Chcę spaść jak dojrzałe jabłko. O zapomnianej sztuce umierania
Nie mamy zielonego pojęcia, jak zareagujemy na nasze umieranie, dopóki ono się nie zacznie. Widziałam ludzi, których duchowe przekonania właściwie powinny gwarantować łagodne i pełne zgody odchodzenie. A wcale tak nie było – rozmowa z Ewą Pawlik, celebrantką pogrzebów humanistycznych.
Miłada Jędrysik: Już od czterech lat prowadzisz humanistyczne ceremonie pogrzebowe. Teraz napisałaś książkę „Sztuka umierania”, która jest nie tylko podręcznikiem dla nas samych i naszych bliskich, ale też refleksją nad społecznymi przemianami wokół śmierci i nad naszym indywidualnym stosunkiem do niej. Czego się przez te cztery lata dowiedziałaś o śmierci? I o życiu?
Ewa Pawlik*: Przede wszystkim tego, że zupełnie o śmierci nie rozmawiamy. Ani o praktycznych aspektach umierania, takich bardzo konkretnych koordynatach, jakie powinniśmy zostawić naszym bliskim, by oszczędzić im dodatkowych problemów po naszym odejściu, ani o tym, jak wyobrażamy sobie to, co wydarza się, kiedy umieramy.
Nie wiemy, czy według nich istnieje jakieś continuum, czy też śmierć jest absolutnym końcem. A jeśli wierzymy, że jest kontynuacja, to jak ona wygląda? Czy to nie jest ciekawe? Może sami przed sobą nie jesteśmy w stanie tego opisać? Dzieci biją tu dorosłych na głowę. One nie mają żadnych wątpliwości, wystarczy zapytać. Dziecięce wizje są zaskakująco precyzyjne i naprawdę przemyślane.

Komentarze