0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska/OKO.pressil. Iga Kucharska/OK...

Gdyby o tym, co jemy, decydowała wyłącznie chemia, ludzkie mięso byłoby po prostu kolejnym źródłem białka i tłuszczu. Nasze enzymy poradziłyby sobie z nim tak samo, jak z wieprzowiną czy dziczyzną. A jednak na samą myśl o takim posiłku większość ludzi reaguje odrazą. Zakaz jest niemal automatyczny, silniejszy od wielu nakazów religijnych i obyczajowych. Nawet w społeczeństwach, które nie zgadzają się niemal w żadnej innej kwestii, człowieka nie uznaje się za żywność.

Nie znaczy to, że kanibalizm jest zachowaniem „nieludzkim” w sensie biologicznym. Przeciwnie: ślady jego występowania odnajdujemy w głębokiej prehistorii, relacjach etnograficznych, kronikach wojennych i opisach katastrof. Powracał w różnych częściach świata, ale niemal zawsze jako praktyka wyjątkowa, ograniczona do określonych osób, okazji lub sytuacji. Pojawiał się — i znikał.

Dlaczego? Michał Misiak z Uniwersytetu Wrocławskiego i Petr Tureček z Uniwersytetu Karola w Pradze zaproponowali odpowiedź opartą na matematycznym rachunku zysków i strat. W opublikowanej w „PNAS” pracy pokazano, że kanibalizm może przynieść doraźną korzyść, lecz tylko w bardzo szczególnych warunkach. Gdy staje się zwyczajem i tworzy łańcuch ludzi jedzących wcześniejszych kanibali, koszty zakażeń zaczynają rosnąć szybciej niż korzyści.

Jak ujął to Misiak w materiale Uniwersytetu Wrocławskiego: „Tabu działa jak ewolucyjny bezpiecznik”.

Przeczytaj także:

Starszy niż nasz gatunek

Kanibalizm jest rozpowszechniony wśród zwierząt. Występuje u owadów, pajęczaków, ryb, płazów, gadów, ptaków i ssaków. Rodzic może zjadać część potomstwa, aby odzyskać energię i zwiększyć szanse pozostałych młodych; większe larwy pożerają mniejsze, gdy brakuje pokarmu; samica modliszki lub pająka może potraktować partnera jako wysokoenergetyczny prezent.

Biolodzy od dawna podkreślają jednak, że korzyściom towarzyszy niebezpieczeństwo przenoszenia pasożytów i chorób. Przegląd opisany w „Proceedings of the Royal Society B” pokazuje, że zakażenia podczas kanibalizmu notowano w wielu grupach zwierząt i w przypadku bardzo różnych patogenów — od wirusów i bakterii po mikrosporydia oraz priony. Nie zawsze prowadzi to do epidemii, ale to realny koszt takiej strategii.

W przypadku dawnych homininów pierwsza trudność dotyczy terminologii. W zoologicznym znaczeniu kanibalizm oznacza zjadanie przedstawiciela własnego gatunku. Jeśli jeden gatunek człowieka archaicznego jadł inny, mielibyśmy tzw. antropofagię (zjadanie mięsa innych ludzi), ale niekoniecznie kanibalizm sensu stricto. Z pojedynczej kości często nie potrafimy ustalić ani gatunku ofiary, ani sprawcy.

Dobrym przykładem jest kość piszczelowa licząca około 1,45 miliona lat z Koobi Fora w Kenii. Badacze rozpoznali na niej 9 nacięć wykonanych najprawdopodobniej kamiennym narzędziem. Ich układ odpowiada odcinaniu mięśnia łydki, dlatego kość może być najstarszym śladem ćwiartowania ciała hominina. Nie wiemy jednak, kto posługiwał się narzędziem, czy sprawca i ofiara należeli do tego samego gatunku, ani czy odcięte mięso zostało zjedzone. Autorzy mówią więc o możliwej antropofagii, a nie o zamkniętej sprawie kryminalnej sprzed 1,5 miliona lat.

Znacznie mocniejsze dowody pochodzą z warstwy TD6 jaskini Gran Dolina w hiszpańskiej Atapuerce. Około 850 tys. lat temu ciała przedstawicieli Homo antecessor, w tym dzieci, zostały potraktowane podobnie jak tusze jeleni. Na kościach są ślady cięcia, łamania świeżych kości, uderzeń służących do dostania się do szpiku oraz ludzkich zębów. Szczątki ludzi i zwierząt porzucono w podobny sposób. Badacze interpretują to jako powtarzające się wykorzystywanie ludzi w charakterze pożywienia, być może połączone z przemocą między grupami.

Ślady kanibalizmu znamy również ze stanowisk neandertalskich, m.in. z Moula-Guercy i Les Pradelles we Francji, El Sidrón w Hiszpanii oraz Goyet w Belgii. Nie oznacza to, że „neandertalczycy byli kanibalami” jako cała populacja. Znaczy to jedynie, że niektóre grupy w określonych okolicznościach rozcinały, rozbijały i prawdopodobnie spożywały ciała innych neandertalczyków. Na innych stanowiskach zmarłych grzebano albo pozostawiano w sposób, który nie wskazywał na konsumpcję.

Nacięcie na ludzkiej kości nie jest automatycznie dowodem posiłku. Ciało można rozczłonkować podczas pochówku, oczyszczania szkieletu, balsamowania, wykonywania relikwii lub trofeów. Kości mogą łamać spadające skały, drapieżniki i procesy zachodzące już po zasypaniu stanowiska. Dlatego archeolodzy szukają całego zestawu poszlak: śladów zdejmowania mięśni, identycznego sposobu obróbki kości ludzkich i zwierzęcych, rozbijania kości długich w celu wydobycia szpiku, otwierania czaszki, opalenia, gotowania oraz odcisków ludzkich zębów. Ważne są również miejsce znalezienia szczątków, dostępność innego pokarmu i to, czy podobne ślady występują u wielu osób.

Takim przypadkiem są szczątki odkryte w Gough's Cave w angielskim Somerset. Około 14,7 tys. lat temu ludzkie ciała starannie pozbawiono mięśni, rozczłonkowano i obgryziono, a z części czaszek wykonano naczynia. Na jednej z kości przedramienia wyryto zygzakowaty wzór, przy czym grawerunek powstał w trakcie wieloetapowej obróbki ciała. To nie była paniczna potrzeba zaspokojenia głodu, a praktyka pogrzebowa, w której każdy element miał znaczenie.

Kanibale najczęściej mieszkali za horyzontem

Zapis historyczny jest jeszcze bardziej zdradliwy niż materiał kostny. Już Herodot w V wieku p.n.e. opisywał ludy, które miały zjadać nieprzyjaciół albo ciała zmarłych krewnych. Jego opowieści o Androfagach, Issedonach czy Kallatiach są ważnym źródłem do badania greckiego sposobu myślenia o obcych, lecz nie stanowią potwierdzenia takich uczt.

Współczesne analizy pokazują, że kanibalizm pełnił w „Dziejach” Herodota także funkcję literacką: pozwalał zestawiać zwyczaje i pytać, czy to, co dla jednego społeczeństwa jest obrzydliwe, dla innego może być obowiązkiem.

Sama nazwa „kanibal” wywodzi się od hiszpańskiego Caníbales, określenia łączonego z mieszkańcami Karaibów. W epoce kolonialnej oskarżenie o ludożerstwo stało się poręcznym sposobem przedstawiania obcych jako dzikich i niezdolnych do samodzielnego stanowienia o sobie. Nie oznacza to, że wszystkie relacje były zmyślone, ale każdą należy analizować osobno.

Dobrym ostrzeżeniem jest obraz Azteków. Ofiary ludzkie w ich imperium są dobrze udokumentowane, ale nie wynika z tego automatycznie masowe spożywanie ofiar. Najnowsza analiza źródeł archeologicznych nie wykazała przekonujących dowodów, że kanibalizm był powszechną praktyką całego imperium. Pewne lokalne przypadki, m.in. w Zultepec, pozostają możliwe, natomiast popularna opowieść o państwie uzupełniającym w ten sposób niedobory białka okazuje się słabo podparta.

Europejczycy, zarzucający mieszkańcom innych kontynentów ludożerstwo, sami przez stulecia używali szczątków ludzkich jako lekarstw. Szczyt popularności „medycyny trupiej” przypadł na XVI i XVII w. W aptekach sprzedawano sproszkowane mumie i ludzkie czaszki; krew miała pomagać przy padaczce, a tłuszcz przy ranach i bólach. Preparaty przyjmowali przedstawiciele elit, duchowni i wykształceni lekarze. Europejczyk konsumujący proszek z ludzkiej kości nie uważał się jednak za kanibala — traktował substancję jako medykament. Granica między żywnością a lekarstwem okazała się moralnie wygodniejsza niż granica między ciałem zwierzęcia a ciałem człowieka.

Menu ostateczności

Najlepiej udokumentowane nowożytne przypadki kanibalizmu żywieniowego pojawiają się nie w dostatnich społeczeństwach, lecz tam, gdzie znikało wszystko inne. Podczas „czasu głodu” w angielskiej kolonii Jamestown w Ameryce zimą 1609-1610 zmarło około 80% osadników. Na czaszce i kości piszczelowej mniej więcej 14-letniej dziewczyny, nazwanej przez archeologów Jane, znaleziono ślady nieporadnego rozcinania twarzy i otwierania czaszki. Analiza dokonana przez Smithsonian Institution potwierdziła, że jej ciało wykorzystano po śmierci jako pożywienie.

Podobny mechanizm widać w losach brytyjskiej ekspedycji Johna Franklina, która w 1845 roku wyruszyła szukać Przejścia Północno-Zachodniego. Relacje Inuitów o kanibalizmie przez dziesięciolecia podważano, lecz na odnalezionych kościach członków wyprawy zidentyfikowano nacięcia, rozbijanie kości oraz charakterystyczne wygładzenie ich końców powstające podczas gotowania w naczyniu. To ślady krańcowej fazy głodu, gdy po odcięciu mięśni wydobywa się szpik i tłuszcz kostny.

Do konsumpcji zmarłych doszło także wśród części uczestników wyprawy Donnera uwięzionych zimą 1846-1847 w górach Sierra Nevada. Najsłynniejszym współczesnym przykładem pozostaje jednak katastrofa urugwajskiego samolotu w Andach w 1972 roku. Rozbitkowie, pozbawieni roślin i zwierząt, zdecydowali się jeść ciała osób, które zginęły w katastrofie i lawinie. 16 osób uratowano po 9 tygodniach. Nie było to społeczne przyzwolenie na kanibalizm, lecz wyjątek uzasadniony koniecznością. Właśnie takie wyjątki przewiduje model Misiaka i Turečka.

Czy jakakolwiek kultura robi to jeszcze dzisiaj?

Nie ma współczesnego społeczeństwa, które regularnie praktykowałoby kanibalizm do dzisiaj. Sensacyjne opowieści o „ostatnich kanibalach” są często przestarzałe, oparte na pogłoskach albo odgrywane dla ekip telewizyjnych i turystów.

Wari' z zachodniej Brazylii do lat 60. XX wieku praktykowali kanibalizm pogrzebowy. Nie chodziło o głód. Ciało zmarłego spożywali powinowaci, podczas gdy jego najbliżsi krewni pogrążali się w żałobie. Zniszczenie zwłok miało pomóc bliskim przyjąć śmierć i zerwać bolesną więź z widzialnym ciałem. Antropolożka Beth Conklin opisała ten zwyczaj na podstawie rozmów ze starszymi Wari', którzy brali udział w takich pogrzebach. Od lat 60. zmarli są grzebani.

Jeszcze bardziej znanym przypadkiem są Fore z Papui-Nowej Gwinei. Ich rytuały pogrzebowe, podczas których krewni spożywali ciała zmarłych, zanikły pod koniec lat 50. i około 1960 roku. Wśród części społeczności Janomamów do dziś opisywane są natomiast ceremonie, podczas których po rozkładzie ciała kości są kremowane, mielone, a niewielką ilość popiołu dodaje się do napoju lub potrawy. Można to nazwać symbolicznym endokanibalizmem, ale nie jest to jedzenie ludzkiego mięsa ani strategia żywieniowa. Praktyka służy domknięciu żałoby i losu zmarłego.

Korowai z indonezyjskiej części Nowej Gwinei regularnie trafiają natomiast do dokumentów jako rzekomo czynni kanibale. Antropolodzy badający ich społeczność ostrzegają, że medialne inscenizacje mówią więcej o oczekiwaniach widowni i ekonomii turystycznej niż o codziennym życiu Korowai. Współcześnie można więc znaleźć pojedyncze akty przestępcze, epizody wojenne oraz symboliczny kontakt ze spalonymi szczątkami. Nie znamy jednak kultury, która utrzymywałaby regularną konsumpcję ludzkiego mięsa jako działający system.

Prawda czy fałsz?

Kanibalizm praktykuje się do dzisiaj.

Sprawdziliśmy

Fałsz. Nie znamy żadnej społeczności, w której jedzenie ludzkiego mięsa byłoby akceptowanym sposobem pożywienia. Sensacyjne opowieści o "ostatnich plemionach kanibali" opierają się na pogłoskach lub przedstawieniach dla turystów.

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Jak kaloryczny jest człowiek?

W 2017 roku archeolog James Cole podjął pytanie brzmiące jak pomysł z makabrycznego teleturnieju: ile energii dostarcza ludzkie ciało? Wykorzystał opublikowane analizy składu czterech ciał dorosłych mężczyzn i oszacował zawartość tłuszczu oraz białka w poszczególnych tkankach. Wynik dla wszystkich potencjalnie jadalnych części wyniósł około 125 800 kilokalorii (kcal). To jednak teoretyczne maksimum obejmujące nie tylko mięśnie, lecz także narządy, skórę, tłuszcz i szpik.

Same mięśnie przeciętnego ciała dostarczają około 32 400 kcal. Mięśnie jelenia to mniej więcej 163 tys., tura niemal milion, a mamuta około 3,6 miliona kcal. Człowiek nie jest niezwykle chudy ani pozbawiony wartości odżywczych — daje mniej więcej tyle energii, ile należałoby oczekiwać po zwierzęciu o podobnej masie. Przegrywa jednak z dużymi roślinożercami, które były dostępne paleolitycznym łowcom.

Do kalorii trzeba dodać koszty ich pozyskania. Jeleń potrafi uciekać, a tur walczyć, ale tylko człowiek zastawi pułapkę, wezwie pomoc i zapamięta napastnika. Polowanie na ludzi oznacza również ryzyko odwetu całej grupy. Zabicie członka własnej społeczności usuwa osobę, która mogła zbierać żywność, polować, opiekować się dziećmi i przekazywać wiedzę. Człowiek długo dorasta i wolno się rozmnaża, więc populacja nie może uzupełniać takich strat w tempie porównywalnym z wieloma typowymi zwierzętami łownymi.

Najkorzystniejszy bilans miałoby zatem wykorzystanie ciała osoby, która już zmarła. Koszt polowania spada wtedy niemal do zera. To pomaga wyjaśnić, dlaczego kanibalizm pogrzebowy i kanibalizm katastroficzny są lepiej udokumentowane niż społeczności polujące na ludzi wyłącznie dla mięsa. Jeśli człowieka zabijano podczas wojny, późniejsze zjedzenie jego ciała mogło być dodatkowym elementem triumfu, nie przyczyną wyprawy.

W całkowicie zamkniętej populacji kanibalizm nie może zresztą stanowić podstawy wyżywienia z najprostszego powodu: grupa zjadałaby własny „kapitał”. Każdy dorosły człowiek zużył wcześniej wielokrotnie więcej energii, niż jego ciało może zwrócić. Hodowanie ludzi na mięso byłoby więc biologicznym odpowiednikiem ogrzewania domu przez spalanie jego ścian.

Człowiek jako równanie

Misiak i Tureček nie odtwarzali dawnych uczt ani nie analizowali kolejnych kości. Zrobili coś innego: potraktowali kanibalizm tak, jak ekonomista traktuje wyjątkowo ponury interes. Po jednej stronie zapisali zysk w postaci kalorii, po drugiej — wysiłek potrzebny do zdobycia i przygotowania ciała oraz ryzyko choroby. Co wyszło?

Tu warto się zatrzymać. Według wcześniejszych obliczeń Jamesa Cole'a ludzkie mięśnie dostarczają około 32 tysięcy kcal. To mniej więcej 65 porcji po 500 kcal. Tyle że wartość jedzenia zależy od sytuacji. Dla człowieka umierającego z głodu pierwsza porcja może oznaczać ratunek. Dla kogoś najedzonego kolejne kalorie nie mają już takiego znaczenia. Model bierze więc pod uwagę nie tylko to, ile energii zawiera ciało, lecz także to, jak bardzo konsument tej energii potrzebuje.

Badacze porównali dwa skrajne scenariusze. W pierwszym, ciało trzeba zdobyć podczas niebezpiecznego polowania, a mięso zostaje zjedzone bez obróbki zmniejszającej liczbę patogenów. W takim wariancie kanibalizm zaczynał się „opłacać” dopiero przy skrajnym głodzie — gdy inne pożywienie dostarczało mniej niż 643 kcal dziennie.

W drugim scenariuszu wszystko układało się dla potencjalnego kanibala wyjątkowo korzystnie: ciało było już dostępne, nie trzeba było nikogo ścigać ani zabijać, a mięso poddano obróbce cieplnej. Wtedy bilans wyglądał znacznie lepiej. Nie oznacza to jednak, że autorzy odkryli opłacalną dietę dla sytych ludzi. To celowo wyidealizowany wariant, pokazujący, jak bardzo wynik zależy od okoliczności. Podane liczby nie są uniwersalną granicą, po której człowiek zaczyna rozglądać się za sąsiadem z wyciągniętym widelcem.

Najciekawszy element modelu dotyczy „łańcucha kanibalizmu”. Wyobraźmy sobie osobę, która nigdy nie jadła ludzkiego mięsa. Zjada ją ktoś drugi; jego ciało trafia później do trzeciej osoby, a następnie do kolejnej. Z każdym ogniwem mogą być przekazywane dalej patogeny zebrane wcześniej — trochę jak epidemia.

Gotowanie mocno ogranicza liczbę bakterii, wirusów i pasożytów. W swoim korzystnym scenariuszu autorzy założyli nawet stukrotne zmniejszenie początkowego zagrożenia. Problem w tym, że nie wszystkie czynniki zakaźne dają się w ten sposób usunąć. Szczególnie odporne są priony. Dlatego nawet po obróbce cieplnej ryzyko rośnie, jeśli kanibale zaczynają zjadać wcześniejszych kanibali.

Wysiłek potrzebny do zdobycia pożywienia można rozłożyć na grupę. Ryzyka zakażenia już nie. Jedno ciało może nakarmić kilka osób, ale może też zarazić wszystkie naraz. Z obliczeń wyłania się więc dość jasny obraz: pojedynczy akt w sytuacji katastrofalnego głodu może komuś uratować życie. Regularny kanibalizm szybko zamienia się natomiast w nieopłacalny interes.

Prawda czy fałsz?

Człowiek jako pokarm jest bogatym źródłem energii.

Sprawdziliśmy

Fałsz. Człowiek nie jest szczególnie bogatym źródłem energii. Według obliczeń archeologa Jamesa Cole'a mięśnie dorosłego mężczyzny dostarczają około 32 tys. kcal, podczas gdy mięśnie jelenia mają ich około 163 tysięcy, a mamuta nawet 3,6 miliona.

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Patogen ma otwarte drzwi

Zwierzęcy patogen, który trafia do człowieka, często napotyka tzw. barierę gatunkową. Musi poradzić sobie z inną temperaturą ciała, receptorami, odpornością i fizjologią. Większość drobnoustrojów tego skoku nie wykonuje. Patogen pochodzący od człowieka trafia natomiast do organizmu zbudowanego według niemal identycznej instrukcji. Jak zauważył Misiak, ma „ułatwione zadanie”.

Nie oznacza to, że zjedzenie dowolnego ludzkiego mięsa automatycznie wywoła chorobę, a tym bardziej kuru (wywoływaną przez priony „śmiejącą się śmierć”). Kanibalizm nie tworzy prionów z niczego. Może jednak niezwykle skutecznie wzmocnić rzadkie zakażenie, jeśli zostanie spożyta osoba z chorobą prionową, zwłaszcza jej mózg lub inna tkanka układu nerwowego.

Priony są nieprawidłowo zwiniętymi białkami, które wymuszają zmianę kształtu kolejnych prawidłowych białek. Nie są bakteriami ani wirusami i nie mają materiału genetycznego. Zwykłe gotowanie ich nie unieszkodliwia. Według CDC procedury stosowane przy skażonych narzędziach medycznych wymagają m.in. silnych roztworów wodorotlenku sodu lub podchlorynu oraz sterylizacji parą pod ciśnieniem w temperaturze 121-134 st. Celsjusza. To warunki dalekie od przygotowywania posiłków.

Najbardziej przejmującym naturalnym eksperymentem była epidemia kuru wśród Fore. Ciała zmarłych krewnych spożywano podczas pogrzebu. W rytuałach częściej uczestniczyły kobiety i dzieci, które jadły również tkanki układu nerwowego, dlatego u nich choroba zbierała największe żniwo. Kuru powodowało zaburzenia równowagi, drżenie, utratę kontroli nad ciałem i nieuchronną śmierć.

Gdy praktyka ustała, liczba nowych zachorowań zaczęła spadać. Przypadki pojawiały się jednak jeszcze przez dziesięciolecia, ponieważ okres wylęgania kuru może trwać pół wieku. Wśród osób, które przetrwały silną ekspozycję, częściej występowały warianty genu PRNP zwiększające odporność na chorobę. Badacze odkryli, że część Fore miała wariant genu G127V, który zwiększał odporność na kuru. Osoby z tym wariantem częściej przeżywały epidemię i przekazywały go swoim dzieciom. Kanibalizm wpłynął więc nie tylko na historię Fore, ale także na geny tej społeczności.

Człowiek przy talerzu, a nie na talerzu

Człowiek okazuje się posiłkiem bardzo przeciętnym. Nie zawiera cudownej koncentracji energii, nie jest łatwą zdobyczą i może przenieść na konsumenta choroby. Jeśli trzeba go najpierw wychować, wykarmić albo upolować, rachunek staje się wręcz absurdalny. Jeżeli ciało jest już dostępne, a dookoła nie ma niczego innego, kanibalizm może uratować życie — dlatego powraca w opowieściach z gór, lodowców i oblężonych osad. Wyjątek potwierdza jednak regułę: opłaca się tylko wtedy, gdy zawalił się cały normalny świat.

Największy koszt nie jest zresztą zapisany w kaloriach. Człowiek to nie tylko kilkadziesiąt kilogramów tkanek, lecz także pamięć, umiejętności, zobowiązania i relacje. Społeczność żyje dzięki temu, że jej członkowie potrafią zasnąć obok siebie bez obawy, iż głodny sąsiad uzna ich za zapas żywności. Tabu kanibalizmu chroni więc nie tylko ciało przed zjedzeniem. Chroni samą możliwość współpracy.

Być może dlatego zakaz jest tak silny. Natura podpowiada, że ten pokarm niesie wyjątkowe ryzyko. Kultura dodaje, że osoba nigdy nie powinna stać się rzeczą. Obie dochodzą do tego samego wniosku — ludzie są dla siebie znacznie więcej warci żywi niż podani na talerzu.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Marcin Powęska
Marcin Powęska

Biolog, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Publikował w portalu Interia, Chip, Focus, a także papierowych wydaniach magazynów "Focus", "Wiedza i Życie" i "Świat Wiedzy". Obecnie dziennikarz serwisu Cowzdrowiu.pl.

Komentarze