Neoliberalne z ducha nastawienie na zysk i wąsko rozumianą praktykę doprowadza właśnie do masowych cięć w naukach humanistycznych i społecznych. Kryzys krytycznego myślenia i wtórny analfabetyzm niedługo staną się standardem.
Od kilku lat na naszych oczach rozgrywa się apokalipsa wywołana przez rządy na całym świecie i popierana przez wielu obywateli. Jej krótko- i długofalowe skutki stopniowo stają się coraz bardziej widoczne i dotkliwe. Wiedzą o niej ci, których ona dotyka bezpośrednio, oraz ich najbliżsi, a jednak poza pojedynczymi artykułami tu i ówdzie oraz coraz bardziej desperackimi postami w mediach społecznościowych zjawisko to nie jest komentowane, a jeśli już, to najczęściej jest popierane.
Mowa o apokalipsie w strukturach akademickich bez mała na całym świecie.
Rozmawiamy o setkach tysięcy zwolnień w ciągu ostatniej dekady, braku pieniędzy na najbardziej podstawowe badania i narzędzia oraz pensjach. Nędzna wysokość tych ostatnich sprawia, że 40-letni specjaliści i specjalistki – często z wieloma tak zwanymi i ponoć poszukiwanymi dziś wszędzie „kompetencjami miękkimi”, takimi jak umiejętność pracy w zróżnicowanym i międzynarodowym zespole, przyjmowania krytyki i wykorzystywania jej w praktyce, a także z niebywałym potencjałem innowacyjnym – nadal wynajmują pokoje w wieloosobowych mieszkaniach i, o ile nie mają wsparcia rodziny, partnera lub partnerki, stoją przed wyborem: kontynuować prekaryjne życie w imię idei czy zbudować swoją karierę od nowa.
Od lat anegdoty powtarzane między naukowcami, doświadczenia kolejnych kohort doktorantów, a także ankiety przeprowadzane przez specjalistyczne czasopisma układają się w obraz, który niesie jeden wniosek: nie mamy do czynienia ze zmianą roli uniwersytetów i nauki w społeczeństwie. Stoi przed nami widmo zagłady tysięcy instytucji, nawet tych istniejących od wieków.
Kryzys krytycznego myślenia i wtórny analfabetyzm – coraz częstsze w dobie sztucznej inteligencji – za kilka lat mogą stać się standardem.
Badania będą finansowane wyłącznie wtedy, gdy przyniosą jednoznaczny zysk, a nawet zdobycie Nagrody Nobla ich nie obroni, czego przykładem jest niedawna decyzja firmy Google o rozwiązaniu zespołu AlphaFold, który przy pomocy sztucznej inteligencji zdołał opracować system przewidujący strukturę białek. Zespół ten otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii w 2024 roku. Idziemy więc w stronę świata, w którym po raz pierwszy od setek lat wiedza przestaje być ważnym elementem budowania społeczeństw. Czy taki świat może przetrwać? I w jakiej formie?
Sytuacja w szkolnictwie wyższym wygląda podobnie na różnych kontynentach. Najnowszy raport British Academy alarmuje, że tylko w 2024 roku w całej Wielkiej Brytanii zniknęło około 4 000 stanowisk badawczych w naukach humanistycznych i społecznych. Według najnowszych doniesień w 2026 roku pracę ma stracić kolejnych 1 650 osób – zarówno na uczelniach w Sussex, Exeter czy Sheffield, jak i na Uniwersytecie Edynburskim oraz w London School of Economics and Political Science.
Zarządzający uniwersytetami tłumaczą to Brexitem. Wyjście Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej znacząco utrudniło rekrutację studentów: wzrosły nie tylko trudności z uzyskaniem przez nich wiz, lecz także opłaty za same studia.
Problem jest globalny. Do podobnego masowego zamykania kolejnych kierunków studiów i całych wydziałów dochodzi w Ekwadorze, który jeszcze w poprzedniej dekadzie był pionierem Ameryki Południowej w zakresie inwestycji w edukację. Niemniej od czasu przejęcia władzy w kraju przez prezydenta Daniela Noboę w 2023 roku reformy gospodarcze dotknęły cały sektor.
— Nie chodzi jedynie o redukcję etatów, likwidowane są całe kierunki studiów. Jedna z najbardziej prestiżowych w kraju uczelni w dziedzinie nauk społecznych – Papieski Katolicki Uniwersytet Ekwadoru (PUCE) – zamknęła wszystkie kierunki z zakresu nauk społecznych i humanistycznych. Ten sam schemat powtarza się w całym kraju” — mówi OKO.press Félix Andueza Araque, doktorant filozofii z Ekwadoru, który ostatecznie podjął studia na Universidad Católica Andrés Bello w Wenezueli.
Podobnie drastyczne zmiany miały miejsce w ostatnich latach w Argentynie, a nawet list otwarty laureatów Nobla z całego świata w obronie tamtejszego sektora nauki nie pomógł w utrzymaniu funduszy nie tylko na nauki humanistyczne, lecz także na badania farmakologiczne i inżynieryjne.
Z kolei we Francji rok 2026 okazuje się bezprecedensowy dla uniwersytetów: wszystkie publiczne uczelnie ogłosiły deficyt budżetowy w związku ze zmniejszającymi się dotacjami państwowymi na naukę, znacznym wzrostem kosztów eksploatacji budynków i rosnącymi kosztami energii.
Podobna sytuacja ma miejsce we francuskim odpowiedniku PAN, czyli CNRS (Centre National de la Recherche Scientifique), który mimo znaczącej dywersyfikacji swojego budżetu i dotacji ze środków unijnych, międzynarodowych agencji naukowych i innych źródeł nadal mierzy się z kłopotami powodowanymi przez państwo: budżet uchwalany na początku każdego roku przewiduje dotację, której państwo następnie po prostu nie przelewa na konto instytucji.
Francuskie uniwersytety próbują radzić sobie z chronicznym niedofinansowywaniem, przenosząc ciężar nauczania większości przedmiotów na tak zwanych vacataires: doktorantów lub osoby z etatem w innym miejscu, które wykładają dany przedmiot przez semestr.
W ten sposób nie odprowadza się za nich większości składek (a godzina zajęć jest niekiedy opłacana niewiele lepiej niż godzina korepetycji), a podpisywana z nimi umowa najbardziej przypomina polską umowę o dzieło. Już w 2024 roku media alarmowały, że
francuskie szkolnictwo przechodzi przez proces „uberyzacji”,
gdy okazało się, że vacataires stanowili 64% całego personelu nauczycielskiego. Z kolei austriackie szkolnictwo wyższe próbuje się bronić przed okrajaniem budżetów na podobną skalę: jego przedstawiciele protestują przeciwko planowanej obniżce dotacji o 15%. Jak obliczył Uniwersytet w Wiedniu, zaowocuje to utratą pracy przez 10 000 osób, czyli blisko jedną piątą wszystkich naukowców.
W powyższych przykładach – i to nawet bez przytaczania Stanów Zjednoczonych, w których uniwersytety od dawna funkcjonują według modeli biznesowych nastawionych na generowanie dochodu – można doszukać się wielu podobieństw. Redukcje etatów, kolejne ograniczenia budżetowe i sprowadzanie roli wykładowcy do roli dostawcy usług wiedzy wiążą się również z niemal całkowitym brakiem posad dla akademików po doktoracie.
Jak wygląda więc dzisiaj proces poszukiwania pracy przez młodych naukowców? Kolejne kraje próbują pozbyć się ciężaru finansowania swoich instytucji naukowych i uczelni, zmniejszając liczbę osób zatrudnionych na etatach. Zamiast tego kolejne pokolenia doktorantek i doktorantów zatrudniane są na umowy od jednego do trzech lat, finansowane ze środków pochodzących z międzynarodowych grantów: najczęściej o granty te ubiegają się osoby z afiliacją uniwersytecką, które mają środki na utrzymanie wystarczające do tego, by zaprojektować nowe badania. Po wygaśnięciu kilkuletniej umowy świeżo upieczona doktorka lub świeżo upieczony doktor z wieloletnim doświadczeniem musi szukać nowej pracy.
Szanse na stałe zatrudnienie zmniejszyły się od pandemii COVID-19 o dziesiątki procent. Często więc naukowiec lub naukowczyni zaczyna nową pracę ze świadomością, że jeśli chce zapewnić sobie ciągłość zatrudnienia, już w chwili jej rozpoczęcia musi zacząć poszukiwania kolejnej. Przygotowanie jednej aplikacji trwa od kilku godzin do kilkunastu dni i najczęściej wymaga nie tylko CV i listu motywacyjnego, ale również przykładów zrealizowanych już projektów w postaci opublikowanych książek i artykułów, a także co najmniej dwóch listów referencyjnych od osób, które pracowały z młodym naukowcem.
Ciągłość instytucjonalna, dbanie o dobrostan studentów, zapewnianie im dobrych warunków do pogłębiania wiedzy i szlifowania umiejętności przydatnych nie tylko w przyszłej pracy, ale i w życiu, zanikają.
Równolegle z tymi procesami można zaobserwować kolejny proces: wzrost znaczenia uniwersyteckiej administracji i osób zarządzających instytucjami.
Ich obowiązki coraz częściej nie dotyczą współpracy z akademikami i naukowczyniami, lecz wdrażania kolejnych tymczasowych projektów, zatrudniania wykładowców na tymczasowych, źle płatnych umowach lub wynajmowania kolejnych przestrzeni na kampusach na wydarzenia firmowe czy prywatne.
Skutek? W wielu instytucjach naukowych administracja i personel naukowy to oddzielne światy. Decyzje podejmowane przez administrację nie zapadają w toku negocjacji z wykładowcami, a misja uniwersytetu i dobro jego studentów nie są traktowane jako priorytet. Zamiast tego decyzje te są arbitralnie ogłaszane jako kolejne cele do wdrażania przez naukowców w ich praktyce dydaktycznej. Administracja uniwersytecka z kolei jest strukturą niezwykle hierarchiczną, w której pracownicy na najniższych szczeblach nie mają żadnej autonomii.
Podsumowując, o kształcie dzisiejszych uczelni decyduje garstka specjalistów nie tyle w dziedzinie edukacji, ile zarządzania, traktująca te instytucje jak firmy. Zarządzający uniwersytetami coraz częściej są też konfrontowani z presją polityczną, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest oczywiście Donald Trump. Profesor jednego z uniwersytetów w Teksasie, który chciał pozostać anonimowy, powiedział mi, że na jego wydziale „wykładowcy mają obecnie jedynie »doradczy« wpływ na to, jakie stanowiska są tworzone, które projekty otrzymują dofinansowanie i które dyscypliny są do tego finansowania dopuszczane”.
Wszelkie projekty zawierające w opisie słowa kluczowe związane z rasą, płcią, seksualnością czy rewizją narracji historycznych są zabronione.
Wszystkie powyższe przykłady oraz jedynie naskórkowe zarysowanie tego, jak obecnie działa system akademicki, zmuszają nas do namysłu nad tym, czym i dla kogo w ogóle może być jeszcze szkolnictwo wyższe.
Znajdujemy się w sytuacji, w której polityka i realizowanie jej krótkofalowych celów, coraz częściej idące ramię w ramię z prawicową ideologią oraz modelem gospodarczym nastawionym na zysk za wszelką cenę, niszczą samą istotę uniwersytetów.
Władze postanawiają okroić kierunki, których wartość rynkowa wydaje się mniej opłacalna. Likwidowane lub łączone są całe wydziały lingwistyki stosowanej, historii, socjologii, antropologii. Tymczasem to właśnie ten rodzaj wiedzy pozwala nam zastanawiać się nad tym, w jaki sposób funkcjonujemy – zarówno jako jednostki, jak i jako grupy – oraz dlaczego i jak rozumiemy swoją przynależność do społeczeństwa, państwa czy sąsiedztwa.
Jak zauważa dr Mikołaj Ratajczak z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, poszukiwanie łatwo mierzalnych dochodów wydaje się ponadnarodową cechą wspólną obecnych kłopotów struktur naukowych. — Przez to, że bardzo trudno zmierzyć znaczenie i wpływ badań podstawowych, dopóki ich wyniki nie zostaną opatentowane, nie zostaną włączone do procesu produkcji lub nie staną się przedmiotem medialnej dyskusji, instytucje zajmujące się przede wszystkim badaniami są chronicznie niedofinansowane — mówi OKO.press Ratajczak.
Polska niestety nie odstaje od światowego trendu głodzenia środowisk akademickich. Być może na publicznych uczelniach nie istnieje równie nasilona tendencja do zwalniania naukowców, jednak w dużej mierze wynika to z tego, że poziom inwestycji w edukację i szkolnictwo wyższe nad Wisłą znacząco odstaje od europejskiej normy – i to mimo podwyżek ostatnich lat, o czym próbował przypomnieć niedawny protest „3% nauki, 100% dla Polski”.
— Pracownicy wielu instytutów PAN dysponują bardzo niskimi albo wręcz żadnymi budżetami badawczymi – środkami na pokrycie kosztów badań, wyjazdów konferencyjnych, zakupu odpowiedniej literatury lub sprzętu – jeśli nie otrzymają grantów badawczych — mówi Ratajczak.
Naukowiec dodaje, że wiele instytutów, także tych, które w ostatniej ewaluacji otrzymały kategorię A, musi co roku zwracać się do ministra nauki z wnioskiem o dodatkową dotację. Bez niej zabraknie im pieniędzy na utrzymanie działalności.
Czy wobec tak ponurego krajobrazu istnieje jakakolwiek szansa dla dziesiątek tysięcy osób, które zostały zmuszone do porzucenia ścieżki kariery w środowisku akademickim lub do pracy z bardzo ograniczonym budżetem? Promyk nadziei, przynajmniej dla niektórych, widzi historyk John Vstecka, adiunkt na Nova Southeastern University na Florydzie.
— Pięć lat temu humanistom radzono, że aby odnieść sukces, należy nauczyć się programowania. Dzisiaj widzimy, jak sztuczna inteligencja zniszczyła większość tej branży, w której zwolnienia są obecnie na porządku dziennym. Wydaje się, że nauki humanistyczne przeżywają pewien renesans, ponieważ ludzie starają się zrozumieć, co czyni nas ludźmi w erze technologii — mówi OKO.press Vstecka.
Trudno jednak nie dostrzec, jak szkolnictwo wyższe staje się jednym z elementów szerszej geopolitycznej układanki, w której narasta nieufność do międzynarodowej współpracy i mobilności. — Narastające nastroje antymigracyjne już zdołały ograniczyć mobilność ludzi pragnących zdobywać wykształcenie i prowadzić badania naukowe, a przecież właśnie w ten sposób od wieków budowaliśmy wiedzę. W rezultacie badania naukowe ulegają zubożeniu — mówi OKO.press dr Nour Halabi, wykładowczyni z Uniwersytetu w Aberdeen, specjalizująca się w tematyce migracji.
Jedno wydaje się pewne: musimy przeprowadzić szeroko zakrojoną debatę społeczną – na arenie tak lokalnej, jak i międzynarodowej – która odpowie na pytanie, jakiego uniwersytetu potrzebujemy dzisiaj.
Uczelnie wyższe nie powinny ziać pustką. Studenci nie powinni być uczeni przez fatalnie opłacanych, przemęczonych i zestresowanych pracowników na umowach śmieciowych. Innowacyjność, kreatywność i inne słowa klucze robiące furorę nawet wśród neoliberalnych ekonomistów i technooptymistów nadal potrzebują przestrzeni, w której myślenie nie jest podporządkowane niczemu poza ciekawością i radością odkrywania tego, co nowe.
Doktorantka historii w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim we Florencji, wykłada na Sciences Po w Paryżu. Publikowała m.in. w Krytyce Politycznej, Dwutygodniku, Polityce. Tłumaczyła eseje Simone de Beauvoir, Achille Mbembe i Paula Preciado.
Doktorantka historii w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim we Florencji, wykłada na Sciences Po w Paryżu. Publikowała m.in. w Krytyce Politycznej, Dwutygodniku, Polityce. Tłumaczyła eseje Simone de Beauvoir, Achille Mbembe i Paula Preciado.
Komentarze