Na szczycie bułgarskiej góry stoi pomnik komunizmu. Przez 45 lat był już partyjnym sanktuarium, opuszczoną ruiną, celem urbeksowców, ikoną internetu, przedmiotem politycznych sporów, zabytkiem ratowanym przez konserwatorów i sceną letniego festiwalu. Na początku sierpnia znów rozbrzmiały tu socjalistyczne przemówienia. Kilkanaście dni później zabrzmi muzyka.
Przejechaliśmy Gabrowo i na samym końcu zobaczyliśmy witrynę pełną wypieków. Zatrzymaliśmy się przy zrujnowanym przystanku autobusowym i niemal przebiegliśmy kilkadziesiąt metrów. Na darmo. Kraftowa piekarnia pracuje od szóstej rano do południa. I kiedy odchodziliśmy, zauważyliśmy pierwszą monumentalną płaskorzeźbę. Charakterystyczne socrealistyczne sylwetki, nieco zbyt masywne, zbyt schematyczne. Tyle że zamiast robotników i matek z dziećmi żołnierze z szablami na koniach. Komunistyczna forma, dziewiętnastowieczna treść.
Im bliżej Buzłudży, tym mniej zwyczajnej drogi, a więcej historii. Serpentyny tak ciasne, że na nawigacji przypominają zapis EKG. Co chwilę pojawiają się kolejne płaskorzeźby, obeliski, monument i cmentarz żołnierzy. Ma się wrażenie, że nie jedzie się przez góry, lecz przez ogromne muzeum wykute w kamieniu. Przy jednym z zakrętów znak kierujący do pomnika majora Mieczysława Zagórskiego (Polaka, któremu poświęcimy osobny tekst).
Drogę otaczają buki – fragment jednego z najcenniejszych kompleksów leśnych całej Europy. Korony splatają się nad asfaltem, tworząc zielony tunel. Nagle las ustępuje miejsca otwartej przestrzeni. Dolina, następnie grzbiety gór i na najbliższym – jeszcze niewyraźnie – betonowa tarcza. Powoli znika zasięg w telefonie, za to na poboczach zaczynają pojawiać się pojazdy zdradzające, dokąd wszyscy zmierzają. Jeszcze niedawno termometr pokazywał trzydzieści sześć stopni, teraz ledwie osiemnaście i zaczyna padać.
W końcu zatrzymujemy się na porośniętym trawą szczycie. Parking wyłożono drobną kostką. Wokół pełno końskich odchodów – świeżych i zaschniętych, jakby jeszcze wczoraj odbywał się tu targ. A przed nami wyrasta on.
Gigantyczny betonowy dysk i pylon błyskający resztkami czerwonych szkiełek z komunistycznej gwiazdy.
Dzieci zasnęły przed szczytem, teraz obudziły się i patrzą wielkimi oczami. – Będziemy spać w tym hotelu? – pyta z lekkim przerażeniem najmłodsza.
Od lat do wnętrza obowiązuje zakaz wstępu, a mimo to ludzie przyjeżdżają z całego świata. Są wśród nich fotografowie, urbeksowcy, rodziny z dziećmi, motocykliści, influencerzy. Jeden chce zdjęcie, drugi szuka historii, trzeci adrenaliny, czwarty pisze pracę doktorską z architektury.
Aleksandar Dawczew z Uniwersytetu Agrobiznesu i Rozwoju Regionalnego w Płowdiwie nazywa to zjawisko „dark tourism” – podróżowaniem do miejsc związanych ze śmiercią, tragedią lub trudną historią. Motywem jest „dążenie do walki z lękami charakterystycznymi dla każdego z nas – dotknięcie czegoś zakazanego, złowieszczego, mistycznego”. Austriacka badaczka Karin Czerny porównała Buzłudżę do Czarnobyla – miejsca objętego zakazem wstępu, zapomnianego i niszczonego przez wandali. Ale w Prypeci ogląda się skutki katastrofy. Tu przyjeżdża się oglądać koniec pewnej epoki. I właśnie ta różnica sprawia, że Buzłudża jest wyjątkowa.
Jak zauważają w publikacji „Komunistyczne/Radzieckie dziedzictwo historyczne i kulturowe Europy Wschodniej w XXI wieku” („Communist/Soviet Historical and Cultural Heritage of Eastern Europe in the 21st Century”) bułgarskie badaczki Sonia Milewa i Katia Jankowa, to „najbardziej uderzający przykład opuszczenia monumentalnego budynku o wielkiej skali i wartości estetycznej” – miejsce, które „łatwo było porzucić, ponieważ jego utrzymanie wymagałoby silnego i zaangażowanego państwa”.
Nie wszyscy jednak przyjeżdżają popatrzeć. Są i tacy, którzy chcą wejść do wnętrza monumentu wzniesionego dla systemu, który wierzył, że „ruszy z posad bryłę świata”. Kiedy obchodziliśmy betonowy dysk, z wnętrza budynku przez wybitą dziurę w ścianie wychodziły trzy osoby. Wokół stoją tablice ostrzegające, że obiekt jest monitorowany. Gdy zjeżdżaliśmy z góry, policja zatrzymała jakiś samochód. Wydawało nam się, że za szybą siedzi jedna z osób, które wcześniej były w budynku.
Każda władza szuka uświęconego miejsca: kościoły, katedry, pałace mają przypominać o potędze i trwałości systemu. Wielkie domy partii, monumentalne pomniki czy choćby warszawski Pałac Kultury i Nauki. Komuniści w Bułgarii też potrzebowali takiego symbolu i wybrali górę, która od dawna była nasycona pamięcią.
Buzłudża wznosi się na 1441 metrów n.p.m. w samym sercu Bułgarii, w paśmie Starej Płaniny, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Wielkiego Tyrnowa – średniowiecznej stolicy carów. Nazwa pochodzi od tureckiego ‘buzlu’ – lodowaty, co przypomina, że przez większą część roku panują tu surowe warunki. Od wieków miejsce to było otoczone aurą tajemniczości – w grobowcach archeolodzy odkrywali ślady trackich władców, a okoliczne wzgórza przez wieki były świadkami bitew i wędrówek ludów. Jednak to dopiero XIX wiek nadał Buzłudży znaczenie, które przetrwało do dziś.
W 1868 roku stoczyła tu ostatnią bitwę czeta – oddział powstańczy – Bułgara Hadżiego Dimitra, który wolał zginąć, niż się poddać Turkom. Dziewięć lat później, zaledwie kilka kilometrów dalej, na przełęczy Szipka, rozegrały się krwawe starcia wojny rosyjsko-tureckiej (1877–1878), które po prawie pięciu wiekach przyniosły Bułgarii wolność. Wielkie płaskorzeźby i monumenty mijane po drodze upamiętniają właśnie tamte wydarzenia. Zaś w 1891 roku na łąkach wokół szczytu – według niektórych źródeł dokładnie w miejscu, gdzie dziś stoi betonowy monument – odbył się tajny zjazd, na którym założono Bułgarską Partię Socjaldemokratyczną. Badacze podkreślają, że partia celowo nie tworzyła nowego miejsca pamięci, a przejmowała stare i dlatego po latach postanowiono tu właśnie wnieść monument.
Zapytaliśmy o to Anetę Wasilewą, członkinię DOCOMOMO – międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów zajmujących się ochroną i dokumentacją architektury modernizmu. Wasilewa przywołała Protokół 10 Sekretariatu Komitetu Centralnego Bułgarskiej Partii Komunistycznej z 7 lutego 1976 roku. Monument miał być „narodowym sanktuarium”, które miało „rozwijać niezachwianą wiarę w zwycięstwo komunizmu”. Partia nie mówiła więc o muzeum, pomniku czy centrum pamięci. Używała języka stricte religijnego.
Decyzję o budowie podjęto 11 marca 1971 roku. Prace ruszyły w 1974, otwarcie nastąpiło w sierpniu 1981 – na 1 300-lecie państwa bułgarskiego i 90-lecie partii.
Zanim wylano pierwszy metr betonu, szczyt obniżono o dziewięć metrów przy użyciu trotylu.
Materiały transportowano krętą, specjalnie wybudowaną drogą. Ponad 6 000 osób – inżynierowie, rzeźbiarze, ochotnicy i żołnierze – pracowało przy budowie pod dowództwem generała-majora Delczo Delczewa. Architektura Buzłudży robi wrażenie – monumentalna, surowa, futurystyczna. Wnętrza – których nie widzieliśmy na żywo – jeszcze bardziej i do dziś zachwycają rozmachem i kunsztem, nawet w ruinie.
Według oficjalnych danych koszt budowy wyniósł ponad 16 mln lewów – kwota, która w tamtym czasie odpowiadała rocznemu budżetowi kilku średnich bułgarskich miast. Architekt Georgi Stoiłow do końca życia utrzymywał, że pieniądze pochodziły wyłącznie z darowizn – ze sprzedaży znaczków i składek społeczeństwa. Dokumenty partyjne pokazują jednak co innego: już w 1973 roku inwestycję zatwierdzono jako wydatek państwowy, a w 1978 roku szacowany koszt wzrósł do 20 mln.
Dlaczego Bułgaria, niewielka i niezamożna, mogła sobie pozwolić na tak odważną i kosztochłonną architekturę? Zapytaliśmy o to Welinę Pandżarową, docent i kierowniczkę Katedry Historii i Teorii Architektury na Uniwersytecie Architektury, Budownictwa i Geodezji w Sofii.
„Jestem wrażliwa na ten temat. Moja matka należała do pokolenia młodych architektów, którzy nie byli związani z partią i trafili na dobrych mentorów. Wychowałam się wśród tych ludzi” – odpisała.
Zatem to nie była wyłącznie kwestia pieniędzy ani nakazów partyjnych. Pandżarowa wymienia sześć czynników. Po pierwsze – edukację: bułgarskie szkolnictwo architektoniczne od początku opierało się na systemie niemieckim. Po drugie – nauczycieli: większość wykładowców pokolenia lat siedemdziesiątych studiowała w Niemczech, Austrii, Czechach lub Francji. Po trzecie – skalę kraju: Bułgaria była mała, więc łatwiej było wyłowić najzdolniejszych. Na początku Wydział Architektury liczył zaledwie dwudziestu studentów. Po czwarte – członkostwo w partii: wielu architektów wykorzystywało je, by realizować ambitne projekty. Po piąte – atmosferę w organizacjach projektowych, gdzie wymieniano się ideami i studiowano światowe trendy. Wreszcie – dziedzictwo: niemal każde bułgarskie miasto ma średniowieczne lub starsze jeszcze ślady w swojej zabudowie, a ich interpretacja w nowoczesnej architekturze była inteligentna, przemyślana, a nieimitacyjna.
W tym samym czasie w Polsce także powstawały odważne realizacje – Spodek w Katowicach (otwarty w 1971 r.), Hala Olivia w Gdańsku (1972) czy Dworzec Centralny w Warszawie (1975). Nawet najbardziej spektakularne z nich miały jednak przede wszystkim służyć mieszkańcom. Buzłudża była czymś innym. W jej wnętrzu – pod ogromną, betonową kopułą – znalazły się sale konferencyjne, ekspozycje poświęcone historii partii i pomieszczenia reprezentacyjne. Nie było tu hotelu, szkoły, uzdrowiska, sali sportowej czy basenu. Cały budynek podporządkowano jednemu celowi – budowaniu mitu Bułgarskiej Partii Komunistycznej. I kiedy jej zabrakło, zabrakło też powodu do istnienia Buzłudży.
Po 1989 roku nowe władze nie miały interesu w utrzymywaniu symbolu poprzedniego systemu. Budynek pozostał więc praktycznie bez ochrony. Najpierw zniknęły meble, wyposażenie i dywany – bynajmniej nie trafiły do muzeów ani instytucji publicznych. Potem szabrownicy wycięli dwa i pół tysiąca metrów kwadratowych miedzianego pokrycia dachowego, miedziane drzwi, wydłubali marmurowe okładziny.
Zabrano wszystko, co dało się sprzedać albo wykorzystać gdzie indziej.
W 1992 roku monument znacjonalizowano i przekazano pod zarząd administracji regionalnej w Starej Zagorze. Przez kolejne niemal dwie dekady praktycznie nie prowadzono żadnych prac zabezpieczających. Dach przeciekał, a każda zima przyspieszała degradację.
Co ciekawe, w 2011 roku rząd próbował nieodpłatnie przekazać Buzłudżę Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, spadkobierczyni komunistów. „Koszt utrzymania i ochrony pomnika jest zbyt wysoki” – tłumaczyła w parlamencie minister rozwoju regionalnego Liliana Pawłowa. W Polsce podobna decyzja byłaby zapewne trudna do wyobrażenia. Partia nie dopełniła jednak wymaganych formalności.
W 2018 roku, po latach swobodnego dostępu, zamknięto wejście do budynku. Równocześnie coraz aktywniej zaczęła działać fundacja, która podjęła starania o zabezpieczenie obiektu. O niej jeszcze opowiemy.
W 2024 roku w Kazanłyku, miejscowości ok. 12 kilometrów od szczytu, zorganizowano referendum w sprawie przejęcia monumentu. Upadło z powodu zbyt niskiej frekwencji. I do dziś właścicielem pozostaje państwo. Policja coraz skuteczniej wyłapuje osoby próbujące dostać się do środka, ale wciąż nie wiadomo, kto i z jakich pieniędzy miałby utrzymywać tego kolosa. Pomysłów nie brakowało – od centrum konferencyjnego, przez kasyno, po centrum obserwacji przestrzeni powietrznej – żaden jednak nie wyszedł poza etap koncepcji.
Wnętrze kryje ponad 900 metrów kwadratowych monumentalnych mozaik – jednych z największych zachowanych zespołów tego typu w Europie. W Bułgarii mozaika zajmuje miejsce szczególne. Podobnie jak azulejo w Portugalii, stała się tu jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów narodowej tożsamości wizualnej. W Buzłudży nie była to jednak prosta adaptacja tradycji.
Bułgarscy artyści przetwarzali bizantyjskie i cerkiewne dziedzictwo, przekładając je na język socjalistycznej ikonografii.
W efekcie 16 uznanych twórców ułożyło z ponad 2 mln kamiennych i szklanych kostek opowieść o komunistycznym micie założycielskim. Wśród przedstawionych postaci są Dimityr Błagojew, Georgi Dimitrow, Lenin, Stalin, Breżniew i Todor Żiwkow, obok scen bitew, powstań i pochodów robotniczych. Nad całością góruje mozaikowy napis: „Przyjaźń na wieki wieków”.
Profesor Thomas Danzl z Politechniki Monachijskiej, kierujący międzynarodowym zespołem konserwującym buzłudżańskie mozaiki, podkreśla, że ich wartość wykracza poza propagandową treść. Materiał ten „opowiada nie tylko o tym, czym był budynek jako pomnik partii komunistycznej, lecz także o wandalizmie lat 90. oraz o kulturze młodzieżowej, która zawłaszczyła to miejsce, z graffiti, a nawet przejazdami quadów przez wnętrze monumentu”. Ślady opon do dziś widnieją na posadzkach i konserwatorzy dokumentują je jako architektoniczny palimpsest, część historii zabytku.
Jeszcze przed konserwatorami do Buzłudży dotarli artyści i twórcy teledysków. Francuski kolektyw audiowizualny CRCV nakręcił tu w 2013 roku teledysk. W 2020 roku, za zgodą władz regionalnych, swoją produkcję realizowała brytyjska piosenkarka pochodzenia albańskiego Rita Ora. Zdjęcia opuszczonego monumentu zaczęły obiegać świat, a strona BoredPanda umieściła go wśród najbardziej złowrogich obiektów globu. Jak piszą Milewa i Jankowa, „niczym śnieżna kula obrazy majestatycznego budynku zaczęły krążyć w mediach tradycyjnych i społecznościowych”.
Wszystkie te wizyty i akty zawłaszczenia nie zniszczyły jednak mozaik tak mocno, jak ich największy wróg – woda.
Ratunkiem dla Buzłudży może okazać się Buzludzha Project Foundation (Fundacja Projekt Buzłudża). Założyła ją w 2015 roku młoda bułgarska architektka Dora Iwanowa, absolwentka studiów architektonicznych w Berlinie. To dzięki jej staraniom w 2018 roku monument trafił na listę „7 Most Endangered” programu Europa Nostra – najważniejszej europejskiej organizacji pozarządowej zajmującej się ochroną dziedzictwa kulturowego, która prowadzi ten program wspólnie z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym.
Z polskich obiektów na tej liście znalazło się m.in. osiedle robotnicze Nikiszowiec oraz modernistyczny kompleks sanatoryjny w Otwocku.
Międzynarodowe uznanie przyszło szybko. — Buzłudża jest pierwszym i jak dotąd jedynym bułgarskim budynkiem objętym programem Keeping It Modern amerykańskiej Fundacji Getty’ego — mówi Aneta Wasilewa z DOCOMOMO Bulgaria. Program wspiera ochronę wybitnych dzieł architektury XX wieku na całym świecie. W jego ramach fundacja na przygotowanie planu konserwacji i zarządzania obiektem otrzymała grant w wysokości 185 tysięcy dolarów, a w 2020 roku kolejne 60 tysięcy na awaryjne zabezpieczenie mozaik. Dla porównania – z Polski do programu zakwalifikowano jedynie Halę Stulecia we Wrocławiu.
Przypadek Buzłudży pokazuje jednocześnie, że problem wykracza poza jeden monument na szczycie bałkańskiej góry. Jak zauważa profesor Uta Pottgiesser, przewodnicząca DOCOMOMO International, znaczna część architektury socmodernistycznej w Europie nadal nie ma statusu zabytków, mimo że coraz częściej uznawana jest za ważne dziedzictwo kultury.
Co ciekawe, międzynarodowe uznanie wpłynęło na ton debaty w samej Bułgarii. Wasilewa: — Kiedy jedna z najbardziej prestiżowych zagranicznych organizacji oficjalnie uznała wartość architektoniczną i artystyczną jednego z najbardziej kontrowersyjnych budynków w Bułgarii, lokalne spory wyraźnie ucichły. Nikt nie chciał już burzyć Buzłudży ani nie oskarżał Amerykanów o wspieranie komunizmu.
Jej zdaniem mieszkańcom Europy Wschodniej łatwiej zaakceptować trudne dziedzictwo, gdy jego wartość zostaje potwierdzona przez uznane instytucje z zagranicy.
Działania zaczęły przynosić efekty i w 2025 roku fundacja wspólnie z gminą Kazanłyk zdobyła 6,93 miliona lewów (3,5 miliona euro) z unijnego Programu Rozwoju Regionalnego na pierwsze kompleksowe prace konserwatorskie. Prof. Danzl podkreśla jednak, że ich celem nie jest całkowita odbudowa. — Konserwacja oznacza zastosowanie możliwie najmniej inwazyjnych metod, aby zachować stan, który ukształtował się przez ostatnie czterdzieści lat — mówi.
Na parkingu trudno znaleźć dwa podobne samochody. Obok trzydziestoletnich Audi 80, Forda Sierra, Opla Omegi, na niemieckich tablicach, oklejonych jak na rajd Paryż-Dakar i obładowanych tobołami, stoi nowy SUV ze Szwecji.
– Miałem kiedyś identyczne – uśmiecha się jego właściciel, wskazując na Audi 80. – Ale dawno, dawno temu.
Przyjechał ze Sztokholmu zobaczyć miejsce, które znał z fotografii: – Wygląda jak statek kosmiczny, który wylądował w górach.
Nieco dalej Portugalczyk poprawia sakwy przy motocyklu: – Byłem tu już dwanaście lat temu. Wtedy jeszcze można było wejść do środka. Chciałem zobaczyć, co zostało.
Okazuje się, że jest miłośnikiem architektury postapo – czyli miejsc opuszczonych przez ludzi, gdzie natura i czas powoli odzyskują przestrzeń. – W Czarnobylu czuje się katastrofę. Tutaj raczej koniec czegoś niematerialnego.
Najdłużej rozmawiamy z grupą Bułgarów, którzy przyjechali na rekonesans. – Za pół miesiąca wrócimy – tłumaczy trzydziestoletnia kobieta.
Ma na myśli doroczny zjazd sympatyków lewicy. Od dziesięcioleci właśnie na górze pojawiają się tysiące osób związanych z Bułgarską Partią Socjalistyczną. W tym roku hasło zjazdu brzmi: „135 godini zaedno na Buzłudża – za socializym s bydeszte!” – „135 lat razem na Buzłudży – za socjalizm z przyszłością!”.
Po co spotykać się pod pomnikiem systemu, który upadł ponad trzy dekady temu?
Starszy mężczyzna z okolic Kazanłyku wzrusza ramionami: – Ta historia się nie skończyła. Do rozmowy włącza się pięćdziesięcioletnia kobieta: – Ja byłam i jestem komunistką. Nie mam zamiaru udawać.
Jeszcze inny uczestnik rozmowy wskazuje ręką betonowy dysk. – Kiedyś przyjeżdżały tu dziesiątki tysięcy ludzi. Dzisiaj jest ich mniej. Ale przyjeżdżają. Starsi i młodzi.
Obok stoi trzydziestolatek: – Ja nie jestem komunistą – ale też będzie na zjeździe. Ma wśród lewicowców znajomych. – Bo jak patrzę na to, co [obecnie rządzący w Bułgarii] zrobili z krajem po dziewięćdziesiątym, to czasem myślę, że tamci [komuniści] przynajmniej budowali.
Rozmowa szybko przestaje dotyczyć pomnika. Mówią o nierównościach społecznych, o rozczarowaniu transformacją lub – jak twierdzi jeden – absolutnym braku transformacji, o tym,
czy lewica ma jeszcze przyszłość i czy Buzłudża to symbol przegranej ideologii.
1 sierpnia 2026 na górze pojawiły się tysiące uczestników. Jedni z czerwonymi flagami i inni – flagami Bułgarii. W mediach społecznościowych widzieliśmy też zdjęcia flagi Rosji i pod nimi komentarze oburzonych („Komuniści nadal machają flagą Putina”, „I oni jeszcze podnoszą rosyjską flagę!”), jak i afirmacja: „Chwała Rosji, śmierć faszyzmowi, wolność dla ludzi” albo oskarżenia o „rusofobię”.
Paradoks polega na tym, że niespełna dwa tygodnie później zupełnie inną przyszłość dla tego miejsca proponuje Buzludzha Project. Fundacja w 2021 roku zorganizowała pierwszą edycję Open Buzludzha – trzydniowego festiwalu, którego ideą jest pokazać, że monument może żyć poza komunistyczną ideologią. Zeszłoroczna edycja przyciągnęła 10 tysięcy odwiedzających. W tym roku festiwal odbędzie się w dniach 14-16 sierpnia i organizatorzy przygotowali najbogatszy program w historii: po raz pierwszy będzie można skorzystać z audioprzewodnika po monumencie, nowej interaktywnej mapy regionu oraz cyfrowego bliźniaka Buzłudży. Wieczorami na scenie pojawią się bułgarscy muzycy, po koncertach – DJ-e. Wtedy też fasadę monumentu ożywi pokaz 3D mappingu „Concrete Dreams” („Betonowe sny”). W programie dziennym – m.in. warsztaty mozaikowe czy spotkania z międzynarodowymi ekspertami.
Rzecz jasna festiwalowicze nie naprawią przeciekającego dachu, ale na trzy sierpniowe dni betonowy spodek przestaje być tylko ruiną. To nowe życie – inne niż to, jakim obdarzyli to miejsce komuniści oraz ich socjalistyczni spadkobiercy. Inne też niż życie obiektu urbeksowego. Różne alternatywy i różne odpowiedzi na pytanie: co dalej z Buzłudżą? I póki co – żadna z nich nie jest ostateczna.
Zjeżdżamy pod dachem chmur, a później drzew – drogą, która znów układa się w wykres EKG. Kierujemy się w stronę Kazanłyku, który zasłynął nie tyle nieudanym referendum w sprawie Buzłudży, co festiwalem róż, rozpoznawalnym w całej Europie. Na razie jednak żadnych kwiatów nie widać i zza zakrętów znów wyłaniają się mniejsze lub większe pomniki i płaskorzeźby na betonowych ścianach, chroniących drogę przed osuwiskami. Zjeżdżamy niżej i u podnóża góry trasa nurkuje w gęstwinę, niczym nieprzypominającą lasy Mazowsza. Ostatecznie wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń – łąkę i pola. Otoczeni ścierniskami dojeżdżamy do głównej drogi.
Tu, przy znaku stop, żegna nas piętnastometrowy obelisk, który z daleka przypomina dentystyczną wykałaczkę. U jego stóp stoi sześciometrowy Błagojew, współtwórca bułgarskiego ruchu socjalistycznego i pierwszej socjaldemokratycznej partii na Bałkanach. „Dziadka” – bo tak nazywali go jego zwolennicy – odsłonięto w 1981 roku wraz z otwarciem Buzłudży.
To ostatni akcent świata, który miał trwać wiecznie.
Kilka lat przed śmiercią, już w XXI wieku, Stoiłow, projektant Buzłudży, a także były burmistrz Sofii i minister architektury, podsumował swoje największe dzieło słowami: „Buzłudża jest uosobieniem Bułgarii. Z zewnątrz wydaje się silna i stabilna, ale gdy wejdzie się do środka, okazuje się, że się rozpada”.
Duet pisarski, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Duet pisarski, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Komentarze