– Czy przeżyła pani niedawno sytuację stresową? – lekarz patrzył mi w oczy. Trafiłam do szpitala przez nagłą utratę słuchu i ból brzucha. Całe życie coś mnie tam boli. Jak mam wytłumaczyć, że nerwy to dla mnie naturalny stan?
Z Kariną rozmawiałyśmy kilka godzin przez telefon, a potem wysyłała do mnie głosówki. Oto jedna z nich:
„Nie będę ukrywać, że cały czas, i to nie jest żadna kokieteria z mojej strony, nie mogę uwierzyć, że historia mojego życia jest twoim zdaniem warta opowiedzenia. Od momentu naszej pierwszej rozmowy, opędzam się od takiej myśli, że się wygłupiam, że będę ludziom dupę zawracać historią, która tak naprawdę nie jest ważna ani oryginalna. Jest masa kobiet, które przechodzą gorsze sytuacje”.
Tymczasem opowieść Kariny Zoremby wzruszyła mnie do łez, a ja rzadko płaczę. Nie jest to historia jednej choroby, ale próba odpowiedzi na pytania: czym jest ból w życiu kobiety? Co by było, gdyby spotkało nas w życiu więcej łagodności?
„Taka pani uroda” to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu?
Chcesz opowiedzieć swoją historię zdrowia i choroby? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
– Czy przeżyła pani niedawno sytuację stresową? – lekarz patrzył mi w oczy, a i tak czułam się niewidzialna. Czy na pewno wszystko zrozumiem?
– Ja? Stres? Nie, raczej nie… – spuściłam wzrok. Przecież trafiłam do szpitala przez nagłą utratę słuchu i ból brzucha. Całe życie coś mnie tam boli. Jak mu wytłumaczyć, że nerwy to dla mnie naturalny stan?
Śnieżnobiały kitel lekarza, jego zadbane dłonie. Na sekundę rozluźniłam ramiona, ale myśli zaraz popłynęły swoim rytmem. Ponoszę konsekwencje swoich decyzji. Jakże miałam powiedzieć temu miłemu doktorowi, i to po niemiecku, że człowiek nie powinien się skarżyć, tylko robić swoje? Ojciec powtarzał nam to za każdym razem, jak ludzi ratował, setki metrów pod ziemią. A zjechał tam pierwszy raz jako szesnastolatek. Czy jego ktoś pytał o stres?
Sama jestem sobie winna.
– Pani Zoremba, kiedy przyjechała pani do Niemiec? – zapytał lekarz.
– Trzy lata temu – przed oczami widziałam, jak pukam do drzwi w nocy, z walizkami i trójką dzieci, a mama wypluwa po śląsku: „Coś taka głupia była, nie mogłaś wcześniej od niego odejść?”.
– A jaka jest pani sytuacja domowa? – głos lekarza był kojący. W końcu opowiedziałam mu, co przeżyłam. Nie ukrywałam nawet tego, że nie mam kasy i modlę się, żeby tym razem miesiąc trwał trzy tygodnie.
Pokręcił głową i chwilę milczeliśmy.
– Pani Zoremba, jest pani pewna, że nie ma żadnego stresu? – uśmiechnął się do mnie smutno. I z tym pytaniem zostałam: może i wiele kobiet żyje z tym kamieniem na piersi, ale czy to jest normalne?
Mój początek był taki, jak wielu osób: byłam wpadką. Jednym ze słów, które najlepiej zapamiętałam z dzieciństwa to „szwanger”. Krążyło między kobietami niczym żądlący owad. Jak gadały w kuchni, mieszając śląski z niemieckim, żeby dzieci nie rozumiały, co chwilę wzdychały, bo znowu komuś przytrafiało się to nieszczęście. Szybko zrozumiałam, że szwanger oznacza ciążę.
– Gdyby nie ty, moje życie wyglądałoby inaczej – powtarzała mi mama. Pracowała jako tokarka, ojciec w kopalni i w tygodniu oddawali mnie do Omy, babci. Był płacz, bo nie chciałam do nich wracać. Dopiero w podstawówce zamieszkałam z nimi na stałe. Pokój z kuchnią, toaleta na korytarzu. Sypialni się nie ogrzewało i zasypiałam, trzęsąc się z zimna. Ale najgorsze było karanie. Byłam niegrzeczna? „Przyjdzie ojciec, to zobaczysz” – mówiła matka przez zęby i kazała mu bić mnie pasem. To była codzienność w większości domów. Ja też nie postrzegałam tego jako znęcanie, tylko wychowanie. Od czasu do czasu zasługiwałam na ból.
Ojciec przestał mnie bić, gdy weszłam w okres dojrzewania. Miałam trzynaście lat, gdy dostałam pierwszy okres. Po śląsku mówiło się: „cajt” – taki czas w miesiącu i tyle. Czasem używało się słowa „period”, ale to było tabu. Poszłam siku i w toalecie zobaczyłam krew. Jako mała dziewczynka często chorowałam na nerki i byłam przyzwyczajona, że po niektórych lekach sikam krwią.
– Znowu coś mam – pociągnęłam mamę za rękaw.
– To jest inna krew – spojrzała na pływające skrzepy. Dała mi watę. – Teraz będzie tak co miesiąc.
Czyli jak? Tego nie wytłumaczyła. Pomyliła się, bo mój cykl przychodził nieregularnie, czasem co trzy miesiące i zwalał mnie z nóg na cały tydzień. Miałam skurcze, które rozrywały mnie od kręgosłupa lędźwiowego w dół. Ale i tak musiałam iść do szkoły. Nieraz prawie mdlałam na lekcjach. Chowałam się wtedy w toalecie, kładłam na zimnej posadzce i zaciskałam ręce między udami. W domu nikomu o tym nie wspominałam. Po co?
Jak raz wrzuciłam brudną watę do pieca w kuchni, matka krzyknęła, żebym ją szybko wyjęła, zanim ojciec zobaczy. „Obrzydliwe” – wycedziła. Im była starsza, tym mniej panowała nad emocjami. Razem z młodszymi braćmi – była nas czworo – doprowadziliśmy ją do szału. Zrobiłam coś nie tak, to dostawałam w twarz. Tylko ja. Wystarczyło, że wzruszyłam ramionami, a to był mój jedyny akt buntu. Pyskować się bałam.
Najlepiej było mi u Omy, która wieczorem grzała pierzynę na piecu. Często przygotowywała mi napój z łusek kakaowych – „kakauszale”, a do tego grysik z masłem i cukrem, który chrzęścił w zębach. Czasem robiła też kogel mogel, który ubijała z piwem karmelowym. Była dumna, jak dobrze radziłam sobie w szkole, z tego, że pięknie mówiłam i pisałam po polsku. Tata upominał: skończ śpiywać i godej normalnie. Mama wracała z wywiadówek zaskoczona, że mam takie dobre oceny, ale mnie nie chwaliła. Oboje chcieli, żebym szybko nauczyła się zawodu.
Co innego mówiła Elza, siostra babci, która broniła mnie, gdy rodzice na mnie krzyczeli. Wypominała, że chyba zapomnieli, że oni też kiedyś byli dziećmi. Pracowała jako położna i nie była mężatką. Mieszkała w jednym pokoju, który pachniał krochmalem. Często spałam u niej i nogi grzałam na owiniętych ręcznikiem cegłach, które wcześniej wkładała do pieca.
– Pamiętaj, że jesteś mądra. Uwierz w siebie – powtarzała. Dała mi pieniądze na bilet do Katowic, gdy postanowiłam złożyć papiery do liceum plastycznego. Nie wiedziałam nic o sztuce, ale w bibliotece oglądałam albumy – impresjoniści mnie zachwycili. Spacerowałam po Mikulczycach, górniczej dzielnicy Zabrza i szkicowałam.
Elza z Omą ciągnęły mnie w górę, ale rodzice nie szanowali pracy, która nie była fizyczna. Nie dostałam się do plastyka i wylądowałam w zawodówce, specjalizacja mechanik maszyn budowlanych. Pierwsza praca tuż po osiemnastce, w biurze. Dla ojca to nie był powód do dumy. Potem w magazynie dźwigałam towary: luksusowe, które jechały dalej do Pewexu, dętki i opony, ryzy papieru. Kilka lat później zostałam sprzedawcą ubezpieczeń, ale wcześniej ciało sobie o mnie przypomniało.
Miałam 24 lat, gdy rozpoczął się mój pierwszy poród. Byłam półtora roku po ślubie z mężczyzną, którego matka pochodziła z Kresów. Był gorolem, Polakiem, co było dla mojej rodziny nieakceptowalne. Znowu ja – czarna owca.
– Pierworódka? To normalne, że boli – warknął lekarz, jak się poskarżyłam, że mam skurcze co pięć minut od trzynastu godzin. W nocy, w dyżurce ktoś oglądał film erotyczny, w salach obok kobiety krzyczały z bólu. W trakcie porodu trzeba było zrobić fest nacięcie, szyli mnie na żywca, ale krzywo. Kolejne lata odczuwałam w tym miejscu ból.
– Pani Zoremba, zabliźni się i będzie dobrze – skomentował lekarz na wizycie kontrolnej. Nawet Elzy nie prosiłam wtedy o pomoc. Chyba nie przychodziły mi do głowy żadne pytania. Syn był przecież zdrowy.
W kolejnej ciąży zgłosiłam się rodzić w ostatnim momencie. Chwyciłam się żeliwnego kaloryfera i parłam, stojąc w rozkroku. Za pierwszym razem kazali mi być cicho, tym razem się darłam. W ostatnim momencie lekarz kazał mi się położyć. „Na co pani czeka?” – zapytał, a ja wypchnęłam córkę na świat.
Pomiędzy porodami, miesiączki były mniej bolesne. Dwa, trzy lata luzu, ale potem znów łamało mnie w kręgosłupie, a podbrzusze eksplodowało. Nikt mi nie dawał taryfy ulgowej. Mąż był zajęty pracą, a ja wierzyłam w jedno: trzeba wstać i robić. Czasem wspominałam lekarzom co się ze mną dzieje, ale nikt nie potraktował tego poważnie.
Trzecia ciąża nie była planowana – już wtedy nasze małżeństwo wisiało na włosku. Miałam czterdzieści lat, problemy z ciśnieniem i przed porodem istniało zagrożenie rzucawką. Poprosiłam lekarza, żeby nie pozwolił mężowi być na sali porodowej. „Pani tu rządzi” – odpowiedział.
Najmłodsza córka miała niecały rok, kiedy spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i uciekłam od męża. Wtedy już się go bałam. Był nieprzewidywalny. W grudniu 2004 roku zamieszkałam z trójką dzieci w suterenie u rodziców w niemieckim miasteczku Heringen, nie mając żadnego planu na przyszłość. Na Śląsku żyliśmy w cieniu czarnych hałd, a tu z widokiem na kopalnię soli.
Dwóch nastolatków, którzy nie chcieli być w obcym kraju, małe dziecko, brak kasy i niewiele pomocy od rodziców. W wieku 41 lat zaczynałam życie na nowo. Dostałam mieszkanie socjalne, zrobiłam kurs języka dla imigrantów. Kilka lat później zdałam egzaminy i zostałam pielęgniarką geriatryczną. Ale cały czas czułam ciężar przeszłości. Boże, jakie ja kilogramy nosiłam, które cały czas ściągały mnie w dół – brat rzucił się pod pociąg dwa lata przed moim wyjazdem z Polski, dziadek popełnił samobójstwo, gdy miałam zaledwie dwanaście lat. Depresja krążyła w mojej rodzinie jak zły duch, ale nikt nie szukał przyczyny smutku. Chyba ta studnia była zbyt głęboka.
Oprócz comiesięcznego cierpienia, które nie odpuszczało, co jakiś czas lądowałam w szpitalu z powodu ataków bólu. Zdiagnozowano u mnie kamienie w woreczku żółciowym, ale za każdym razem jakoś przechodziło. Nie miałam czasu się tym zająć. Dopiero w 2013 roku ciało nie wytrzymało. Operowano mnie na zapalenie trzustki, wystąpiło rozległe krwawienie wewnętrzne, usunięto mi woreczek i fragmenty trzustki. W życiu często byłam przygnębiona, ale nigdy nie czułam się tak pusta, jak po operacji. Nic mnie nie cieszyło. Zobojętniałam.
– Już nie daję rady. Naprawdę źle się czuję – mówiłam lekarzom. Poznałam ich sporo w ośrodku opieki dla seniorów.
– Pani ma silną osobowość, wypiszę dwa tygodnie chorobowego i wróci pani do siebie – powtarzali. Chyba nie słyszeli, gdy mówiłam, że po pracy kładę się do łóżka i ciągle śpię.
To tylko zmęczenie, pani Zoremba.
– Depresja wysoko funkcjonująca – pierwszy raz usłyszałam diagnozę kilka lat przed sześćdziesiątką. Nowa lekarka, młoda Białorusinka, jako pierwsza skierowała mnie do psychiatry i na terapię. Wysłuchała mnie. Nie komentowała, nie pocieszała, tylko tłumaczyła, że wiele kobiet może tak działać przez całe lata. W pracy rakiety, organizują życie rodzinne, wychowują dzieci, dają radę.
Ale nikt nie wie, że w środku powoli ich światło gaśnie. Podejrzewała też, że mogę mieć ADHD, które niezaopiekowane mogło doprowadzić do rozwinięcia się depresji. Tłumaczyła mi, że dziewczynki takie jak ja wcześnie uczą się udawać, że wszystko ogarniają. Na oddziale, gdzie „wszystko hulało”, kiedy miałam dyżur, spalałam się szybciej niż inni. Niepokój wewnętrzny, który od dziecka miałam za stan normalny, to nie był mój charakter, tylko głowa jadąca cały czas na najwyższych obrotach. Pierwszy raz ktoś nie mówił mi, że jestem za słaba albo za leniwa, tylko że mój mózg może być inaczej okablowany. I że to również moja siła.
Splotło się to mniej więcej z tym, że mój „cajt” dobiegł końca. Gdy zniknął, to był najszczęśliwszy moment mojego życia. Niektóre kobiety płaczą, że oto zgasła ich kobiecość, a ja chciałam otworzyć szampana. Moja lekarka mówiła, że pewnie męczyła mnie endometrioza, ale już nie było potrzeby tego badać. Po prawie pół wieku bólu, czułam, jakbym pierwszy raz zakwitła. Wróciłam do malowania. Tworzę na moim ukochanym stole w kuchni, która jest też moją pracownią. Czuję się wtedy jak podczas wakacji w dzieciństwie u dziadków na wsi, gdzie przez dwa miesiące byłam wolna – objadałam się czereśniami i łaziłam po polach. Nie znam żadnych technik malarskich, wszystkiego uczyłam się na czuja i na YouTubie. Farby kupuję takie, na jakie mnie stać. Motywy to ptaki, karpie koi, kobiety…
Od lat chodzę na terapię i pomaga mi rozplątać supły rodzinne. Nosiłam w sobie żal. W ostatnich latach opiekowałam się moimi rodzicami, którzy chorowali na raka. Pewnego dnia, zastałam tatę przy stole, z twarzą schowaną w spracowanych dłoniach.
– Karina, nie masz pojęcia jak mi przykro – zwrócił się do mnie. – Byłem niedobrym ojcem.
Matka nigdy tego nie zrobiła. Do śmierci ciągle powtarzała, że mnie nie rozumie.
Po sprzedaży ich domu i podziale pieniędzy między braćmi, planowałam, że zabiorę wszystkie dzieci i wnuki na Malediwy. Raz się żyje, myślałam. Ale w końcu postanowiłam, że chcę mieć dom. Emeryturę będę miała niewielką, to chociaż nie będę musiała się martwić o czynsz. Marzył mi się „tiny house” albo nawet przyczepa kempingowa, ale w końcu zamówiłam na Litwie gotowy domek letniskowy. Cały z drewna. I to jest teraz moje miejsce na ziemi. Nie jestem i nigdy nie chciałam być męczennicą. Idę przez życie tak, jak się maszeruje na górskim szlaku. Czasem za stromo i plecak za ciężki, nogi bolą i ramiona, stopy się osuwają czy nawet się upada. Człowiek sobie myśli: po co mi to było? Ale wstaje i idzie dalej. I w końcu jest pięknie!
Jedyne poczucie winy szarpie mnie względem dzieci. Najstarszym zafundowałam wiele stresu, wyrwałam ich z Polski. A moja najmłodsza córka dorastała, kiedy ja się tak strasznie z życiem boksowałam. Próbowałam zarobić na tyle, żeby całej trójce dać to, co najlepsze, ale trawiła mnie depresja. Córka widziała mnie zrezygnowaną, zagrzebaną w pościeli. Kiedy pracowałam na dyżurach w nocy, ona zostawała sama. Musiała sobie radzić, jak ja kiedyś.
Samodzielna, rozsądna, ale była tylko dzieckiem. To mi umknęło i ponosi teraz konsekwencję moich błędów. Ma 22 lata, studiuje i mieszka ze mną. Cierpi na ataki paniki, więc gdy ma gorsze dni, śpimy razem. Staram jej się wynagrodzić stracony czas. Poza tym co miesiąc cierpi katusze, jak ja. Robię, co mogę: szukam dla niej lekarzy, słucham, jak mówi o swoim bólu, podaję jej leki i termofor. Ona sama zdecydowała się na terapię.
Złość. Czasem mnie jeszcze odwiedza. Jestem wściekła, że nie miałam możliwości wcześniej o siebie zadbać. Może gdyby wcześniej jakiś lekarz potraktował mnie poważnie, może moje dziecko by się teraz nie męczyło. To jest najbardziej gorzka kropka nad „i”. Z drugiej strony: rewersem jej niepokoju jest głęboka wrażliwość.
Najważniejsze dla mnie było, żeby dzieci były dobrymi ludźmi, którzy nie przechodzą obojętnie obok cierpienia. I to mi się chyba udało.
Nazwisko bohaterki zostało zmienione na jej prośbę, by uczcić pamięć Omy i ciotki Elzy.
To antropolożka kultury z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, kierowniczka Zakładu Antropologii Medycyny i Cielesności i Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW. Zajmuje się kulturowymi wymiarami medycyny i technologii reprodukcyjnych oraz badaniami nad dzieciństwem. Prowadziła badania nad doświadczeniem niepłodności i in vitro, jest też m.in. współautorką książki o zespole Turnera („Zespół Turnera. Głosy i doświadczenia”).
Anna Pamuła: Bohaterka tego odcinka nie ma jednej choroby. Ma raczej historię niebycia słyszaną, ciągnącą się przez całe życie. Kiedy dostała pierwszy okres i bolało, matka jej nie słuchała. Kiedy urodziła i odczuwała ból po szyciu krocza, też nikt nie słuchał. Czy to reguła?
Prof. Magdalena Radkowska-Walkowicz: Kobiety, zwłaszcza w kontekście bólu, bywają dla medycyny niewidzialne i niesłyszalne. Powoli się to zmienia, dobrze widać to na przykładzie endometriozy. Wyszło ostatnio sporo książek pisanych z perspektywy kobiet, które przez wiele lat nie były diagnozowane i słyszały jedno: że musi boleć. To jest oczywiście niesprawiedliwość społeczno-kulturowa, wynik patriarchatu i tego, kto i dla kogo wynalazł medycynę. Ale jest też coś więcej. W kobiece ciało, kobiecą fizjologię ból jest niejako wpisany (np. bóle menstruacyjne, związane z porodem), a kultura go legitymizuje.
W Księdze Rodzaju czytamy: „w bólu będziesz rodziła dzieci”.
Ból zostaje uznany za naturalny, biologicznie i kulturowo, więc jakby nie ma z czym dyskutować. To ciekawa mieszanka świata cielesnego ze społecznym, której do końca nie da się rozdzielić.
Chodzi nie tylko o samą diagnozę, ale o to, że kobietom nie wierzy się nawet w trakcie bolesnych procedur.
Świetnie pokazuje to amerykański podcast „The Retrievals”. Pierwszy sezon opowiada o klinice leczenia niepłodności w Yale, gdzie kobiety przechodziły punkcję jajników i czuły potworny ból. Krzyczały na stole, dzwoniły potem do kliniki na skargę. Przez wiele miesięcy nikt im nie wierzył. Okazało się, że jedna z pielęgniarek podkradała fentanyl, podawany, by uśmierzyć ból w trakcie procedury i zastępowała go solą fizjologiczną. Drugi sezon jest o cesarskich cięciach i o tym, że są kobiety, na które nie działa znieczulenie i czują w ich trakcie olbrzymi ból, w który mało kto wierzy i którym nikt się praktycznie nie zajmuje. I to jest sedno: jeśli kobieta się skarży, to na pewno przesadza. Bo kobiety – w tej narracji – są nadwrażliwe, a przecież powinny sobie poradzić.
Skąd bierze się ten mechanizm, że zamiast szukać przyczyny bólu, medycyna woli go zignorować?
To złożony mechanizm, zakorzeniony w historii stosunku do ciała kobiecego. Ból kobiety można było próbować leczyć, ale można też było stworzyć odpowiednią narrację, jak ta, mająca swoje źródła w starożytności, o wędrującej macicy, która miała powodować histerię. Jeszcze w XX wieku znajdziemy opowieści o kobietach histeryczkach, które zostają odsunięte od życia społecznego, a ich ból nie zostaje uznany. Reakcja na ból może więc iść dwiema drogami: albo medycyna szuka realnego środka i przyczyny, albo szuka narracji, która pozwala zepchnąć problem na bok. Ta druga droga bywa wygodniejsza. „Wędrująca macica” wciąż jest z nami, tyle że pod innymi nazwami.
Moja bohaterka jest kobietą, ale też migrantką, Ślązaczką z rodziny robotniczej, dziś w wieku menopauzalnym. Czy te rzeczy się sumują?
Sumują się i nakładają. Socjolodzy nazywają tę perspektywę intersekcjonalną: różne wykluczenia działają naraz. Łatwo powiedzieć, że to wszystko patriarchat, ale chodzi o coś bardziej złożonego. Jako migrantka jest słyszana mniej wyraźnie. Dołóżmy wiek, który może wykluczać, klasowy background, słabsze zasoby – to wszystko powoduje, że ta osoba staje się jeszcze mniej słyszalna.
Ale na to nakłada się figura twardej Ślązaczki. Ona musi być twardsza niż większość kobiet w Polsce. To nie jest Emilia Korczyńska z „Nad Niemnem”, która ma prawo położyć się do łóżka, gdy źle się czuje. Ślązaczka ma zakasać rękawy i działać. Ojciec w kopalni, matka ledwo po porodzie. Nie ma przestrzeni na to jedno konkretne doświadczenie, nie ma miejsca na ból jednostki, zwłaszcza jeśli jest to kobieta.
Matka bohaterki nie chciała rozmawiać o ciele ani o reprodukcji. Była głęboko wierzącą katoliczką.
Represjonowanie kobiecego ciała w historii Polski i Kościoła katolickiego jest długie i wciąż się nie kończy. Rewersem prawa do nieodczuwania bólu jest to, że kobieta w tej narracji nie ma też prawa do przyjemności. Nie ma prawa dyskutować z tym, co dał Bóg, czyli z tym, że została stworzona, by rodzić. Jeśli nie może zajść w ciążę, tak ma być. Jeśli jest płodna, ma tę płodność wykorzystywać najpełniej, jak się da.
Na ten obowiązek nakłada się cała reszta, wynikająca też z rozwoju kapitalizmu. Kobieta ma iść do pracy mimo bólu, a jednocześnie wciąż być opiekunką: dzieci, całego domu, a także starszych rodziców.
Badała Pani między innymi doświadczenie osób z zespołem Turnera. Tam niesłyszalność dotyczy już nie samych kobiet, ale matek.
Bardzo wyraźnie. Diagnoza zespołu Turnera nie jest szczególnie skomplikowana, a mimo to zebrałam wiele historii o tak zwanej odysei diagnostycznej (częstej w chorobach rzadkich).
Matki szły do lekarza i mówiły, że czują, że z dzieckiem jest coś nie tak, że rozwija się inaczej, jest mniejsze od rówieśników.
Były ignorowane. A kiedy dzieci już były zdiagnozowane, to lekarze endokrynolodzy i tak często skupiali się wyłącznie na podawaniu hormonu wzrostu, a nie chcieli rozmawiać o innych problemach, które matki obserwowały. Te kobiety słyszały, że są nadopiekuńcze.
Dlaczego bycie „nadopiekuńczą” jest tak łatwo dyskwalifikujące?
Bo to wciąż ta sama niesłyszalność. Matce przypisuje się, że macierzyństwo przysłania jej rozum. Mówi się przecież, że kobieta w ciąży już nie myśli, że przed okresem coś się jej dzieje z mózgiem. To znów ta wędrująca macica. Przyjmuje się, że miłość do dziecka i emocje nie pozwalają kobiecie myśleć trzeźwo. Więc się jej nie wierzy: przesadzasz, jesteś głupią „madką”.
Czy jest moment, w którym dziecko uczy się, że jego ból jest nieważny?
Myślę, że dotyczy to wszystkich dzieci, a chłopców może nawet bardziej. Kiedy leci krew z kolana, chłopiec nie ma prawa płakać, ma zacisnąć zęby. Dziewczynka ma z kolei prawo do dramatyzowania. Ale w momencie, kiedy zaczyna dojrzewać i dostaje pierwszą miesiączkę, natychmiast uczy się, że to coś wstydliwego, o czym się nie mówi i co ukrywa przed chłopcami. To blokuje jej relację z własnym ciałem.
To się zmienia. W wielu szkołach mamy dziś różowe skrzyneczki, dziewczyny umieją wykorzystać okres, żeby nie iść na lekcje wuefu, temat pojawia się w filmach i w rozmowach rodziców czy nastolatków.
Ale wciąż duża część dziewczyn będzie raczej tłumić ból w sobie, niż o nim mówić.
Moja bohaterka jest najstarsza spośród kobiet, z którymi rozmawiałam. Te młodsze coraz częściej wchodzą w spór z lekarzem lub lekarką.
I to jest nadzieja. Obserwuję dziewczyny bardzo silne, świadome własnego ciała. Pytanie, czy wejdą w dialog z medycyną z przekonaniem, że mają prawo do pomocy, i czy medycyna będzie chciała im wierzyć.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze