Wybory do Parlamentu Europejskiego wzmocniły podział sceny politycznej na dwa bloki. PiS czuje na plecach oddech Koalicji Europejskiej, ale demokraci nie wygrali. Na pięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi to moment, żeby siłom demokratycznym zadać poważne pytania o ich, a zatem i naszą przyszłość

Wszystkie ugrupowania i koalicje, które przekroczyły próg, ogłosiły zwycięstwo. Jednak zwycięzcą jest Prawo i Sprawiedliwość — przekroczył 40 proc. poparcia i ma sumarycznie najwięcej głosów i mandatów.

To pierwszy wniosek z wyborów. Drugi to podział sceny politycznej na pół: przewaga PiS nad Konfederacją jest prawie siedmiokrotna, a KE nad Wiosną – prawie pięciokrotna. Na wielkich graczy zagłosowało po 5-5,5 miliona osób, na mniejszych – po pół miliona. Wynik całej Wiosny albo całej Konfederacji jest zbliżony do wyniku samej tylko Beaty Szydło.

Najprawdopodobniej PiS będzie dążył do unicestwienia Konfederacji, a Koalicja do wchłonięcia Wiosny Biedronia.

Prawo i Sprawiedliwość trzyma się mocno

Partia ogłosiła historyczne zwycięstwo i ma rację: po raz pierwszy w historii wygrała wybory europejskie. Ma prawie komplet następujących po sobie zwycięstw: prezydenckie (2015), parlamentarne (2015) i od dziś europejskie.

Samorządowe (2018) to był remis, jednak ze wskazaniem na PiS. W dodatku PiS teraz wyraźnie przekroczył 40 proc. głosów, ostatnio udało się to Platformie Obywatelskiej w 2007 roku (41 proc.).

Skąd ten wynik? Prawdopodobnie wpływ miało kilka czynników:

  • Wyborcy podziękowali PiS za poprawę sytuacji finansowej. Rządy PiS przyniosły nie tylko 500 plus, ale również podwyżkę godzinowej płacy minimalnej. Ostatnio zastrzyk gotówki (i obietnicę dalszego wsparcia) dostali emeryci oraz niepełnosprawni (obietnicę bardzo mętną, ale jednak). Wyborcy partii widzą, że realnie poprawia ona ich codzienny byt. I nie chcą ryzykować utraty państwowego wsparcia.
  • PiS był wspierany przez  wielki aparat państwowo-propagandowy. TVP stało się sztabem wyborczym PiS, o czym pisaliśmy m.in. na podstawie monitoringu „Wiadomości” przez Towarzystwo Dziennikarskie. Kampanię PiS prowadził na granicy prawa: w urzędach gmin, urzędach miast, starostwach powiatowych, o czym również pisaliśmy.
  • Spory o kwestie obyczajowe i kulturowe mobilizują nie tylko wyborców liberalnych, ale też konserwatywnych. Występując w obronie „Matki Boskiej Częstochowskiej” czy dzieci (przed rzekomymi zakusami gejów i lesbijek), PiS zmobilizował osoby przestraszone przemianami kulturowymi. Być może to samo stało się w przypadku filmu braci Sekielskich: postawił na nogi osoby głęboko przywiązane do Kościoła.
  • Nie zaszkodziła PiS-owi żadna z afer: ani wieże na Srebrnej, ani wysokie pensje w NBP, ani działki Morawieckiego kupowane od Kościoła. Być może nie dotarły do wyborców PiS, bo informowały o nich głównie opozycyjne media, a może właśnie zmobilizowały wyborców w obronie „swoich”. Podobnie zresztą może być ze skandalem z pedofilią w Kościele. Choć trudno wykluczyć i taką interpretację, że bez niego wynik Koalicji mógłby być gorszy.

Na pięć miesięcy przed wyborami to moment, żeby siłom demokratycznym zadać poważne pytania o ich, a zatem i naszą przyszłość. Nie można liczyć na to, że po ciągu zwycięstw PiS po prostu się wypali i upadnie.

Koalicja Europejska: czy znajdzie nowy pomysł?

Czy obecna strategia Koalicji Europejskiej wystarczy, żeby wygrać jesienią? Dotąd polegała ona na gromadzeniu jak największej liczby środowisk wokół demokratycznego minimum. Grzegorz Schetyna natychmiast po ogłoszeniu wyników zapowiedział przyłączanie kolejnych środowisk.

Chodzi z pewnością o Wiosnę Roberta Biedronia. Presja na Biedronia, by dołączył do szerokiej Koalicji, będzie teraz ogromna.

Pytanie, czy dodanie kolejnego wagonika wystarczy, by zatrzymać PiS.

Co poza kalejdoskopową układanką nazwisk i nazw może zaoferować Koalicja? Jesienią opozycja nie będzie mogła już powtarzać haseł o „zjednoczeniu w różnorodności”, bo będą to hasła nieświeże i zgrane.

Przez większą część kampanii KE na scenie celebrowała swoją jedność, a na zapleczu przekonywała do niej swoich działaczy (o czym mówił nam Władysław Kosiniak-Kamysz). Po raz drugi to nie przejdzie.

Czy Koalicja znajdzie coś innego, czym przemówi do wyborców? Czy będzie to ochrona zdrowia lub edukacja? PiS pokazał w tych obszarach swoją nieudolność, a oba systemy przekraczają właśnie granicę swojej wydolności. Jednak partia rządząca zapewne wyciągnie jesienią kolejnego finansowego asa z państwowego rękawa.

Na programową słabość Koalicji wskazywał aluzyjnie w swoim głośnym przemówieniu z Uniwersytetu Warszawskiego Donald Tusk. Pisaliśmy o tym w tekście: „Tusk ostrzega przed antyeuropejską Grą o tron„.

Jednak być może to nie konkretne obietnice, ale nowe przywództwo mogłoby nadać napęd Koalicji. Grzegorz Schetyna jest autorem zjednoczenia – co jest jego osobistym wielkim sukcesem. Jest to jednak polityk niepopularny nawet we własnym elektoracie.

Ufa mu zaledwie 22 proc. badanych. Podobnie zresztą jak inni liderzy Koalicji – nie cieszą się oni ani popularnością, ani zaufaniem. Minimalnie, ale jednak lepsze wyniki mają Władysław Kosiniak-Kamysz i Barbara Nowacka (po 25 proc.) Być może czas na zmianę.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu wyborców głosowało na KE pomimo zastrzeżeń wobec tworzących je formacji. Wyborcy KE kalkulują, a nie kochają.

To wrażenie ma oparcie w sondażach: według sondażu IPSOS dla OKO.press aż 69 proc. badanych powiedziało, że zagłosowałoby na Koalicję, „bo w ten sposób głosuję przeciwko innym partiom, które są dla Polski niebezpieczne”. O połowę mniej uznało, że KE „ma dobry program i liderów, będzie dobrze rządzić” (39 proc.).

To wyborcy Koalicji byli bardziej zmobilizowani niż wielu jej kandydatów. W niektórych regionach trudno było dostrzec kampanię prowadzoną przez KE. To też wymaga przemyślenia i zmiany.

Biedroń: czy zrozumie swój wynik?

Poważna decyzja czeka Roberta Biedronia. Wynik nieco ponad 6 proc. można zinterpretować co najmniej na dwa sposoby.

Jest to sukces partyjnej debiutantki. Udało się Wiośnie wprowadzić troje europosłów i są to osoby o zdecydowanych, progresywnych poglądach. Partia, której pół roku temu nie było, weszła do gry. Zdobyła polityczny przyczółek.

Jednak Wiosna obiecywała sobie i polskiej polityce dużo więcej. Trudno winić Biedronia, że grał wysoko – być może za zachowawczość zapłaciłby gorszym wynikiem. Ale jego złośliwości pod adresem Grzegorza Schetyny (któremu obiecywał ministerstwo we własnym rządzie) tym bardziej rzucają się dziś w oczy.

Diagnoza Biedronia, że spora część społeczeństwa chce polityki odmłodzonej i opartej o wypowiadane wprost wartości, jest trafna. Być może jednak ta część jest mniejsza niż zakładał? Może obietnice społeczne Wiosny (ochrona zdrowia, osoby z niepełnosprawnościami) nie brzmiały dostatecznie wiarygodnie? Może zabrakło jednej wyróżniającej propozycji? Wspierający Wiosnę Frans Timmermans sugerował, że mógłby to być program mieszkaniowy.

Niewątpliwie ostatecznie po stronie opozycyjnej przeważył strach przed PiS-em. A jesienią będzie on jeszcze większy. Nie można jednak wykluczyć, że część tych, którzy zagłosowali dziś na Wiosnę, zostaliby w domach, gdyby mieli wybór między Kaczyńskim a Schetyną.

Dlaczego, mimo podkreślanej na każdym kroku wiarygodności w sprawach dotyczących świeckiego państwa, to nie Wiosna zyskała na kryzysie wokół Kościoła? To jedno z najważniejszych pytań, na jakie musi sobie odpowiedzieć ugrupowanie Biedronia. Wydawało się bowiem, że koniunktura polityczna nie mogłaby sprzyjać im bardziej.

Sukcesem Wiosny jest to, że Koalicja Europejska zaczęła w drugiej części kampanii czerpać z jej pomysłów i języka. Ten sukces był jednak dla Wiosny kosztowny – skoro hasła (dotyczące praw kobiet czy Kościoła, a nawet ochrony zdrowia) są podobne, to czemu nie zagłosować na większego?

Robert Biedroń pozostaje jednym z najpopularniejszych polskich polityków. Ta popularność nie przyniosła jednak oszałamiającego wyniku partii. Może lider to za mało?

Wiosna – dysponując dużo mniejszymi środkami niż Koalicja Europejska – prowadziła intensywną kampanię i w terenie, i w mediach społecznościowych. I przynajmniej w jednym aspekcie osiągnęła to, co obiecywała – dotarła do młodych (choć Konfederacja bardziej: 13 proc. oddało głosy na Wiosnę, a 18 proc. na Konfederację).

Razem: czy rozliczy się ze sobą?

Lewicowa koalicja, w której największym ugrupowaniem była partia Razem, poniosła w tych wyborach klęskę. Z każdymi kolejnymi wyborami wyniki Razem są coraz gorsze (Sejm, 2015: 3,62 proc.; samorządowe, 2018: 1,57 proc., w tych wyborach – 1, 23 proc.) i to mimo że partia się profesjonalizuje i zaczęła promować jednego lidera (Zandberga), co komentatorzy doradzali jej wcześniej.

Razem nie jest w stanie odnaleźć swojego miejsca w polskiej polityce, choć na Zachodzie ugrupowania o podobnych postulatach zdobywają poparcie powyżej kilkunastu procent.

Czy to tylko (aż?) efekt przesunięcia polskiej sceny politycznej na prawo? A może strategii i przywództwa?

Powtórzmy pytania, które zadaliśmy Adrianowi Zandbergowi i Dorocie Olko w przedwyborczym wywiadzie: Czy chcą być partią, która ma tylko rację, czy również poparcie? Kogo Razem reprezentuje? Czy dobrze adresuje swój przekaz? Czy wiedzą, dlaczego ludzie na nich nie głosują? Jak widzą swoją rolę w obozie demokratycznym?

Działacze Razem często rozliczają innych przywódców i ugrupowania, może czas na samych siebie?

Redaktorka, publicystka. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. Dumna z mazowiecko-podlaskich korzeni. W OKO.press pisze o mediach, polityce polskiej i zagranicznej oraz prawach kobiet.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym