Główną przyczyną rosnących cen jajek w USA jest epidemia ptasiej grypy. Ale stały się też symbolem wszystkiego, co jest obecnie w USA zepsute. „Jajka oznaczają porażkę administracji Bidena lub Trumpa, w zależności od tego, po której stronie kurnika stoisz” – pisze Washington Post
W ostatnich miesiącach służby graniczne USA odnotowują więcej prób przemytu jajek niż fentanylu – opioidu kilkadziesiąt razy silniejszego od heroiny. Ilość przechwytywanego fentanylu oraz udaremnionych prób przemytu spadły do najniższego poziomu od trzech lat. Jak informuje Amerykański Urząd Celny i Ochrony Granic (CBP), w trwającym od października roku podatkowym dokonano łącznie ponad 400 konfiskat tego opioidu (dane do końca lutego).
W tym czasie przechwycono prawie 5600 produktów jajecznych, czyli głównie jajek. W całym roku podatkowym 2024 dokonano niemal 16 tys. takich konfiskat – o połowę więcej niż w roku poprzedzającym początek „kryzysu jajecznego” w USA.
Większość osób przybywających na granicę nie wie, że prywatny import jaj jest zabroniony. Gdy urzędnicy pytają o przewóz nielegalnych towarów, w tym jajek, większość od razu się przyznaje. Dzięki temu nie naruszają prawa.
Jak informuje „Wall Street Journal”, nie wszyscy wyznają jednak prawdę. Niektórzy chowają jajka pod kocami albo w innych miejscach pojazdu, co wychodzi na jaw podczas kontroli samochodów, które wzbudziły podejrzenia. Takie osoby otrzymują grzywnę w wysokości do 300 dolarów.
Nielegalny towar zabierany jest wszystkim, a następnie spalany. Jedna z takich spalarni jest w El Paso na granicy z Meksykiem.
To nie jedyny przejaw „kryzysu jajecznego”, który odnotowały media w ostatnich tygodniach.
Niektóre sieci restauracji podniosły ceny dań, które zawierają jajka. W sklepach sieci Trader Joe’s, Lidl i Costco wprowadzono limit sprzedaży jajek. W Pensylwanii ukradziono 100 tys. jajek z ciężarówki. A w Nowym Jorku setki osób odeszło z pustymi rękami, gdy 100 kartonów darmowych jajek rozeszło się w 10 minut.
Być może najbardziej zaskakującym symbolem kryzysu jest jednak rosnące zainteresowanie wypożyczaniem kur niosek na „domowy użytek”.
Jedną z najpopularniejszych firm w tej branży jest Rent The Chicken (Wynajmij kurę) z Pensylwanii. Choć działa od ponad dekady, dopiero w ostatnim czasie zyskała tak dużą popularność, że z trudem nadąża z realizacją zamówień. Jak twierdzi Jenn Tompkins, współzałożycielka Rent The Chicken, liczba zapytań wzrosła pięciokrotnie.
„Z pewnością w małej hodowli, z wybiegiem i dostępem do świeżego powietrza, kury mają o wiele lepsze warunki niż w nędznych warunkach w klatkach” – mówi dla OKO.press Małgorzata Szadkowska, prezeska organizacji Compassion In World Farming Polska.
Szadkowska zwraca też uwagę na potencjalny walor edukacyjny. Nie brakuje bowiem pozytywnych opinii od ludzi, którzy weszli z kurami w bliższy kontakt i opiekowali się nimi. „Nie dziwi mnie to zupełnie, ponieważ kury są bardzo opiekuńczymi i społecznymi zwierzętami, które budują złożone społeczności. Są ciekawskie i różnią się między sobą, mają osobowości. Są zdolne do odczuwania pozytywnych emocji” – dodaje ekspertka.
Kurę w Rent The Chicken można wypożyczyć na okres sześciu miesięcy. W ciągu tygodnia zniesie mniej więcej pięć jajek. „Większość standardowych pakietów za około 500 dolarów oferuje dwie kury, kurnik, jedzenie i instrukcję” – informuje stacja ABC News.
Szybki rachunek pokazuje, że choć ceny jajek w Stanach znacząco wzrosły, wciąż taniej jest je kupować w sklepie. Do tego posiadanie kilku kur na własnym podwórku oznacza konieczność zajmowania się nimi i dodatkowe koszty, których wynajem nie uwzględnia. Skąd więc rosnące zainteresowanie?
„To nie jest kwestia wyłącznie ceny, to raczej wyjście z założenia: »chcę mieć pewność, że mam jajka«” – tłumaczy w rozmowie ze stacją Joe Defrancesco, który zaczął wynajmować kury pięć lat temu.
Ale amerykańskie media rosnące zainteresowanie wynajmem kurczaków łączą też z zachętami przedstawicieli Białego Domu. „Ludzie rozglądają się dookoła i myślą: »Wow, może uda mi się mieć kurczaka na moim podwórku« i to jest świetne” – powiedziała Brooke Rollins, szefowa Departamentu Rolnictwa, w lutowym wywiadzie dla „Fox News”.
Dla Donalda Trumpa rosnące ceny żywności były przed listopadowymi wyborami prezydenckimi niczym kura znosząca złote jaja. Podczas sierpniowej konferencji prasowej przemawiał obok stołu wypełnionego produktami spożywczymi. „Ceny artykułów spożywczych wystrzeliły w kosmos. Kiedy wygram, natychmiast obniżę ceny, począwszy od pierwszego dnia” – przekonywał. Sposobem na to miało być zwiększenie krajowej produkcji ropy naftowej. „To obniży ceny wszystkiego” – zapewniał kandydat Republikanów.
Z kolei kandydat na wiceprezydenta, J.D. Vance, obwiniał za rosnące ceny jajek Kamalę Harris – rywalkę Trumpa w wyborach, która była wiceprezydentką u boku Joe Bidena.
„Jajka, kiedy Kamala Harris objęła urząd, kosztowały mniej niż 1,5 dolara za tuzin. Teraz tuzin jajek kosztuje około 4 dolarów. Dzięki inflacyjnej polityce Kamali Harris, Pensylwania doświadczyła jednych z najgorszych wzrostów cen artykułów spożywczych w całym kraju” – mówił Vance podczas wizyty w supermarkecie z synami.
Internauci szybko wypomnieli mu jednak, że… widoczna za nim cena jajek to 3 dolary. Z oficjalnych danych wynikało zaś, że w tym czasie średnia cena tuzina jajek wynosiła 3,2 dolara. Była więc o wiele niższa niż w styczniu 2023 roku, gdy wzrosła do rekordowego poziomu 4,8 dolara.
Rekord ten został pobity, dopiero gdy Trump znów został prezydentem.
Jak podaje organizacja „Fact Check”, powołując się na oficjalne dane rządowe, średnia cena za tuzin jajek klasy „A” wynosiła w lutym 5,9 dolara. W zaledwie miesiąc wzrosła aż o jedną piątą. W ciągu roku – prawie o dwie trzecie.
Choć pierwszy dzień drugiej prezydentury Trumpa minął już dawno, ceny jajek ani innych popularnych produktów spożywczych nie spadły. Kolejne sondaże pokazują, że wyborcy nie są z tego zadowoleni. 4 marca wspólny sondaż „Reuters” i Ipsos wykazał, że tylko co trzeci Amerykanin aprobuje sposób, w jaki Trump radzi sobie z kosztami życia w USA.
Być może dlatego kilka dni później prezydent udostępnił na swojej platformie społecznościowej link do artykułu o tytule: „Zamknijcie się w sprawie cen jajek – Trump oszczędza konsumentom miliony”. Jego autorem był prawicowy aktywista Charlie Kirk, który za ceny jajek obwinił Bidena.
Trump to samo zrobił podczas przemówienia w Kongresie, a w lutym – podczas rozmowy z telewizją „Fox News”. „Jestem tu tylko przez dwa i pół tygodnia… Nie miałem z tym nic wspólnego. Tamci ludzie mieli” – przekonywał.
Dane Departamentu Rolnictwa z drugiej połowy marca wykazały, że hurtowe ceny jajek spadają. I to znacząco, od zaprzysiężenia Trumpa do połowy marca – mniej więcej o połowę. „Myślę więc, że Amerykanie mają powody, by być optymistycznie nastawieni do tej gospodarki” – stwierdziła Karoline Leavitt, rzeczniczka prasowa Białego Domu.
Jak zauważa „CNN”, kluczowym słowem jest tu jednak „hurt”. Dlaczego więc ceny hurtowe spadają, a detaliczne wciąż rosną? Główną przyczyną rosnących cen jajek w USA jest ptasia grypa, z powodu której od 2022 roku zginęło lub wybito ponad 160 milionów kur.
Marcowe raporty Departamentu Rolnictwa wskazują, że do obniżenia cen w hurcie przyczyniła się spadająca liczba przypadków ptasiej grypy i mniejszy popyt. A dlaczego nie przekłada się to na tańsze jajka w sklepach? Wyjaśnień może być kilka.
Po pierwsze – sklepy mogą w ten sposób rekompensować sobie stracone zyski z poprzednich miesięcy. Po drugie – w sprzedaży wciąż są jajka kupowane po wyższych cenach hurtowych, więc ceny w detalu też pozostają wyższe. I po trzecie – nadchodzi Wielkanoc, a to oznacza ogromne zapotrzebowanie na jajka i mniejszą presję, by obniżać ceny (bo chętnych i tak nie braknie).
I wreszcie po czwarte – „odbudowa” kurzych hodowli to proces rozłożony przynajmniej na kilka miesięcy, a epidemia ptasiej grypy wcale się nie skończyła. Co więcej, wkrótce rozpocznie się okres migracyjny, więc możliwość roznoszenia wirusa przez ptactwo wzrośnie. A skoro najbliższa przyszłość jest tak niepewna, to sklepy wychodzą z założenia, że cen lepiej nie obniżać.
Rozdźwięk pomiędzy cenami hurtowymi i detalicznymi sprawił, że niektórzy doszukują się w tym czegoś więcej.
Adwokacka grupa Farm Action oskarża duże sieci o wykorzystywanie kryzysu do sztucznego zawyżania cen. „Cal-Maine, główny dostawca jaj, kontroluje około jednej piątej amerykańskiego rynku. Zyski firmy wzrosły o 718 proc. w trzecim kwartale 2023 roku” – odnotowuje „CNN”.
Jak dodaje „Wall Street Journal”, z tego powodu Departament Sprawiedliwości miał rozpocząć dochodzenie. Z nieoficjalnych ustaleń dziennika wynika, że administracja sprawdza, czy producenci jaj nie sprzysięgli się w celu podwyższenia cen.
Profesor Jeremy Horpedahl przekonuje jednak, że wyjaśnienie jest o wiele prostsze: zasada popytu i podaży. Ptasia grypa zmniejszyła populację kur niosek w krótkim okresie o 11 proc. To, jak tłumaczy ekonomista z University of Central Arkansas, musiało odbić się na cenach.
Horpedahl przypomina przy tym, że podobne teorie spiskowe pojawiały się trzy lata temu, gdy podczas trwającej wtedy epidemii ptasiej grypy ceny jajek osiągnęły rekordowe poziomy po raz pierwszy. Później dość szybko spadły jednak o ponad połowę. „Ta zmiana nie zaszła dlatego, że producenci jajek nagle stali się mniej chciwi: doszło do niej, bo szok podażowy na skutek fali ptasiej grypy dobiegł końca” – pisze Horpedahl w swej analizie.
Pod koniec lutego administracja Trumpa przedstawiła pięciopunktowy plan walki z „kryzysem jajecznym”. Trzy pierwsze punkty dotyczą wydatku rzędu miliarda dolarów na zwiększenie bioasekuracji na farmach (500 mln dolarów), rekompensaty dla rolników (400 mln dolarów) i opracowywanie szczepionki (100 mln dolarów). Dwa kolejne punkty to poluzowanie przepisów (czyli popularna ostatnio „deregulacja”) i wzrost importu. Zwiększone dostawy są już realizowane m.in. z Meksyku i Turcji, a wśród rozważanych państw jest także Polska.
„Ta strategia nie zlikwiduje problemu w jedną noc, ale jesteśmy pewni, że przywróci stabilność na rynku jajek w najbliższych trzech-sześciu miesiącach” – napisała szefowa Departamentu Rolnictwa Brooke Rollins, przedstawiając plan na łamach „Wall Street Journal”. Według prognoz jej departamentu średnia cena jaj płacona przez konsumentów wzrośnie w 2025 roku o ponad 40 proc.
To pomieszanie z poplątaniem bardzo dobrze oddaje chaos, jaki panuje w amerykańskiej gospodarce.
„Niektóre z proponowanych polityk administracji Trumpa mogą mieć znaczące konsekwencje dla amerykańskiego systemu rolno-spożywczego. Cła i masowe deportacje to polityki, które powodują inflację. Zamiast obniżyć koszty, prawie na pewno przyniosą odwrotny skutek” – mówi dla ABC News David Ortega, profesor ekonomii żywności na Michigan State University.
Według szacunków aż 70 proc. siły roboczej na fermach przemysłowych to imigranci, aż 40 proc. z nich nie ma zalegalizowanego prawa pobytu. „Gdyby plany administracji dotyczące wprowadzenie wysokich ceł i masowych deportacji doszły do skutku, przemysł miałby trudności z funkcjonowaniem” – pisze na łamach „The Conversation” Clodagh Harrington, politolożka z University College Cork.
Kolejną sprawą jest drastyczne cięcie etatów w administracji federalnej i związane z tym spowalnianie walki z ptasią grypą. Jednym z przykładów jest „przypadkowe” zwolnienie przez Departament Rolnictwa kilku pracowników agencji, którzy opracowują reakcję rządu federalnego na epidemię wirusa ptasiej grypy H5N1. Później podjęto próbę przywrócenia ich na stanowiska pracy.
Brak kompetencji zarzuca się również samej Rollins. Nie miała wcześniej żadnego doświadczenia w tym sektorze. Przez lata związana była za to z branżą energetyczną, a jej mąż jest prezesem firmy naftowej. W administracji Trumpa znalazła się dlatego, że na różne sposoby (m.in. poprzez prawicowe think-tanki) wspiera go od lat.
„Jajka stały się symbolem wszystkiego, co jest obecnie zepsute: inflacji, łańcucha dostaw, ptasiej grypy, kontrowersji wokół szczepień, niezdolności rządu do rozwiązania podstawowych problemów. Jajka oznaczają porażkę administracji Bidena lub Trumpa, w zależności od tego, po której stronie kurnika stoisz” – pisze Maura Judkis z „Washington Post”.
W analizie zatytułowanej „Jajka są teraz prezydenckie” ocenia, że ich ceny mogą stać się wręcz nową benzyną. Czyli miernikiem zadowolenia Amerykanów ze stanu gospodarki.
W podobny sposób przedstawia to Clodagh Harrington. „W kwestii imigracji wyborcy często opierają swoje opinie na tym, co postrzegają jako prawdę. Na przykład ostra retoryka dotycząca budowy muru na granicy z Meksykiem może równać się poczuciu, że prezydent podejmuje zdecydowane działania – niezależnie od tego, czy cokolwiek faktycznie się zmaterializuje. W przypadku artykułów spożywczych to rzeczywistość przeważa jednak nad percepcją” – ocenia politolożka.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze