Człowiek na talerzu? To się nie opłaca!
Kanibalizm bywał w historii ludzkości ostatnią deską ratunku, rytuałem pogrzebowym i narzędziem terroru. Jako sposób zdobywania pożywienia nie ma sensu. A jeśli mimo wszystko człowiek trafi na stół, może przekazać konsumentowi patogeny doskonale przystosowane do jego organizmu.
Gdyby o tym, co jemy, decydowała wyłącznie chemia, ludzkie mięso byłoby po prostu kolejnym źródłem białka i tłuszczu. Nasze enzymy poradziłyby sobie z nim tak samo, jak z wieprzowiną czy dziczyzną. A jednak na samą myśl o takim posiłku większość ludzi reaguje odrazą. Zakaz jest niemal automatyczny, silniejszy od wielu nakazów religijnych i obyczajowych. Nawet w społeczeństwach, które nie zgadzają się niemal w żadnej innej kwestii, człowieka nie uznaje się za żywność.
Nie znaczy to, że kanibalizm jest zachowaniem „nieludzkim” w sensie biologicznym. Przeciwnie: ślady jego występowania odnajdujemy w głębokiej prehistorii, relacjach etnograficznych, kronikach wojennych i opisach katastrof. Powracał w różnych częściach świata, ale niemal zawsze jako praktyka wyjątkowa, ograniczona do określonych osób, okazji lub sytuacji. Pojawiał się — i znikał.
Dlaczego? Michał Misiak z Uniwersytetu Wrocławskiego i Petr Tureček z Uniwersytetu Karola w Pradze zaproponowali odpowiedź opartą na matematycznym rachunku zysków i strat. W opublikowanej w „PNAS” pracy pokazano, że kanibalizm może przynieść doraźną korzyść, lecz tylko w bardzo szczególnych warunkach. Gdy staje się zwyczajem i tworzy łańcuch ludzi jedzących wcześniejszych kanibali, koszty zakażeń zaczynają rosnąć szybciej niż korzyści.

Komentarze