0:00
23 sierpnia 2020

Bogaty kraj biednych ludzi. Kult wolnego rynku śmiertelnie szkodzi Amerykanom

USA są doskonałym przykładem tego, że można być bogatym i potężnym krajem, a jednocześnie całkowicie nie radzić sobie z zapewnieniem swoim obywatelom elementarnego bezpieczeństwa socjalnego i zdrowotnego. Powód? Kult wolnego rynku doprowadzony do karykaturalnej formy

Wydrukuj

Polska debata publiczna jest wypełniona ostrzeżeniami przed staniem się „drugą Grecją” lub „drugą Wenezuelą”. Michał Danielewski wyjaśniał niedawno na łamach OKO.press, że nasza sytuacja polityczna rzeczywiście przypomina to, co działo się w Wenezueli, choć nie w taki sposób, jak to się zazwyczaj sądzi. Nie grozi nam wenezuelska zapaść ekonomiczna, bo mamy zupełnie inną strukturę gospodarki (nie jesteśmy uzależnieni od eksportu jednego surowca) – powtarzamy za to błędy tamtejszej opozycji, która nie potrafiła znaleźć sensownej odpowiedzi na politykę Hugo Cháveza.

Warto pamiętać o wenezuelskich czy greckich błędach, ale pandemia COVID-19 po raz kolejny pokazuje, że tym, czego powinniśmy się bać najbardziej, jest zostanie „drugimi Stanami Zjednoczonymi”.

Jak to? Mamy bać się zostania jednym z najpotężniejszych i najbogatszych państw na świecie? Tak, ponieważ USA są doskonałym przykładem tego, że można być bogatym i potężnym krajem, a jednocześnie całkowicie nie radzić sobie z zapewnieniem swoim obywatelom elementarnego bezpieczeństwa socjalnego i zdrowotnego.

Polska i tak nie dorówna potędze USA, bo startuje w innej lidze (nie ta wielkość, nie te możliwości militarne, nie to położenie geopolityczne), może natomiast powielić jej błędy, jeśli chodzi o sposób wykorzystania posiadanego bogactwa.

Jedną z przyczyn całkowitej bezradności, jaką przejawiają Amerykanie w walce z epidemią COVID-19, omówił już na łamach OKO.press ekonomista dr Tomasz Makarewicz. Jest nią irracjonalne zaufanie do sprywatyzowanej służby zdrowia. Irracjonalne, bo – jak wyjaśnia – Makarewicz sprzecznej ze współczesną wiedzą ekonomiczną, z której wynika, że usługi zdrowotne są wręcz idealnym przykładem tego, że mechanizmy rynkowe nie wszędzie się sprawdzają. Amerykański system zdrowotny jest drogi (z wydatkami na poziomie 18 proc. PKB, czyli dwa razy więcej niż Niemcy czy Francja i cztery razy więcej niż Polska) oraz nieefektywny, bo zostawia miliony obywateli bez ubezpieczenia.

Niewydolna służba zdrowia to część szerszej układanki. Podstawowy problem polega na tym, że amerykańska polityka od lat podąża za szkodliwymi mitami. Warto się im przyjrzeć, bo niestety ze względu na naszą fascynację USA mają się one dobrze także w Polsce.

Amerykańska katastrofa

Zacznijmy od krótkiego spojrzenia na to, jak katastrofalnie USA radzą sobie z pandemią i jej skutkami.

W Stanach Zjednoczonych z powodu koronawirusa zmarło niemal 180 tysięcy osób (stan na 23 sierpnia). Więcej niż w jakimkolwiek innym kraju. Amerykanie są także niechlubnym liderem na liście stwierdzonych przypadków zachorowań – dobijają powoli do sześciu milionów.

Oczywiście, wynika to częściowo z wielkości ich kraju, ale nawet jeśli uwzględnimy przelicznik na jeden milion mieszkańców, to USA nadal są wysoko – dziewiąte miejsce na liście zgonów, takie samo na liście stwierdzonych przypadków koronawirusa. Słabo, jak na tak bogaty kraj. Dość powiedzieć, że na liście potwierdzonych przypadków na jeden milion mieszkańców Amerykanów wyprzedzają tylko państwa takie, jak Katar, Bahrajn, Gujana Francuska, Kuwejt, San Marino, Chile, Oman, Panama i Armenia.

Obecnie w Stanach z powodu koronawirusa umiera dziennie siedem razy więcej osób niż w Unii Europejskiej.

Co gorsza dla USA, wypadają one blado także pod względem prognoz gospodarczych i to mimo rekordowych sum przeznaczonych przez ich Kongres na ratowanie kraju przed ekonomiczną zapaścią.

„Niezdolność Stanów Zjednoczonych do opanowania pandemii hamuje jej gospodarcze odbicie w porównaniu z Europą, gdzie wiele miejsc, które wcześniej zmagały się ze szczególnie dużą liczbą zarażeń, było w stanie wznowić działalność gospodarczą bez wzrostu liczby infekcji” – pisał niedawno portal Bloomberg, wskazując dodatkowo na to, że Europa poradziła sobie lepiej nie tylko z opanowaniem wirusa, ale także z ochroną prac i dochodów.

Obecnie jakieś 30 milionów Amerykanów skorzystało z programu zasiłków dla bezrobotnych wprowadzonego na czas pandemii. Teraz są w tarapatach, bo program wygasł z końcem lipca, a amerykańscy politycy nie potrafią się dogadać w sprawie jego przedłużenia.

Oczywiście, te fatalne rezultaty są po części bezpośrednią winą Donalda Trumpa, który od początku pandemii zachowuje się nieodpowiedzialnie. Jak podsumował to „New York Times”: „Prezydent Trump najpierw nazwał wirusa mistyfikacją, następnie potraktował go jako nagły wypadek, który wymaga wojennej mobilizacji, a potem wzywał poszczególne stany do ponownego otwarcia, aby pobudzić gospodarkę. Wspierał protestujących, którzy przedstawiali noszenie masek jako atak na swobody obywatelskie”.

Przyczyny amerykańskiej bezradności sięgają jednak daleko poza Trumpa, bo jego działania – jakkolwiek momentami w karykaturalnej formie – wpisują się w wolnorynkowe mity, którymi amerykańskie społeczeństwo jest karmione przez media i polityków co najmniej od czasu Ronalda Reagana.

Wystarczy się nie wtrącać

Reagan powiedział kiedyś, że najbardziej przerażające słowa w języku angielskim to: „Jestem z rządu i przyszedłem ci pomóc”. To dobrze podsumowuje stosunek amerykańskiej prawicy do państwa i jego roli w gospodarce: państwo ma nie ingerować, ludzie sami zadbają o siebie. Zresztą znamy to w polskiej wersji: „Przedsiębiorczość mamy we krwi. Wystarczy nam nie przeszkadzać” – głosił swego czasu mem Nowoczesnej.

Trudno powiedzieć, na ile prawicowi politycy z USA biorą swoje formułki o nieprzeszkadzającym państwie na poważnie, wszak za każdym razem, gdy amerykańska gospodarka wpada w tarapaty, Partia Republikańska, do której ci politycy należą, chętnie popiera wydawanie milionów dolarów z kieszeni podatników na ratowanie banków i prywatnych firm.

Niemniej mit o samowystarczalnych przedsiębiorcach i samowystarczalnym rynku jest stałym elementem amerykańskiej debaty politycznej. Utrudnia on Amerykanom dostrzeżenie, jak bardzo sprawne działanie rynku jest uzależnione od pozaekonomicznych warunków. Na przykład od zdrowego społeczeństwa.

Paul Krugman, laureat nagrody im. Nobla w dziedzinie ekonomii i znany komentator, narzekał ostatnio, że bezskutecznie starał się wyjaśnić w kolejnych wywiadach, iż USA nie stoją przed dylematem: albo podtrzymamy restrykcje państwowe, które mają zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa, albo je zniesiemy i uratujemy gospodarkę. Jeśli chcemy ożywienia gospodarczego, musimy pokonać wirusa: nie da się zrobić jednego, bez drugiego – przekonywał Krugman. Bezskutecznie, wiele osób – w tym polityków – nie było w stanie pojąć związku między zdrowiem obywateli, a działaniem rynku.

Niektóre stany zaczęły więc ochoczo znosić restrykcje, chcąc ożywić gospodarkę. Jednym z nich była Arizona. Wskaźniki zachorowań natychmiast poszły tam w górę. „W ciągu kilku tygodni pandemia wymknęła się spod kontroli. Arizona miała w czerwcu najwyższy wskaźnik infekcji, ostatecznie prześcigając wynik Nowego Jorku z początku kwietnia. Od tamtej pory została przyćmiona pod tym względem przez Florydę, ale wskaźniki odnotowanych przypadków zachorowań i tak pozostają tam niezwykle wysokie” – czytamy w „Washington Post”.

Wyniki ekonomiczne też były średnie. W kwietniu i maju rzeczywiście Arizona radziła sobie lepiej niż pobliski Nowy Meksyk, który nie znosił tak chętnie restrykcji, ale w czerwcu aktywność biznesowa zaczęła spadać, ponieważ wzrost zachorowań zniechęcał ludzi do wychodzenia z domu. „W lipcu małe firmy w Arizonie były otwierane i zarabiały mniej więcej w takim samym tempie jak te z Nowego Meksyku, agresywne działania na wczesnym etapie pandemii zmieniły tylko to, że Arizona miała większą śmiertelność z powodu koronawirusa” – podsumowuje „Washington Post”.

Indywidualne problemy, społeczne konsekwencje

Innym mitem amerykańskiej polityki szczególnie szkodliwym w czasach pandemii jest skrajny indywidualizm – jeśli komuś się powodzi, to jego wyłączna zasługa, jeśli komuś się nie powodzi, to wyłącznie jego wina. Najważniejsze, żeby ludzie sami decydowali. Ten argument pojawia się na przykład zawsze wtedy, gdy ktoś – najczęściej przedstawiciel lewego skrzydła Partii Demokratycznej – zwraca uwagę na to, że amerykański system zdrowotny zostawia miliony ludzi bez ubezpieczeń. Jeśli jakaś osoba nie ma ubezpieczenia, to jej sprawa – odpowiadają zaciekli indywidualiści.

To podejście ma wiele luk – jedną z nich jest nieuwzględnianie tego, jak suma indywidualnych problemów przekłada się na problemy ogólnospołeczne. Wydawałoby się, że kto jak kto, ale Amerykanie powinni to wiedzieć. W pewnym sensie u źródeł kryzysu finansowego z lat 2007-2008 też stały indywidualne decyzje i problemy – z jednej strony, niezdolność spłacenia kredytów hipotecznych przez Amerykanów, którzy je wzięli, z drugiej – działalność pozbawionych odpowiedniego nadzoru instytucji finansowych, które na bazie tych kredytów urządziły sobie globalne kasyno. Jak dziś wiemy, to nie był tylko prywatny kłopot dla tych osób, ale ogólnoświatowa katastrofa ekonomiczna.

Amerykanie nie wyciągnęli jednak większych wniosków z kryzysu finansowego. I do dziś przedstawiciele Partii Republikańskiej nie potrafią pojąć – albo udają, że nie pojmują – iż miliony ludzi bez ubezpieczenia zdrowotnego to coś więcej niż miliony indywidualnych problemów.

Krugman zauważył, że w przypadku członków Partii Republikańskiej myślenie w kategoriach „nikomu nie pomagać, każdy ma radzić sobie sam” posunęło się w trakcie pandemii do absurdu. Na przykład republikanie nie chcą przedłużyć okresu wypłacania zasiłków dla bezrobotnych, bo obawiają się, że taka pomoc zachęci ich do lenistwa (skąd my znamy ten argument?), zupełnie lekceważąc przy tym dane, z których wynika, że USA mają obecnie 30 milionów bezrobotnych i tylko pięć milionów dostępnych dla nich miejsc pracy. „Niezależnie od tego, jak surowo potraktujesz bezrobotnych, to nie mogą oni podejmować pracy, która nie istnieje” – podsumowuje Krugman. Zdaniem ekonomisty pod republikańskim płaszczykiem promowania wolności i zaradności kryje się całkowity brak odpowiedzialności za społeczeństwo.

Związku między jednostkowymi decyzjami a społeczeństwem nie rozumieją też ludzie urządzający w Stanach Zjednoczonych protesty przeciwko restrykcjom nakładanym przez władze federalne i stanowe. Nie dopuszczają do siebie myśli, że zniesienie pandemicznych obostrzeń, na przykład nakazu noszenia maseczek, to prosta droga do tego, aby suma jednostkowych decyzji ludzi, którzy nie będą ostrożni, zamieniła się w kolejną ogólnospołeczną katastrofę.

Ku przestrodze

Wystarczy nie przeszkadzać, niech każdy radzi sobie sam, pomoc rozleniwia, itd. – to wszystko bardzo atrakcyjne hasła, przez lata chętnie podchwytywane w Polsce. Na ładnych hasłach nie da się jednak zbudować sprawnego państwa. Amerykanie od kilkudziesięciu lat systematycznie trwonią zyski związane z rozwojem technicznym i wzrostem gospodarczym, bo dla sporej części społeczeństwa nie przekłada się to ani na wyższe pensje, ani na lepsze usługi publiczne. Pandemia tylko uwidoczniła te problemy.

Jeśli nie potrafisz zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom, to znaczy, że robisz coś bardzo źle i nie ma znaczenia, jakie wysokie masz PKB, ilu masz „zaradnych” miliarderów czy jak wiele „przedsiębiorczych” korporacji powstało w twoim kraju. Oby Polska wyciągnęła z tego lekcje i patrząc na Stany Zjednoczone, zaczęła dostrzegać miliony bezrobotnych, biednych i pozbawionych ubezpieczenia zdrowotnego ludzi, a nie tylko garstkę zwycięzców rynkowej rywalizacji.

Udostępnij:

Tomasz Markiewka

Filozof, autor książek „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017) i "Gniew" (Wydawnictwo Czarne, 2020)

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne