni byli Niemcy.

Z czasem przyznał, że pod przymusem wzięło w niej (ale drugorzędny) udział kilkunastu Polaków. Był wśród negacjonistów najpoważniejszym, powiedziałbym nawet, że jedynym poważnym historykiem. Napisał wybitne książki o warszawskiej AK. Z ulgą przyjąłem, że w ostatnich swoich pracach (zmarł w 2004 roku) zrewidował pogląd na zbrodnię w Jedwabnem.

Nie byłem w stanie uwierzyć w to, co napisał Gross i postanowiłem to sprawdzić

Przychodzi mi na myśl pewna analogia. Jan Karski w 1943 roku pojechał do Stanów Zjednoczonych. Przedstawił przywódcom tego państwa raport o zagładzie Żydów. Spotkał się m.in. z sędzią Sądu Najwyższego Felixem Frankfurterem. Sędzia wysłuchał kuriera z Polski i rzekł: nie jestem w stanie w to uwierzyć. Karski stanowczo zaprotestował. Frankfurter wyjaśnił: ja nie powiedziałem, że panu nie wierzę, lecz że nie jestem w stanie uwierzyć w to, co pan przedstawił, a to jest różnica.

W jakimś stopniu byłem przygotowany na to, co wynikało z ogłoszonej przez Jana Tomasza Grossa relacji Wasersztejna. Dawno temu odkryłem, że wielkie dzieło „Ten jest z ojczyzny mojej” Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny można czytać na dwa sposoby: jako pochwałę dzielnych ludzi, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów, albo potępienie podłych rodaków, przed którymi Sprawiedliwi w pierwszym rzędzie musieli chronić podopiecznych: szantażystów, donosicieli, chciwców, ludzi sparaliżowanych strachem.

Ale ani film dokumentalny Claude'a Lanzmanna „Shoah” (1985 rok), ani wielka dyskusja w „Tygodniku Powszechnym”, wywołana esejem Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto” (1987), nie oskarżały nas o masowe mordy na Żydach, o udział w zagładzie. Błoński napisał: „Przyznać trzeba, że właśnie w Polsce antysemityzm stał się – zwłaszcza w XX wieku – szczególnie dokuczliwy i jadowity... Czy doprowadził do wzięcia udziału w ludobójstwie? Nie. (…) Bóg tę rękę zatrzymał”.

Po zniesieniu cenzury (i wznowieniu stosunków z Izraelem) przybywało bardzo dla nas krytycznych głosów o trudnych relacjach polsko-żydowskich. Ale ani bolesna książka Henryka Grynberga „Dziedzictwo” o dochodzeniu przez pisarza do prawdy o zamordowaniu jego ojca przez znajomego Polaka, i opowiadający o tym wstrząsający film dokumentalny Pawła Łozińskiego „Miejsce urodzenia”, ani wydana w tym samym czasie (1993) książka Jana Tomasza Grossa „Upiorna dekada” nie postawiły jeszcze tego najcięższego zarzutu.

Na przyczynek Grossa z „Europy nieprowincjonalnej” zareagowałem jak sędzia Franfurter na raport Karskiego: nie byłem w stanie uwierzyć. Obraz Żyda osaczonego przez wrogi, choć znajomy tłum i czekającego na swoją kolejkę do zabicia był niezwykle sugestywny.

Ale sceptycyzm podpowiadał: może nie widział wszystkiego, nie dostrzegł ukrytych sprężyn przemocy. Kwerenda wśród literatury historycznej nie dała jednoznacznej odpowiedzi. Znalazłem obszerną rozprawę Szymona Datnera (1966) „Eksterminacja ludności żydowskiej w Okręgu Białostockim”, w której jest wspomniany mord w Jedwabnem, ale źle ją zrozumiałem: że inicjatorami i właściwymi sprawcami byli Niemcy, którzy przyciągnęli do współudziału „męty społeczne spośród miejscowej ludności”. Postanowiłem rzecz sprawdzić w dostępny mi, dziennikarski sposób.

Prawda o zbrodni nie była w Jedwabnem żadną tajemnicą

Zagadka, jak możliwe było zachowanie takiej sprawy w tajemnicy przez blisko sześćdziesiąt lat, rozwiązała się niemal natychmiast, pierwszego dnia. Otóż prawda o zbrodni nie była w Jedwabnem żadną tajemnicą. Zdobyłem w Łomży skąpe wskazówki, kogo rozpytać. Okazały się trafne.

Spotkaliśmy się z pierwszym rozmówcą w piwiarni. Jako kierowca poprosiłem o herbatę, co w piwiarni jest zachowaniem dość ekscentrycznym. Mój towarzysz, którego ledwie zdążyłem uprzedzić o co będę pytać, pośpieszył wyjaśnić młodemu barmanowi, z jaką to mianowicie misją przyjechałem. A ten powiedział coś w rodzaju: „No to zaraz się tu zagotuje” - i nie miał na myśli mojej herbaty. Znajomi szybko wymienili kilka uwag, które mnie jeszcze niewiele mówiły; zrozumiałem jednak, że wszyscy tu o wszystkim wiedzą.

Z podobnym doświadczeniem: że dla miejscowych nie jest to tajemnicą, zetknąłem się w Radziłowie, gdzie ziomkowie sąsiadom zgotowali zagładę według prawie identycznego scenariusza trzy dni wcześniej, 7 lipca 1941 roku. Owszem, kilku rozmówców prosiło o nieujawnianie ich personaliów, czego oczywiście dotrzymałem.

Ale najważniejsi świadkowie zdecydowali się mówić pod nazwiskiem. W Jedwabnem był to Leon Dziedzic, szkolny kolega Szmula, który udzielił Wasersztejnowi pierwszego schronienia, a po kilku tygodniach pomógł dotrzeć do Antoniny i Aleksandra Wyrzykowskich w Janczewku, u których ten przechował się do końca niemieckiej okupacji.

Leon Dziedzic został wezwany do pogrzebania szczątków Żydów spalonych w stodole. Nieocenione źródło informacji. Nie zapomnę wyrazu jego twarzy, gdy zbliżył się i bardzo cicho zapytał: - Ale pan wie, że to zrobili NASI?

W Radziłowie głównym przewodnikiem był mi Stanisław Ramotowski. Ocalił od pogromu rodzinę Finkelsztajnów, później ożenił się z ich córką Rachelą/Marianną. Wstąpił do ZWZ/AK; wśród jego towarzyszy broni byli przywódcy pogromu. Wiele widział, wszystko pamiętał, mówił z namysłem, ostrożnie dobierając słowa. Był chyba bardzo samotny.

Ale w Wąsoszu (tam do pogromu doszło najwcześniej, 5 lipca 1941 roku), dokąd wybrałem się już po opublikowaniu dwóch reportaży, spotkałem się z odmową. Nie zdołałem jej przezwyciężyć. Działał już nakaz milczenia; czy ktoś go wydał, czy dyktował go mechanizm samoobrony? A wiedza o tym, co zaszło w Wąsoszu, prawdopodobnie wiele wyjaśniłaby także w sprawie Jedwabnego i Radziłowa; do dziś zresztą o tym pierwszym pogromie wiemy najmniej.

„Sąsiedzi” Grossa rozpoczęli wielką narodową debatę

Dwa tygodnie po moim pierwszym tekście („Całopalenie”, 5 maja 2000 roku w „Rzeczpospolitej”, z podtytułem: „W Jedwabnem zagłady Żydów Niemcy dokonali polskimi rękami”) ukazała się książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”.

W sierpniu IPN wszczął śledztwo w sprawie zbrodni w Jedwabnem. We wrześniu po opublikowaniu w „Gazecie Wyborczej” artykułu Jacka Żakowskiego „Każdy sąsiad ma imię” i jego rozmowy z profesorem Tomaszem Szarotą „Diabelskie szczegóły” rozpoczęła się wielka narodowa debata.

Pamiętam rozmowę z jednym z przywódców społeczności żydowskiej w Polsce latem 2000 roku, jeszcze przed rozpoczęciem debaty. Powiedział coś, czego wtedy nie rozumiałem: - Spodziewam się i lękam, że teraz nastąpi gwałtowny przyrost antysemityzmu w Polsce. - Chyba antypolonizmu, i to za granicą? - zdziwiłem się. - Wiem, co mówię. Antysemityzmu, tu, u nas – powtórzył.

W jakim miejscu jesteśmy dziś?

Nie jestem pewien, czy antysemityzmu jest teraz więcej, niż na początku wieku. Na pewno objawia się głośniej niż wtedy, i już nie pokątnie, tylko jawnie, pod organizacyjnymi sztandarami. I jest co najmniej tolerowany przez organy ścigania. Zasilany z państwowej kiesy. Politycy obozu władzy składają oświadczenia podważające ustalenia historyków i prokuratora IPN. To jest przykre, nie do zaakceptowania. Ale – przemijające.

Nie wiem, jak przebiegają przemiany świadomości społecznej, co na nie wpływa. Ale z pewnością nie da się ich kierować w stronę prawdy, jeśli nie oprzemy się na solidnym fundamencie nauki historycznej. A ten już istnieje.

Wspomniałem już o monumentalnym zbiorze źródeł i analiz stworzonym „za pierwszego IPN” pod redakcją Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka „Wokół Jedwabnego”. Materiały śledztwa wypełniły 27 tomów. Był na to ostatni czas: sześćdziesiąt lat od wydarzeń. Ostatni świadkowie.

Prokurator Radosław Ignatiew przesłuchał ich dobrze ponad setkę. Nie potrafię zliczyć, do ilu świadków dotarła reporterka Anna Bikont („My z Jedwabnego”), ale bez jej nieprawdopodobnej pracy wielka ilość faktów, obrazów, biografii, opowieści, umożliwiających rekonstrukcję tragicznych wydarzeń nie byłaby dziś możliwa.

Co mogą temu przeciwstawić negacjoniści? Niewiele. Żywią się krytyką cudzych badań, własnych nie prowadzą. A to Gross nie taki, to ekshumacja niedokończona. Podsuwam im bezinteresownie jedyny sensowny pomysł: proszę znaleźć w archiwach niemieckich raport, notatkę, zapis z dziennika, jakikolwiek dokument jakiejkolwiek niemieckiej formacji zbrojnej o tym, że ktokolwiek od nich był w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku. A jeśli nie, szkoda gadać.

To, co jest trwałe, nie przeminie. Po dwudziestu latach nie tylko wiedza na temat ciemnych i trudnych kart z przeszłości stosunków polsko-żydowskich jest nieporównanie większa. Nie tylko w sprawie Jedwabnego i podobnych tragicznych wydarzeń z lata 1941 roku. Myślę o wielkim dorobku Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. I nie tylko o problematyce stosunków polsko-żydowskich. Zmiana zaszła także w badaniach nad historycznymi relacjami z Ukraińcami, Litwinami, Czechami.

*Andrzej Kaczyński - polonista i dziennikarz m. in. „Tygodnika Solidarność” pod redakcją Tadeusza Mazowieckiego i „Rzeczpospolitej”, w której w 2000 roku opublikował pierwsze teksty prasowe o zbrodniach w Jedwabnem („Całopalenie”, 5 V) i Radziłowie („Nie zabijaj”, 10 VII); emeryt.

;
Andrzej Kaczyński

Polonista i dziennikarz m.in. „Tygodnika Solidarność” pod redakcją Tadeusza Mazowieckiego i „Rzeczpospolitej”, w której w 2000 roku opublikował pierwsze teksty prasowe o zbrodniach w Jedwabnem („Całopalenie”, 5 V) i Radziłowie („Nie zabijaj”, 10 VII. Emeryt.

Komentarze