Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
04 lutego 2021

Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Analizujemy plan Hołowni na odsunięcie Kościoła od państwa

Szymon Hołownia pokazał program „uporządkowania” relacji między państwem a Kościołem. Jest śmiały jak na katolickiego publicystę, ale wiele jego propozycji tylko pozornie rozwiązuje problem lub zatrzymuje się w pół kroku

Ruch Szymona Hołowni zaczął pokazywać swój program polityczny. Na pierwszy ogień poszedł Kościół, a właściwie jego relacje z państwem. W czwartek 28 stycznia 2021 48-stronicowy dokument na ten temat opublikował think-tank Strategie 2050, odbyła się też krótka konferencja prasowa oraz debata.

Dokument przygotowali Miłosława Zagłoba, doktorka prawa z ponad 20-letnim doświadczeniem pracy na rzecz organizacji pozarządowych oraz Stanisław Zakroczymski, także prawnik i doktorant, autor wywiadu-rzeki z prof. Adamem Strzemboszem. Oboje z projektu Hołowni - Polska 2050.

Obszar styku między państwem a Kościołem podzielili na sześć rozdziałów. Są to: finanse Kościoła, lekcje religii, kościelna pedofilia, kapelani i cmentarze, sfera symboliczna oraz regulacje konstytucyjne i konkordatowe.

W niemal każdej z nich stratedzy Hołowni proponują rozwiązania, których centrowe partie dotychczas nie miały odwagi formułować.

W porównaniu z postulatami zgłaszanymi w ostatnich latach przez Lewicę rozwiązania Hołowni są jednak skromne, a czasem po prostu niedopracowane lub wręcz pozorne.

Czy to dziwne? Niekoniecznie. Pamiętajmy, że Hołownia jeszcze niedawno był katolickim publicystą (m.in. na łamach “Tygodnika Powszechnego”) oraz autorem około 20 ewangelizujących książek. Sam polityk podkreśla, że nie chce mówić o rozdziale państwa od Kościoła, a tylko o “uporządkowaniu” relacji między nimi. Podczas internetowej debaty podkreślał historyczne zasługi polskiego Kościoła w PRL oraz obecne – "w wielu miejscach, gdzie angażuje się w pomoc społeczną, w edukację, gdzie buduje społeczeństwo obywatelskie".

Audyt u Rydzyka

Pierwszy postulat Hołowni brzmi ambitnie. Chce zlecić Najwyższej Izbie Kontroli analizę przepływów finansowych pomiędzy budżetami państwa i samorządów a instytucjami kościelnymi. Szczególną uwagę NIK miałby poświęcić dotacjom kierowanym do fundacji o. Tadeusza Rydzyka.

Hołownia chce pomyśleć o “budowaniu propozycji rzetelnych rozwiązań prawnych i praktycznych” dopiero, gdy dowie się, ile publicznych pieniędzy wędruje do Kościoła. Już w pierwszym punkcie unika zatem jasnych deklaracji i odkłada je na później.

To później najprawdopodobniej jednak nigdy by nie nastąpiło. Nawet Najwyższa Izba Kontroli nie ma szans na dokładne zliczenie wszystkich transferów między państwem a Kościołem. Kościół – podobnie jak polskie państwo – to nie jedna instytucja, ale ponad 10 tysięcy parafii, 41 diecezji, zakony, i wiele innych osób prawnych Kościoła katolickiego, w tym np. diecezjalne Caritasy, wydawnictwa itp.

Nawet nie wiadomo, ile dokładnie ich jest, bo nie ma rejestru, który by je liczył. Poza tym duchowni prowadzą organizacje pozarządowe, które, choć nie są kościelnymi osobami prawnymi, często korzystają z hojności prokościelnych polityków i urzędników.

Kontrolerzy NIK-u nie będą w stanie w skali kraju odróżnić ich od organizacji na wskroś świeckich.

Kościelnymi instytucjami formalnie nie są na przykład tzw. dzieła ojca Rydzyka. Redemptorysta – jak obliczyła Bianka Mikołajewska – zebrał w ciągu czterech lat rządów PiS 214 mln zł od instytucji państwowych nie na swój zakon, lecz na fundacje, prywatną szkołę i spółkę z o.o.

Czy Hołownia oprze się biskupowi?

Przykład działalności Rydzyka pokazuje też, że Hołownia błędnie diagnozuje problem i dlatego dobiera nieodpowiednie środki do jego rozwiązania.

Kontrola NIK mogłaby ujawnić kolejne kilka lub kilkadziesiąt milionów dotacji dla redemptorysty. Najprawdopodobniej nic by jednak z tego nie wynikło. Instytucje podległe Rydzykowi naprawdę wydają pieniądze na to, na co je otrzymały.

Nawet jeśli można podejrzewać, że nie są dość kompetentne do realizacji tych celów albo same cele nie są warte publicznych pieniędzy, w papierach raczej wszystko się zgadza.

Na przykład Rydzyk obiecał zbudować za co najmniej 18 mln zł Park Pamięci Narodowej w kształcie pajęczyny i słowa dotrzymał.

Problem z dotowaniem Kościoła leży gdzie indziej. Obywateli oburza nie to, że księża-biznesmeni nieprawidłowo wydają publiczne pieniądze, ale że są faworyzowani przy ich rozdzielaniu. Rydzyk otrzymał tak wiele dzięki przychylnym mu ministrom i podległym im urzędnikom odpowiedzialnym za wyniki państwowych konkursów. Można się domyślać, że Hołownia nie wspierałby już Rydzyka. Ale czy jego wywodzący się ze środowiska inteligencji katolickiej doradcy, gdy zostaną ministrami, będą potrafili oprzeć się naciskom biskupów proszących o kilkumilionowe dotacje na Caritas lub kościelną uczelnię?

Podczas debaty o swoim kościelnym programie Hołownia podkreślał, że wiele z transferów płynących do Kościoła jest zasadnych, np. te związane z ochroną zabytków i działalnością społeczną. Hołownia zdaje się nie widzieć, że w przydzielaniu tych transferów instytucje kościelne są niesprawiedliwie faworyzowane.

Obcięcie bonifikat „należy rozważyć”

Gdyby Hołowni naprawdę zależało na skończeniu z faworyzowaniem Kościoła, nie musiałby czekać na wyniki kontroli NIK-u. Wystarczyłoby przyjrzeć się przywilejom finansowym, które rozsiane są po kilku aktach prawnych uchwalonych w większości w początkach III RP.

Ich analizę przeprowadził Kongres Świeckości, który przygotował szczegółowy projekt ustawy likwidującej kościelne przywileje. W czerwcu 2020 roku do Sejmu wnieśli go posłowie Lewicy. Do dzisiaj nie trafił pod obrady.

Projekt ustawy “Świeckie Państwo” między innymi:

  • nakłada na kościelne osoby prawne obowiązek deklarowania administracji skarbowej swoich przychodów pochodzących z darowizn oraz od państwa;
  • na administrację skarbową obowiązek publikowania tych danych w biuletynie informacji publicznej, oraz kontrolowania państwowych wydatków na Kościół;
  • likwiduje możliwość wliczania w koszty uzyskania przychodu darowizn na cele kultu religijnego;
  • likwiduje zwolnienie Kościoła z podatku od przychodów z działalności gospodarczej przeznaczanych na inwestycje (np. budowę biurowców);
  • nie pozwala sprzedawać Kościołowi nieruchomości Skarbu Państwa z bonifikatą i bez przetargu;
  • likwiduje przywileje Kościoła związane z kupowaniem ziemi rolnej, które PiS wprowadził w 2016 r.;
  • likwiduje art. 70a ustawy o stosunku Państwa do Kościoła katolickiego, pozwalający na przekazywanie Kościołowi za darmo ziemi rolnej należącej do Skarbu Państwa;
  • likwiduje Fundusz Kościelny; składki ubezpieczeniowe duchownych Kościół ma płacić sam.

Hołownia wykorzystuje tylko kilka z postulatów tamtego projektu, a na dodatek część z nich w okrojonej formie.

Uważa na przykład, że “warto rozważyć” ograniczenie bonifikat na zakup nieruchomości przyznawanych kościołom i związkom wyznaniowym przez samorządy “na przykład do 50 proc.”. Obecnie, jak wyliczyło Stowarzyszenie Obywatelskich Inicjatyw Społecznych i Historycznych (SOISH), średnio przekraczają 90 proc. Kongres Świeckości, a za nim Lewica, postulują zupełne zniesienie tego rodzaju bonifikat.

Bardziej zdecydowanie Hołownia domaga się zniesienia art. 70a ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego. Pozwala on na przekazywanie za darmo parafiom, diecezjom, zakonom i seminariom gruntów rolnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych.

Do 2019 roku Kościół dostał w ten sposób już 76 tys. ha o szacunkowej wartości 3,5 mld zł w zamian za ziemie odebrane mu w PRL. I nadal dostaje kolejne tysiące hektarów. Dzień przed ogłoszeniem programu Hołowni odrębny projekt ustawy znoszący ten przepis wnieśli do Sejmu posłowie Lewicy.

Rekompensata za Fundusz Kościelny

W ramach zamknięcia rozliczeń Kościoła z PRL Hołownia chce także zlikwidować Fundusz Kościelny, który powstał w 1950 r. również jako forma rekompensaty za odebrane Kościołowi mienie. Z funduszu opłacane są przede wszystkim składki społeczne duchownych, a kilkanaście procent idzie na remonty zabytkowych kościołów i wsparcie kościelnej działalności charytatywno-opiekuńczej. Jeszcze w latach 90. fundusz kosztował budżet 10 mln zł. W 2019 r. było to już 171 mln zł.

Hołownia proponuje, żeby zastąpić fundusz możliwością indywidualnego przekazywania 0,3-0,5 proc. podatku na rzecz wybranego kościoła. Alternatywnie dopuszcza podwyższenie wysokości kwoty darowizny na cele kultu religijnego, którą można odpisać od podatku PIT lub CIT.

Likwidacja Funduszu Kościelnego brzmi efektownie, ale dla budżetu wprowadzenie takiego odpisu może być obciążeniem podobnych rozmiarów.

Wprowadzenie odpisu zamiast funduszu planował w 2014 roku rząd PO-PSL. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji szacowało wtedy, że gdyby na półprocentowy odpis zdecydowało się na 40 proc. podatników, kościoły dostałyby 140-150 mln zł rocznie. Po długich negocjacjach polskie kościoły w końcu jednak nie zgodziły się na pół procenta (katolicki żądał co najmniej 0,7 proc.), rząd Tuska zrezygnował więc z reformy.

Hołownia zapowiada teraz, że „szczegóły rozwiązań należy wypracować w dialogu z kościołami i związkami wyznaniowymi”. Czy będzie miał więcej odwagi niż Tusk, jeśli Episkopat znów się sprzeciwi?

Już teraz, podobnie jak wcześniej PO, w swoim programie zapowiada “okres przejściowy”. Oznacza to, że jeśli pieniędzy z odpisu nie wystarczy na kościelne potrzeby, różnicę dopłaci się z budżetu. Jak długo może trwać okres przejściowy w okresie kryzysu zaufania do Kościoła? Tego program Hołowni nie zdradza.

Prawdziwą alternatywą dla Funduszu Kościelnego byłby dobrowolny podatek na rzecz kościołów, którego przekazanie deklarowałoby się przy wypełnianiu PIT-u. Takie rozwiązanie funkcjonuje np. w Niemczech.

W takim wariancie wierni musieliby obciążać swoje budżety domowe zamiast budżetu państwa, co zapewne przyniosłoby kościołom znacznie mniejsze i mniej pewne przychody.

Religia w szkole

Najodważniejsze są postulaty Hołowni związane z lekcjami religii w szkołach. Przede wszystkim chce usunięcia ocen z religii ze świadectw i ze średniej ocen. Mogłoby to doprowadzić do rezygnacji z katechezy tych uczniów, którzy za jej pomocą poprawiali sobie szkolne wyniki.

Co więcej, chce, żeby uczniowie mogli wypisywać się z religii już w pierwszej klasie szkoły ponadpodstawowej. Obecnie mogą to robić dopiero po ukończeniu 18. roku życia.

Kolejnym ciosem dla katechetów byłoby umożliwienie zmniejszenia przez szkołę liczby godzin religii bez zgody miejscowego biskupa. Obowiązujące rozporządzenie wyznacza 2 godziny lekcyjne tygodniowo. O liczbie godzin katechezy miałyby decydować rady szkoły w porozumieniu z radami rodziców, pedagogicznymi i samorządami uczniowskimi.

W końcu Hołownia proponuje, żeby część ciężaru finansowania katechezy przenieść na barki Kościoła. Tu znów dogadanie szczegółów chce przenieść niżej, na poziom samorządów.

Publicystka Kaja Puto podczas debaty nad kościelnymi postulatami Hołowni trafnie nazwała ten pomysł “programem narodowej inby”. Hipotetyczny rząd Hołowni umyłby ręce, jednocześnie rozpętując kulturową wojny w każdej szkole i każdej gminie z osobna. Można spodziewać się, że przynajmniej w większych miejscowościach większość rodziców może zgodzić się na zmniejszenie liczby godzin. Postulat dzielenia się kosztami katechezy z Kościołem jest jednak zupełnie nierealistyczny, jeśli ma być efektem "dialogu". Okrajanie etatów katechetów uderza przecież w podstawy jego finansowania.

Jak pisaliśmy w OKO.press, w 2018 roku 21 719,15 etatów katechetów kosztowało budżet 1,485 mld zł. Według danych Episkopatu trzy lata temu 37 proc. katechetów było księżmi, kolejne 7 proc. to zakonnice. Szacunkowo zarabiali wtedy średnio na pełnym etacie po 4 960 zł brutto, czyli 3 523 zł na rękę.

Oznacza to, że państwo wypłaca pensje co najmniej 8 tys. księży, czyli jednej trzeciej polskiego kleru. Gdyby te pensje odebrać, w co biedniejszych parafiach zawód księdza przestałby być opłacalny. Przez Polskę przeszłaby fala odejść z kapłaństwa.

Taką terapię szokową proponował projekt “Świecka szkoła” wniesiony do Sejmu w 2019 przez Nowoczesną. Przewidywał jedną religię tygodniowo opłacaną z dobrowolnego podatku płaconego przez wiernych.

Kapelani i cmentarze

Dużo mniej poważnie Hołownia potraktował finansowanie z budżetu kapelanów w instytucjach państwowych. Znowu zasłania się oczekiwaniem na kontrolę NIK-u, choć wydatki na kapelanów Biuro Analiz Sejmowych podliczyło już w 2018 r. Autorzy programu Hołowni nie mogą o tym nie wiedzieć, bo sami powołują się na tekst OKO.press, w którym ujawnialiśmy tę analizę BAS. Według niej kapelani (z wyłączeniem szpitalnych) w 2018 r. kosztowali budżet 18,5 mln zł.

Hołownia proponuje zlikwidowanie etatów kapelanów jedynie w Służbie Celnej i Krajowej Administracji Skarbowej, o której ostatnio było głośno. Nie pisze jednak, że akurat w tych służbach kapelanów jest najmniej - odpowiednio pięciu i jedenastu. Chce za to pozostawić kapelanów w Straży Granicznej, Służbie Ochrony Państwa, policji, wojsku. Same etaty w armii to koszt 14 mln zł.

Na obronę Hołowni trzeba dodać, że chce “rozważyć” podzielenie kosztów utrzymania kapelanów między państwo a kościoły oraz zaprzestania wypłacania im emerytur mundurowych. Realizacja tego drugiego postulatu – jeśli miałaby stosować się do świadczeń już przyznanych - mogłaby jednak okazać się niezgodna z konstytucją.

Kolejną kontrolę NIK Hołownia chce zlecić na kościelnych cmentarzach. To odpowiedź na realny problem. Większość cmentarzy jest w posiadaniu kościołów. Księża jako lokalni monopoliści mogą dyktować ceny i część z nich tego nadużywa.

Głośna jest sprawa z diecezji łódzkiej, gdzie zbuntowani przeciwko takim praktykom mieszkańcy Brzezin złożyli skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Po kontroli NIK Hołownia chciałby “ewentualnie” wprowadzić reguły wyznaczające wysokość maksymalnych opłat cmentarnych.

Pedofilia w Kościele

Z pedofilią w Kościele Hołownia chciałby rozliczyć się za pomocą trzech rozwiązań. Przede wszystkim postuluje, by na przestępstwach w Kościele katolickim skupiła się państwowa komisja powołana przez PiS i w ciągu dwóch lat wydała na ten temat raport. Zdaje sobie sprawę, że w jej skład wchodzą eksperci wskazani przez PiS, dlatego rozważa jego modyfikację na bardziej pluralistyczny.

Po drugie chce rozważyć przesunięcie granicy przedawnienia karalności przestępstw seksualnych wobec małoletnich lub całkowitego jego zniesienia. Tym postulatom można tylko przyklasnąć.

Wątpliwości budzi jednak pomysł, by to nie komisja zajmowała się zbieraniem materiału do swojego raportu, lecz specjalny zespół ds. kościelnej pedofilii w Prokuraturze Krajowej. Nawet przy założeniu, że przyszły rząd cieszyłby się dużo wyższym zaufaniem ofiar księży niż obecny, tak szybko zaufania nie odbuduje prokuratura. Trudno uwierzyć, że ci sami prokuratorzy, którzy jeszcze niedawno udostępniali kurii materiały z postępowania przygotowawczego i odmawiali wszczęcia śledztw przeciwko biskupom, będą teraz mieli odwagę występować przeciwko nim.

W tym punkcie Hołownia także wyważa otwarte drzwi. Zespół prawniczek i działaczek pod przewodnictwem Jolanty Banach, byłej posłanki SLD, 1,5 roku temu przygotował projekt ustawy, który dawałaby komisji ds. pedofilii quasi-śledcze uprawnienia, np. wgląd w akta kościelne.

Udostępnij:

Daniel Flis

Dziennikarz śledczy. W OKO.press od 2016 r., wcześniej pisał dla „Gazety Wyborczej”. Absolwent filozofii na UW i Polskiej Szkoły Reportażu, stypendysta OCCRP. Był nominowany do nagród dziennikarskich.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne