11 maja 2020

Czy można powtórnie zarazić się koronawirusem? Czy testów jest za dużo, czy za mało? Wyjaśniamy

Co z tą odpornością zbiorowiskową? Dlaczego testy na przeciwciała nie zawsze są wiarygodne? I czy można za dużo testować? Próbujemy odpowiedzieć na te pytania, ze stałym zastrzeżeniem – na pełne wyjaśnienie wielu z tych wątpliwości jest wciąż za wcześnie

Czy można się zarazić drugi raz? A jeśli zdobywa się odporność na koronawirusa, to na jak długo?

Niestety odpowiedź na to pytanie, podobnie jak na bardzo wiele innych pytań związanych z pandemią, brzmi – jeszcze nie wiemy.

W wielu krajach spada już odsetek osób zakażonych, kończy się epoka ścisłego zamrożenia kontaktów między ludźmi i powoli zaczyna faza II walki z epidemią. W tej drugiej fazie bardzo ważne jest, żeby szybko wykrywać i izolować nosicieli wirusa, a także – żeby wiedzieć, czy ktoś jest już na SARS-CoV-2 uodporniony.

Ale na razie badania nad nowym i niemiłym dla ludzi gościem na planecie Ziemia są jeszcze we wstępnej fazie, co powoduje, że dostajemy wciąż rozbieżne informacje na temat tego, ile z nas się zaraziło i co z tego będziemy mieli.

Na przykład na pytanie, ile osób zaraziło się koronawirusem podczas pierwszego ataku pandemii, mamy odpowiedzi takie:

  • według sondażu przeprowadzonego w Austrii na początku kwietnia tylko poniżej 1 proc. Austriaków miało objawy ostrej infekcji SARS-CoV-2 (no ale to był tylko sondaż, a poza tym w ten sposób nie wykryje się nosicieli bezobjawowych, no i lockdown ograniczył rozprzestrzenianie się wirusa, próbujmy dalej);
  • kiedy w Lombardii przebadano krew członków stowarzyszenia dawców krwi z miejscowości Castiglione d'Adda, okazało się, że na 60 osób 40 miało przeciwciała na koronawirusa, czyli prawie 70 proc. Żaden z nich nie miał w przeszłości objawów COVID-19; (Na razie to mała próbka, ale na początku maja rozpoczęły się badania całej populacji Castiglione d'Adda, zobaczymy, co się okaże);
  • na statku wycieczkowym „Diamond Princess", idealnym doświadczalnym poligonie, z którego długo nie ewakuowano zakażonych pasażerów, zaraziło się 19 proc. pasażerów i załogi (z czego 18 proc. nie miało objawów);
  • ze 100 przebadanych piłkarzy polskiej ekstraklasy przeciwciała znaleziono u 18, czyli dokładnie u 18 proc. (tak, wiem, znowu mała próbka, ale przynajmniej coś z Polski);
  • Badania populacji Nowego Jorku również przyniosły podobny odsetek zakażonych – 20 proc.

Odsetek zakażonych po pierwszej wielkiej fali epidemii, na który najczęściej wskazują naukowcy na gruncie dotychczasowych badań, oscyluje właśnie wokół 20 proc. Oznacza to jedno – nie będzie łatwo uzyskać mityczną „odporność zbiorowiskową", która miałaby nas chronić przed koronawirusem.

Żeby ona zaistniała, ponad 70 proc. ludzi powinno być odpornych na zakażenie. Część populacji może też być odporna na SARS-CoV-2 i nigdy nie ulegnie zakażeniu, ale ile jest takich osób, również nie wiemy. Wiemy tylko, że prawie wszyscy, którzy przeszli zakażenie, mają przeciwciała, ale to też nie jest równoznaczne z całkowitą odpornością.

To jeszcze nie koniec kłopotów – nie wiemy jeszcze i przez jakiś czas się nie dowiemy, czy zakażenie koronawirusem rzeczywiście daje długotrwałą odporność. Jak tłumaczy wybitny amerykański epidemiolog Marc Lipsitch, poprzednie przygody ludzkości z koronawirusami – tymi łagodnymi, które powodują zwykłe przeziębienie – nie dają takiej gwarancji.

Podczas dwóch badań przeprowadzonych jeszcze XX w. zarażono tymi wirusami jeszcze raz ochotników, którzy już przeziębienie przeszli. W jednym badaniu ochrona przed ponownym zakażeniem okazała się częściowa, uczestnicy drugiego przechodzili kolejną infekcję słabiej.

Nikt oczywiście nie przeprowadził podobnych badań nad o wiele groźniejszymi koronawirusami SARS i MERS; wiemy tylko, że w przypadku pierwszych przeciwciała utrzymują się we krwi przez około dwa lata, a drugiego trzy lata, ale ich poziom spada.

Marc Lipsitch zakłada więc, że ci z nas, którzy przejdą zakażenie, będą mieli odporność co najmniej przez rok, a z czasem będzie ona spadać. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko hipoteza, choć wysunięta przez poważnego eksperta. Światowa Organizacja Zdrowia przypomina zaś, że nie ma naukowego dowodu na to, że taka odporność istnieje.

A co z wynikami badań z Korei Południowej, gdzie u części pacjentów stwierdzono „ponowną" infekcję? Na początku maja takich ozdrowieńców, którzy po ustąpieniu objawów mieli negatywny wynik testu, a potem znów pozytywny, było aż 350.

Mediom ta sensacyjna potencjalnie wiadomość się spodobała, ale naukowcy są sceptyczni: Seol Dai-wu, specjalista od szczepionek z seulskiego uniwersytetu Chung-Ang tłumaczy, że testy RT-PCR, które analizują materiał genetyczny wirusa, mogły wykryć nieaktywne już wirusy.

Czy testy serologiczne są wiarygodne?

Testy serologiczne, czyli badanie obecności przeciwciał we krwi, pozwalają wykryć, czy dana osoba przechodzi infekcję, albo czy przeszła ją jakiś czas temu. Tych testów, tańszych i szybszych niż genetyczny RT-PCR używa się często przy badaniach przesiewowych większych grup – wtedy tylko tym osobom, które miały dodatni wynik, robi się test genetyczny.

Przede wszystkim jednak wiele krajów przed poluzowaniem restrykcji w kontaktach międzyludzkich, albo równolegle z nimi, rozpoczęło masowe badania przeciwciał, żeby wyodrębnić tą część populacji, która nie jest już najbardziej narażona na zakażenie.

Jako pierwsze w Europie szeroki program wykrywania przeciwciał na koronawirusa rozpoczęły pod koniec kwietnia Niemcy.

W czterech landach, które miały najwięcej przypadków SARS-CoV-2 na głowę, badanie obejmie krwiodawców, oprócz tego trwa randomizowane badanie w całym kraju. Jak tłumaczyła agencji AFP dr Ulrike Leimer-Lipke, trzeba poczekać co najmniej 4 tygodnie od ustąpienia objawów, żeby we krwi pojawiły się przeciwciała IgG, sygnalizujące przejście infekcji. Wcześniej, podczas jej trwania, występują inne swoiste przeciwciała – IgM.

Wielka Brytania chce przetestować aż 300 tys. osób – każdy uczestnik brytyjskiego badania będzie sam pobierał sobie wymaz i wypełniał kwestionariusz na temat swoich objawów albo ich braku. Takie szerokie badanie zaplanowali również Czesi – chcą przebadać 27 tys. osób.

W Stanach Zjednoczonych już w kwietniu swoje własne testy na przeciwciała zaczęły przeprowadzać firmy, żeby móc utrzymać produkcję/pracę biurową w oparciu o osoby już „bezpieczne". Problem w tym, że masowo sprowadzane głównie z Chin testy mają niską wiarygodność i przedstawiciele władz sanitarnych oraz eksperci krytykowali amerykański rząd za wydanie zgody na używanie takich testów zbyt szybko i bez odpowiednich analiz.

Agencja Żywności i Leków zezwoliła na ich sprzedaż 90 firmom, które nie przeszły federalnego procesu walidacji, ale potem ostrzegła, że część ich produktów jest niewiele warta.

Jak tłumaczył OKO.press prof. Krzysztof Łukaszuk z gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, generalnie paskowe lub kasetowe testy na przeciwciała mają bardzo niską wiarygodność ze względu na wrażliwość na temperaturę. Przechowywane w niewłaściwy sposób dają fałszywe wyniki – nawet w 70 proc.

Z tej przyczyny Światowa Organizacja Zdrowia jest ostrożna, jeśli chodzi o stosowanie szybkich testów serologicznych. Obecnie rekomenduje je tylko do użycia w celach badawczych.

Jest też niechętna tzw. „paszportom" immunologicznym, które dokumentowałyby, że dana osoba jest odporna na SARS-CoV-2. Takie paszporty zapowiedziało już Chile, rozważa je Wielka Brytania.

Informacje o przejściu zakażenia byłyby zakodowane w cyfrowym certyfikacie, który chroniłby prywatność właściciela. Ale pozwalałby „legitymować się" np. przy wejściu do zakładu pracy.

Być może niedługo WHO zmieni zdanie, bo dochodzą informacje o stworzeniu w laboratoriach testów serologicznych na przeciwciała SARS-CoV-2, które będą miały bardzo dużą wiarygodność. Tak twierdzi m.in. szwajcarski gigant farmaceutyczny Roche i szkocki Quotient, który zapewnia, że ich testy dają właściwy wynik w 99,8 proc.

Podobną wiarygodność ma mieć test stworzony przez prof. Floriana Krammera z nowojorskiej kliniki uniwersyteckiej szpitala Mount Sinai.

Najprawdopodobniej więc wiele z nas w krajach rozwiniętych, a może większość – jeśli prace nad szczepionką będą się przedłużały, czeka test na przeciwciała SARS-CoV-2. Jego wynik może zdziwić i tych, którzy są przekonani, że już zakażenie koronawirusem przechodzili, ale także tych, którzy nigdy nie zauważyli u siebie żadnych symptomów choroby.

Czy robimy w Polsce (i na świecie) za mało testów?

To w naszym kraju, i nie tylko w naszym, polityczne pytanie. W podtekście jest bowiem – rząd nie robi wystarczająco dużo, żeby zwalczyć infekcję.

Dlatego w prorządowej narracji pojawia się często argument, że przecież Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, aby odsetek osób pozytywnych wśród przetestowanych nie był większy niż 10 proc., a w Polsce jest on wciąż o wiele niższy. Miałoby to oznaczać, że robimy testów tyle, ile trzeba, a zwiększenie ich liczby byłoby marnowaniem pieniędzy i zasobów.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski mówił w „Rozmowie Piaseckiego" w TVN24:

„Ilość odsetkowa wykrytych zakażeń nam spada, co oznacza, że coraz mniej osób chodzi z niewykrytym COVID-em, bo mieliśmy 5 proc., a teraz mamy ok. 3,5 proc. dodatnich testów. Gdybyśmy mieli dramatyczną liczbę przypadków bezobjawowych, odsetek dodatnich testów by rósł. U nas jest to być może 20-30 tys. Także wskaźnik R pokazuje, że szybko wyłapujemy osoby chore. Naprawdę ta pula wirusa nie jest w Polsce dramatycznie duża".

Analizujemy argumenty ministra po kolei. Wracamy oczywiście do testów RT-PCR, które wykrywają trwające zakażenie. Słynny apel sekretarza generalnego WHO Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa, żeby jak najwięcej testować, rzeczywiście odnosił się przede wszystkim do krajów, które mają dużo przypadków, a za mało testują.

Im więcej wykryje się zakażonych i odizoluje ich, a osoby, z którymi mieli kontakt, podda kwarantannie, tym mocniej przyhamuje się rozprzestrzenianie wirusa. Stąd wezwanie, żeby odsetek przypadków pozytywnych wyniósł przynajmniej 10 proc.

W krajach o dużej ilości przypadków nie jest to łatwe – nawet w Niemczech, które wykonały już 32,8 tys. testów na milion mieszkańców, czyli prawie trzy razy więcej niż Polska (12,1 tys.), wykrywalność wynosiła 8 proc.

Amerykanie policzyli zaś, że powinni wykonywać co najmniej trzy razy więcej testów niż robią obecnie, co daje astronomiczną sumę ponad 900 tys. testów dziennie.

Analitycy z Państwowego Zakładu Higieny i z Uniwersytetu Warszawskiego postanowili zbadać, w jaki sposób od liczby testów zależy skuteczność wykrywania zakażonych. Piszą tak: „Pierwsze dni po zwiększeniu liczby testów powodują przejściowo szybszy wzrost liczby zdiagnozowanych (Rys. 2). W dłuższej perspektywie (ok. miesięcznej) zwiększona liczba testów powoduje już spadek w porównaniu z prognozą bez wdrożenia tego działania".

Widzimy więc, że po pierwsze – zwiększona ilość testów pomaga wykryć jak największą liczbę zakażonych, ale po pewnym czasie już coraz mniej niezdiagnozowanych przypadków temu radarowi unika. I tu jest moment, kiedy trzeba zastanowić się, kogo testować.

Wirusolog prof. Christian Drosten, jeden z głównych doradców Angeli Merkel w walce z epidemią, uważa, że przede wszystkim powinny to być osoby najbardziej narażone na zakażenie: personel szpitali i domów opieki, pacjenci w pierwszym tygodniu od pojawienia się symptomów.

To starają się robić mniej więcej wszystkie kraje, które radzą sobie z odpowiedzią na epidemię. Ale Drosten proponuje jeszcze coś: testy przesiewowe na populacji, które pozwolą wykryć, czy nie ma jakichś „przegapionych" albo dopiero powstających ognisk. Pomoże to również w ustalaniu aktualnego współczynnika reprodukcji wirusa, czyli średniej ilości osób, które zakaża jeden nosiciel. Współczynnik R pozwala na ustalenie, w jakiej fazie epidemii się znajdujemy.

OKO.press wielokrotnie podkreślało, że w Polsce robi się za mało testów, mimo że odsetek pozytywnych wyników jest niewielki. To dlatego, że naszym zdaniem – i zdaniem wielu ekspertów – bardziej systematyczne testowanie personelu służby zdrowia i domów opieki pozwoliłoby na powstrzymanie rozprzestrzeniania się tam zakażeń.

Jak pisaliśmy niedawno, fala infekcji w śląskich kopalniach, która jest teraz najpoważniejszym ogniskiem epidemii i grozi ponownym wzrostem krzywej zachorowań w skali całego kraju, rozpoczęła się zapewne albo w kopalnianych ambulatoriach albo w rodzinach, bo wiele jest np. małżeństw górników z pielęgniarkami.

Tej fali można by uniknąć, gdyby lekarze, pielęgniarki, salowe i inny personel podlegał regularnym testom. A niestety ministerstwo zdrowia wciąż ogranicza możliwości testowania, nie pozwalając praktycznie na profilaktyczne testy w placówkach służby zdrowia z wyjątkiem oddziałów zakaźnych i szpitali jednoimiennych – bo do testów kwalifikowani są tylko ci, co mają symptomy lub mieli kontakt z osobą zakażoną.

Także pomysł prof. Drostena z przesiewowym task force jest do wdrożenia. Polska jednak wciąż ma tyle problemów z koordynacją pomiędzy rozsianymi po kraju laboratoriami, niewydolnością służb sanitarnych i ograniczaniem możliwości testowania przez decydentów, że wciąż nie osiągnęliśmy naszego dziennego pułapu możliwości, według ministerstwa zdrowia obecnie wynoszącego 25 tys. testów na dobę.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne