0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.plFot. Piotr Skórnicki...
  • Z powodu spadku dzietności nie wypełnimy szeregów służb bez otwarcia ich na kobiety. W niektórych regionach Polski wojsko już zaczyna mieć pewne problemy z rekrutacją młodszych pokoleń.
  • Od dekady przestajemy myśleć o obronie w starym modelu wojsk ekspedycyjnych, które miały zarządzać kryzysami „daleko stąd”, co do niedawna promowało NATO. Dziś przechodzimy do powszechnej obrony terytorialnej, która ma chronić nas u nas.
  • Świat bezpieczeństwa i świat kobiet cywilnych to są wciąż dwa odmienne światy, które się nie do końca przenikają. Z reguły kobiety w Polsce mniej niż mężczyźni interesują się bezpieczeństwem narodowym.

Co wnosi kobieta do obrony

Agata Czarnacka: Jesteś redaktorką raportu sporządzonego na zlecenie Fundacji im. Stefana Batorego poświęconego kobietom w obronności, pod znamiennym tytułem: „Filar, nie zaplecze. Jakie jest główne przesłanie raportu?

Dr Weronika Grzebalska*: Podczas badań zrozumieliśmy, że sposób, w jaki jako społeczeństwo myślimy o obronie — jako przede wszystkim zadaniu wojska i mężczyzn — jest dosyć anachroniczny. Nie przystaje do rzeczywistości wielokryzysu, w której się znaleźliśmy, ani do modelu obrony, jaki przyjęliśmy w dokumentach.

Budujemy model obrony powszechnej, do tego nas zobowiązuje Strategia Bezpieczeństwa Narodowego. Pierwszy raz sformułowanie to pojawiło się w Strategii z 2020 r., a kolejna czeka wciąż na podpis prezydenta. Obie mówią wprost, że Polska ma budować system obrony powszechnej i odporności państwa.

To jest duże wyzwanie, o którym mało kto wie! Zogniskowane wywiady grupowe pokazały, że takie kluczowe dla naszego systemu bezpieczeństwa terminy jak „odporność społeczna” nie są zrozumiałe. Polakom się to kojarzy z odpornością na choroby albo odpornością psychiczną – taką, że dam sobie radę…

O tym, że Polska buduje system obrony powszechnej, niewiele się słyszy. Prawdopodobnie dlatego, że kolejne ekipy rządzące boją się denerwować wyborców widmem wojny i tym, że w nowym modelu państwo będzie od nas chciało czegoś więcej niż płacenia podatków na służby.

Efekt jest taki, że Polacy nie wiedzą, że budujemy system, w którym społeczeństwo jest współtwórcą bezpieczeństwa, a nie tylko jego beneficjentem.

Użyłaś słowa „wielokryzys”. Co właściwie masz na myśli?

To określenie wprowadził do szerszego obiegu brytyjski historyk Adam Tooze. Upraszczając, chodzi o to, że między innymi przez globalne współzależności i sprzężenia zwrotne między różnymi systemami — niektórzy dodadzą słusznie, że także przez model kapitalizmu, jaki mamy — jeden kryzys kaskadowo uruchamia następne.

Przykładowo — kryzys migracyjny, jeśli nim się odpowiednio nie zajmiemy — przeradza się zaraz w kryzys humanitarny, następnie w kryzys polityczny, a na końcu w kryzys demokratyczny, bo ludzie mogą dojść do wniosku, że liberalno-demokratyczne instytucje nie są w stanie tego udźwignąć i lepiej poradzi sobie nieliberalna partia.

Dlatego odporność jest kluczowa – dotyczy nie tylko przetrwania kryzysu, ale w ogóle naszego przetrwania jako wspólnoty politycznej rządzącej się podstawowymi demokratycznymi wartościami.

Badanie testosteronu

Wasze zainteresowanie kobietami nie wzięło się znikąd. Choć kobiety w służbach mundurowych, systemie obronności, są od początku niepodległej Polski, to likwidacja dyskryminacji postępuje dość powoli.

Artykuł 85 Konstytucji RP stanowi, że każdy obywatel i obywatelka ma obowiązek obrony. Ale konstytucja nie definiuje, co to właściwie oznacza, to robi już Ustawa o Obronie Ojczyzny. A ta wciąż uznaje prymat wojskowych ról obronnych, do których obowiązkowa kwalifikacja dotyczy głównie mężczyzn oraz kobiet określonych zawodów.

Cywilne kobiety mogą mieć natomiast obowiązek cywilnych świadczeń osobistych na rzecz obrony, z czego zwolnione są kobiety w ciąży lub sprawujące opiekę. Jednak przepisy, jak i sama komunikacja państwa względem kobiet są niejasne, ambiwalentne – co pokazują w naszym raporcie analizy Małgorzaty Kopki i Marcina Kotrasa. Ostatecznie więc każdy to sobie rozumie inaczej.

Amerykański sekretarz obrony, Pete Hegseth, zapowiedział niedawno badania żołnierzy pod kątem poziomu testosteronu…

Rzuciło mi się to w oczy, ale myślałam, że to jakiś żart, póki nie doczytałam, że to część szerszego cofnięcia wobec miejsca dla kobiet i perspektywy równościowej w wojsku. W tej chwili jesteśmy w takim punkcie, że kobiety są bardzo ważnym filarem sił zbrojnych i w ogóle służb mundurowych.

Z najróżniejszych przyczyn ich obecność stała się konieczna. Najbardziej oczywiste w Polsce przyczyny to chociażby spadek dzietności – po prostu nie wypełnimy szeregów służb bez otwarcia ich na kobiety. W niektórych regionach Polski wojsko już zaczyna mieć pewne problemy z rekrutacją młodszych pokoleń. Są też problemy ze zdolnością wojska do zatrzymania żołnierzy w służbie.

A kobiety w WOT dłużej się utrzymywały w służbie — jak już się zdecydowały, to zostawały. Drugi powód zawsze był taki, że kobiety też wnoszą różne kompetencje i umiejętności, które niekoniecznie są równo rozłożone w społeczeństwie. Wojsko potrzebuje różnych specjalistów i różnych kompetencji – i przez to nie może się zamykać też na kobiety.

Budujemy powszechną obronę terytorialną

Co wnosi taka kobieta do obrony?

Tak samo wartościowe zasoby co mężczyzna, tyle że często w nieco innych obszarach. Wciąż mamy w Polsce silny płciowy podział pracy i sektory sfeminizowane i zmaskulinizowane. Mamy więcej mężczyzn-mechaników i więcej kobiet-pielęgniarek. A obronność potrzebuje wszystkich.

I to jest kluczowa rzecz, do której dochodzimy – od przynajmniej dekady przestajemy myśleć o obronie w starym modelu wojsk ekspedycyjnych, które miały być mobilne i zarządzać kryzysami „daleko stąd”, co do niedawna promowało NATO. Dziś przechodzimy w stronę powszechnej obrony terytorialnej, która ma chronić nas u nas, na naszym terytorium.

Ma też nas chronić przed najróżniejszymi kryzysami, a nie tylko konwencjonalnym atakiem militarnym, i w tym celu musi współpracować z cywilnymi instytucjami i włączać całe społeczeństwo. Nie możemy rezygnować z potencjału kobiet, które nie tylko stanowią większość w sektorach kluczowych dla odporności, ale też wnoszą do służb różne kompetencje miękkie.

Jeżeli myślimy o Wojskach Obrony Terytorialnej, które są takim łącznikiem między wojskiem a społeczeństwem i promowały się kiedyś jako „pomocne ramię społeczności”, to muszą być tam osoby, którym wspólnota ufa i które kojarzą się z odpornością i samoobroną społeczności. Kobietom WOT może być łatwiej dogadywać z ramienia wojska ze sfeminizowanymi sektorami cywilnymi.

To jest zresztą nowy dyskurs, który WOT mocno wprowadził w pandemii. Ze słowacką badaczką Zuzaną Madarovą zauważyłyśmy wtedy, że WOT zaczął do nas wtedy mówić niemilitarnym językiem akcentującym opiekę, empatię i współdziałanie. I to był sygnał właśnie tego, że wchodzimy w erę obrony powszechnej.

Amerykańska socjolożka Judith Calarco pokazywała rolę kobiet w interwencjach kryzysowych, w oddolnej koordynacji, ale też po prostu ich umiejętności łatania luk czy dziur w systemie, również systemie opieki społecznej. To przekłada się na odporność, czyli umiejętność funkcjonowania w kryzysie. Problem w tym, że te kobiety, o których pisała Calarco, często funkcjonują w permanentnym kryzysie. I państwo korzysta z tego, że na tym odcinku nic się nie sypie i uznaje, że problem jest załatwiony. Badania Calarco dotyczą Stanów Zjednoczonych, ale myślę, że w Polsce też można o tym mówić, choć mamy może inne struktury zabezpieczenia społecznego. Nie widać jednak na razie myślenia, jak włączyć struktury, powiedzmy, opieki społecznej, w wysiłek obronny, choć jest to jedna z najgęstszych i największych sieci instytucjonalnych w kraju, najlepiej porozumiewających się z lokalną ludnością.

Myśl o tych kobietach traktowanych jako spoiwo czy też społeczny klej, który wypełnia luki, przyświecała nam w naszym raporcie. Dlatego on się tak nazywa, „Filar, a nie zaplecze”. Bazując nie tylko na badaniach z Polski, ale na dekadach socjologicznych, feministycznych badań, widzimy dokładnie, że kobiety zawsze były w kryzysach „zasobem”, który mobilizuje się ad hoc w tym, nazwijmy to, polu odporności. To dotyczy opieki, ochrony zdrowia, pomocy społecznej, działalności humanitarnej i tak dalej. Powiedzmy otwarcie, że planiści wojskowi o tym wiedzą i zawsze na to w taki czy inny sposób liczą.

I rzeczywiście – podczas kryzysu uchodźczego w 2022 r. to kobiety, według badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego, częściej niż mężczyźni angażowały się w pomoc uchodźczyniom. Poza tym sam sektor pomocowych i humanitarnych organizacji pozarządowych jest sfeminizowany, w odróżnieniu od bardziej „męskiego” sektora paramilitarnego i ratowniczego.

To kobiety „robią” odporność społeczną

W pandemii widziałyśmy, kto tak naprawdę zneutralizował ten szok dla systemu, jakim było zamknięcie placówek edukacyjnych i opiekuńczych. To kobiety zaczęły wykonywać więcej pracy opiekuńczej na rzecz rodziny i lokalnych społeczności. Okazały się dokładnie tym symbolicznym klejem, zresztą ogromnym kosztem, który poniosły jako jednostki.

Więc kobiety już i tak „robią” odporność społeczną. Jest to widoczne, jak spojrzymy systemowo, tylko że nasi politycy niekoniecznie chcą tam patrzeć.

Główny, powiedzmy wprost: polityczny cel naszego raportu jest taki, żeby

przestać uważać kobiety za niewidzialne zaplecze pomocowe, które się uruchomi w kryzysie, a potem powie „wracajcie do domów”.

Trzeba je widzieć i systemowo integrować jako filar bezpieczeństwa.

I, jak rozumiem, systemowo je wspierać w tych działaniach, ponieważ widać, jak ogromne koszty emocjonalne, ale też materialne, poniosły kobiety choćby w związku z przyjmowaniem uchodźców z Ukrainy, o czym mówiłaś. Jednocześnie to kobiety jako pierwsza grupa społeczna zwróciły się przeciwko imigrantom z Ukrainy, co wyraźnie wyszło w badaniach opinii społecznej.

Nie jestem w stanie stwierdzić, w jakim stopniu zostało to zbadane empirycznie, ale istnieją ciekawe hipotezy psychologiczne na ten temat. Katarzyna Prot-Klinger mówi, że fakt, że tę pomoc niemal w całości pozostawiono kobietom, społeczeństwu obywatelskiemu, że tak bardzo wychodziła ze sfery prywatnej i mobilizowała ją ponad siły, sprawił, że oczekiwania wdzięczności też się stały się „prywatne”. A gdyby pomoc była zorganizowana systemowo, to ta reakcja negatywna byłaby po prostu mniejsza.

Po to jest system i po to się buduje protokoły działania i współpracy różnych poziomów administracji, DPS-ów, NGO-sów, żeby nie dopuszczać do takiego przeciążenia ludzi, wyciskania ich jak cytryny.

Mnie to przekonuje. Kluczem do tego, że odporność to filar, a nie zaplecze, jest fakt, że musimy wkład społeczny, wkład kobiet potraktować jako część systemu.

Brzmi to enigmatycznie, a w praktyce oznacza to bardzo dużo małych kroków na różnych poziomach. Przykładowo, jeśli chodzi o organizacje obywatelskie, chodziłoby o to, żeby funkcjonowały np. pod organizacją parasolową, która byłaby włączona w system tak jak w Finlandii czy w Szwecji. Wtedy państwo rozmawia z tą organizacją, dofinansowuje jej działania, a sama organizacja reprezentuje interesy lokalnych rad kobiet, kół gospodyń wiejskich i tak dalej.

W efekcie te kobiety mają kanał wpływu na politykę bezpieczeństwa i nie są tylko podwykonawczyniami tak jak teraz!

Wciąż zdarzają się osoby, które nie widzą tego, że sektory sfeminizowane i kobiety jako obywatelki są kluczowym filarem obrony, i uważają, że to jest jakiś dodatek, a nie „prawdziwa” obrona, ale ich jest coraz mniej. Coraz szerszy jest w administracji i w kręgach eksperckich konsensus, że kobiety trzeba angażować w odporność państwa i społeczeństwa, bo bez tego się nie uda.

Trzeba je szkolić, trzeba dawać im więcej kanałów komunikacji, a także włączyć sfeminizowane, cywilne sektory w system ewidencji i zarządzania zasobami osobowymi obrony.

Musimy im dawać większy wpływ

Problem pojawia się, kiedy pokazujemy, że większe zaangażowanie kobiet to jest pierwszy krok, ale drugim oczywistym krokiem musi być to, że dajemy im też większy wpływ. Wspieramy kobiety-liderki, żeby zaczęły mieć pozycje kierownicze, żeby miały wpływ na projektowanie polityki bezpieczeństwa w swoim zakresie, skoro to one najlepiej znają lokalne cywilne potrzeby itd. I tu często w rozmowach z ekspertami pojawia się niestety moment, że nie, nie, nie, to już za dużo. Że to już jest jakiś wojujący feminizm…

Największym ryzykiem jest to, że dostaniemy stare wino w nowych butelkach, a nowy model bezpieczeństwa odtworzy stare płciowe relacje władzy. Kobiety zostaną szerzej włączone do systemu, ale przede wszystkim jako ad hoc zaplecze odporności, a nie pełnoprawne współtwórczynie. Dlatego tak ważne jest, by obronę powszechną projektować od początku z perspektywy obywatelskiej i wrażliwej na potrzeby i reprezentację różnych grup.

Jeśli kobiety nie będą mieć wpływu na to, co robią, to nie zechcą być tylko wykonawcami, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie chce wykonywać zadań bez możliwości wpływu na swoją rzeczywistość. W tym kontekście nie dziwię się wynikom waszych badań, że kobiety są zwyczajnie niezainteresowane uczestnictwem w obronności.

Absolutnie tak. Jest takie zagrożenie, że to będzie taki trzeci etat dla kobiet. Pierwszy to praca zawodowa, drugi to szeroko rozumiana opieka. Krytycy naszego podejścia zwracają uwagę, że rodzi się bardzo mało dzieci. Ale badania pokazują, że przecież my się opiekujemy całe życie. To nie jest tylko opieka nad dziećmi. Opiekujemy się dziadkami, rodzicami, rodzeństwem, opiekujemy się sąsiadami, opiekujemy się sobą nawzajem. 61% wolontariuszy w Polsce to są kobiety. Więc argument, że jak jest mniej dzieci, to problem opieki znika, to nie jest prawda.

Kobiety mniej się interesują bezpieczeństwem

Dopiero zaczynamy też widzieć wielką asymetrię w postaci emocjonalnej pracy kobiet. Z psychologii sportu wiemy, że możemy sobie poradzić naprawdę z wielkimi rzeczami – pod warunkiem że jesteśmy psychicznie do tego gotowi. A to oznacza też potrzebę wsparcia, przekonywania, że damy radę, przepracowywania trudnych uczuć. W takich kryzysach jest to absolutnie kluczową kwestią.

I tu dochodzimy do drugiego ważnego wniosku z naszego raportu. Pierwszy jest taki, że kobiety już mają bardzo ważne role i że de facto już są tym filarem, tylko nie do końca uświadomionym i zintegrowanym z systemem. Druga duża grupa istotnych wniosków dotyczy tego, gdzie te kobiety dzisiaj są i jak one myślą. Mamy dokładnie to, o czym mówisz. Okazuje się, że świat bezpieczeństwa i świat kobiet cywilnych to są wciąż dwa odmienne światy, które się nie do końca przenikają.

Z reguły kobiety w Polsce według sondaży i badań jakościowych mniej niż mężczyźni interesują się bezpieczeństwem narodowym. Mówią, że są mniej zaznajomione z tym tematem, ale też rzadziej śledzą takie treści. Zwłaszcza jeśli tytuły są sformułowane, by tak rzec, militarnie. Po drugie, kobiety rzadziej się szkolą. CBOS oszacował, że społeczny zasięg rozmaitych szkoleń kryzysowych wśród mężczyzn wynosi ponad 50%, wśród kobiet – 15%.

Przy tych dwóch etatach to byłby trzeci.

Zaraz do tego dojdę, tylko chcę zarysować, jak duże są to różnice. Jest więc tak, że kobiety się mniej szkolą, są mniej zainteresowane, dużo gorzej oceniają swoją wiedzę i umiejętności. Oczywiście można powiedzieć, że jak się nie szkolisz i nie otwierasz tych materiałów, to skąd masz mieć wiedzę? Około 60% mężczyzn uważa, że w miarę sobie by poradziło w sytuacji kryzysu, a 60% kobiet, że nie. To duże luki, jeśli chodzi o wiedzę, przygotowanie, zainteresowanie, uczestnictwo.

Z badań wiemy też, że kobiety odczuwają silniejszy lęk w większej ilości pól, dostrzegają więcej zagrożeń, uznają je za poważniejsze. A dla odporności psychicznej bardzo ważne jest przygotowanie, żeby dać nam takie poczucie sprawczości, że sobie poradzimy, choćby w ograniczonym zakresie.

To się zaczyna, ale dopiero od roku mamy organizowane przez MON szkolenia państwowe „W Gotowości”, które są promowane jako cywilne i otwarte na wszystkich niezależnie od wieku, płci, sprawności. Od paru miesięcy takie cywilne szkolenia robi też MSWiA. Wcześniej istniejące szkolenia Trenuj z Wojskiem miały bardziej militarny sznyt i mobilizowały mniej kobiet. Prawdopodobnie też miały dodatkowy cel, żeby zainteresować ludzi i rekrutować do wojska.

W pierwszej edycji W Gotowości była prawie połowa kobiet. Na szkoleniach PCK z pierwszej pomocy i pomocy psychologicznej większość kursantek stanowią kobiety. Więc wiemy już z własnego doświadczenia, nawet nie patrząc na kraje nordyckie, że jeżeli odpowiednio się sprofiluje szkolenia i informację, to kobiety znajdują w sobie tę chęć. Ale to, co mówisz o tych trzech etatach, to jest bardzo ważne.

Kultura odporności na co dzień

Wyszło nam w grupowych wywiadach jakościowych, że potrzebne jest wpisanie kultury odporności w nasze codzienne życie. To też znowu tak brzmi enigmatycznie. Chodziłoby po prostu o to, żeby to było coś, czym nasiąkamy przez osmozę. W szkole, we wspólnocie lokalnej, na studiach, w pracy. Żeby to była część życia, część codziennej edukacji, a nie taki dodatkowy etat.

W tej chwili państwo nam oferuje, zrób sobie szkolenia, zrób tamto, zaangażuj się w to i tamto. A tymczasem Polacy, ja to zawsze powtarzam, zawodowo pracują więcej godzin niż wiele innych społeczeństw europejskich. Kobiety polskie więcej godzin niż zachodnie Europejki spędzają na obowiązkach domowych, pracy opiekuńczej. Gdzie jeszcze dorzucimy kolejny etat?

Potem mówimy, że ludzie nie tacy… A tu trzeba dostosować system do możliwości.

Zawsze mówię, że to powinny być takie kręgi piekielne: najpierw wchodzimy na ten pierwszy poziom. Potem ci, którzy mogą i chcą, idą dalej. Aż do tego, że niektórzy wejdą do obrony cywilnej, zaangażują się w PCK, albo nawet zaciągną do WOT. Ale niektórzy zostaną na takim poziomie, że ustalą z rodziną, gdzie się spotkają, jak będzie jakiś kryzys, że zgromadzą dokumenty w odpowiednim miejscu, zrobią zapas wody i będą wiedzieć, że sobie poradzą przez jakiś czas.

Tymczasem w Polsce, jak zresztą w całym regionie, pokutuje silne oczekiwanie, że wszystko za nas zrobią służby. To jest takie myślenie magiczne, że jak wybuchnie kryzys, to jest to zadanie dla służb i tych na górze.

Ważne, żeby zrozumieć, że nie chodzi o to, by zrzucić odpowiedzialność na jednostki. Po jednej stronie mamy to przekonanie, że ludzie są biernymi odbiorcami bezpieczeństwa, które dostarczają jakieś służby. Po drugiej, że ludzie mają sami zadbać o siebie.

A to, za czym my argumentujemy w tym raporcie, zasadza się na idei kooperacji. Ludzie powinni być współtwórcami bezpieczeństwa. W Polsce system obronności powinien mieć zarówno wojskowe, jak i cywilne komponenty i instytucje i one wszystkie powinny działać razem.

To zresztą mocno wybrzmiało we wcześniejszym „powodziowym” raporcie Fundacji Batorego „Gdy pękają tamy” – dużym problemem okazała się współpraca między różnymi poziomami, a nawet to, że włodarze samorządowi bali się działać, kiedy trzeba było szybko reagować, podejmować decyzje, bo w utknęli w gąszczu przepisów i obawiali się, że potem będą mieli problemy.

Nie chodziło o to, że nie było mobilizacji, nie było chęci, tylko o to, że pewne rzeczy nie były ćwiczone w takim modelu wielu aktorów współdziałających. W erze wielokryzysu, w modelu obrony powszechnej, nasze wojsko będzie musiało współpracować na co dzień z aktorami cywilnymi. Będzie musiało współpracować i współwytwarzać bezpieczeństwo na przykład ze sfeminizowanymi DPS-ami, OPS-ami, z domami dziecka. Przecież to jest kluczowe, żeby jakieś podstawowe kompetencje współpracy z tymi sfeminizowanymi sektorami wykształcić.

Tymczasem minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz właśnie zawiesił w wojsku szkolenia z równości płci, których wymagał od nas krajowy Plan Działania na rzecz agendy ONZ „Kobiety, Pokój, Bezpieczeństwo”. Szkolenia te, jak i sam Krajowy Plan Działania, wprowadzono za czasów rządów PiS. Natomiast dziś MON się z nich wycofał na skutek protestów prawicy.

Mężczyźni są dyskryminowani?

Wasz raport pada na podatny grunt. Aktywiści praw mężczyzn argumentują, że mężczyźni są dyskryminowani perspektywą powszechnego poboru i tym, że tracą życie na wojnach.

Propozycja budowy systemu obrony powszechnej i myślenia o bezpieczeństwie jako o wspólnej sprawie, a nie męskim, żołnierskim obowiązku to pomysł, za którym jest w stanie opowiedzieć się większość społeczeństwa niezależnie od poglądów politycznych.

Samo w sobie to nie jest czymś kontrowersyjnym. Ta propozycja wychodzi poza bitwy partyjne i jest w stanie wytworzyć przestrzeń, gdzie będziemy społeczeństwem i państwem ponad podziałami. Z mojej osobistej perspektywy socjolożki obronności i obywatelki to może być odpowiedź na marzenie, że wyjdziemy z ery ciągłej polaryzacji w jakimś bardziej produktywnym kierunku.

Uważam, że system obrony powszechnej to jest epokowa szansa. Już jakieś dziesięć lat temu zainteresowałam się tym wątkiem nie z racji jego zalet dla obronności, tylko z racji potencjału dla nowej umowy społecznej. Widzę tu nie tylko szansę na zbudowanie bardziej efektywnej obronności, która pozwoli nam przetrwać kryzysy, choć to jest oczywiście prawda, ale też to, że to będzie mogło i musiało być przyczynkiem do nowych relacji państwa z obywatelami oraz obywateli z państwem.

Chodzi o zbudowanie nowego modelu, w którym państwo myśli o nas nie jako o petentach lub wykonawcach swoich polityk, tylko jako o partnerach-obywatelach, którzy współtworzą państwo i bezpieczeństwo, a w zamian za to, że robią dla niego więcej, dostają uznanie, większy wpływ na polityki publiczne, lepsze warunki do życia i działania.

Projekt obrony powszechnej ma w sobie bowiem republikańską obietnicę – większy udział obywateli w bezpieczeństwie potencjalnie otwiera szansę na większą demokratyzację, właśnie na to, że więcej ludzi, grup, organizacji może mieć wpływ i głos na tak ważną dziś sferę bezpieczeństwa.

*Weronika Grzebalska – dr, socjolożka, adiunktka w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Zajmuje się przemianami społeczno-instytucjonalnymi we współczesnej Polsce i w Europie Środkowej, ze szczególnym naciskiem na problematykę obronności, (para)militaryzmu, wojny i jej pamięci, polityki płci oraz nieliberalnej transformacji. Członkini zarządu Towarzystwa Wiedzy Obronnej. Była stypendystką Fundacji Kościuszkowskiej, Fundacji ZEIT im. Ebelin i Gerda Buceriusów oraz German Marshall Fund of the United States. Publikowała m.in. w „Critical Military Studies”, „Armed Forces & Society” oraz „Politics & Governance”. Wydała: Płeć powstania warszawskiego (2013).

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY„ to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Na zdjęciu Agata Czarnacka
Agata Czarnacka

Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.

Komentarze