Użytkownicy odpływają, akcje spadają, tylko chęć zysku nie maleje. Najlepiej widać to na przykładzie aplikacji randkowej Bumble, która właśnie zrezygnowała ze swojego głównego wyróżnika, byle tylko nie utonąć.
Gdy w 2014 roku Bumble wchodził na rynek, niósł obietnicę nowej jakości wśród aplikacji randkowych. Pierwszy krok mogły w niej zrobić tylko kobiety, a do zainicjowania kontaktu musiało dojść w ciągu 24 godzin od „zmatchowania”.
W ten sposób Bumble miał chronić swoje użytkowniczki przed natrętnymi wiadomościami, ograniczając jednocześnie podstawowe wady Tindera. Popularny system swajpowania, czyli przesuwania potencjalnych kandydatów w prawo i lewo, który do bólu przypomina grę, pozostał. Jednak zmiany miały odstraszać tych, którzy na aplikacjach szukają tylko potwierdzenia swojej atrakcyjności.
„Whitney Wolfe wprowadza feminizm do twojego telefonu” – głosił ówczesny nagłówek gazety w Austin w Teksasie. A sama aplikacja wystartowała pod hasłem „Women first” (ang. „Po pierwsze kobiety”, ale także „Kobiety pierwsze” w odniesieniu do podstawowej zasady aplikacji). CEO Bumble'a, Whitney Wolfe Herd, przekonywała, że „to stereotyp, że kobiety lubią siedzieć z założonymi rękami i chcą, by to mężczyźni do nich podchodzili”.
W połowie sierpnia 2026 Whitney Wolfe Herd ogłosiła, że aplikacja rezygnuje ze swoich głównych wyróżników. Od teraz obie strony będą mogły inicjować kontakt, a okno na wysłanie pierwszej wiadomości wydłuży się do 72 godzin. Oficjalnie zmiany są odpowiedzią na oczekiwania samych użytkowniczek – w wewnętrznej ankiecie aż 66 proc. kobiet miało przyznać, że woli, żeby to mężczyzna wysłał pierwszą wiadomość. Jak tłumaczyła Wolfe Herd, jednostronne nawiązywanie kontaktu niesie za sobą zbyt dużą presję. A mechanizm, który działał 10 lat temu i miał wzmacniać kobiety, dziś jest niewystarczająco elastyczny.
Te tłumaczenia to tylko didaskalia do zupełnie innej historii: rynek aplikacji, po sukcesie sprzed dekady, jest dziś w głębokiej recesji.
W 2025 roku CEO Bumble'a w wywiadzie dla Fortune tak oceniła biznes, który sama współtworzyła: „Aplikacje randkowe są zanurzone w odrzuceniu i ocenianiu, i nie są to zdrowe dynamiki”. Potwierdzenie znajdziemy w danych. Według Ofcom, brytyjskiego portalu śledzącego trendy w sieci, liczba brytyjskich użytkowników serwisu Bumble zmniejszyła się z prawie 1,5 mln miesięcznie w 2023 roku do 1,1 mln w 2025 roku. Za to kurs akcji od szczytowego 2021 roku spadł o ponad 90 proc.
Firma macierzysta Bumble Inc., która zarządza też serwisem randkowym Badoo,
w 2025 roku zwolniła jedną trzecią swoich pracowników. I dalej się wykrwawia.
W ciągu ostatniego roku wartość akcji Bumble'a spadała na łeb, na szyję – z 8,62 dolara do 2,76 dolara (na dzień publikacji tego tekstu). Jeszcze 5 lat temu kapitalizacja, czyli całkowita wartość rynkowa firmy, oceniana była na 13 mld dolarów – dziś to 430 mln dolarów.
To nie odosobniony przypadek. Tinder, czyli bezapelacyjny gigant na rynku aplikacji randkowych, od dwóch lat traci użytkowników w tempie 5 proc. rocznie. Match Group, czyli właściciel Tindera i Hinge'a (innej aplikacji randkowej, niedostępnej w Polsce), zredukował zatrudnienie o 13 proc. Akcje Tindera szorują po dnie: jeszcze w 2021 roku były wyceniane na 170 dolarów, dziś celem jest utrzymanie się powyżej granicy 30 dolarów za akcję.
Kryzys aplikacji randkowych nie wydarza się dlatego, że globalnie przeżywamy rozkwit trwałych relacji. Jest dokładnie odwrotnie. Z epidemią samotności, która jest jednym z topowych tematów społecznych i jednocześnie jednym z najpoważniejszych wyzwań w obszarze demografii, najsilniej kojarzą się dziś właśnie aplikacje randkowe. To one do randkowania wprowadziły iluzję nieskończonego wyboru, zamieniając relacje w pole do testowania swojej atrakcyjności i zabijania nudy.
O toksycznych algorytmach aplikacji pisaliśmy w OKO.press wielokrotnie:
Poziom rozczarowania przebija sufity, stąd konkurencja na rynku jest coraz większa. Na kurczącym się poletku nie ma miejsca na bycie alternatywą dla gigantów. Każdy próbuje wymyślić mechanizm, który utrzyma go przy życiu. Bumble zrezygnował więc z feministycznej łatki, otwierając się na potrzeby mężczyzn i bardziej konserwatywnego segmentu kobiet. Ogłaszając zmiany, firma przyznała, że stawianie na mechanizmy emancypacyjne hamuje rozwój – a może inaczej: nie amortyzuje spadków. Stąd próba wpasowania się w mainstream i odroczenia śmierci randkowania w telefonie.
Ten proces odziera nas ze złudzeń: choć aplikacyjny matchmaking, czyli parowanie ludzi pod hasłem miłości, brzmi romantycznie, w praktyce jest biznesem – dokładnie takim samym, jak wszystkie inne. Ludzie i ich emocje są tu tylko towarem.
Założycielka Bumble'a nie jest zresztą żadną buntowniczką. Najpierw współtworzyła Tindera, z którego odeszła z hukiem w 2014 roku, zarzucając byłemu szefowi (i jednocześnie partnerowi), że pozbawił ją tytułu współzałożycielki aplikacji, a potem groził i wysyłał obraźliwe wiadomości. Sprawa zakończyła się poufną ugodą, a Wolfe Herd, znająca Tindera od podszewki, postanowiła założyć własny biznes randkowy. Wykorzystując własną historię, jak twierdziła, „toksycznych” relacji z mężczyznami, ustawiła się w roli wybawicielki kobiet w internecie pełnym mizoginii i przemocy.
Partnera, który zapewnił jej wsparcie technologiczne i finansowe, znalazła w Moskwie.
Pomysł Wolfe Herd spodobał się Andriejowi Andriejewowi, rosyjskiemu miliarderowi, który miał doświadczenie w rozkręcaniu podobnej aplikacji. Od 2006 roku z powodzeniem prowadził serwis randkowy Badoo. Andriejew dostał 80 proc. udziałów w firmie, a zniknął z niej dopiero po skandalu, który wybuchł w 2019 roku.
Wówczas „Forbes” ujawnił, że w londyńskiej siedzibie Badoo, którą zarządzał rosyjski przedsiębiorca, panuje mizoginistyczna kultura. Nowe udpejty oprogramowania nazywane były pseudonimami kobiecych gwiazd branży porno. Ujawniono też nagrania z podlewanych alkoholem i pełnych narkotyków imprez organizowanych na terenie firmy, na których pracownicy występują w towarzystwie seksworkerek. Zarzuty, formułowane przez pracownice, dotyczyły też dyskryminacji ze względu na płeć i wygląd.
Taka afera nie pasowała do wizerunku siostrzanego Bumbla, który rósł w siłę na hasłach empowermentu (upodmiotowienia) kobiet. W listopadzie 2019 roku Andriejew za 3 mld dolarów sprzedał większościowe udziały funduszowi Blackstone i zniknął. A Wolfe Herd została CEO zarówno Bumble'a, jak i Badoo.
W 2021 roku, w wieku 31 lat, stała się najmłodszą kobietą w historii, która wprowadziła firmę na giełdę. I początkowo odniosła ogromny sukces, stając się ikoną self-made miliarderek. Przed wejściem na giełdę analitycy oceniali, że kapitalizacja rynkowa firmy wyniesie 6–8 mld dolarów. W szczytowym momencie udało się dobić do 13 mld dolarów.
W 2024 roku Wolfe Herd odeszła z Bumble'a na 13 miesięcy, w trakcie których – jak sama zapewniała – przeżyła „całkowitą śmierć ego” i wyleczyła się z wypalenia. Wróciła w 2025 roku, widząc spadki giełdowe i zmiany związane z podejściem do zawierania relacji wśród najmłodszych użytkowników. Obiecała też, że Bumble, aplikacja randkowa, której dorobek oceniała już dość krytycznie, stanie się „Firmą Miłości”.
Prawda jest jednak taka, że Wolfe Herd z wizji nowego, lepszego internetu uczyniła gigantyczny biznes. A dziś, próbując utrzymać się na powierzchni, ogłasza ostateczną kapitulację działania wbrew ogólnym zasadom, rozglądając się jednocześnie za potencjalnym nabywcą.
Bumble nie jest jedyny. Feeld, do tej pory niszowa aplikacja, zorientowana na relacje poliamoryczne oraz BDSM, całkowicie zmieniła strategię, skupiając się na przyciągnięciu większej liczby użytkowników o „zwyczajnych” upodobaniach seksualnych, co zaowocowało 200 proc. wzrostem zainteresowania. Z aplikacji dla „dziwaków”, Feeld stał się „normikowym piekłem”, jak relacjonował magazyn Wired.
Za to Grindr, aplikacja służąca do zawierania relacji między mężczyznami, często przelotnych, rozszerzyła swoją działalność, oferując luksusowe podróże, tabletki na zaburzenia erekcji, wydarzenia z udziałem artystów czy kojarzenie par z pomocą sztucznej inteligencji. Podstawowa funkcja aplikacji, czyli łączenie ludzi, jest dziś w zasadzie nieosiągalna, jeśli użytkownicy nie wykupią subskrypcji. Kosztuje ona od 150 do prawie 2 tys. złotych miesięcznie, w zależności od wybranego pakietu. Ci, którzy chcą z Grindra korzystać na starych zasadach, poruszają się po platformie zalanej botami i reklamami.
Tinder, który jest najpopularniejszą, ale i najczęściej krytykowaną aplikacją, również stara się maksymalizować zyski, utrudniając korzystanie z platformy bez płatnej subskrypcji. Jednocześnie marketingowcy starają się łowić nowych użytkowników offline. Pod logo Tindera organizują imprezy taneczne na kampusach uniwersytetów. Dla tych, którzy już się zalogowali, tworzą specjalne wydarzenia, które mają pomóc przenieść randkowanie z sieci do prawdziwego życia. Proponują też speed dating w formie wideo, który pozwala na prowadzenie krótkich rozmów twarzą w twarz. A to wszystko, żeby aplikacji nie zabiły rozczarowanie i demografia.
Amerykańskie badania pokazują, że aż 80 proc. użytkowników aplikacji czuje się wypalonych, a mimo korzystania z ich pomocy i tak większość osób spotyka swoich partnerów w prawdziwym życiu, a nie w sieci.
W Polsce jest podobnie. Z badania CBOS-u z 2025 roku wynika, że aż 70 proc. młodych Polek i Polaków randkuje online. Jednak w pokoleniu Z (osoby w wieku 18–29 lat) oraz millenialsów (30–44 lata) tylko 9 proc. osób w trwałych związkach poznało partnera przez aplikację lub portal randkowy. 24 proc. z nas spotkała się na prywatnej imprezie lub przez znajomych, 17 proc. w szkole lub na studiach, 15 proc. w pracy.
Co ciekawe, 9 proc., choć znalazło partnera w sieci, to nie przez aplikacje randkowe. Poznawanie się w sieci kwitnie, ale często nie przez aplikacje ze specjalnym interfejsem do „parowania”. Ludzie poznają swoich partnerów przez Facebooka, Instagrama, a nawet LinkedIna. I niekoniecznie potrzebują do tego specjalnej nakładki z napisem „tu randkujemy”, jakby była to zupełnie oderwana od codziennego życia przestrzeń.
Największą zbrodnią aplikacji randkowych było przekonanie ludzi, że mają nieskończone możliwości, a potem zamknięcie ich w alternatywnym systemie, którego zasady – mimo rzekomej przejrzystości – wcale nie są jasne. Dobrze wiemy, że algorytmy przez lata premiowały najbardziej atrakcyjnych pod względem wyglądu i statusu społecznego użytkowników, innych spychając w jeszcze większą niewidoczność.
Mówiąc o premiowaniu, mówimy dokładnie o przyznawaniu punktów za każdego lajka i odejmowanie za przesunięcie palcem w lewo. Proces gamifikacji Tindera został dokładnie opisany nie tylko w badaniach, ale przede wszystkim przez samych użytkowników i użytkowniczki, którzy swajpowali bez końca, albo uzależniając się od nic nieznaczącej gratyfikacji, albo popadając w coraz większe zmęczenie i poczucie osamotnienia.
Aplikacje zaszczepiły też przekonanie, że to właśnie wygląd, pozycja społeczna czy wykształcenie są kluczowe w doborze partnera i partnerki, na dalszy plan spychając to, co faktycznie ważne: odpowiedzialność, otwartość, zaangażowanie, wzajemną ciekawość, wspólne wartości i cele.
Efekt?
Wśród dorosłych Polek i Polaków do 30. roku życia aż 44 proc. nie ma pary.
Podobnie alarmujące dane notuje się na całym świecie. Sami jesteśmy ciekawi, jak będzie wyglądało randkowanie po erze aplikacji. Do tego czasu obiecujemy jednak sprawdzać, jak biznes warty w sumie ponad 12,6 mld dolarów, stara się w coraz bardziej groteskowy sposób zatrzymać użytkowników na swoich platformach.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.
Komentarze