0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 11.09.2025 Warszawa , ul Wiejska , Sejm . Minister edukacji Barbara Nowacka podczas czwartego dnia 40. posiedzenia Sejmu . Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl11.09.2025 Warszawa ...

„Największym problemem w tej nieszczęśliwej sytuacji, bo ona jest oczywiście nieszczęśliwa, jest to, że tak strasznie długo trwało, zanim powstała oficjalna informacja o popełnionym błędzie. Skoro już w marcu było wiadomo o pomyłkach, to dlaczego nie podano tej wiadomości od razu, czy choćby w czerwcu i czekano do października” – pyta Grzegorz Pochopień, ekspert od finansowania oświaty.

W rozmowie z OKO.press precyzyjnie opisuje błędy w obliczeniach, jakie popełniło działające pod presją czasu ministerstwo edukacji, w tym zaniżenie liczby tzw. uczniów przeliczeniowych wynikające z nieuwzględnienia niektórych grup uczniów o szczególnych potrzebach, co oznacza zawyżenie kwoty dotacji.

Wyjaśnia, że w końcówce 2025 roku ukarane za błąd MEN zostały tylko szkoły niepubliczne, publiczne stracą zawyżone środki dopiero w 2027 roku, czyli dostają swego rodzaju kredyt 0 proc. na dwa lata.

Pochopień krok po kroku opisuje, w jaki sposób MEN nie informował o swoim błędzie i jego konsekwencjach, publikując jednocześnie w lipcu właściwą kwotę dotacji na ucznia, jakby mimochodem, w uzasadnieniu ustawy o podziale środków na 2026 rok.

Oto cała rozmowa.

Kto daje i zabiera, ten się w piekle poniewiera – taki jest ton komentarzy po tym, jak szkoły niepubliczne dowiedziały się w październiku 2025, że przez cały rok dostawały źle naliczoną dotację i teraz dostaną mniej. Nikt nie tłumaczy, co to był za błąd, kto go popełnił i dlaczego stracą na nim tylko szkoły niepubliczne. Wyjaśni pan?

Grzegorz Pochopień, specjalista w dziedzinie finansowania edukacji, były pracownik ministerstw edukacji i finansów*: Praźródłem zamieszania jest zmiana od stycznia 2025 systemu finansowania samorządów wprowadzona ustawą o dochodach jednostek samorządu terytorialnego. To ustawa wręcz rewolucyjna, zmiana raz na pokolenie, bo poprzednia pochodziła z 2003 roku. Teraz większość dochodów samorządów stanowią podatki od mieszkańców i firm, a znacznie mniej płynie z budżetu państwa w postaci subwencji. Rzecz w tym, że

nowy system był wdrażany w piorunującym tempie.

Projekt ustawy pojawił się w lipcu 2024, a została ona przyjęta już w październiku, nie było czasu na porządne konsultacje, ba, nawet na zapoznanie się ze zmianami.

Wina ministerstwa finansów?

Nie wiem, czy wina, ale ministerstwo finansów i premier nadali takie tempo. Jest w ustawie dużo dobrych rzeczy dla edukacji, dołożono samorządom na szkoły 24 miliardy złotych, ale są i rzeczy gorsze, a przede wszystkim jest masa zmian. Ministerstwo Edukacji jakoś się w tym wszystkim próbowało odnaleźć.

W poprzednich latach obliczenia na dany rok szkolny były dokonywane między 30 września poprzedniego roku a, powiedzmy, lutym. To dawało MEN czas na spokojne przygotowanie danych i sprawdzenie ich przez samorządy. A tutaj trzeba było w dwa miesiące wyliczyć wszystko w nowym skomplikowanym systemie.

Zabrakło też czasu na procedurę sprawdzającą,

jaką zgodnie z art. 50 ustawy o systemie informacji oświatowej, stosowano w poprzednich latach. Po dokonaniu wstępnych wyliczeń ministerstwo wysyłało specjalne raporty samorządom, w których zestawiano informację – szkoła po szkole, przedszkole po przedszkolu – ilu jest uczniów, jakie wagi im przypisano, samorządy to sobie sprawdzały i miały zatwierdzić, a jeśli były błędy, to wychodziły na jaw.

Wagi, czyli?

Zarówno poprzedni system, jak i obecny oblicza potrzeby edukacyjne wychodząc od liczby uczniów i uczennic, ale minister edukacji w drodze rozporządzenia wyróżnia niektóre grupy i przeznacza na nie więcej pieniędzy. Na przykład nauczanie osób z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego musi kosztować więcej. Dofinansowywane jest nauczanie na wsi, czy nauka niektórych zawodów w technikach.

Te cechy są oblekane w dodatkowe kwoty zgodnie z wagami, które wyznaczają wyższą potrzebę oświatową. Po przemnożeniu zsumowanych wag przez wskaźnik korygujący Di (zależny od stopnia awansu nauczycieli) i

powstaje z tego tak zwany uczeń przeliczeniowy.

Wychodzimy od sytuacji ucznia z krwi i kości, ale zwiększamy środki na jego naukę, jeśli należy do kategorii z przypisaną wagą. Kształcenie ucznia ze specjalnymi potrzebami może kosztować nawet parę razy więcej.

Czyli jeden uczeń może liczyć się za kilku uczniów przeliczeniowych, co jest dla laika trudne do zrozumienia. A ile jest tych wag?

Aktualnie 111, w przyszłym roku bodajże 112, czyli cała masa wskaźników, bardzo skomplikowana robota, co mówię jako były pracownik MEN. Technicznie ujmując, ucznia przeliczeniowego mnożymy jeszcze przez wskaźnik korygujący Di, którego wysokość zależy od stopni awansu nauczycieli. Rzecz w tym, że MEN błędnie przydzielając uczniów do niektórych wag, nie doszacował zarówno liczby uczniów przeliczeniowych, jak i wskaźnika Di. Operował zbyt niskim Di dla niektórych samorządów.

Przeczytaj także:

Szkoła ma wyższy Di, jeżeli ma więcej nauczycieli dyplomowanych, a mniej początkujących?

Tak, tyle że Di jest przyporządkowane nie do szkoły, ale do samorządu, oceniany jest stopień awansu nauczycieli we wszystkich szkołach, które dana gmina czy powiat prowadzi. Samorząd ma wyższy Di, jeśli struktura awansu zawodowego generuje wyższe wynagrodzenie. Nauczyciele dyplomowani są drożsi do mianowanych czy początkujących. Di może np. wynieść 1,05, gdy w danej gminie jest relatywnie duży odsetek nauczycieli lub nauczycielek dyplomowanych.

Wykres pokazuje obecne średnie nauczycielskie zarobki (kolor czerwony) w porównaniu z 2023 i 2024 rokiem:

Dodatkowo w Di jest zaszyty algorytm dla samorządów, które mają szkoły na wsi, ze względu na to, że muszą płacić dodatek wiejski swoim nauczycielom. Komplikacji jest więcej, bo...

Chyba wystarczy, więcej laik może nie znieść. Ogromna liczba tych wag nie wprowadza arbitralności?

Nie. Z jednej strony ministerstwo próbuje ocenić potrzeby różnych grup osób uczących się, które wymagają dodatkowych nakładów, z drugiej prowadzi politykę oświatową w interesie całego państwa, np. wyrównując szanse na wsi. Są w tym jeszcze zaszłości, bo wagi kształtowały się od początku XXI wieku.

Biorąc to wszystko pod uwagę, ministerstwo wyznacza łączne potrzeby oświatowe na dany rok. W 2025 roku zostały one

wyliczone na 103 miliardy złotych.

Następnie oblicza się kwotę na jednego ucznia przeliczeniowego, co z kolei wyznacza poziom dotacji, jakie dostaje samorząd i przekazuje szkole.

Czyli trzeba podzielić 103 miliardy przez liczbę uczniów przeliczeniowych.

Tak. I w ten sposób wyliczono tzw. Standard A, czyli kwotę na jednego ucznia przeliczeniowego.

Do tych 103 miliardów samorządy dorzucają własne środki.

Tak. Nie mamy jeszcze danych za 2025 rok, ale 2024 to było sporo ponad 40 miliardów, w tym roku pewnie będzie podobnie. Samorządy dokładają się do zaspokojenia potrzeb oświatowych zdefiniowanych przez państwo, które są tradycyjnie niewystarczające wobec oczekiwań społeczności lokalnych.

Wracając do dzielenia, MEN podzielił całość potrzeb, czyli 103 mld zł przez liczbę uczniów przeliczeniowych i wyszło mu 9477 złotych i 19 groszy, oczywiście na cały rok. Zabrakło czasu na weryfikację tych wyliczeń. Pewnie ministerstwo teraz tego żałuje, bo można było wyłapać błędy.

Tych uczniów przeliczeniowych musi być ponad dwa razy więcej niż 4,9 mln uczniów i uczennic realnych, bo jak podzielimy 103 mld przez 9477,19 zł, to wychodzi ponad 10 milionów!

Co pokazuje, jak bardzo liczą się korekty przy pomocy wag.

Kiedy MEN wszystko już wyliczył, rozesłał samorządom pod koniec lutego 2025 tzw. metryczki potrzeb oświatowych, czyli zestawienia uczniów z przypisanymi wagami i niektóre samorządy zauważyły, że coś tu nie pasuje. W szczególności powiaty zwróciły uwagę, że dziwnie małe są kwoty na ucznia w prowadzonych przez nie ponadpodstawowych szkołach specjalnych przysposabiających do pracy, w których uczy się młodzież z niepełnosprawnościami sprzężonymi, m.in. niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym, bądź znacznym.

Kwota na takiego ucznia powinna być rzędu 95 tysięcy, a bywało, że wyliczono im 33 czy 67 tys.

A takich szkół jest w Polsce ponad 500.

To oznacza, że waga wynosi w tym przypadku około 10!

Tak zostały wycenione potrzeby edukacyjne tej grupy. A MEN przypisał wagi tak, jakby te osoby ze specjalnymi potrzebami uczęszczały do szkół z oddziałami ogólnodostępnymi, gdzie dolicza się mniejsze kwoty na pracę nauczyciela wspomagającego, pomoc psychologiczną itd.

Drugi błąd. Ministerstwo zapomniało, że wprowadzona w 2025 roku waga dla dzieci z oddziałów przedszkolnych na wsi lub w małych miastach do 5 tys. mieszkańców dotyczy nie tylko przedszkoli, ale także szkół podstawowych, które prowadzą taką edukację. I przedszkolaki ze szkół nie załapały się na wyższą wagę o numerze P75, która daje 1300 zł rocznie ekstra. A szkół wiejskich jest mnóstwo i wiele z nich ma oddział przedszkolny.

To wróćmy do marca 2025. Gminy zaczynają się orientować, że dostaną za mało pieniędzy. I?

Nawet nie, że za mało, bo to nie jest tak łatwo wyliczyć, ale orientują, że w tabeli, jaką samorządowcy dostali z MEN nie zgadzają się liczby dzieci. Ktoś w wiejskiej gminie zauważył, że pod wagą P75 jest mniej dzieci niż uczy się w oddziałach przedszkolnych w szkołach. Ktoś w powiecie zobaczył, że według tabeli osób z wagą wynikającą z nauki w szkołach specjalnych przysposabiających do pracy jest mniej niż w rzeczywistości.

Przy okazji wyszedł na jaw kolejny błąd, czyli zbyt mały wskaźnik Di dla gmin wiejskich i małych miast.

Finał tych wszystkich pomyłek jest taki, że

liczba uczniów przeliczeniowych wygenerowana przez MEN została zaniżona,

co oznacza, że zawyżony został finansowy standard A, bo kwota 103 miliardów się nie zmieniła.

Dlatego MEN zrobiło korektę, podzieliło 103 mld przez większą liczbę i finansowy standard A spadł.

MEN poinformowało o tym jednostki samorządu terytorialnego dopiero 16 października 2025. Skorygowano standard A na 9415,18 zł, czyli o 62,01 zł mniej. I teraz gminy i powiaty potrącają szkołom pieniądze, prawda?

Półprawda. Tak się dzieje tylko ze szkołami niepublicznymi.

Skoro okazało się, że kwoty były wyliczane według zawyżonego standardu, samorządy przelewając im raty w listopadzie i grudniu potrącą te 62 zł na ucznia przeliczeniowego.

Ze szkołami samorządowymi jest inaczej. Jako prowadzone przez samorządy jednostki budżetowe dostają plan wydatków, który nie musi mieć zbyt wiele wspólnego z tym, co sobie państwo polskie naliczy w formie algorytmów. Szkoła ma dostać tyle, żeby działała i samorządy dokładają ze swoich środków, ile mogą, żeby tak było.

Ale gminy też przecież dostawały za dużo na ucznia. Im państwo nie potrąca?

Zacznijmy od tych, które – odwrotnie – dostawały za mało, bo miały dużo dzieci z wysokimi wagami, których MEN nie uwzględnił. Powiaty z dziećmi w szkołach specjalnych nie zyskały, lecz straciły na pomyłce MEN i to straciły dużo. MEN koryguje teraz swój błąd i wylicza im wyższą kwotę, bo prawidłowo przeszeregował uczniów, przyznając im wyższe wagi. Taki powiat będzie na plusie, pomimo tego, że dotacja wyliczana zostaje według pomniejszonego Standardu A, co oznacza stratę. Podniesienie wagi rekompensuje jednak tę stratę z nawiązką. Z tego, co wiem, 29 września poszły wyższe przelewy do części samorządów związane z naprawą skutków błędów.

Czyli MEN musi przeznaczyć na to więcej pieniędzy. Skąd je weźmie?

Tutaj wkroczył do gry minister finansów i uznał, że pokryje je z tzw. rezerwy na uzupełnienie dochodów JST.

Są samorządy, które na „błędach wagowych” straciły, i teraz dostają dopłatę, ale w skali globalnej „bilans musi wyjść na zero”, czyli na 103 miliardy. Znacząca część samorządów straciła na zmniejszeniu standardu A. Czy teraz uszczupli budżety swoich szkół?

Tak powinno być, jeśli samorząd zyskiwał więcej na zawyżonym Standardzie A, niż tracił na błędach z wagami. Ale z tego, co wiem,

samorządy dostały pisma z MEN, że kasy im nie zabiorą.

Czyli ostatnie raty dotacji przyjdą w takiej wysokości, jakby standard A został wyliczony poprawnie?

Tak, dokładnie. Tyle że w pismach, które widziałem, wytłuszczono, że samorządom nie są pomniejszane dochody na 2025 rok. To rodzi podejrzenie, że zadziała tu artykuł 36 ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego, który mówi o ponownym przeliczania potrzeb finansowych, w tym potrzeb oświatowych. Po zakończonym roku budżetowego, w 2026 roku minister edukacji sprawdzi, na ile kwoty potrzeb oświatowych były zgodne z danymi w Systemie Informacji Oświatowej z 2025 roku i raz jeszcze wszystko przeliczy. I wtedy wyliczy gminom i powiatom nadwyżkę, jaką dostały, ale

potrąci ją dopiero w następnym roku 2027.

Czyli w 2025 roku więcej dostaną gminy, które pomimo zmniejszenia standardu A straciły per saldo na potrzebach oświatowych, a te, które dostały za dużo na razie nic nie stracą? Po kieszeni dostaną jedynie szkoły niepubliczne, gdzie uczy się ok. 6 proc. wszystkich uczennic i uczniów?

Tak, szkoły społeczne tracą po 62 zł na uczniu przeliczeniowym i w listopadzie i grudniu dostają od samorządów odpowiednio pomniejszone miesięczne raty.

Pamiętajmy, że szkoły niepubliczne też dostają wyższe środki na ucznia wynikające z wag. Szkoła społeczna może być na wsi, co by akurat było korzystne, bo wskaźnik Di jest korygowany w górę. Znam wiejską szkołę społeczną, której korekta wyszła na plus. Ale szkoły niepubliczne są zwykle w większych miastach.

Jeśli szkoła społeczna ma dzieci z autyzmem, których suma wag wynosi nawet 11 czy 12, to kwotowo traci na jednym dziecku aż siedemset złotych,

bo jego wartość przeliczeniowa jest taka jak 11 czy 12 „ucznia bez wag”, czyli finansowych standardów A.

A są przecież szkoły społeczne specjalizujące się w pracy z dziećmi z autyzmem. Ich straty kwotowe są duże. Tylko pamiętajmy, że cały czas mówimy o stracie rzędu 0,65 proc. w skali roku. Jeśli ktoś więcej straci kwotowo to znaczy, że więcej otrzymywał.

Czy samorządy muszą potrącać szkołom społecznym te pieniądze? Obok wielkomiejskich szkół, z wysokim czesnym, jest wiele małych placówek niepublicznych prowadzonych przez stowarzyszenia, które ratowały na wsi swoją publiczną szkołę zagrożoną likwidacją.

Tutaj wkracza art. 43 ustawy o finansowaniu zadań oświatowych, który pozwala na aktualizację kwot dotacji „w szczególnym przypadku”, MEN korzysta z tego przepisu. Ustawodawcy chodziło zapewne o sytuacje wyjątkowe, ale pomyłka ministerstwa jest według mnie także szczególnym przypadkiem i to nie tylko dlatego tylko, że takiego błędu MEN nie popełnił nigdy wcześniej. Rzecz w tym, że błąd narusza politykę państwa w zaspokajaniu potrzeb edukacyjnych.

Samorządy dysponują środkami publicznymi i muszą zadbać, żeby zostały wydane właściwie,

nie ma tu miejsca na odruch serca.

Trzeba tej aktualizacji dokonać, zwłaszcza że prędzej czy później także samorządy stracą to, co dostały za dużo.

Największym problemem w tej nieszczęśliwej sytuacji, bo ona jest oczywiście nieszczęśliwa, jest to, że tak strasznie długo trwało, zanim powstała oficjalna informacja o popełnionym błędzie. Skoro już w marcu było wiadomo o pomyłkach, to dlaczego nie podano tej wiadomości od razu, czy choćby w czerwcu? Wtedy te 60 złotych mniej na ucznia by się rozłożyło np. na sześć miesięcy, po 10 złotych na miesiąc. A teraz wiadomość o odebraniu pieniędzy spada na szkoły niepubliczne jak grom z jasnego nieba, gdy już myślą powoli o zamykaniu budżetu.

No właśnie, dlaczego MEN od razu nie poinformował o pomyłce? Hipoteza spiskowa: może obawiano się nagłośnienia wpadki w czasie kampanii wyborczej Rafała Trzaskowskiego?

Nie mam przesłanek, żeby to ocenić. Ale tak na mój nos, to chyba nie. To, że teraz powstało medialne oburzenie, nie oznacza, że tak samo byłoby na wiosnę. Ta polityka przemilczania pomyłki jest tym bardziej dziwna, że wiadomość o błędzie się jednak rozchodziła i samorządy zaczynały się niepokoić. Czemu problem nie został rozbrojony od razu? Na pytania samorządów MEN odpowiadał, że sprawę wyjaśnia, postara się skorygować itd.

Trzeba było przyznać się szybko do błędu, choć jest to zawsze niefajne, ale błąd się zdarzył, nie dało się go ukryć i jedyne co można było zrobić, to jak najszybciej go skorygować. Prostym komunikatem. Naprawiamy naszą pomyłkę, będzie niższy standard A, bo nie uwzględniliśmy potrzeb edukacyjnych niektórych grup. Przepraszamy.

Aż do 15 października MEN oficjalnie milczał, choć po cichu poinformował o tym, ile ostatecznie wynosi standard A.

Jak to po cichu?

18 czerwca 2025 pojawił się projekt rozporządzenia w sprawie podziału kwoty potrzeb oświatowych na rok 2026. I w uzasadnieniu projektu znalazła się informacja, że standard w 2026 roku osiągnie 9752 zł i wzrośnie o 3,6 proc. w stosunku do standardu na 2025 rok, który wynosił 9415 złotych. Podano tę liczbę jakoby mimochodem.

W kalkulacji zastosowanej na potrzeby opracowania projektowanego rozporządzenia liczba uczniów przeliczeniowych jest przemnażana przez finansowy standard podziału łącznej kwoty potrzeb oświatowych. Standard ten, oznaczony symbolem „A” w załączniku do rozporządzenia, otrzymuje się, dzieląc łączną kwotę potrzeb oświatowych (KP), przez przeliczeniową liczbę uczniów ogółem (Up). Zgodnie z algorytmem podziału łącznej kwoty potrzeb oświatowych w roku 2026 szacuje się, że finansowy standard A wyniesie około 9 752 zł. W stosunku do roku 2025, w którym finansowy standard A wynosił 9 415 zł, wzrośnie on o około 3,6 proc., tj. o około 299 zł.

To było dziwne, bo oficjalnie standard wynosił wciąż 9477 zł i według niego samorządy dostawały pieniądze. Można było podejrzewać, że komuś się źle napisało, ale ja byłem pewien, że to właśnie jest poprawiony standard. Bo jak ktoś się tymi tematami zajmuje, to

już w marcu – widząc skalę błędów MEN – mógł obstawiać w ciemno, że standard będzie niższy, tylko nie wiadomo, jak bardzo.

Czerwcowa informacja z projektu rozporządzenia wywołała kolejną serię pytań samorządowców, czy to jest, czy nie jest nowy standard. I podobno MEN to potwierdzał. Na początku wakacji wiceminister Henryk Kiepura pisał do samorządów, że trwa przeliczanie i będą dalsze informacje, coś w tym stylu.

Ale dopiero w październiku korekta się objawiła w postaci oficjalnego dokumentu, poprawionej metryczki potrzeb oświatowych, jak to nazwano.

Wracam do pytania, dlaczego tak późno. Przecież w ten sposób MEN ukręcił bicz na swoją, nazwijmy to, ministerialną osobę.

Patrzę na to jako były urzędnik. Jesteśmy ludźmi, robimy błędy, zwłaszcza gdy zadanie jest nowe, a czasu mało. Można komuś ściąć głowę, ale nowych urzędników od tego nie przybędzie. Błąd w obliczeniach można ministerstwu wybaczyć. Trudno zrozumieć i wybaczyć to zwlekanie z podaniem informacji.

Rozbrojenie problemu w kwietniu czy maju załatwiłoby sprawę, a straty na dotacjach „rozsmarowałyby się” na wiele miesięcy.

Mało tego, gdyby zareagować natychmiast i zrobić korektę jeszcze w marcu, to może udałoby się zaktualizować wszystkie kwoty wypłacane od kwietnia, bo do marca dotacje idą według budżetu z poprzedniego (2024) roku, nowe zaczynają się od kwietnia.

A tak, jedynym efektem finansowym jest oszczędność na szkołach niepublicznych rzędu kilkudziesięciu milionów, bo uczy się w nich ok. 270 tys. dzieci, czyli odpowiednio więcej uczniów przeliczeniowych.

Tylko kto miałby zaoszczędzić? Jeśli ktoś zyskał na pomyłce MEN, to te samorządy, którym należałoby zabrać środki, ale im darowano i zapewne stracą je dopiero w 2027 roku. Czyli dostały kredyt 0 proc. na dwa lata.

Teoretycznie władze mogły załatwić problem specustawą, w której koszty błędu wzięłoby na siebie państwo, kwota byłaby pewnie do ogarnięcia z jakiejś rezerwy. Władza publiczna mogłaby tak robić i może nawet byłoby to politycznie niegłupie. Ale to wymagałoby nadzwyczajnej mobilizacji i uznania sprawy za priorytet.

*Grzegorz Pochopień, współwłaściciel firmy doradczo-szkoleniowej CDS OMNIA s.c., ekspert SOS dla edukacji. W przeszłości pracownik Ministerstwa Finansów, później Ministerstwa Edukacji Narodowej. W MEN na początku Naczelnik Wydziału Analiz w Departamencie Ekonomicznym, potem Dyrektor Departamentu odpowiedzialnego za System Informacji Oświatowej oraz finansowanie zadań oświatowych, w tym opracowanie corocznego algorytmu podziału części oświatowej subwencji ogólnej. Autor m.in. ustawy o finansowaniu zadań oświatowych, wcześniej przepisów w zakresie m.in. dotacji dla szkół i placówek niesamorządowych.

;
Na zdjęciu Piotr Pacewicz
Piotr Pacewicz

Założyciel i redaktor naczelny OKO.press (2016-2024), od czerwca 2024 redaktor i prezes zarządu Fundacji Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze