0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. MATTHEW STOCKMAN / Getty Images via AFPFot. MATTHEW STOCKMA...

„Ona wyskoczyła jako taka gwiazda i jeszcze wykreowała się na taką rozumną, dojrzałą, mądrą dziewczynę”, „głupiutka, wystraszona, sama nie rozumie tego, co się dzieje” – to tylko niektóre ze słów, które padły pod adresem Igi Świątek w niedzielę 2 sierpnia na kanale „Trzeci Serwis” z ust Ewą Woydyłło, uznanej psycholożki.

„Prawdopodobnie psycholog jest tam dla kasy, bo nieźle musi zarabiać. I nic nie robi, siedzi i ogląda mecze” – to z kolei opinia na temat Darii Abramowicz, zajmującą się naszą tenisistką od psychologicznej strony. Jedną z największych rywalek naszej zawodniczki Woydyłło nazwała „ruską babą”, „ordynusem” oraz „po prostu facetem”.

Internet zagotował.

Ten tekst nie ma na celu dołączyć do chóru – słusznego skądinąd – oburzonych. Relacjonowanie internetowych dram samo w sobie jest czynnością pozbawioną głębszego sensu. Może jednak warto przyglądnąć się tej potężnej aferze wizerunkowej, by pokazać złożony mechanizm budowania wizerunku w mediach społecznościowych i jego konsekwencji.

Stawiam sobie trzy pytania.

  1. Cy gospodarze programu zapraszających do studia gości, są odpowiedzialni za treści, które tam padną?
  2. Czy sam gość ma wpływ na to, jak jego słowa zostaną odczytane i w jakim kontekście?
  3. I wreszcie, gdzie jest granica między opinią a plotkowaniem, a nawet szkalowaniem trzeciej osoby?

Odpowiedzi poszukam w znaczeniach wypowiadanych słów i kontekstach, w jakich padły.

Punktem wyjścia jest założenie, że bycie osobą publiczną wymaga zbudowania o sobie spójnej narracji.

To rola społeczna – w tym przypadku bycie autorytetem w dziedzinie psychologii, specjalistką od spraw uzależnień – determinuje czyjąś obecność w mediach. Od tego nie da się uciec.

Równocześnie warto pamiętać, że treści, które są wybaczane w prywatnych rozmowach, zostaną napiętnowane, jeśli wybrzmią w przestrzeni publicznej – jeśli nie spełniają stawianych im warunków.

Dwie narracje twórców kanału

Wywiad był zapowiadany tak: „Taki wyszedł nam świetny odcinek, jak terapia. Jak ktoś czytał książkę, a było ich mnóstwo, Ewy Woydyłło, to poczuje się, jakby leżał na kozetce w trakcie genialnej sesji. Tego nie można przegapić. Trzeci Serwis, niedziela 2 sierpnia, godzina 20:00, serial Return, YouTube”.

Uderzające w tym komunikacie jest połączenie przez jego autora dwóch przestrzeni: sportowej, która wynika z formatu programu, i fachowej terapii, przywoływanej przez nazwisko gościni, słowami 'terapia„, ”genialna sesja„ i ”kozetka„, ale też przytoczeniem informacji, że jest autorką ”mnóstwa„ książek. Połączenie tych dwóch światów ma zapewnić — zdaniem twórców – ”świetny odcinek".

Gdy wywiad spotykał się z potężnym sprzeciwem społecznym, te same osoby, które przed jego publikacją były dumne, odcięły się od niego, oświadczając, że „na etapie produkcji i postprodukcji błędnie i bardzo naiwnie uznaliśmy, że za wypowiadane w programie słowa odpowiada wyłącznie ich autorka. Po Waszym feedbacku i reakcji mediów zrozumieliśmy jednak, że na nas z kolei spoczywa odpowiedzialność za to, jakie treści trafiają do dyskursu tenisowego i jaki poziom będzie ten dyskurs trzymał. Na tym polu polegliśmy 0:6, 0:6. Z całą mocą PRZEPRASZAMY Igę Świątek, jej Team oraz wszystkich kibiców”.

Ten komunikat pojawił się we wtorek po godz. 9.20, trzy dni po publikacji.

Warto pamiętać, że mówimy o profesjonalnym kanale sportowym. W nagraniu musiało uczestniczyć kilka osób. Na etapie montażu i publikacji nikt nie zwrócił uwagi, że coś jest nie tak. Gdy wybucha afera, wydają oświadczenie, w którym wprost mówią o tym, że przed medialną nagonką nie czuli się odpowiedzialni za treści, które sami puszczali.

Przeczytaj także:

Depresja sportowca

Kanał o tenisie jest kanałem sportowym i Ewa Woydyłło, jeżeli jest fanką tenisa i w niego gra, może być zapraszana do komentowania. Tyle tylko, że medialność potrzebuje emocji, a te płyną nie tyle ze sportowych komentarzy, ile z ukazywania elementów życia prywatnego sportowca i pokazywania jego emocji. Tak to działa. Pytanie jest jednak o proporcje i granice: gdzie kończy się profesjonalizm, a zaczyna bazarowe plotkowanie?

Czy Lech Sidor, gdy komentuje łzy Igi Świątek po meczu z Taylor Townsend, ocenia Igę-tenisistkę, czy Igę emocjonalną dziewczyną? „Dziwna ta reakcja, nie chciałbym jej oglądać więcej, bo to nie jest fajny obrazek, jak dziewczyna, która ma sześć szlemów, która wygrała x tysięczników, która miała jakąś serię 37 zwycięstw, wiesz, znana była z tego, że jest twarda jak skała. Wiesz, ten przydomek, taka maszyna z Raszyna, dominatorka. Mariusz Pudzianowski w Spódnicy. No było tego mnóstwo. [...] Wiesz, trochę, trochę znowu wracamy do tego pojęcia mental i głowy, która trochę nie dojeżdża”

W tej wypowiedzi doszło do pomieszanie porządków: reakcje emocjonalne, które powinny należeć do prywatności Igi Świątek, stały się częścią sportowego komentarza.

Problem w tym, że te porządki są ze sobą nierozerwalnie złączone. Nie sposób oglądać sportowca, nie widząc konkretnego człowieka, który budzi określone skojarzenia. Tak działa nasza percepcja.

Czy komentator, który „sobie nie życzy”, jest profesjonalny?

Profesjonalizm polega na tym, by poskromić w sobie tę naturalną skłonność, szczególnie jeśli materiał — tak jak ten wywiad — nie idzie na żywo i jest czas na montaż, a następnie wyważyć, które treści coś wnoszą, a które, jak choćby słowa o „głowie, która trochę nie dojeżdża”, są przemocą bez pokrycia.

Komentatorzy sportowi mają prawo do narzekania i krytykowania zawodników. Po to oglądamy mecze i wydarzenie sportowe z komentarzem, żeby dostać ramy, które pozwolą nam osadzić swoje wrażenie i uzasadnić własne intuicje. Ale czym innym jest ocena strategii obranej na konkretny mecz, a czym innym jest stwierdzenie, że Lech Sidor sobie nie życzy oglądania zawodniczki, której po trudnym meczu publicznie puszczają emocje.

Takie uwagi sprawiają, że prowadzący wychodzi z roli komentatora sportowego i staję się człowiekiem, który uzurpuje sobie prawo do wyznaczania zawodniczce standardów i ram dopuszczalnych zachowań emocjonalnych. A poza wszystkim, czy Iga gorzej gra, gdy płacze?

Co wolno autorytetowi?

Autorytety to ludzie, którym ufamy. Często ich wypowiedzi w przestrzeni publicznej stają się punktem odniesienia dla swoich odbiorców. Gdy pewnego dnia autorytet w dziedzinie psychologii, który tyle mówił publicznie o empatii i szacunku dla drugiego człowieka, komentuje Igę Świątek słowami: „wykreowała się na taką rozumną, dojrzałą, mądrą dziewczynę”, to musi to wywołać sprzeciw opinii publicznej.

Słowa Ewy Woydyłło zabolały szczególnie tych, którzy słuchali jej podcastów, czy kupowali książki. Mogą mieć poczucie, że te słowa nie uderzają w Igę Świątek, tylko w nich samych.

Język tworzy obraz. A słowa, które przychodzą nam do głowy, podpowiada nam intuicja językowa. Czasownik „wykreować się” zakłada celowe działanie. Dodatkowo, skoro się kreuje na rozumną, dojrzałą, mądrą dziewczynę, to znaczy, że taką nie jest.

Psycholożka powinna wiedzieć, że nikt nie nie ma dostępu do cudzej intuicji.

Nikt nie jest w stanie z pełną odpowiedzialność stwierdzić, czy ktoś się wykreował, czy nie. Można „odnosić wrażenie, że się kreuje” albo „odbierać kogoś jako wykreowanego”. Kreowanie polega na bardzo świadomym procesie budowania wizerunku, w którym mówiący wypuszcza na plan pierwszy pewne elementy, licząc, że zbudują w oczach odbiorców określony obraz.

Taka wypowiedź dodatkowo podważa więc wiarygodność specjalistki od ludzkiej psychiki.

Kolejne słowa Ewy Woydyłło wyglądają tak, jakby tłumaczyła ona zawodowej sportsmence, na czym polega sport: „A dlaczego taki szum się wokół tego robi? No bo ty i ja oglądamy tenis. Jakbyśmy oglądali skoki do wody, to byśmy prawdopodobnie mieli dokładnie ten sam, te same skale. Że tam któryś jest tak dobry, a mimo to skoczyło mu się źle, albo któryś wyszedł Chińczyk i przeskoczył wszystkich. Czyli każdy sport wyczynowy to daje. A nawet po to mamy sport, żeby tak było. To cudowne, że ktoś przegrywa, a ktoś wygrywa. I to cudowne, że raz wygrywa jeden, a inny raz drugi. A po prostu to jest wpisane w ten, w ten, w ten po prostu cudowne widowisko”.

Z jakiego miejsca rozmówczyni to robi? Jako autorytet? Z jakiej dziedziny?

O Darii Abramowicz, psycholożce Igi, Woydyłło powiedziała, że: "Prawdopodobnie psycholog jest tam dla kasy, bo nieźle musi zarabiać. I nic nie robi, siedzi i ogląda mecze. Ja też bym tak chciała. Psycholożka dobrze zarabia i co sama się zwolni? Podniesie paluszki i powie, że jedzie do domu, do męża?”.

Ponownie jest domniemanie intencji, do której nie mamy dostępu. Te słowa nawet nie są z pozycji kibica, bo nie ma w nich żadnej uwagi merytorycznej.

O Sabalence: “Zachowuje się wulgarnie, potwornie. Wiesz, dmucha sobie te gębę, wypindża się. To w ogóle nie jest sport”.

Krytykuje liderkę światowego rankingu nie tylko za zachowanie, ale także za wygląd i pochodzenie, używając bardzo mocnych słów. Zarzucała jej między innymi odpowiedzialność za wojnę w Ukrainie. I dodała: „nie lubię mężczyzn grających w damskiego tenisa z kobietami. Sabalenka jest po prostu facetem”.

Niech mi wykażą jedno słowo

Publikacja wywiadu wywołała w internecie burzę. Materiał został ściągnięty. Dużo redakcji dzwoniło do Ewy Woydyłło z prośbą o komentarz. Udzieliła ich kilku, w tym „Faktowi”. Powiedziała coś, co jeszcze podniosło temperaturę oburzenia: „Ktoś mi zarzuca pogardę. Niestety znam dobrze język polski. No i niech mi ktokolwiek pokaże jedno słowo, jedno zdanie w tym wywiadzie, które by świadczyło o pogardzie”.

A przecież pogarda wynika z przyjęcia przez mówiącą oceniająco-wyższościowej pozycji. Taką na pewno jest pozycja, z której tłumaczy naszej sportsmence, czym jest sport, jak się powinna zachowywać na korcie i jak podchodzić do zawodów. Słowo „pogarda” pochodzi od czasownika „gardzić”, który oznacza „czynić wyniosłym; pogardzać, lekceważyć”. Czyż nie taki sens miały słowa typu „głupiutka”?

Czy „głupiutka” może być przejawem troski?

Ewa Woydyłło tłumaczy się, "że zdrobnienia »głupiutka i wystraszona« wyraża troskę. Tak, ta dziewczyna troszkę straciła panowanie nad sobą i to nie jest pogardliwe. Jakby ktoś się nie martwił, to by powiedział, nie umie grać. A ja tak nie mówię. Ja mówię bardzo miłymi słowami”.

Wypowiedziane słowa pokazują pogardę, a ich autorka się od niej odcina, twierdząc: „nie miałam takiej intencji”. Zresztą później w kolejnym wywiadzie, który udzieliła już Sportowym Faktom, też to się powtarza.

Tymczasem jeżeli kogoś postrzega się jako osobę głupią czy głupiutką, to jest to równoznaczne z niechęcią do uznania w niej partnerki konwersacji. Nie robią tego zdrobnienie, tylko pejoratywność zawarta w przymiotniku „głupia”. I to jest pogardliwe.

Epilog

5 sierpnia 2026, a więc trzy dni po publikacji wywiadu z Lechem Sidorem, Ewa Woydyłło udzieliła wywiadu WP Sportowe Fakty. Tym razem jej narracja jest zupełnie inna: „przyznam, że dzisiaj jest mi wstyd za moją wypowiedź. Chciałabym to naprawić, ale nie wiem, co mogę zrobić. Chciałam wyrazić zupełnie coś innego. Przyznam, że dzisiaj czuję się dokładnie tak samo, jak wypowiedziałam się o Idze. Jestem głupiutka i wystraszona”.

Psycholożka zeszła z pozycji oceniającej, usiadła na widowni, z której wydaje się patrzeć na samą siebie krytycznie.

Z osoby krytykującej emocje Igi, stała się kimś, kto ujawnia własne emocje. Wydawać się może, że odrobiła lekcje.

Woydyłło kontynuuje: „Naiwnie wydawało mi się, że jeśli na początku rozmowy zastrzegłam, że przychodzę do programu nie jako psycholog, a po prostu jako kibic tenisa, to tak też będą odbierane moje wypowiedzi. Gdybym wygłosiła swoje opinie przy herbacie w gronie znajomych, to pewne nikt nawet by nie zauważył niczego niestosownego. Ja jednak byłam postrzegana jako psycholog, ale przecież ja nie mam żadnej wiedzy, żeby wypowiadać się w takich sprawach i to zastrzegłem w trakcie wywiadu”.

Ten komentarz pokazuje iluzję kontroli, że wystarczy się zastrzec słowami, z jakiej perspektywy mówimy, by odbiorcy wyłączyli inne role społeczne, z którymi nas utożsamiają.

Tymczasem kiedy jakaś osoba pojawia się w przestrzeni publicznej, to warto, by zadała sobie pytanie, w jakiej roli może być już osadzona w głowach swoich odbiorców. Odpowiedź wskazuje na tło, w jakim prawdopodobnie jej wypowiedź zostanie osadzona.

Szczególnie jeśli ta rola społeczna wiążę się z obszarami, które związane są ze sferą emocjonalną. Do takiej należy zawód psychologa.

Zmiana kontekstu wymaga wysiłku

Nasza percepcja buduje sobie na podstawie różnych informacji dostępnych pewien obraz, odwołując się do tego, co już ma w swoim systemie pojęciowym. Im bardziej rozpoznawalna osoba i to przez działania związane z szeroko pojęty dobrem wspólnoty i wymagającej jej zaufania, tym większa potrzeba spójności tego wizerunki.

Innymi słowy, dużo więcej oczekujemy od psychologa niż od muzyka rockowego. Do tego zredefiniowanie opowieści na czyjś temat to wysiłek.

Jeśli więc znany aktor komediowy zostaje prezydentem państwa, to jego poczynania w nowej roli przykryją wcześniej czy później jego artystyczną przeszłość. Szczególnie jeśli jeszcze jego kraj jest zaangażowany w działania wojenne. Nie ma już powodów, by stary wizerunek się utrzymał.

Ale zupełnie inna sytuacja jest, gdy uznana psycholożka pojawia się w kanale sportowym, by opowiadać o swojej pasji, jaką jest tenis. Wtedy zapewne dalej pozostanie psycholożką, która lubi tenis. Tyle. I to ma swoje konsekwencje.

W codziennej komunikacji takie skróty myślowe przechodzą często niezauważalne. Dokładnie tak jak powiedziała sama Ewa Woydyłło, „przy herbacie w gronie znajomych, to pewne nikt nawet by nie zauważył niczego niestosownego”. W sytuacji prywatnej niespójności dodefiniowuje kontekst.

Dopóki odbiorca może patrzeć na Ewę Wojdyłło jako psycholożkę, to tak patrzy.

Żebyśmy zmienili postrzeganie drugiej osoby, to musi się nam to opłacać. Tutaj – jak pokazała reakcja internetu – taka sytuacja nie miała miejsca. Dlatego, mimo zastrzeżeń na poziomie językowym, że na wywiad przyszła Ewa Woydyłło-kibicka, to dla odbiorcy dalej to jest Ewa Woydyłło-psycholożka, znana autorka książek psychologicznych, mówiąca nam o wrażliwości i empatii. Zastrzeżenia nic nie dały.

Równocześnie można przypuszczać, że dla wielu osób intymność w studiu tworzy wrażenie intymności w rozmowie. Tymczasem rozmowa zostanie, o czym od początku wiadomo, upubliczniona. Internet bezlitośnie weryfikuje to, czy rozumiemy jego reguły i dostosowujemy się do nich.

Pozostaje wierzyć, że wszyscy właśnie odrobiliśmy potężną lekcję z odpowiedzialności za słowo w przestrzeni publicznej.

Tenisistka i pies leżący na niebieskim korcie
Iga Świątek po zwycięstwie nad Eleną Rybainą w Toronto 13 sierpnia 2026 r. Pies Elway stale towarzyszy rozgrywkom na tym korcie. Choć pies na korcie to zjawisko niecodzienne, odbiorca nie będzie  miał kłopotów ze zdekodowaniem, kogo widzi na obrazku. Fot. MATTHEW STOCKMAN / Getty Images via AFP
Na zdjęciu Małgorzata Majewska
Małgorzata Majewska

Językoznawczyni, wykładowczyni Uniwersytetu Jagiellońskiego, badaczka komunikacji w relacjach i autorka książek o języku. Od ponad dwudziestu lat zajmuje się analizą tego, jak słowa ujawniają emocje, budują więź lub prowadzą do konfliktów. W swojej pracy naukowej i dydaktycznej przyglądała się m.in. terapiom rodzin i komunikacji w związkach. Jest autorką książek „Mówię, więc jestem” oraz „Zacznij mówić własnym głosem”, poświęconych językowi uzależnienia i współuzależnienia. Prowadzi również kanał YouTube „Między zdaniami”, w którym w przystępny sposób opowiada o psychologicznych aspektach języka.

Komentarze