0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by AFP PHOTO / AFPPhoto by AFP PHOTO /...

Na zdjęciu: Jan Paweł II wita się z dyktatorem Chile generałem Augusto Pinochetem na lotnisku w Santiago podczas wizyty w tym kraju 1 kwietnia 1987 roku.

Jan Paweł II był świadomy dramatów ludzi z Ameryki Łacińskiej, a na pewno stopniowo świadomy się stawał. Pielgrzymował, obserwował, rozmawiał, poznawał realia regionu – zbrodniczy charakter ówczesnych reżimów i porażające nierówności społeczne. Gdy chciał wiedzieć – wiedział.

A jednak odsuwał na boczny tor biskupów i księży, którzy domagali się sprawiedliwości i poszanowania praw człowieka w Brazylii, Peru, Kolumbii, Salwadorze. I którzy wspierali pozakościelne ruchy protestu.

Dlaczego przedkładał interes instytucji kościoła ponad ludzkie krzywdy? – zastanawia się reporter i znawca Ameryki Łacińskiej Artur Domosławski.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Przeczytaj także:

Znani Polacy: Lato, Boniek, Lewandowski. A Jan Paweł II?

Latynosi, których poznaję w czasie reporterskich podróży, starają się zazwyczaj dać mi do zrozumienia, że kojarzą daleki kraj, z którego pochodzę. W ostatnich latach robią to najczęściej za pomocą nazwiska „Lewandowski”. Zanim Lewandowski stał się sławny, często zagajali, przywołując inne piłkarskie nazwiska – „Lato” i nieco rzadziej „Boniek”. Cóż, w tej części świata ludzie kochają się w piłce nożnej na zabój.

Moi znajomi reporterzy i pisarze, gdy się poznawaliśmy, najczęściej rzucali na „dzień dobry” nazwiska Szymborskiej i Kapuścińskiego. Kilka razy zdarzyli się Gombrowicz i Lem, a raz nawet – i tu byłem zaskoczony – nieco zapomniany nawet w Polsce Stanisław Jerzy Lec. Często pojawiał się też Bauman – jeden z nielicznych autorów z Polski, niemal zawsze obecny w dużych wielkomiejskich księgarniach.

Zdarzało się, owszem, że ktoś, kto chciał pokazać, że wie coś o kraju, z którego przyjeżdżam, zagadywał o Janie Pawle II. Kiedyś częściej, ostatnio prawie wcale.

Niechęć do „polskiego papieża”

Materialne ślady pielgrzymek Jana Pawła II do Ameryki Łacińskiej są liczne. Zazwyczaj to tablice, że był, że odprawił, że poświęcił (np. przy figurze Chrystusa na wzgórzu Corcovado w Rio de Janeiro). Ale jest też sporo pomników – i to niemałych rozmiarów, m.in. w Meksyku, Gwatemali, Kolumbii, Chile...

Nawet w zeświecczonym od dawien dawna Urugwaju, na jednej z dużych alei w Montevideo, znajduje się mały pomnik JPII – i to jest na pierwszy rzut oka spora niespodzianka. Urugwaj bowiem to kraj, w którym Boże Narodzenie nazywa się „Dniem Rodziny”, a Wielkanoc – „Tygodniem Turystyki”. Skąd więc pomnik papieża? Trzeba wczytać się w napis na tablicy pamiątkowej obok i sprawa staje się zrozumiała: pomnika nie ufundowali Urugwajczycy, lecz Jan Kobylański, nieżyjący milioner i mroczna postać polskiej emigracji w regionie.

Kult Jana Pawła II we wciąż katolickiej – choć także coraz bardziej neoprotestanckiej – Ameryce Łacińskiej ma sporo zewnętrznych objawów, ale raczej za sprawą starań miejscowej hierarchii kościelnej.

Jeśli porozmawiać z ludźmi z „klas gadających”, szybko można się zorientować, że „polskiego papieża” nie bardzo tam cenią i nigdy nie cenili.

Wyjątkiem są ludzie identyfikujący się z konserwatywnym skrzydłem kościoła. Ta niechęć ma swój aspekt wewnątrzkościelny, ale ma i ten ogólnospołeczny; wszak kościół nie działa w próżni, jest częścią sceny publicznej.

Papież kościoła piramidalnego

Garść wypowiedzi – podsumowań pontyfikatu Jana Pawła II, jakie sformułowały ważne osobistości Ameryki Łacińskiej. Wszystkie wyszły z ust katolików.

„Chciał ustanowić kościół piramidalny, co znalazło odzwierciedlenie we wrogości wobec teologii wyzwolenia”. To Adolfo Perez Esquivel, działacz katolickiego ruchu Sprawiedliwość i Pokój z Argentyny, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 1980 roku.

„Nigdy nie rozumiał teologii wyzwolenia, gdyż polskie korzenie uniemożliwiły mu dostrzeżenie tego, że w Ameryce Łacińskiej wrogiem nie był ani komunizm, ani nazizm, lecz elity pozbawione wrażliwości społecznej”. To brazylijski teolog Leonardo Boff, czołowa postać buntowniczego nurtu w kościele.

„Był nieco surowy w stosunku do postępowych sług, którzy wyznaczali nowe drogi”. To biskup Pedro Casaldaliga, słynny w Brazylii obrońca Indian i bezrolnych chłopów.

Gdy tuż po śmierci Jana Pawła II spytałem kardynała Paulo Evaristo Arnsa z Sao Paulo o jego oczekiwania wobec następnego papieża, odpowiedział:

„[Oczekuję] że przyszły papież nie będzie papieżem rozumiejącym jedynie komunizm i świat europejski, lecz cały świat”.

Też całkiem wymowna recenzja pontyfikatu JPII.

Ewangelia ubogich

Gdy Karol Wojtyła został papieżem, w większości krajów Ameryki Łacińskiej rządziły krwawe antykomunistyczne dyktatury, reprezentujące interesy wąskich elit ekonomicznych. Hołdowały one doktrynie „bezpieczeństwa narodowego”, która usprawiedliwiała wszelkie środki, nawet okrucieństwa, w walce z „komunistycznym wrogiem wewnętrznym”.

Mianem „komunistów” określano nie tylko członków komunistycznych partii czy ludzi odwołujących się do myśli lewicowej, lecz wszystkich obrońców praw człowieka i ludzi domagających się reform społecznych. Także księży i biskupów zaangażowanych po stronie biedoty i ruchów opozycyjnych.

Błyskotliwie tę postawę rządzących komentował swego czasu arcybiskup Helder Camara z Brazylii:

„Gdy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym. Gdy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, nazywają mnie komunistą”.

Ze sprzeciwu wobec biedy i społecznych nierówności u schyłku lat 60. w kościele katolickim w Ameryce Łacińskiej zrodziła się teologia wyzwolenia. Stanowiła próbę odczytania ewangelii z punktu widzenia ludzi ubogich, często pozbawionych wszelkich praw. Głosiła, że wyzwolenie z nędzy, niesprawiedliwości, przemocy państwa i klas uprzywilejowanych może dokonać się jeszcze na tym świecie.

Watykan: rewolucja to zagrożenie

Gdyby chodziło tylko o wewnętrzną doktrynę jednego z kościołów, choćby i największego, być może sprawa nie byłaby warta zainteresowania świata pozakościelnego. Ale ruch teologii wyzwolenia wyrażał poglądy zaangażowanej biedoty, jak i ludzi z niższej klasy średniej, którzy stanowili społeczne zaplecze rozmaitych ruchów oddolnych, partii politycznych, stowarzyszeń, partyzantek. Teologia wyzwolenia przekraczała granice kościoła, wyznania, religii.

W opisach dramatów trapiących kontynent odwoływała się niekiedy do myśli lewicowej, w tym marksowskiej. Byli też księża – choć nieliczni – którzy przyłączali się do lewicowych guerrilli, uważając, że w walce z wyzyskiem walka zbrojna jest uprawniona (zwykle podaje się przykład ks. Camilo Torresa z Kolumbii).

Jednak księży, którzy otwarcie angażowali się w działalność polityczną, zostawiając na boku kapłaństwo, nie było wielu. Trzech ministrów w sandinistowskim rządzie Nikaragui po zwycięstwie tamtejszej rewolucji w 1979 roku. Przywódca Haiti Jean-Bertrand Aristide...

Przytłaczającą większość duchownych z ruchu teologii wyzwolenia stanowili księża i biskupi domagający się po prostu sprawiedliwości, broniący represjonowanych, potępiający skandaliczne nierówności społeczne słowami ewangelii.

Jednak wszędzie tam, gdzie w Ameryce Łacińskiej była mowa o niesprawiedliwościach kapitalizmu i gdzie pojawiała się surowa krytyka panującego ładu, Jan Paweł II dopatrywał się zagrożenia rewolucją w duchu komunistycznym.

Doświadczenie komunizmu nie uwrażliwiło Karola Wojtyły na krzywdy inne niż te wyrządzane przez komunistyczne państwo.

Przeciwnie – zasłaniało mu inne doświadczenia i inne dramaty.

Papież nie zauważa ofiar dyktatury w Argentynie…

Od pierwszej pielgrzymki do Meksyku w 1979 roku, rok po wyborze na papieża, Jan Paweł II próbował postawić tamę ruchowi teologii wyzwolenia. „Niektórzy – mówił tam do biskupów – chcieliby dojść do Królestwa Bożego nie poprzez wiarę i przynależność do kościoła, lecz jedynie za pośrednictwem zmian strukturalnych i zaangażowania społeczno-politycznego”.

Najwyraźniej upominanie się o ofiary zbrodni w Argentynie szkodziło w oczach papieża dochodzeniu do Królestwa Bożego. Dla kogoś spoza kościoła milczenie w tej sprawie było po prostu niezwykle przykrym aktem politycznym. I może dlatego w czasie pielgrzymki do tego kraju podczas rządów junty – w 1982 roku – Jan Paweł II nie zająknął się o ofiarach antykomunistycznej dyktatury. Nie wiedział? Wiedział – i to bezpośrednio od laureata Pokojowej Nagrody Nobla Adolfa Pereza Esquivela, którego przyjął na audiencji wiele miesięcy przed pielgrzymką do tego kraju.

Według relacji Pereza Esquivela, Wojtyła zarzekał się w czasie ich rozmowy, że do tamtej chwili nie dotarły do niego żadne informacje ani o desaparecidos (znikniętych), ani o kradzieży dzieci urodzonych w więzieniach, a następnie przywłaszczanych przez ludzi reżimu. Sugerował za to nobliście, by zajął się ofiarami reżimów komunistycznych.

„Zniknięć dzieci dokonała dyktatura, która mieni się obrończynią zachodnich i chrześcijańskich wartości”

– miał odpowiedzieć papieżowi Perez Esquivel (według własnej relacji).

Rozmowa odniosła pewien skutek: półtora miesiąca później z balkonu na Placu św. Piotra Jan Paweł II upomniał się o „znikniętych” w Argentynie. Nie zrobił tego jednak, gdy w 1982 roku do Argentyny pojechał.

Przedstawiciele Kościoła w tym kraju – z nielicznymi wyjątkami „znikniętych” księży i zamordowanego biskupa – podobnie, jak nuncjusz Stolicy Apostolskiej otwarcie współpracowali z juntą, usprawiedliwiali zbrodnie, a gdy trzeba było, ukrywali je przed światem. Nuncjusz papieski, kardynał Pio Laghi o rządach wojska wypowiadał się tak: „Żołnierze wypełniają najwyższą powinność miłowania Boga i Ojczyzny, która znalazła się w niebezpieczeństwie. Chodzi nie tylko o inwazję obcych, ale również o inwazję obcych idei, które zagrażają fundamentalnym wartościom…”.

W ramach walki z „inwazją obcych idei”, wojskowi „zniknęli” 30 tys. ludzi, drugie tyle więzili, torturowali i kradli ich urodzone w tajnych ośrodkach zatrzymań niemowlęta.

…i grozi palcem lewicowemu rządowi Nikaragui

W jedynym z krajów regionu, w którym rządziła lewica – i który Jan Paweł II odwiedził – papież antykomunista natychmiast odzyskiwał zdolność stawiania władzy wymagań. I bynajmniej nie w obronie łamanych praw człowieka – rząd Nikaragui nie zajmował się prześladowaniem oponentów, lecz ochroną ludności cywilnej i odpieraniem ataków kontrrewolucyjnych szwadronów szkolonych w sąsiednim Hondurasie, finansowanych przez CIA.

Dla Jana Pawła II w Nikaragui kluczowe nie było upomnienie się o mordowanych wieśniaków, lecz udzielenie publicznej reprymendy księdzu i poecie, który został ministrem kultury w rewolucyjnym rządzie sandinistów, Ernestowi Cardenalowi. Kamery zanotowały, jak wzburzony Jan Paweł II grozi palcem podwładnemu. A gdy w czasie homilii tłumy wiernych wyrażały dezapropatę dla papieskich gestów i słów, m.in. o „ideologicznych zaangażowaniach nie do przyjęcia”, papież odkrzyknął do nich: „Cisza!” (Silencio!).

Tak, w Ameryce Łacińskiej Jan Paweł II preferował ciszę nad zbrodniami reżimów odwołujących się m.in. do związków z tradycjonalnym Kościołem.

Pomostem łączącym jego poglądy na świat z polityką tamtejszych reżimów był antykomunizm.

Sprawa arcybiskupa Romero

Szczególnie szokujące było nieudzielenie wsparcia katolickiemu duszpasterzowi, szukającemu u papieża pomocy, a któremu groziła śmierć z rąk prawicowych szwadronów śmierci. Chodzi o arcybiskupa z San Salwadoru, Oscara Romero (którego notabene Franciszek uczynił świętym).

Romero był konserwatywnym biskupem, który przejrzał na oczy po zamordowaniu przez „nieznanych sprawców” przyjaciela (też księdza). Niemal z dnia na dzień stał się orędownikiem społecznych zmian i wrogiem numer jeden antykomunistycznej dyktatury, wspieranej przez Waszyngton. Gdy znalazł się w niebezpieczeństwie, sądził, że papież wywodzący się z kraju doświadczonego politycznymi represjami, zrozumie go. Konferencja episkopatów latynoskich z udziałem Jana Pawła II umocniła wprawdzie kościelną konserwę i przeciwników teologii wyzwolenia, lecz mimo to abp Romero liczył na solidarność przywódcy Kościoła w zwyczajnym ludzkim wymiarze.

Po długim oczekiwaniu na audiencję Romero przywiózł papieżowi obszerną dokumentację zbrodni i prześladowań w Salwadorze. Jednak wyrazów solidarności nie uzyskał. Po spotkaniu zanotował w dzienniku: „[Papież] potwierdził, że praca duszpasterska jest bardzo trudna w klimacie walki politycznej. Zalecił szczególną rozwagę i umiarkowanie w ocenie konkretnych sytuacji.

Uważa, że lepiej trzymać się pryncypiów, ponieważ w ferowaniu pewnych oskarżeń istnieje niebezpieczeństwo popełniania błędów”.

Romero z całą pewnością trzymał się pryncypiów, lecz pojmował je zgoła inaczej niż papież. Kardynał Wojtyła wywiózł z Polski uprzedzenia wobec ruchów emancypacyjnych, zwłaszcza odwołujących się do języka lewicowej krytyki. Tymczasem w Ameryce Łacińskiej kościół, który chciał realizować „opcję na rzecz ubogich”, lokował się niejako siłą rzeczy po stronie lewicy i ruchów kontestacji. Językiem tych ruchów bywał marksizm, jednak abp Romero był daleki od tej szkoły myślenia; mówił językiem ultraewangelicznym.

Rok później Romero raz jeszcze pojechał do Watykanu – i znowu spotkał go zawód. W dzienniku zanotował, że z jednej strony – papież wyrażał zrozumienie, lecz z drugiej – zalecał, żeby „myśleć nie tylko o sprawiedliwości społecznej i miłości do biednych, ale także o tym, że wyrównywanie rachunków przez lewicowy front ludowy może być też niekorzystne dla Kościoła”.

Stanowisko Jana Pawła II świadczyło o potrójnym nierozumieniu położenia, w jakim znalazł się prześladowany Romero. Jedno dotyczyło politycznej odwrotności sytuacji w Polsce i Ameryce Łacińskiej – w tej ostatniej zbrodnie popełniano pod hasłami antykomunizmu. Drugie niezrozumienie polegało na tym, że Romero nigdy nie popierał walki zbrojnej. Wciąż liczył – raczej naiwnie – że miejscowa oligarchia i Waszyngton zgodzą się na reformy społeczne i pokój. Wreszcie – trzecie niezrozumienie: Jan Paweł II nie pojmował, że życie arcybiskupa wisi na włosku i że natychmiast potrzebuje on głosu jego wsparcia. Niezrozumienie to zresztą najłaskawsze tu określenie. Sądzę, że chodziło tu o brak wrażliwości, wzmocniony ideologicznymi uprzedzeniami.

Czy głos wsparcia Jana Pawła mógłby powstrzymać zabójców i ocalić Romera? Ta możliwość nie została przetestowana.

24 marca 1980 roku arcybiskup Romero został zastrzelony w trakcie wygłaszania kazania.

Rewolucja rozpaczy

Teologia wyzwolenia wyrastała z posoborowego otwarcia kościoła na zsekularyzowany świat, a bardziej bezpośrednio – z postanowień II Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej w Medellin w 1968 roku. Biskupi potępili tam przemoc prawicowych dyktatur, egoizm elit, niesprawiedliwości kapitalizmu. Wzywali Kościół do solidarności z ubogimi.

Zgadzał się z nimi – przynajmniej do czasu – ówczesny papież Paweł VI, który ostrzegał lokalnych bogaczy, że „jeśli zazdrośnie będą strzegli swych przywilejów, a zwłaszcza jeżeli będą ich bronić, stosując środki przemocy, staną się odpowiedzialni wobec historii za »rewolucje podyktowane rozpaczą«” (słowa Pawła VI w Bogocie, 1968 rok).

Nowy ruch miał początkowo w Pawle VI sprzymierzeńca. W encyklice „Populorum progressio” („O wyzwoleniu ludów”) rozpatrywał on prawo do rewolucyjnego powstania w sytuacji „oczywistej i długotrwałej tyranii, poważnie naruszającej podstawowe prawa osoby i niebezpiecznie szkodliwej dla ogólnego dobra kraju”. Innym razem jednak ostrzegał przed wyborem siły jako drogi walki o sprawiedliwość: „Wzywamy was – mówił do chłopów w Kolumbii – byście nie pokładali nadziei w przemocy i rewolucji, jest to bowiem sprzeczne z duchem chrześcijańskim i może opóźnić, a nie przyspieszyć rozwój społeczny, do którego dążycie”.

Sprzeczność? Z jednej strony doktryna uzasadnionego powstania ma w kościele długą tradycję. Z drugiej – decyzja o zbrojnym sprzeciwie zawsze jest kwestią oceny konkretnej sytuacji; wynika z analizy politycznej, nie z nauki Kościoła. Tkwi w tym niełatwy do rozwikłania paradoks. Przemoc z zasady nie jest ewangeliczna, jednak Kościół nie potępia powstań „podyktowanych rozpaczą”, tak jak w pewnych sytuacjach nie potępia obrony koniecznej.

Bicz na zaangażowanych księży

Choć księży, którzy przyłączali się do partyzantów, było niewielu, ich przykład służył krytykom nowej teologii i Janowi Pawłowi II jako bicz na zaangażowanych politycznie duchownych, nawet jeśli odwoływali się wyłącznie do pokojowych metod walki o sprawiedliwość.

Arcybiskup Romero wzywał lewicowych partyzantów do „opamiętania” w przekonaniu, że „gwałtem nie można osiągnąć niczego trwałego”. Arcybiskup Helder Camara nazywany „brazylijskim Gandhim” potępiał nie tylko rodzime dyktatury i eksploatację kontynentu przez USA – ganił też imperialną politykę Moskwy. Uważał, że w realiach Ameryki Łacińskiej nie da się wiarygodnie głosić ewangelii bez ukazania związku między naukami Jezusa a zaangażowaniem społecznym kościoła po stronie ubogich.

Powoływanie się niektórych teologów na analizy zaczerpnięte z lewicowych myślicieli sprawiło, że już pod koniec pontyfikatu Pawła VI Watykan podjął kroki hamujące impet teologii wyzwolenia.

„Chrześcijanie nie mogą namawiać ludzi, by na przemoc odpowiadali przemocą” – stwierdziła komisja teologiczna doradzająca tamtemu papieżowi. Mimo to liczni latynoscy księża i teologowie do dziś uważają Pawła VI za „swojego” papieża.

Jan Paweł II był dla nich przybyszem z galaktyki niewrażliwości i niezrozumienia.

Buntownik z Nazaretu na cenzurowanym

Wojtyła miał swoje teologiczne uzasadnienia. Uważał, że kościół powinien działać w sferze moralności i kultury, kształtować sumienia. Nie ma praw człowieka i sprawiedliwości bez miłości i miłosierdzia, a walka nie jest drogą miłości (tak m.in. pisał w encyklice „Redemptor Hominis” z 1979 roku). Na spotkaniu z biskupami Ameryki Łacińskiej w Meksyku – na początku pontyfikatu – mówił, że

„koncepcja Chrystusa jako polityka i rewolucjonisty, jako buntownika z Nazaretu” jest sprzeczna z Ewangelią.

Wielu krytyków teologii wyzwolenia upatrywało w tym nurcie zagrożenie dla władzy biskupów i samego papieża. Miały je stwarzać Kościelne Wspólnoty Podstawowe, prowadzące działalność religijną i społeczną wśród robotników, chłopów i bezrobotnych. Na spotkaniach tych wspólnot czytano Biblię, dyskutowano o prawach należnych człowiekowi i niesprawiedliwym porządku społecznym, organizowano wzajemną pomoc – od dzielenia się jedzeniem po wspólne łatanie dachu domu.

Wspólnoty miewały luźny związek z hierarchią, z braku księży przewodzili im czasem duszpasterze świeccy. Uważano tam, że obowiązkiem kościoła jest nie tylko dbałość o czystość dogmatów, ale i walka o prawo do życia w ludzkich warunkach.

Jan Paweł II – bądźmy sprawiedliwi – mówił nieraz o krzywdach, biedzie i nierównościach społecznych w Ameryce Łacińskiej. W Brazylii apelował do żyjących w luksusie o przebudzenie ich sumień. W Gwatemali rządzonej przez zbrodniczą juntę zwrócił uwagę na stosowane przez reżim tortury. W Chile pokazał się wprawdzie na balkonie z gen. Pinochetem – i głównie to mu zapamiętano, ale objął też ramieniem ofiarę dyktatora i był inspiracją dla protestujących. Nieraz posłużył się nawet językiem zwalczanej przez samego siebie teologii wyzwolenia.

W realiach, których nie rozumiał lub raczej rozumieć nie chciał, zderzył się z pewnym paradoksem. Z jednej strony ewangelia była inspiracją do walki o sprawiedliwość w duchu idei rewolucyjnych; z drugiej – prawa człowieka łamano w imię obrony tradycyjnego porządku, którego składnikiem przez stulecia był Kościół katolicki.

Uciszanie teologów wyzwolenia

Mimo przebłysków zrozumienia dla sytuacji prześladowanych w decyzjach „polskiego papieża” zwyciężała doraźna polityka, interesy hierarchii i ideologiczne uprzedzenia. Szef Kongregacji Nauki Wiary Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, uciszył głównych teologów wyzwolenia – m.in. Leonarda Boffa z Brazylii i Gustava Gutierreza z Peru.

Nakazy milczenia przychodziły z Watykanu dokładnie w czasie, w którym wszyscy oni byli skazani na publiczne milczenie przez rządzących. I to budziło największy żal.

Ich kościół, ich papież stawali po stronie prześladowców, a na dodatek prześladowania wzmacniali szykanami wewnątrzkościelnymi.

Od początku lat 80. ruch teologii wyzwolenia stanowił istotny komponent nowo powstałej wtedy lewicowej Partii Pracujących w Brazylii, której przewodził Lula da Silva (obecnie po raz trzeci prezydent tego kraju). Dyktatorskie rządy dostały więc od Wojtyły niezwykle szczodry prezent. Uciszanie kościelnych intelektualistów było pośrednio ciosem w cały ruch sprzeciwu wobec dyktatury.

Upolityczniony papież walczy z politycznym zaangażowaniem

Za nakazami milczenia podążała polityka personalna. Jan Paweł II odsuwał na boczny tor biskupów i księży, którzy domagali się sprawiedliwości i poszanowania praw człowieka w Brazylii, Peru, Kolumbii, Salwadorze. I którzy wspierali pozakościelne ruchy protestu.

Pretekstem do dyscyplinujących działań wobec niepokornych duszpasterzy było właśnie ich angażowanie się w politykę.

Powtórzmy: pretekstem.

Latynoscy buntownicy w mig dostrzegali, że zaangażowanych politycznie księży próbował „odpolityczniać” jeden z najbardziej upolitycznionych papieży. „Powstała sytuacja kuriozalna: teologię wyzwolenia oskarża się o to, że jest zideologizowana, a w tym samym czasie nie szczędzi się jej krytyki czysto ideologicznej, która pozbawiona jest spójnych fundamentów doktrynalnych” – mówił z rozczarowaniem jeden z latynoskich teologów.

Jan Paweł II zwalczał polityczne zaangażowanie duchownych z kręgu teologii wyzwolenia, a równocześnie wspierał polityczne zaangażowanie księży np. w Polsce i uwikłane w antykomunistyczną politykę Opus Dei. Nie przeszkadzało mu także, że biskupi, księża i nuncjusz Stolicy Apostolskiej otwarcie wspierali antykomunistyczną juntę w Argentynie.

Nie chodziło więc o politykę czy pozakościelne zaangażowania duchownych, ale o ich ideologiczny wektor. Zarzut obłudy byłby tu chyba jednym z najłagodniejszych.

Powrót teologii wyzwolenia

Pontyfikat Karola Wojtyły podciął skrzydła teologii wyzwolenia i związanych z nią lewicowych ruchów społecznych. Gdy jednak w czasie pielgrzymki do Ameryki Środkowej, w drugiej połowie swojego pontyfikatu, Wojtyła powiedział, że „teologia wyzwolenia nie jest już problemem”, bo umarła wraz z komunizmem, odezwali się polemiści.

Brat Betto z Brazylii: „Jeśli niektórzy teologowie wyzwolenia wycofują się z zajmowanych dotąd pozycji, nie dzieje się tak z powodu upadku muru berlińskiego, lecz wskutek nacisków płynących z centrum władzy w kościele”.

Dean Brackley, jezuita z uniwersytetu w Salwadorze, odpowiedział papieżowi, że teologia wyzwolenia wciąż jest praktykowana.

Na pewno wpływy tej teologii zmniejszyły się. Wielu jej liderów zmarło, odeszło na emeryturę lub wręcz z kościoła (np. Boff). Większość krajów Ameryki Łacińskiej poddano drastycznej neoliberalnej kuracji, która pogłębiła istniejące od dawna nierówności społeczne. To zaś sprawiło, że zarówno „opcja na rzecz ubogich”, jak i teologia wyzwolenia stały się teraz – według słów jednego z kościelnych dysydentów – „bardziej aktualne niż kiedykolwiek”.

Polityczne rachuby czy ideologiczne uprzedzenia?

Obrońcy JPII wskazują, że „chciał zatrzymać i odwrócić proces sekularyzacji wśród kleru wprawiony w ruch i rozprzestrzeniany przez radykalne ideologie” (tak uważa np. konserwatywny biograf papieża Paul Johnson). Jednak krytycy Wojtyłowej polityki twierdzą, że jego twarda postawa wobec zrewoltowanych kościołów Ameryki Łacińskiej spowodowała sekularyzację i odpływ wiernych ku neoprotestantom.

Wielu księży z kręgu teologii wyzwolenia sympatyzowało potem z ruchem alterglobalistycznym i progresywnymi rządami w Brazylii, Argentynie, Wenezueli, Boliwii, Ekwadorze.

Krytyka współczesnego kapitalizmu wyrażana przez te rządy była zresztą bliska – ba, niemal tożsama – z krytyką, jaką formułował wobec kapitalizmu w ostatnich latach życia sam Wojtyła. Cytat: „Neokonserwatywna polityka, dziś dominująca w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach, powoduje coraz więcej negatywnych skutków (...). Neokonserwatyzm wychodzi od wąskiej interpretacji osoby i społeczeństwa (...), przekształca się niekiedy w ideologiczne uzasadnienie pewnych postaw i sposobów działania na gruncie społecznym i politycznym, które prowadzą do marginalizacji słabszych”. Biedni „coraz bardziej liczni, stają się ofiarami określonych rodzajów polityki i często niesprawiedliwych struktur”.

Jakby wyjęte z pism teologa wyzwolenia, prawda?

Czy przytoczony cytat działa na korzyść Wojtyły? (Że przejrzał na oczy? Że zrozumiał błąd?) Zostawiam to pytanie do przemyślenia, ale nie chcę się uchylać od własnej sugestii.

Jan Paweł II był świadomy dramatów ludzi z Ameryki Łacińskiej, a na pewno stopniowo świadomy się stawał.

Pielgrzymował, obserwował, rozmawiał, poznawał realia regionu – zbrodniczy charakter ówczesnych reżimów i porażające nierówności społeczne. Powyższy cytat nie jest jedynym, świadczącym o niezłej wiedzy o realiach. Gdy chciał wiedzieć – wiedział.

Podobnie, jak w innych sprawach związanych z tym pontyfikatem, dziś szeroko dyskutowanych, przesądził – jak sądzę – wąsko rozumiany interes instytucji kościoła, polityczne rachuby, które ludzkie krzywdy zapisują po stronie kosztów/strat ubocznych. A kluczową rolę odegrał antykomunizm. Czy był on bielmem w oczach, zardzewiałym wytrychem, błędem poznawczym czy ideologicznym uprzedzeniem jest z punktu widzenia uciszanych i odtrąconych naprawdę drugorzędne.

Udostępnij:

Artur Domosławski

Pisarz i reporter, przez 20 lat związany z „Gazetą Wyborczą”, od dekady z „Polityką”. Autor kultowej „Gorączki latynoamerykańskiej" (2004), niepokojącej „Śmierci w Amazonii" (2013), wstrząsających „Wykluczonych" (2016), słynnej biografii „Kapuściński non-fiction" (2010) oraz monumentalnej biografii Zygmunta Baumana „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana" (2021). Laureat wielu nagród i wyróżnień literackich i dziennikarskich, m.in. Grand Press Dziennikarz Roku 2010, nominowany do Nagrody Nike za „Wykluczonych" i „Wygnańca", aureat Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz” (2022) dla najlepszej biografii za „Wygnańca". Jego książki były tłumaczone na 10 języków.

Przeczytaj także:

Komentarze