Przemysław Czarnek i PiS znów nawołują do wyjście Polski z systemu ETS – czyli mechanizmu „handlu emisjami”. To oznaczałoby, że kraje UE mogą domagać się nałożenia na nasz eksport ceł, tak jak na kraje spoza UE. Wyjdzie drożej – przekonuje Michał Hetmański z Fundacji Instrat.
Prawo i Sprawiedliwość złożyło w Sejmie projekt ustawy o wyjściu Polski z unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 – ETS. To odpowiedź na odrzucenie przez Senat propozycji referendum dotyczącego polityki klimatycznej, zaproponowanego przez prezydenta Karola Nawrockiego.
Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera, gdyby PiS wygrał przyszłoroczne wybory parlamentarne, decyzję Senatu określił jako „skandal”.
PiS-owski projekt uchyla dwie ustawy wprowadzające w Polsce system, w którym ciężki przemysł i energetyka muszą kupować certyfikaty uprawniające do emitowania dwutlenku węgla.
System premiuje przedsiębiorstwa i kraje, które szybciej odchodzą od węgla czy gazu. Główna zasada: im mniej emisji, tym niższe rachunki za energię i bardziej konkurencyjna gospodarka.
O zawieszeniu mechanizmu lub jednostronnym wyjściu z ETS mówił jeszcze jako premier Mateusz Morawiecki. Przemysław Czarnek zaraz po ogłoszeniu swojej kandydatury na premiera obiecał zniesienie opłat za emisje w Polsce. Swoją aktualną propozycję opiera na wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Sędziowie uznali, że decyzja o wprowadzeniu ETS powinna być przegłosowana na forum UE jednogłośnie – a nie była – a od władz państwowych zależy podjęcie dalszych kroków. Rząd nie uznaje TK w obecnym składzie za niezawisły sąd i nie publikuje jego decyzji w Dzienniku Ustaw.
Sceptycznie wobec mechanizmu ETS zachowuje się też rząd Donalda Tuska. Na jego wniosek Polska uzyskała dodatkowe „darmowe” certyfikaty, które przysługują między innymi ciepłownictwu. Unijne prawo nie przewiduje możliwości jednostronnego wystąpienia z tak ważnej części wspólnotowego rynku, dlatego trudno dokładnie przewidzieć konsekwencje takiego ruchu. Najpewniej narazimy się na kary nakładane na nasze przedsiębiorstwa, a jeśli Polska na dobre odwróci się od unijnego systemu, inne kraje mogą nałożyć na nas specjalne klimatyczne cło.
Mówi nam o tym Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat, ekspert polityki klimatyczno-energetycznej.
Marcel Wandas, OKO.press: Wyobraźmy sobie, że parlament decyduje o wyjściu Polski z systemu ETS. Co się w tej sytuacji dzieje? Czy będzie tak, jak straszą niektórzy, że rezygnując z tych opłat, wychodzimy automatycznie z Unii Europejskiej? Bo przecież nie ma w unijnym prawie przewidzianej możliwości jednostronnej rezygnacji z tego mechanizmu.
Michał Hetmański: Załóżmy, że taki stan prawny jest hipotetycznie możliwy. W takiej sytuacji od początku następnego roku, po ewentualnym zwycięstwie wyborczym takiej skrajnej antyunijnej opcji, obowiązuje nie ETS, a coś znacznie „gorszego”.
Chodzi o opłatę wyższą od ETS, która teraz nakładana jest na importowane z Azji czy z Białorusi i Rosji nawozy i stal. To opłata graniczna CBAM – takie klimatyczne cło – i jest nakładana na granicy Unii Europejskiej. Teraz granica między ETS a CBAM znajduje się na Bugu. W przyszłości rzeką graniczną dla systemu ETS byłby nie Bug, a Odra. Po której stronie chcemy być?
(Przyp. aut: opłata CBAM jest powiązana z kosztem ETS, ustalana na kwartał i może być czasowo wyższa niż zmienny koszt certyfikatów ETS na rynku. Nie ma w niej jednak puli darmowych uprawnień do emisji, co wzmaga jej uciążliwość. Przedsiębiorcy objęci CBAM nie mogą też sprzedać na rynku uprawnień, których nie wykorzystali).
Gdybyśmy jednostronnie wyszli z ETS, to we Francji, Włoszech czy Niemczech mogłyby podnieść się głosy o nieuczciwej konkurencji – bo jak to jest, że nasze firmy muszą płacić, a wasze nie? My dokładamy się do polityki klimatycznej UE w ten sposób, a wy nie?
I właśnie dlatego może być tak, że reszta krajów Unii Europejskiej podniesie postulat objęcia nas opłatami podobnymi do CBAM. Polska gospodarka jest bardziej emisyjna w produkcji przemysłowej, więc polska stal czy nawozy nie będą mile widziane na Zachodzie, który za emisje płaci.
A Polska przecież żyje nie z dopłat od Unii Europejskiej, ale z handlu z krajami Unii Europejskiej, a ten ucierpi na wyjściu z ETS. Gdzie tu logika? Równowaga konkurencji jest niesamowicie ważna. Polska osiąga drobnymi krokami pewien sukces w polityce przemysłowej i handlowej, a można to zaprzepaścić.
Wprowadzenie opłaty CBAM, która obejmuje producentów spoza Unii Europejskiej, chroni unijne biznesy i pozwala im odbić się z produkcją. Polski przemysł postuluje, by jeszcze bardziej uszczelniać ten mechanizm, by obejmował on coraz więcej podmiotów spoza UE. Nie możemy mieć ciastko i zjeść ciastko, czyli jednocześnie wyjść z ETS i korzystać z tego, że CBAM osłabia pozycję konkurentów na przykład z Azji, którzy nie grają we wspólnej grze i nie dokładają się do unijnego systemu handlu emisjami.
Albo funkcjonujemy w zglobalizowanej gospodarce i osiągamy z tego korzyści, albo nie. Polska wybitnie skorzystała na wejściu do Unii Europejskiej. Podkreślam: nie na składkach i dopłatach, ale na otwarciu ogromnego rynku dla naszego handlu. Zabraliśmy miejsca pracy w niemieckim przemyśle, który płacąc podatki, sfinansował nasze mosty, drogi i sieci energetyczne, więc nie mamy moralnego prawa do narzekania na jeden z wielu aspektów działania UE. Możemy i powinniśmy je współtworzyć, ale tu mamy wiele do nadrobienia.
Wychodząc z ETS, ponownie zamkniemy się na partnerstwo z innymi krajami europejskimi.
Do tej pory byliśmy konkurencyjni i cenowo, i jakościowo. Tempo pracy i elastyczność polskich przedsiębiorców w łańcuchach wartości jest znana i ceniona. To jest nasza ogromna przewaga handlowa w ramach Unii Europejskiej. Choć zgadzam się, tymczasowo, dopóki jeszcze nie mamy zdekarbonizowanej gospodarki, ETS trochę bardziej ciąży nam niż innym krajom.
I coś da się z tym zrobić, nie wychodząc z ETS?
Wychodzenie z ETS nie jest rozwiązaniem. Trzeba wprowadzić takie mechanizmy, jak na przykład w Niemczech, gdzie producenci energochłonni, tacy jak BASF czy Thyssenkrupp, którzy bezpośrednio wytwarzają ciepło, parę wysokotemperaturową pod ciśnieniem albo energię elektryczną kupują na giełdzie, dostają zwrot opłaty ETS od swojego ministra finansów.
Ja się pytam, dlaczego takiego mechanizmu w Polsce nie ma polski minister finansów Andrzej Domański. To nie żadne subsydium, ale oczywista korekta polityki klimatycznej i dozwolona pomoc publiczna. Niemieckie, bułgarskie, a nawet słoweńskie firmy przemysłowe korzystają z takich mechanizmów, które chronią ich przemysł. Między innymi przez to mamy teraz dużą skalę importu stali z Niemiec. Naprawdę, to oni więcej wysyłają do nas, niż my do nich. To realna i osiągalna korekta nieidealnej polityki klimatycznej UE, a nie bajanie o wyjściu z ETS.
Z drugiej strony część elektoratu może podchwycić wielokrotnie powtarzane wypowiedzi o tym, że płacimy nawet 50 proc. ceny prądu w „ekopodatkach” – choć koszt emisji w rachunkach zwykle nie przekracza 10-20 proc., a bardziej dotkliwym kosztem jest uzależnienie od dotowanego górnictwa.
Opłata ETS nie będzie rosnąć tak bardzo, by osiągnąć taki pułap. Po drugie, powinniśmy się skupić na innych czynnikach, które mogą realnie podwyższać stawki opłat za prąd.
Niedługo wybuchnąć może opłata mocowa wliczona w rachunki, chyba że polski rząd znajdzie sposób na sfinansowanie jej z budżetu państwa. W innym przypadku może ona wystrzelić ze 150 do nawet 400-600 złotych za megawatogodzinę. Spowodowane jest to chaotycznym harmonogramem wyłączania elektrowni węglowych i zastępowania ich mocami gazowymi, co wzmaga koszty ich działania.
To efekt braku realnego planu, który imitowała koncepcja NABE sprzed 2023 roku.
[Koncepcja Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego polegała na wydzieleniu elektrowni i kopalń węgla z państwowych grup energetycznych i skupieniu ich w jednym podmiocie kontrolowanym przez Skarb Państwa. Projekt oficjalnie porzucono w 2025 roku z przyczyn ekonomicznych – red.]
Nie bez znaczenia są koszty pracy w energetyce. Owszem, to odpowiedzialna praca, ale jest wynagradzana konkurencyjnymi zarobkami w bardzo dobrze rozwiniętych ekonomicznie regionach kraju. To podwyższa koszty elektrowni węglowych, co odczuwa przemysł energochłonny, a ten wytwarza wielokrotnie więcej miejsc pracy w Polsce.
Z drugiej strony przedstawiciele rządu sugerują w swoich wypowiedziach, że obecny ETS trzeba zreformować, stawiają na twarde stanowisko przeciwko systemowi ETS 2. Teraz też idziemy na zwarcie?
Rząd mocno wierzy w swój sukces i to, że wywalczył znaczne poluzowanie systemu ETS dla Polski poprzez dodatkowe uprawnienia dla polskiego przemysłu. W krótkim terminie obniży to trochę obciążenie opłatami za emisję, ale w końcu przedsiębiorstwa energochłonne będą musiały zacząć płacić znacznie więcej.
Zawsze podkreślam jednak, że ETS dla przemysłu nie powinien być oczywistą opłatą, a raczej wiarygodną groźbą. Jeśli nie dekarbonizujesz się, to będziesz płacił na ETS. Temu służy system do tej pory darmowych, a wkrótce warunkowych uprawnień do emisji dwutlenku węgla.
Instrat jako jedna z pierwszych organizacji w Europie podniósł taki postulat wiosną tego roku, w lipcu został on wpisany w unijną strategię.
Trzeba z jednej strony dbać o rozwój nowych niskoemisyjnych technologii, na przykład zielonych hut stali, które buduje Szwecja. Z drugiej strony mamy polskie huty, które powinny działać i się dekarbonizować.
Podam przykład – z ok. 60 mln ton emisji CO2 z polskiego przemysłu ponad jedną czwartą, bo aż 15 do 20 mln można zredukować przy użyciu całkiem sprawdzonej technologii do wychwytu CO2 (CCS), w którą powinno być zaopatrzonych kilkanaście zakładów cementowych i zakładów nawozowych zlokalizowanych w Polsce.
Dzięki temu moglibyśmy nie płacić wysokiej ceny uprawnień do emisji, a jedynie w oczekiwaniu na jej nieuchronność przygotować się do zmniejszenia emisji. To jak wolniejsza jazda w terenie zabudowanym, gdzie podobno stoi nieoznakowany patrol.
Zwróćmy uwagę na to, że polski rząd nie zdołał na przykład zwolnić z ETS elektrowni węglowych pracujących do 1500 godzin na rok – a taki był plan.
Nic z tego nie wyszło. To był nierealny postulat, który rzekomo miał uratować elektrownie PGE, Turów i Bełchatów. Trzeba się więc zabrać za przygotowanie sprawiedliwej transformacji tych regionów.
A czy poseł Czarnek brzmi wiarygodnie, mówiąc o OZE-sroze i postulując wyjście z ETS? Przecież dotychczasową dekarbonizację w dużej części zawdzięczamy rządom PiS. Właśnie ruszają moce elektrowni wiatrowych na Bałtyku – to przecież inwestycja, która ruszyła za czasów PiS.
To za rządów Prawa i Sprawiedliwości ruszył program dotacji do aut elektrycznych, ruszył program upowszechnienia fotowoltaiki prosumenckiej na naprawdę niespotykaną w Europie skalę. We Włoszech nie ma tyle fotowoltaiki, co w Polsce. To świadczy o tym, że wyprzedziliśmy nawet bardziej słoneczne kraje i potrafimy korzystać z energii ze słońca.
Uruchomiliśmy morskie farmy wiatrowe, które wyprodukują więcej prądu niż elektrownia Bełchatów, która też tym samym będzie miała trudniejsze życie na rynku, dzięki czemu będziemy produkować mniej emisyjną energię i mniej płacili za ETS.
Za rządów Prawa i Sprawiedliwości spadła produkcja w kopalni Bogdanka ze względu na szkody górnicze, a nie tylko ogólne uwarunkowania geologiczne. Nie wybudowano żadnej nowej elektrowni węglowej. Jeszcze dodajmy do tego, że w latach 2022-2023, pod koniec rządów Prawa i Sprawiedliwości, był boom w budowie wiatraków na lądzie.
Prawica jedno robi, a drugie myśli.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Komentarze