Amerykańscy urzędnicy przed rewolucją zadziwiająco mało wiedzieli o irańskim społeczeństwie. Ta ślepota na jedno oko spowodowała jeden z największych strategicznych błędów Waszyngtonu w XX wieku. Dziś problem jest jeszcze większy – mówi prof. Mohsen Milani w rozmowie z OKO.press
Jakub Szymczak, OKO.press: Gdzie leżą korzenie wrogości między Stanami Zjednoczonymi a Iranem? Wiemy, co wydarzyło się w 1979 roku, ale dlaczego przez kolejne dekady tak trudno było nadać tym stosunkom pragmatyczny charakter?
Prof. Mohsen Milani*, Uniwersytet Południowej Florydy, autor książki „Iran’s Rise and Rivalry with the US in the Middle East”: Stany Zjednoczone cieszyły się dużą popularnością w Iranie podczas II wojny światowej. Amerykańskie wojska były witane przychylniej niż Armia Czerwona czy armia brytyjska. Po wojnie USA również odegrały ważną dla Iranu rolę: wywarły presję na wojska radzieckie, by opuściły dwie północne prowincje Iranu, w których pomogły ustanowić marionetkowe rządy. Pod naciskiem Amerykanów Sowieci się wycofali.
Ameryka cieszyła się taką popularnością, ponieważ w świadomości politycznej wielu Irańczyków Stany Zjednoczone – w przeciwieństwie do sowieckiej Rosji – nie miały ambicji terytorialnych wobec Iranu. Niestety, sytuacja zmieniła się po zamachu stanu w 1953 roku, kiedy obalono popularny, demokratycznie wybrany rząd doktora Mohammada Mosaddegha, który znacjonalizował kontrolowany przez Brytyjczyków irański przemysł naftowy. Zamach stanu przeprowadzono przy wsparciu CIA i MI6.
Po tym wydarzeniu zarówno znaczna część irańskich ruchów nacjonalistycznych i lewicowych, jak i mniejsza część religijnego establishmentu zaczęły okazywać wrogość Stanom Zjednoczonym z powodu ingerencji w sprawy Iranu.
Kulminacja nastąpiła w 1963 roku, kiedy irański parlament uchwalił ustawę, która w praktyce przyznawała immunitet prawny amerykańskim wojskowym i członkom ich rodzin przebywającym w Iranie. Wówczas ajatollah Ruhollah Chomeini stał się twarzą sprzeciwu wobec polityki USA oraz zyskał pozycję narodowego bohatera i przeciwnika uległej wobec USA monarchii.
Od tego czasu antyamerykanizm nasilał się i zyskiwał na popularności. Gdy w 1979 roku wybuchła rewolucja, kryzys zakładników przypieczętował wrogość – czy też zimną wojnę – między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, która trwa już niemal pół wieku.
Kryzys zakładników miał jednak miejsce prawie 50 lat temu. To wystarczająco dużo czasu, by zmienić podejście do USA i charakter wzajemnych stosunków.
Błędem jest postrzeganie stosunków USA–Iran wyłącznie przez pryzmat ideologii. Niewątpliwie odegrała ona ważną rolę w obu krajach, nie tylko w Iranie.
Jednak względy polityczne i strategiczne miały większe znaczenie. Choć wrogość zrodziła się jako konfrontacja ideologiczna po rewolucji 1979 roku, stopniowo przerodziła się w walkę o wpływy i władzę na Bliskim Wschodzie.
Utrzymujący się konflikt wynika z determinacji Iranu, by kwestionować dominację USA w regionie i zmienić regionalną równowagę sił na swoją korzyść. Stany Zjednoczone konsekwentnie starają się temu zapobiec. W rezultacie interesy obu krajów wielokrotnie się ścierały na całym Bliskim Wschodzie. W mojej najnowszej książce „Iran’s Rise and Rivalry with the US in the Middle East” badam, jak ta strategiczna rywalizacja rozwijała się w Iraku, Syrii, Libanie, Strefie Gazy i Jemenie.
Czy Iran może w dłuższej perspektywie zmienić swój kurs wobec Stanów Zjednoczonych?
Tak, mam taką nadzieję. Przez lata konsekwentnie opowiadałem się za dwoma rozwiązaniami.
Po pierwsze, wierzę, że Iran i Stany Zjednoczone powinny zmierzać ku normalizacji wzajemnych stosunków. Nie oznacza to, że muszą stać się przyjaciółmi. Związek Radziecki i Stany Zjednoczone nigdy nie były przyjaciółmi w czasie zimnej wojny, ale utrzymywały stosunki dyplomatyczne. Pogląd, że Stany Zjednoczone i Iran nie powinny utrzymywać żadnych stosunków dyplomatycznych, jest z gruntu błędny i szkodliwy dla obu krajów.
Po drugie, bez ponownego włączenia Iranu w światową gospodarkę kraj nie będzie w stanie rozwiązać swoich problemów gospodarczych ani wykorzystać swojego ogromnego potencjału. Przyglądając się różnym frakcjom w irańskim systemie politycznym, zawsze zastanawiam się, która z nich jest bardziej skłonna poprowadzić kraj ku normalizacji stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, a w konsekwencji – ku poprawie sytuacji gospodarczej.
Nadal wierzę, że irańscy reformiści dążą do takiej normalizacji.
Czy widzi pan szansę na skuteczne negocjacje w nadchodzących miesiącach? W ostatnich miesiącach odbyło się wiele rund rozmów między USA a Iranem, ale żadna nie przyniosła niczego istotnego. Po obu stronach panuje głęboka nieufność.
Odpowiedź brzmi: tak, choć będzie to niezwykle trudne. I znów trzeba spojrzeć na dostępne alternatywy. Oba kraje sięgnęły po wojnę i odniosły pewne sukcesy taktyczne, ale żaden z nich nie zdołał przekuć ich w zwycięstwo strategiczne. Nie istnieje militarne rozwiązanie problemu irańskiego programu nuklearnego ani sporu ze Stanami Zjednoczonymi. To negocjacje, a nie pociski i bomby, mogą przybliżyć oba kraje do normalizacji stosunków i zapewnić regionowi stabilność.
Kiedy Izrael i Stany Zjednoczone zaatakowały Iran w lutym tego roku, zakładały, że jeśli wyeliminują najwyższy szczebel irańskich struktur decyzyjnych, w tym najwyższego przywódcę oraz najważniejszych dowódców wojskowych, Islamska Republika upadnie. To z kolei wywołałoby społeczne powstanie, a być może nawet zmianę reżimu od wewnątrz. Uważały, że Islamska Republika nie zdoła wytrzymać presji ze strony najpotężniejszego państwa świata i czołowego mocarstwa na Bliskim Wschodzie – Izraela. Jednak po czterdziestu dniach nieustannych bombardowań nie doszło do zmiany reżimu, choć z pewnością nastąpiły zmiany wewnątrz reżimu – a to zupełnie co innego.
Islamska Republika okazała się bardziej odporna, niż oczekiwano.
Ostatecznie Stany Zjednoczone i Izrael uznały, że konieczne jest zawieszenie broni. Potrzebowały przerwy na przegrupowanie, a także zdały sobie sprawę, że nie osiągną postawionych celów. Rosły również koszty dla obu państw i światowej gospodarki, zwłaszcza po tym, jak Iran zaczął sprawować kontrolę nad cieśniną Ormuz.
Iran nie skapitulował, a obie strony uzgodniły 14-punktowe memorandum. Dokument był politycznym zwycięstwem Teheranu. Porozumienie dało również Stanom Zjednoczonym czas na uzupełnienie światowych rezerw ropy i odbudowę wyczerpanych zapasów broni.
Jak ocenia pan to wstępne porozumienie?
Memorandum było dobrym sposobem na deeskalację konfliktu i stworzenie podstaw przyszłych negocjacji. Porozumienie podpisano, ponieważ zarówno Iran, jak i Stany Zjednoczone doszły do wniosku, że ich konflikt rozlewa się na cały region, co jest bardzo ryzykowne.
Niestety, memorandum nie przetrwało długo, głównie z powodu rozbieżności w interpretacji dwóch kluczowych postanowień. Iran nalegał, że memorandum wyraźnie wymaga od Izraela zakończenia operacji wojskowych w Libanie i wycofania się z tego kraju. Teheran utrzymywał również, że dokument uznaje wspólną rolę Iranu i Omanu w zarządzaniu cieśniną Ormuz.
Stany Zjednoczone odrzuciły obie interpretacje.
Kluczowe jest to, że Waszyngton domagał się nieograniczonej swobody żeglugi przez cieśninę Ormuz i sprzeciwiał się pobieraniu jakichkolwiek opłat tranzytowych przez Iran lub Oman. Iran nie był jednak gotowy zrezygnować z tego, co uważał za swój główny atut w regionie i w przyszłych negocjacjach. Teheran uważał, że dzięki strategicznemu wykorzystaniu swojego położenia geograficznego zyskał nowy instrument nacisku – możliwość obciążania Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników dodatkowymi kosztami poprzez podnoszenie cen energii i napędzanie inflacji.
Trump w ostatnich dniach się miota, rzuca nowe groźby, a następnie wysyła sygnały, że wstrzymuje kolejne ataki. Co Amerykanie próbują osiągnąć, rozpoczynając kolejną fazę wojny?
Problem polega na tym, że Waszyngton nie wydaje się mieć jasnego celu strategicznego w wojnie z Iranem. Jego cele zmieniały się wielokrotnie, podobnie jak nasilenie gróźb wobec Iranu.
Stany Zjednoczone z pewnością mogą zadać Iranowi ogromne straty w ludziach i spowodować większe zniszczenia niż dotychczas. Nie zmusi to jednak irańskich przywódców do kapitulacji ani do poważnych ustępstw w kluczowych kwestiach dzielących oba kraje. Niezależnie od tego, czy ma rację, Teheran uważa, że przetrwał połączony atak Stanów Zjednoczonych i Izraela i dlatego wyszedł z niego zwycięsko. W tych okolicznościach bardzo mało prawdopodobne jest, by zaakceptował amerykańskie warunki.
Pod względem militarnym Iran jest znacznie słabszy niż Stany Zjednoczone. Nigdy jednak nie dążył do prowadzenia wojny konwencjonalnej. Jego strategia opiera się na wojnie asymetrycznej, której celem nie jest całkowite pokonanie silniejszego przeciwnika, lecz przetrwanie, narzucenie mu wysokich kosztów oraz uniemożliwienie odniesienia decydującego zwycięstwa. Według tych kryteriów Iran nie przegrał. Ale wojna jeszcze się nie skończyła.
Dlaczego Amerykanie nie docenili zdolności Iranu w lutym 2026 roku, gdy podejmowali decyzję o ataku?
To nie pierwszy przypadek, gdy niezrozumienie Iranu doprowadziło Stany Zjednoczone do poważnego błędu strategicznego.
W 1979 roku ambasada USA w Teheranie była największą amerykańską ambasadą na Bliskim Wschodzie. Od 45 do 50 tys. Amerykanów mieszkało w Iranie – było to największe skupisko Amerykanów w całym regionie poza Izraelem. Irańska tajna policja utrzymywała bliskie kontakty z CIA, a Iran był największym na świecie nabywcą amerykańskiej broni. Mimo tych niezwykle bliskich relacji Waszyngton nie przewidział irańskiej rewolucji i nie był przygotowany na jej konsekwencje.
To nie był zamach wojskowy. Była to jedna z największych rewolucji ludowych XX wieku.
W rewolucji uczestniczył większy odsetek ludności Iranu niż w rewolucjach francuskiej, rosyjskiej czy chińskiej. A jednak Stany Zjednoczone nie pojęły siły procesów społecznych i politycznych, które ją napędzały.
Jaki błąd popełnili wówczas Amerykanie?
Stany Zjednoczone postrzegały Iran przede wszystkim przez pryzmat zimnej wojny ze Związkiem Radzieckim, a nie przez pryzmat irańskiej polityki wewnętrznej i dynamiki społecznej. Dopóki rząd irański wspierał amerykańskie cele w zimnej wojnie, wszystko inne stawało się drugorzędne.
Amerykańscy urzędnicy dość dobrze rozumieli irańską elitę polityczną i proces decyzyjny, ale zadziwiająco mało wiedzieli o irańskim społeczeństwie czy siłach opozycyjnych skierowanych przeciwko szachowi. Ta wybiórcza ślepota doprowadziła do jednego z największych błędów strategicznych Waszyngtonu w XX wieku.
Niemal 50 lat później wygląda na to, że nie wyciągnięto z tego wniosków.
Pod pewnymi względami problem jest dziś nawet większy. Stany Zjednoczone nie mają już ambasady w Iranie, dlatego mają znacznie mniej bezpośrednich informacji zarówno o irańskim społeczeństwie, jak i o wewnętrznych mechanizmach państwa. Amerykanie czerpią obecnie znaczną część wiedzy ze świadectw emigrantów – z których wielu, co zrozumiałe, ma bardzo negatywny stosunek do Islamskiej Republiki – oraz z ocen wywiadowczych regionalnych sojuszników.
Przed atakiem w lutym 2026 roku w Waszyngtonie dominował pogląd, że irański reżim jest kruchy i znajduje się na skraju upadku. Jeden z największych błędów w ocenach Waszyngtonu dotyczył nie tylko irańskich zdolności ofensywnych – zwłaszcza sił rakietowych i dronowych – lecz przede wszystkim gotowości Teheranu do użycia wszystkich dostępnych mu środków, by zapewnić przetrwanie reżimu.
W czasie wojny wola walki może być równie decydująca jak zdolności militarne.
Amerykańscy decydenci nie docenili zdolności Iranu do odwetu, jego determinacji, by rozszerzyć konflikt na cały region, ani gotowości do wykorzystania swojego położenia geograficznego, by zagrozić żegludze w cieśninie Ormuz, zakłócić światowe rynki energii i zwiększyć koszty ponoszone przez przeciwników.
Nic lepiej nie ilustruje tej błędnej oceny niż założenie – podzielane zarówno przez Stany Zjednoczone, jak i Izrael – że eliminacja najwyższego przywódcy Iranu i kilku najważniejszych dowódców wojskowych spowoduje upadek Islamskiej Republiki. Założenie to, jak doskonale wiemy, okazało się błędne.
Niemniej jednak w Stanach Zjednoczonych jest wielu znawców Iranu – takich jak pan, profesor Vali Nasr czy profesor Nicole Grajewski, by wymienić tylko kilka osób.
Tak, jest wielu doskonałych ekspertów od Iranu, w tym osoby, które pan wymienił. Są też inni wybitni amerykańscy, brytyjscy, francuscy, izraelscy i irańscy badacze. Niestety decydenci często ignorują te głosy. Główny nurt publikacji przed ostatnią wojną prezentował jednostronny obraz. Dominująca w Waszyngtonie narracja przedstawiała Islamską Republikę jako kruchą i bliską upadku.
Dwa tygodnie przed atakiem na Iran w czerwcu 2025 roku napisałem artykuł dla „Foreign Policy”, w którym argumentowałem, że Islamska Republika nie jest tak słaba, jak się wydaje, i nie upadnie w przypadku ataku. Argumentowałem również, że atak doprowadzi do odrodzenia irańskiego nacjonalizmu. Ostrzegałem, że Iran uderzy w amerykańskie obiekty i bazy w całym regionie oraz będzie dążył do zamknięcia cieśniny Ormuz.
Wiedzieliśmy, że system obrony powietrznej Iranu został poważnie osłabiony. Pokazała to wojna z Izraelem w 2025 roku. Błędna ocena dotyczyła irańskich zdolności ofensywnych oraz gotowości do wykorzystania wszystkiego, czym Iran jeszcze dysponował, ponieważ Teheran postrzegał wojnę jako zagrożenie egzystencjalne. Kiedy jednak podejmowano decyzję o ataku, nasze głosy zignorowano.
Co więc wiemy o ludziach, którzy dziś podejmują decyzje w Iranie?
Wydaje się, że Modżtaba Chamenei, syn zmarłego najwyższego przywódcy Iranu, ma w kraju ostatnie słowo, choć bezpośredni dostęp do niego jest niezwykle ograniczony. Tylko wąskie grono zaufanych urzędników może się z nim kontaktować. Nie pojawił się jeszcze publicznie ani nie opublikował żadnego nagrania – ani dźwiękowego, ani wideo. Co więcej, irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi stwierdził niedawno, że nie spotkał się jeszcze z nowym najwyższym przywódcą. Biorąc pod uwagę okoliczności, zrozumiałe jest, że Islamska Republika stosuje wyjątkowe środki ostrożności, by go chronić.
Jak wojna wpłynęła na poparcie społeczne dla Islamskiej Republiki?
Poparcie społeczne dla Islamskiej Republiki niewątpliwie spadło z biegiem lat, zwłaszcza po protestach w grudniu 2025 roku i styczniu 2026 roku, podczas których zginęły tysiące ludzi – ponad 3200 osób według danych rządowych i dziesiątki tysięcy według źródeł opozycyjnych. Nie ma wątpliwości, że Iran zmaga się z powszechnym niezadowoleniem społecznym. Jednocześnie Islamska Republika nadal ma znaczące i stabilne zaplecze społeczne.
Iran jest bogatym krajem, a jednak poziom życia zwykłych Irańczyków systematycznie się obniża. Ponadto wielu Irańczyków jest sfrustrowanych trudną sytuacją gospodarczą, korupcją, represjami politycznymi i brakiem swobód osobistych. W tych okolicznościach brak niezadowolenia społecznego byłby zaskakujący.
Sama frustracja obywateli nie prowadzi jednak do zmiany politycznej. Taka zmiana wymaga także organizacji, przywództwa, zasobów finansowych i przekonującej wizji przyszłości. Stworzenie tych warunków jest trudne w każdym systemie, a szczególnie wtedy, gdy kraj staje się celem zbrojnego ataku z zagranicy.
Wielu Irańczyków uważa, że integralność terytorialna kraju jest zagrożona. Obawiają się, że obce mocarstwa mogą wykorzystać podziały etniczne w Beludżystanie, Kurdystanie i innych regionach, by osłabić państwo irańskie lub nawet zmienić jego granice.
Moim zdaniem wojna wzmocniła nastroje nacjonalistyczne, co przynajmniej na razie przyniosło korzyści rządowi. Co ważniejsze, najwierniejsi zwolennicy rządu wydają się bardziej zwarci i aktywni politycznie.
To, czy ten efekt mobilizacji w czasie wojny okaże się tymczasowy, czy trwały, stanie się jasne dopiero po zakończeniu wojny.
Prof. Mohsen Milani jest dyrektorem zarządzającym Centrum Badań Strategicznych i Dyplomatycznych na Uniwersytecie Południowej Florydy oraz profesorem politologii porównawczej. W zeszłym roku opublikował książkę „Iran’s Rise and Rivalry with the US in the Middle East”, której tytuł można przetłumaczyć jako „Wzrost znaczenia Iranu i jego rywalizacja z USA na Bliskim Wschodzie”.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze