Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga Kucharska / OKO.pressIl. Iga Kucharska / ...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

W ostatnich latach dorośli zaczęli dostrzegać problemy, z jakimi młodzi ludzie mierzą się w internecie. W swojej publikacji Nastolatki 3.0 NASK podaje, że 20 proc. ankietowanych spotkało się z podszywaniem się pod kogoś ze znajomych, prawie 30 proc. było świadkami poniżania znajomych, a 51 proc. zetknęło się z obrażaniem innych ze względu na ich wygląd.

Według raportu „Internet dzieci” z social mediów korzysta 58 proc. osób w wieku 7-12 lat – mimo iż regulamin większości platform podaje 13 lat jako dolną granicę wieku. Autorzy publikacji zwracają uwagę, że nieletni w internecie narażeni są na mowę nienawiści, nękanie, wykorzystanie seksualne czy kontakt z handlarzami narkotyków.

Społecznicy i eksperci wnieśli temat na salony polityczne, aż stał się przedmiotem zainteresowania polityków koalicji rządzącej. W piątek (27 lutego 2026) podczas konferencji prasowej politycy i polityczki KO Barbara Nowacka, Monika Rosa, Roman Giertych, Grzegorz Napieralski i Kinga Gajewska zapowiedzieli, że chcą chronić dzieci za pomocą szeroko zakrojonych działań edukacyjnych oraz wprowadzenia zakazu korzystania z social mediów przez małoletnich poniżej 15. roku życia.

Działania edukacyjne miałyby polegać na informowaniu całego społeczeństwa na temat zagrożeń płynących z mediów społecznościowych, przeciwdziałaniu uzależnieniom oraz – jak powiedział poseł Roman Giertych – dotarciu do rodziców, by ci wytłumaczyli młodym ludziom, dlaczego rząd wprowadza zakazy.

Sam zakaz natomiast ma być respektowany dzięki wprowadzeniu narzędzia do weryfikacji wieku w formie Europejskiego Portfela Tożsamości Cyfrowej (EUDI) i wyznaczeniu organu nadzorczego, jakim byłby pełniący już rolę koordynatora usług cyfrowych prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE).

Czy zmierzamy w dobrym kierunku?

Przeczytaj także:

Jak weryfikować wiek w internecie?

Mawia się czasami, że skuteczna weryfikacja wieku jest z jednej strony potrzebna – a jednocześnie niemożliwa do przeprowadzenia przy pełnym zachowaniu demokratycznych standardów. Metody najmniej inwazyjne są jednocześnie najbardziej nieskuteczne. Te najskuteczniejsze z kolei budzą wątpliwości dotyczące naruszania prywatności i bezpieczeństwa danych osobowych.

Deklaracja „mam ukończone 15 lat” jest nieskuteczna. Deklaracja rodzica, do jakiej nieraz zachęcają Microsoft czy Google przy tworzeniu kont typu „junior”, także opiera się na podobnej zasadzie – zbiera po prostu większą ilość danych, bo dorosły, zakładając konto dziecku, musi podać informacje i o sobie, i o podopiecznym.

Wprowadzenie weryfikacji wieku na poziomie bezpośrednio systemu operacyjnego to po prostu więcej danych dla Apple'a czy Google'a oraz ryzyko, że rodzic doda dziecku lat z myślą o jednej aplikacji, a nastolatek wykorzysta to, by pobrać inne.

Wymóg przesłania skanu dokumentu tożsamości to odwrót od dobrych praktyk i nawyków, jakie społeczeństwu zaszczepili specjaliści od cyberbezpieczeństwa i ochrony danych. To też duże ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego (miliony skanów dokumentów europejskich obywateli na serwerach np. TikToka to jednak spory potencjał wywiadowczy), większa kumulacja danych w rękach big techów i ryzyko wycieku.

W kwestii dostępu nieletnich do social mediów ta metoda odpada z jeszcze jednego, bardzo prozaicznego powodu: dzieci nie muszą posiadać dowodów osobistych. Konta w banku także nie – gdyby ktoś wpadł na pomysł, że powinny poświadczać wiek za pośrednictwem bankowości.

Weryfikacja biometryczna, czyli prezentowanie się przed kamerą, najbardziej uderza w młodo wyglądających dorosłych. Doroślej wyglądająca młodzież przejdzie weryfikacje, a ta wyglądająca na swój wiek dostanie sygnał, że warto popracować nad „postarzeniem” wyglądu.

Możliwe jest też połączenie dokładnych danych osobowych z dodatkowym rozpoznawaniem twarzy za pomocą biometrii – ten sposób stosują Chiny, by mieć pewność, że użytkownik social mediów jest tym, za kogo się podaje.

Najbardziej inwazyjna, chociaż dla przeciętnego człowieka najmniej oczywista, jest analiza behawioralna. Social media już ją stosują, analizując zachowania użytkowników, aby wyświetlić im sprofilowane reklamy. „Algorytm wiedział, że byłam w ciąży, zanim zdążyłam powiedzieć o tym rodzinie” – żaliła się jedna z użytkowniczek TikToka. Na podobnej zasadzie można oszacować wiek użytkowników.

Sposób, który stanowi chyba najlepszy kompromis między skutecznością a poszanowaniem prywatności, jest najbardziej skomplikowany i raczej nie spotka się z entuzjazmem po stronie korporacji technologicznych – utrudnia im bowiem gromadzenie danych osobowych.

Założenia techniczne takiego sposobu opisał dokładniej Michał “rysiek” Woźniak, ekspert od bezpieczeństwa informacji, który pisuje także do OKO.press.

Strona wysyłałaby do odwiedzającego pytanie o wiek, a ten potwierdziłby go za pomocą specjalnej aplikacji, która przekazałaby wyłącznie informację o wieku – i żadnych innych danych.

To jednak nie rozwiązuje wszystkich problemów. Po pierwsze – powstaje pytanie, kto kontrolowałby wspomnianą aplikację. „Jeśli na przykład wszystkie sieci społecznościowe miałyby zaimplementować weryfikację wieku osób korzystających, instytucja kontrolująca system e-ID mogłaby złośliwie zablokować lub znacznie utrudnić dostęp do takich mediów konkretnym osobom – wystarczyłoby, by zaczęła odmawiać weryfikacji wieku” – pisze Woźniak.

Pozostaje też kwestia zaufania społecznego – im bardziej dany system jest niezrozumiały dla przeciętnego człowieka, tym mniejsza szansa, że obywatele mu zaufają. Minusem jest też przymus czy to zainstalowania dodatkowej aplikacji, czy zaimplementowania dodatkowego rozwiązania bezpośrednio po stronie użytkownika. Osoby nietechniczne mogą sobie z tym nie poradzić, osoby nieufne wobec nowinek technologicznych – podejść z niechęcią.

Czy Europejski Portfel Tożsamości Cyfrowej to dobry pomysł na weryfikację wieku?

To zależy. Z jednej strony: ma wiele zalet. Wedle założeń ma być otwarto-źródłowy i zawierać „różne technologie chroniące prywatność, takie jak dowód z wiedzą zerową”. W praktyce umożliwiłoby to przekazanie Facebookowi czy TikTokowi informacji o samym wieku, bez zdradzania innych personaliów.

Są też pewne wady. Poza wyżej wymienionymi: wprowadzenia EUDI jako obowiązkowej metody weryfikacji wieku byłoby zwyczajnie sprzeczne z unijnym prawem.

Jak czytamy w Art. 5a unijnego rozporządzenia dot. cyfrowej tożsamości: „Używanie europejskich portfeli tożsamości cyfrowej musi być dobrowolne. Osobom fizycznym i prawnym, które nie korzystają z europejskich portfeli tożsamości cyfrowej, nie można w żaden sposób ograniczać ani utrudniać dostępu do usług publicznych i prywatnych, dostępu do rynku pracy i swobody prowadzenia działalności gospodarczej. Nadal musi być możliwy dostęp do usług publicznych i prywatnych za pomocą innych istniejących środków identyfikacji i uwierzytelniania”.

Tym bardziej dziwi więc entuzjazm, z jakim politycy przedstawili swoje pomysły. Zastanawiające jest też to, że de facto nie znamy szczegółów żadnego z tych 2 projektów – ten dotyczący zbanowania (zakazu) social mediów dla dzieci dopiero zapowiedziano, a prace nad polską wersją EUDI są w początkowym stadium. Oba pomysły są w fazie politycznych obietnic.

Nie wiemy, jak finalnie będzie wyglądała polska wersja EUDI. Czy na pewno będzie otwarto-źródłowa? Czy Ministerstwo Cyfryzacji nie zrobi z niej aplikacji mobilnej na 2 popularne, amerykańskie systemy operacyjne, zamiast uniwersalnego rozwiązania dla wszystkich?

Jeśli aplikacja będzie przeznaczona tylko dla polskich obywateli – to co z uchodźcami, którzy już teraz mają trudniej? Czy 16-latek z Ukrainy będzie mógł dołączyć do klasowej grupy na WhatsAppie? Rozmawiamy o de facto dwóch kotach w worku. Wiemy jedynie tyle, że ktoś chce tam umieścić nielegalne zapisy.

Jednak niezależnie od tego, na jaką metodę weryfikacji wieku zdecydują się rządzący – problem leży zupełnie gdzie indziej.

Zakażmy kobietom chodzić przez niebezpieczny park

„Chyba wszyscy widzimy, jak wiele zła sprowadza na kobiety to, że mają nieograniczony dzisiaj realnie niczym dostęp do niebezpiecznego parku. [...]. Uważamy, że należy im ten dostęp ograniczyć” – mogłoby brzmieć wystąpienie Barbary Nowackiej, gdyby nie dotyczyło zagrożeń, jakie czyhają na dzieci w internecie, a niebezpiecznej przestrzeni miejskiej. W której na przykład zadomowił się jakiś gang, złożony z różnej maści niebezpiecznych osobników, od drobnych awanturników, poprzez oszustów, a na przestępcach seksualnych i handlarzach narkotyków kończąc.

Takie wystąpienie wzbudziłoby słuszny bunt. Zwracano by uwagę, że władza powinna rozwiązać raczej problem gangu, zamiast karać ofiary. Wprowadzenie przepisów, wedle których przedstawiciele gangu mogą weryfikować wiek spacerowiczów i młodzieży do 15. roku życia nie wpuszczać, a z resztą zrobić, co zechcą, też raczej nie spotkałoby się z aplauzem.

Dlaczego więc w kwestii krzywd, jakie platformy internetowe wyrządzają małoletnim, próbuje się ukarać de facto właśnie dzieci?

Przesunięcie ciężaru dyskusji w stronę weryfikacji wieku jest z korzyścią dla samych big techów. Po pierwsze – daje im szansę na zgromadzenie i zmonetyzowanie większej ilości danych, pod pretekstem dostosowywania się do wymogów prawnych. Nawet przy zastosowaniu samego EUDI jest większa szansa, że obywatel ze zwykłej wygody założy konto na FB czy YT, żeby nie musieć potwierdzać wieku za każdym razem, gdy klika w przesłany link. Po drugie – de facto przesuwa odpowiedzialność z samych platform na dzieci i ich rodziców.

Przy założeniu, że politycy mają dobre intencje – to zdaje się im umykać sedno problemu.

Magda Bigaj porównała weryfikację wieku w social mediach do zakazu sprzedaży alkoholu, ale także do uprawnień kierowania samochodem, które przecież też nie każdy może otrzymać. Oba te porównania są równie trafne.

Platformy społecznościowe oferują szkodliwe treści, które, podobnie jak napoje wysokoprocentowe czy nikotyna, szkodzą i zdecydowanie nie są przeznaczone dla dzieci. Natomiast bezpieczne poruszanie się w świecie online zależy od naszej dojrzałości, tego, czy znamy obowiązujące tam zasady i potrafimy się do nich stosować – podobnie, jak ma to miejsce w przypadku egzaminu na prawo jazdy i poruszania się w ruchu drogowym.

Jednak sytuacja z platformami społecznościowymi bardziej przypomina taką, w której producenci napoi wysokoprocentowych namolnie reklamują prowadzenie pod wpływem, bo dzięki temu rosną ich zyski, a politycy zapraszają rodziców do dyskusji przy kieliszku, aby porozmawiać o zakazie prowadzenia samochodu i spożywania przez dzieci napojów dla dorosłych. Najlepiej w taki sposób, by przedstawiciele przemysłu alkoholowego nie poczuli się urażeni.

Skąd taki wniosek? Po pierwsze – Polska wciąż nie wdrożyła DSA, które mogłoby realnie pomóc, podobnie, jak zakaz prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu przekłada się na mniejszą liczbę wypadków drogowych.

Po drugie: o ile posłanka KO Monika Rosa, przewodnicząca sejmowej Komisji ds. Dzieci i Młodzieży, wprost mówiła konsekwencjach dla zarabiających na dzieciach wielkich platformach, które powinny “wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i za swoje zaniechania”, to poseł KO Grzegorz Napieralski zdaje się mieć zgoła inne podejście.

Na konferencji wyraził chęć „szczerej rozmowy z platformami” i wiarę w to, że ich przedstawiciele, po zobaczeniu wyniku raportów dotyczących szkodliwego wpływu social mediów na dzieci, zrozumieją problem. „My chronimy dzieci, tutaj nie ma walki z nikim” – powiedział, całkowicie ignorując fakt, że przedstawiciele big techów doskonale wiedzą o problemach i lekceważą je świadomie, bo taka postawa przekłada się na ich zysk finansowy.

Ich usługi celowo projektuje się tak, by uzależniały młodzież.

W kwestii wpływu social mediów na dorosłych poseł wprost przyznał, że „dorosły człowiek jest odpowiedzialny za siebie i trudno mu coś narzucić”. Wracając do naszej analogii z parkiem: „porozmawiajmy z gangami, żeby zrozumiały, że tylko chronimy nasze dzieci i że tutaj nie ma walki z nikim, a jeśli gangi skrzywdzą jakąś przechodzącą przez park kobietę – to cóż, sama jest sobie winna, jako dorosła, odpowiedzialna za siebie osoba, mogła przecież nie wychodzić z domu”.

Tymczasem ani dzieci, ani dorośli, nie chcą trafiać w social mediach na treści, które im szkodzą. Nawet mając różne alternatywy czy to w świecie offline, czy w samym internecie (serwisy medialne, strony edukacyjne, fediwersum) – nieraz, z różnych powodów, czują potrzebę używania usług bigtechowych. Korzystają z nich w celach informacyjnych, rozrywkowych czy towarzyskich (a w przypadku dorosłych – także zawodowych) i zwyczajnie nie chcą być atakowani treściami, które mają na nich zły wpływ. Mimo to algorytm i tak im je narzuca.

To social media powinny mieć zakaz propagowania scamu, samookaleczania czy pornografii wszystkim użytkownikom, a nie tylko tym nieletnim. Przeciętna 15-latka nie marzy o tym, by w dniu 15 urodzin otrzymać materiały erotyczne czy promujące samobójstwo. Po przekroczeniu konkretnej granicy wieku nie staje się magicznie gotowa na starcie z takimi treściami. Postawa „tu nie ma walki z nikim” to potwarz dla obywateli – i tych małoletnich, i tych dorosłych.

Źle zdefiniowaliśmy wroga?

„Źle zdefiniowaliśmy wroga” – powiedział Jarosław Lipszyc podczas dyskusji „Byliśmy głupi 2.0 – czy internet dało się urządzić lepiej?”, zorganizowanej 10 lat po ACTA. Jej uczestnicy zwrócili uwagę na ignorowanie zagrożenia płynącego ze strony dużych korporacji technologicznych. Za wroga zwykłych ludzi uchodził rząd. Dzisiaj teoretycznie powinniśmy być mądrzejsi.

W praktyce jednak wszystko wskazuje na to, że big techy sprawnie rozgrywają rządzących przeciwko obywatelom – i vice versa. Z jednej strony, w społeczeństwie charakteryzującym się brakiem zaufania społecznego wobec państwa, nie jest to szczególnie trudne. Z drugiej strony: politycy sami kopią pod sobą dołki, dając się wodzić korporacjom za nos i proponując prawa, które obrócą się przeciwko nim samym.

Zakaz social mediów posłowie argumentują m. in. postawą rodziców, których 85 proc. ma „widzieć niebezpieczeństwo w sieci dla swoich dzieci i oczekiwać działania państwa”. Zapewne nie bez znaczenia są też sondaże, wedle których wprowadzenia zakazu social mediów dla dzieci ma się domagać 77 proc. społeczeństwa.

Takie wyniki wbrew pozorom nie dziwią.

Żyjemy w społeczeństwie spektaklu, z polityką uprawianą jako teatr. Zamiast dyskutować nad konkretnym projektem legislacyjnym, żyjemy medialnym wystąpieniem 5 osób na konferencji prasowej. Gdyby posłowie najpierw skupili się na przygotowaniu projektu, mieliby mniej czasu na medialny show. Społeczeństwo z emocjami ogląda ten spektakl, kibicując bohaterom tam, gdzie ich działania zgodne są z życzeniami widzów. Później wygwiżdże, gdy fabuła zaprowadzi ich w miejsce, w którym nie spodziewali się znaleźć.

Sprawy nie ułatwia medialny przekaz i spolaryzowana debata społeczna. Jak słusznie zauważyła Magda Bigaj: prawa nie powinno się przeciwstawiać edukacji – rozwiązania prawne i edukacyjne można stosować jednocześnie. Przekaz medialny skupił się jednak na samym zakazie.

Pojęcie „higiena cyfrowa” nie tylko nie weszło do mainstremowych doniesień dotyczących proponowanego projektu, ale nawet nie padło na samej konferencji.

Medialne zapowiedzi czy polaryzujące sondaże nie stanowią analizy problemu. Bazują na emocjach. Ankietowany, odpowiadając na proste pytanie tak/nie, widzi mityczne nastolatki przyklejone do smartfona i nie zagłębia się w to, co się za takim zakazem kryje.

Nie zastanawia się nad mechanizmem weryfikacji wieku ani nad tym, że takie zakazy mogą uderzyć w prywatność obywateli i pomóc korporacjom w gromadzeniu danych. Nie myśli o tym, że dostęp do social mediów mogą stracić jego starsi rodzice czy dziadkowie, dla których wprowadzone rozwiązania okażą się za trudne lub niekompatybilne z ich urządzeniami.

Nie myśli o tym, że dla niego samego używanie aplikacji do weryfikacji wieku za każdym razem, gdy dostanie link do YT czy TikToka, będzie na tyle uciążliwe, że w końcu zdecyduje się na założenie tam konta – i w praktyce sam spędzi więcej czasu przed ekranem.

Nie myśli o tym, czy po wprowadzonych zmianach w ogóle będzie możliwy dostęp do treści bez zalogowania – i czy w związku z tym będzie mógł przeczytać wpis urzędnika, który zablokował go na Facebooku (używanie social mediów przez instytucje to osobny problem). Widzi rolę państwa we wprowadzeniu zakazu social mediów dla dzieci, jednocześnie podpisując w przedszkolu zgodę na umieszczenie wizerunku dziecka na FB i nie zastanawiając się nad tym, że w ten sposób od małego uczy się dzieci pogoni za lajkami.

Ten sam polityk, który jawi się jako dobrodziej blokujący 11-latkowi dostęp do TikToka, stanie się wrogiem, gdy do rodzica dotrze, że 11-latek nie może już korzystać z WhastAppa. Nagle okaże się, że znowu cudowna korporacja dba o dobro dzieci, chcąc im ułatwić kontakt z opiekunami, ale to zły rząd wszystko utrudnia. Przeciętny rodzic pomoże obejść zakaz za pomocą własnych danych, a dziecko, zarejestrowane przez to jako 30-50-latek, a nie nastolatek, będzie otrzymywać jeszcze więcej niestosownych treści.

Przed zakazem social mediów był zakaz gry w piłkę

Problemy małoletnich w świecie online nie zostaną rozwiązane, jeśli główna odpowiedzialność spadnie de facto na dzieci i ich rodziców, zamiast na same korporacje. Potrzebujemy wdrożenia DSA, a nie politycznej nadziei na to, że przedstawiciele big techów zapoznają się z raportami i zrozumieją problem.

Młodzi ludzie bardziej niż zakazów potrzebują poczucia bezpieczeństwa i zrozumienia. Potrzebują przestrzeni, w której będą mogli dorastać i kształtować swoją osobowość bez ciągłego nadzoru ze strony dorosłych, z prawem do popełniania błędów i do konfrontacji z trudnościami we własnym zakresie.

Potrzebują zaufanych dorosłych, do których będą mogli się zwrócić o pomoc w rozwiązaniu problemów. Tymczasem odpowiedzią dorosłych są zakazy i odbieranie dzieciom przestrzeni w imię walki o ich dobro i bezpieczeństwo. Koniecznie tak, aby nie urazić przy tym innych dorosłych. Finalnie dziecko uczy się, że dorosłym nie można ufać. W razie problemów prędzej poprosi o pomoc Alexę czy ChatGPT, niż dyżurnet NASK-u.

Zanim wpadliśmy na pomysł zbanowania dzieciom social mediów, pojawiły się wszechobecne zakazy gry w piłkę, o których w swojej książce wspomniał Michał R. Wiśniewski. „Dzieci do lat 14 muszą znajdować się pod opieką osób dorosłych” – czytamy w regulaminie placu zabaw należącego do gminy Długołęka. Od dzieci wymaga się, by były nieobecne, lub przynajmniej ciche i pod stałym nadzorem dorosłych. Nic dziwnego, że szukają dla siebie miejsca w internecie. Nie rozwiążemy żadnych problemów, odbierając dzieciakom kolejną przestrzeń i nie oferując nic w zamian.

Potrzebujemy zarówno pociągnięcia big techów do odpowiedzialności, jak i edukacji społecznej oraz higieny cyfrowej. To jednak nie wszystko. Kampanie społeczne powinny iść nie tylko w kierunku uświadamiania o zagrożeniach płynących z social mediów, ale też w stronę akceptacji dla istnienia małoletnich w przestrzeni publicznej – i na pozwolenie dzieciom na bycie dziećmi.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Joanna Cisowska
Joanna Cisowska

Publicystka, feministka i świecka humanistka, pisząca o polityce cyfrowej i wpływie technologii na społeczeństwo. Publikowała m. in. na łamach polskich Indymediów czy serwisu techspresso.cafe.

Komentarze