Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska/OKO.pressil. Iga Kucharska/OK...

Z pamiętnika Aleksandry Śledziony, bohaterki tego odcinka „Taka pani uroda”:

„Od rana mnóstwo pytań bez odpowiedzi, poczucie, że lekarze i psycholodzy mnie nie rozumieją. Czym są moje stany, gdy mam bardzo nasilone myśli s., majaczę, a następnego dnia nie pamiętam, co mówiłam. Mama twierdzi, że to były jakieś niestworzone historie. To samo tata, po tym, jak chciałam wyskoczyć z okna. Miałam myśli, że tak samo, jak filozofowie starożytni poznałam prawdę życiową. Inni mają pozamykane umysły. A ja wiem więcej niż Budda. Że ziemia to piekło, bo jest tu samo zło, a dobro – pozorne. To, że ludzie są dla siebie mili, nie wynika z ich czystej dobroci, ale z tego, że chcą coś ugrać. Że prawdziwej miłości tutaj nie ma. Jedyny akt wolnej woli to s”.

„Taka pani uroda” to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu?

Chcesz opowiedzieć swoją historię zdrowia i choroby? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].

Kilka dni później: „Po co jestem na oddziale psychiatrycznym, skoro dobrze się czuję i nic mi nie jest, to wszystko nie ma sensu, ze mną wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zapomniałam resztę myśli, które chciałam notować. Ogólna głupawka. Ciężko złapać myśl. Tak szybko ucieka”.

Dwa tygodnie później: „W trakcie pożegnania bardzo się wzruszyłam. Jak wiele grupa może zdziałać i pomóc! Przez ułamek sekundy ujrzałam promyczek nadziei, który jednak szybko zgasł, zaraz po wyjściu z oddziału. W mojej głowie znowu zaczęło grać to natrętne radio, z którego wybrzmiewają jedynie ciężkie, przytłaczające myśli, które zagłuszyć może jedynie ból fizyczny".

Opowieść Aleksandry

– Pani dojrzewa. Wszystko się unormuje – powiedział lekarz, do którego trafiłam w podstawówce. Od zawsze czułam się słabo. Nic mnie nie cieszyło. Często nie miałam siły, żeby wstać z łóżka, ale myślałam, że to lenistwo. Koleżanki jakoś dawały radę.

Miałam siedemnaście lat, gdy poznałam osiem lat starszego mężczyznę. Mówił: „jesteś dojrzała jak na swój wiek”. A ja: motyle w brzuchu.

Szybko zaczęła się przemoc psychiczna i manipulacja. Powoli zapominałam, kim jestem. Słyszałam, że przesadzam, że jestem przewrażliwiona. Dla niego musiałam stać się idealna w każdym aspekcie.

Przeczytaj także:

Pod koniec liceum już pracowałam. Kilka lat wcześniej dostałam pierwszy zestaw do manicure hybrydowego i okazało się, że mam talent do stylizacji paznokci. Uwielbiałam micropainting i postaci bajkowe. Zostałam zatrudniona w firmie kosmetycznej, szybko awansowałam na trenerkę. Problem w tym, że przytyłam – siedzący tryb, mało czasu na posiłki w trakcie dnia i dojadanie w nocy.

„Jesteś za gruba” – powtarzał mój partner, a ja mu wierzyłam. Ostatnie cztery lata związku to walka o wolność. Żeby nabrać sił, w tajemnicy poszłam na terapię. Zaczęłam dostrzegać, że odkąd się związaliśmy, czułam się coraz gorzej. Kiedy w końcu udało mi się odejść, powiedział: „tresura się nie powiodła”.

Myślałam, że bez niego odżyję. Że to on był źródłem tego smutku, napięcia, poczucia, że jestem nie taka. Ale mijały miesiące, a ja czułam się tak samo, albo gorzej. Byłam sama ze sobą i nie miałam już na kogo zrzucić winy. Patrzyłam na koleżanki, które pracowały, studiowały, miały dzieci. A ja nie potrafiłam wstać rano i zmusić się do najprostszych rzeczy. Więc co ze mną jest? Odpowiedź, którą sobie dawałam, była zawsze ta sama: jestem słaba.

Po prostu muszę się bardziej postarać.

Choroba? Myślałam, że po prostu nie daję rady

Nie wiem, kiedy zaczął się kołowrotek. Może już wtedy, po moich 23. urodzinach? Czasem spałam po czternaście godzin i wszystko zawalałam. Czasami potrzebowałam pięć godzin snu, wstawałam o szóstej, ćwiczyłam, potem zajęcia na pierwszym kierunku – psychologia, praca na pełen etat, w weekendy drugi kierunek – psychologia w zarządzaniu. Nie martwiły mnie te wahania.

Traktowałam ten „dobry” czas jako lepszy okres w moim życiu i dowód na to, że jestem zdrowa. Całe życie byłam przygnębiona, a nagle daję radę ogarniać tyle rzeczy naraz – fajnie! Wiedziałam wtedy, co to jest depresja, potrafiłam wymienić objawy, zacytować podręcznik. Ale w życiu bym nie powiedziała, że to dotyczy mnie.

Bo depresja to jest choroba, a ja po prostu czasem nie daję rady, może nawet wymyślam sobie objawy.

Zdarzało się, że szłam chodnikiem i schodziłam na jezdnię, bo mi było wszystko jedno. Nie sprawdzałam, czy jedzie samochód. Nie chciałam umrzeć, ale też nieszczególnie chciałam żyć. W końcu zrezygnowałam z drugiego kierunku, a w pracy szło coraz gorzej. Zasypiałam na spotkaniach albo w ogóle nie wstawałam z łóżka.

Co chwilę brałam wolne, bo nie byłam w stanie niczego robić. W pewnym momencie sama myśl, że muszę włączyć komputer, wywoływała mdłości.

To moja siostra Emilka pierwsza zobaczyła, że coś jest nie tak. Jest trzy lata młodsza, w dzieciństwie się kotłowałyśmy, w liceum nie byłyśmy blisko. Po tym, jak rozstałam się z partnerem, zaczęłyśmy spędzać więcej czasu razem, gadać godzinami przez telefon. Teraz Emilka to najbliższa mi osoba na świecie. Ona jako pierwsza zabrała mnie siłą do psychiatry. Miałam 24 lata i diagnozę: depresja.

Zaczęłam brać antydepresanty. I wtedy dopiero zaczęła się jazda.

Energia, która rozpiera ciało

Po dwóch tygodniach od pierwszej tabletki pojawiłam się u terapeutki odmieniona. Pełen makijaż, uśmiech od ucha do ucha, nowe ciuchy. Jeszcze niedawno wpadałam do gabinetu nieuczesana, w dresach, jak cień. Tym razem uznałam, że jest świetnie, że absolutnie nie mam żadnych myśli samobójczych, w ogóle nie rozumiem, o co było tyle szumu.

Ale terapeutka od razu wyczuła, że coś jest nie tak.

Ona jako pierwsza zasugerowała diagnozę choroby afektywnej dwubiegunowej.

Zadzwoniła do mojej siostry. Nie wiedziałam tego wtedy, ale antydepresanty podane osobie z nierozpoznaną ChAD mogą wyzwolić manię. Zamiast mnie wyrównać, leki odkorkowały coś, co siedziało we mnie od lat.

Siostra zaciągnęła mnie do kolejnej psychiatry. Pani doktor spojrzała na mnie i powiedziała z pogardą:

– Co też pani sobie wymyśla? Chyba nigdy w życiu nie widziała pani osoby w manii.

Wtedy wyszłam szczęśliwa. Proszę, jest potwierdzenie – nic mi nie jest! Wkurzyłam się na siostrę, że po co to wszystko. Dajcie mi święty spokój.

Na depresję łatwo znaleźć słowa, ale mania? Może tak: to jest energia, która rozpiera całe ciało. I boli. Stanie w miejscu jest nie do zniesienia, jakby od środka atakowały insekty. Kąsają i ranią. Żeby to przetrwać, muszę przeć do przodu, uciec, chociaż wiem, że to i tak się nie uda, bo wróg jest przecież wewnątrz mnie. Poza tym w głowie gra mi radio. Jedna piosenka na zapętleniu, jakbym była na dyskotece w piekle, z której nie ma wyjścia. Sen nie przychodzi. Idę biegać i trenować. Czuję się jak Terminator.

Do utraty tchu

Raz po treningu, dopiero w domu, zauważyłam, że ręce mam spuchnięte jak banie i nie mogę nimi ruszać.

– Ma pani pozrywane mięśnie. To straszny ból, jak mogła pani go nie czuć? – dziwił się lekarz ortopeda.

Podobnie było ze skręconą kostkę. Dopiero kolejnego dnia nie mogłam chodzić. Innym razem wymyśliłam, że jadę na rower, od razu 50 kilometrów, a potem nie byłam w stanie się ruszać. Robiłam to wszystko do utraty tchu, aż wpadałam w czarny, głęboki dół.

W depresji szłam spać po kolacji, wstawałam w południe. Miałam nasilone myśli samobójcze, które dudniły mi w głowie i nie mogłam ich uciszyć. Nic nie posprzątane, nie wyprane, nieugotowane. Jak już wychodziłam, to sunęłam po ulicach jak zombie. Zaczęłam tyć.

Aż pewnego dnia budziłam się szczęśliwa. Zaczynałam od sprzątania mieszkania, szorując podłogę patyczkiem do uszu. Spacerowałam i czułam się jak bohaterka filmu, na którą wszyscy patrzą. Jestem, świecę, niczym gwiazda! Zatrzymywałam facetów na ulicach i umawiałam się z nimi na randki.

Rozwiązłość była najgorszym objawem manii, jakiego doświadczyłam. Nie miałam żadnych hamulców, libido tysiąc. „Spóźnia mi się okres. Super. Jak jestem w ciąży, nawet nie będę wiedzieć, kto jest ojcem” – napisałam w pamiętniku.

Z manii ratowała mnie depresja

Przez kilka miesięcy wydałam pięćdziesiąt tysięcy złotych, całe oszczędności. Na ciuchy, imprezy, alkohol, kosmetyki. Postanowiłam zmienić zawód. Zapisałam się na kurs programowania za dwanaście tysięcy. Jestem przecież tak genialna, że ogarnę całą zaawansowaną wiedzę w trzy miesiące. Wszystko musiałam mieć i robić natychmiast. Jutro nie miało znaczenia.

I wszyscy, którzy próbowali mi przemówić do rozsądku, lądowali na „czarnej liście”. W szale zakupów w galerii, gdy mama zwróciła uwagę, bym przestała szastać pieniędzmi, zaczęłam ją wyzywać od gestapo.

Już miałam kupić bilet i lecieć do Włoch spotkać się z nowo poznanym facetem z Tindera, ale coś mnie powstrzymało. Poszłam spać i następnego dnia nie byłam w stanie wstać z łóżka.

Z manii ratowała mnie depresja.

Przychodziły powiadomienia: spłata kredytu, oszczędności zero, badania lekarskie. I wstyd, potworny wstyd za to, co wyprawiałam z mężczyznami. Zaciskałam oczy i chciałam zniknąć. Wtedy trafiłam po raz pierwszy na oddział dzienny szpitala psychiatrycznego w Warszawie.

Stanęłam na balkonie

Od rana leki z kubeczka, potem gimnastyka, zajęcia plastyczne, muzykoterapia, obiad i o 15 do domu. Rutyna była dla mnie kojąca. Ale lekarze nie zgadzali się co do diagnozy: niektórzy mówili, że mam borderline, czyli zaburzenie osobowości, inni, że ChAD. Brak etykiety mojej choroby potęgował we mnie uczucie zagubienia.

Było ze mną tak źle, że moja rodzina – mama, tata i siostra – zmieniali się w opiece nade mną. Stali na straży całą dobę, mama wzięła dłuższe wolne. Sprzątali, gotowali, kazali mi się myć. Czasem nie byłam w stanie nawet umyć zębów.

Pewnego wieczoru szum w głowie się nasilił. Po raz pierwszy stanęłam na krześle na balkonie, żeby skoczyć. Pomyślałam, że jak się nie uda, wpadnę w śpiączkę i już nie będę mogła skutecznie powtórzyć próby. To był najgorszy scenariusz w mojej głowie. Uratował mnie.

Od razu powiedziałam wszystko tacie, który wtedy oglądał telewizję w salonie.

Karetka zawiozła mnie do szpitala psychiatrycznego. – Nie wymyślaj, jakie myśli samobójcze? Jesteś histeryczką i tyle. Gdybyś tu została, dopiero byś zobaczyła prawdziwie chorych ludzi. Weź się lepiej w garść i skończ studia – powiedziała pani doktor podczas rejestracji. Mama zdecydowała, że zabiera mnie do domu. Kilka dni później zawieźli mnie z tatą do innej placówki.

Po trzech tygodniach z oddziału całodobowego przeniosłam się na dzienny. Dopiero tam, po trzech miesiącach obserwacji dostałam diagnozę: choroba afektywna dwubiegunowa.

Czy mogę zostać mamą?

Rok temu wróciłam do rodzinnej miejscowości i pracuję zdalnie. Warszawa była dla mnie za szybka, za dużo bodźców, a higiena życia i rutyna w chorobie afektywnej dwubiegunowej są bardzo ważne.

Jestem też w związku i pierwszy raz czuję się akceptowana. Zaczynam nieśmiało myśleć o macierzyństwie. Nie jestem pewna, czy chcę i mogę być mamą – ciąża to jest wielka zmiana dla organizmu. Słyszałam od koleżanek na oddziale, że według niektórych psychiatrów pacjentki z ChAD-em nie powinny zachodzić w ciążę. No i leki. W przypadku jednego leku-stabilizatora, który zażywam – Lamotriginy — doktor kazał mi podpisać oświadczenie, że będę stosować antykoncepcję, bo on może negatywnie wpłynąć na rozwijający się płód.

A inny lekarz uznał, że to najbezpieczniejszy lek w ciąży. Jak dojść do prawdy?

Co zabrała choroba, a co dała

Długo myślałam, że choroba wiele mi zabrała. Nie skończyłam magisterki. Marzyłam o karierze. Byłam zła, bo czułam, że choroba ukradła mi też urodę. W depresji leżysz, sił brak. Objadałam się, żeby zagłuszyć emocje. Później zaczęłam przyjmować lit, który rozregulował mi tarczycę. Gdzieś z tyłu głowy słyszę głosik perfekcjonistki, który szepcze, że muszę się ogarnąć, bo jestem gruba i brzydka. Teraz znowu próbuje zredukować wagę, ale powtarzam sobie, że nie robię tego tylko dla wyglądu.

Co mi dała? Często powtarzamy z mamą, że ta choroba była nam wszystkim potrzebna. Jesteśmy, jako rodzina, bliżej.

Sprawdziliśmy się w najtrudniejszej sytuacji. A ja najlepiej czuję się na wsi u babci. Gdy idę na zakupy do sklepu, zawsze widzę te same twarze – to kojące dla mojej umęczonej głowy. Rano idę w piżamie na zewnątrz, długo patrzę na pole i las. Albo ubieram kurtkę i kładę się na śniegu, patrząc w niebo. Babcia zrobi kanapki z szynką i serem, potem kawusia, obiadek i wieczorny seans „Rolnik szuka żony”. Spokój i cisza.

Moim celem jest teraz po prostu życie.

Pierwszą ekspertką tego odcinka jest Beata Wilk-Śledziona – mama Oli.

Zapytałam ją: jak wspierać dziecko, młodą dorosłą w procesie zdrowienia?

Po prostu być. Być blisko. Zawsze, niezależnie od nastroju dziecka. Czasem Ola budziła się z piosenkami na ustach, a czasem jak chmura gradowa. Musiałam się do niej dopasować. Czasem mnie to przerastało. Raz zadzwoniłam do męża, punkt kulminacyjny depresji, i mówię: „Piotruś, ja już nie dam rady psychicznie. Zamień mnie na chwilę, ja muszę oddech złapać”. Przyjechał tego samego dnia z Tarnobrzega. Wiele miesięcy później wyszło, że może miałam wtedy depresję. Ale nie chciałam i nie mogłam wtedy tego okazywać – sprowadziłam Olę na ten świat i do końca życia będę za nią odpowiedzialna.

Trochę odpoczęłam, jak woziłam ją do „przedszkola” – tak mówiliśmy na oddział dzienny. Rękami i nogami broniłam, żeby jej nie wzięli do całodobowego szpitala psychiatrycznego. Chciałam dla niej lepszych warunków, więc zadeklarowałam, że co rano odstawię ją na oddział, trzy godziny dziennie w samochodzie w tę i z powrotem, ale czego się nie robi dla dziecka? Najważniejsza jest miłość, poczucie bezpieczeństwa. Nawet nie trzeba gadać. Tylko czuwać.

Kiedy przyszła zaduma związana chorobą to musiałam wszystko przeanalizować i zrozumieć, Jako matka często myślę, że to moja wina, różnie się działo, czasem z mężem przenosiliśmy problemy z pracy do domu. Ola w liceum się od nas odsunęła, a jej choroba wszystko zweryfikowała i sprowadziła nas wszystkich na właściwe tory.

Większość rodzin zamiata problemy pod dywan. My jesteśmy bardziej wylewni, dużo gadamy, ale to dlatego, że wierzymy, że o problemach psychicznych trzeba mówić głośno. Po co ta stygmatyzacja? Lekarz psychiatra to jest normalny doktor, który zajmuje się wewnętrznymi problemami człowieka. Dla mnie ChAD czy inne choroby to nie jest tabu.

W tym odcinku rozmawiam z prof. Dominiką Dudek

psychiatrą, kierowniczką Katedry Psychiatrii i Psychoterapii oraz Kliniki Psychiatrii Dorosłych Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, prezes-elekt Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Specjalizuje się w zaburzeniach depresyjnych i chorobie afektywnej dwubiegunowej.

Zanim porozmawiałyśmy, przeczytałam badania naukowe – nie polskie, bo tych jest mało – z których wynika, że coraz częściej to właśnie u kobiet diagnozuje się to zaburzenie (Bipolar disorders: an update on critical aspects, „The Lancet” z 2025 roku). Poza tym kobiety podejmują próby samobójcze dwa do trzech razy częściej niż mężczyźni z tym samym rozpoznaniem.

W ankiecie Bipolar UK wśród tysiąca kobiet z ChAD, trzy na cztery zgłosiły, że menstruacja wpływa na ich objawy. Co piąta doświadcza pogorszenia wokół menopauzy, bo jak podkreślają naukowcy, „przebieg kliniczny i leczenie zaburzeń dwubiegunowych u kobiet wymagają szczególnego podejścia ze względu na wpływ zmian hormonalnych w różnych etapach życia – takich jak ciąża, okres poporodowy i menopauza – które mogą rzutować na decyzje terapeutyczne i ich skuteczność”.

Badacze podkreślili również, że „wyższe wskaźniki zaburzeń psychicznych, takich jak depresja i zachowania samobójcze, są konsekwentnie odnotowywane w społeczności LGBTQIA+”.

Anna Pamuła: Moja bohaterka latami leczyła się na depresję, zanim usłyszała diagnozę choroby afektywnej dwubiegunowej. Czy to częste?

Prof. Dominika Dudek: Bardzo. Około 60 procent osób, u których ostatecznie rozpoznaje się ChAD, zaczyna leczenie od rozpoznania depresji nawracającej.

Od początku chorowania do prawidłowej diagnozy mija średnio dziewięć lat.

Wynika to z tego, że w chorobie dwubiegunowej zdecydowanie dominują fazy depresyjne – to z nimi pacjent zgłasza się do lekarza. Epizody hipomaniakalne bywają niezauważone, bo pacjent się wtedy dobrze czuje, ma dużo energii, niekoniecznie narażając się na poważne konsekwencje. Wspomina ten czas jako dobry okres, nie widzi powodu, by o nim mówić psychiatrze.

Ząbek hipomaniakalny

Na co powinien zwrócić uwagę lekarz, żeby nie przeoczyć dwubiegunowości?

Są pewne cechy, które powinny zapalić lampkę: wczesny początek choroby, gwałtowne początki i końce epizodów, duża ich liczba. Albo taki charakterystyczny „ząbek hipomaniakalny” – pacjentowi mija depresja i nagle tryska radością, chce nadrabiać zaległości. Ważna wskazówka to lekooporność: leki przeciwdepresyjne w chorobie dwubiegunowej gorzej działają. Jeśli pacjent nie reaguje na nie, warto pogłębić wywiad. Również depresja poporodowa czy psychoza poporodowa zwiększają ryzyko, że u kobiety rozpozna się później ChAD.

Czy przebieg choroby dwubiegunowej różni się u kobiet i mężczyzn?

U kobiet częściej występuje tak zwany rapid cycling, czyli przebieg z szybką zmianą faz – co najmniej cztery epizody chorobowe w ciągu roku. To jest wyjątkowo wyczerpujące, bo kobieta nie zdąży się pozbierać po depresji, a już wchodzi w hipomanię, i odwrotnie. Jako współchorobowość u kobiet częściej towarzyszą zaburzenia lękowe albo cechy osobowości chwiejnej emocjonalnie, typu borderline. U mężczyzn z kolei częściej widzimy uzależnienia i impulsywność. To zresztą potrafi dodatkowo utrudnić diagnostykę – gdy mamy pacjentkę z chwiejnością emocjonalną i wahaniami nastroju, łatwo zatrzymać się na rozpoznaniu zaburzeń osobowości i nie szukać dalej.

W manii plany biorą w łeb

A czy cykl menstruacyjny wpływa na przebieg choroby?

Są badania wskazujące, że nawroty depresji mogą być częstsze w drugiej fazie cyklu i korelować z zespołem napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast chcę podkreślić jedno: menstruacja, ciąża, menopauza – to nie są choroby. Mogą być okresami większej podatności na nawrót, ale same w sobie choroby nie powodują.

Mówi Pani o edukacji. Czy psychiatra powinien rozmawiać z pacjentką o antykoncepcji?

Tak, i często to właśnie psychiatra jest takim edukatorem. Zawsze, gdy mam kobietę w wieku rozrodczym z chorobą dwubiegunową, rozmawiam z nią o skutecznej antykoncepcji. Problem polega na tym, że w hipomanii i manii wszystkie plany biorą w łeb – dlatego lepszym rozwiązaniem jest wkładka lub forma hormonalna długo działająca niż codzienna tabletka, o której pacjentka może nie pamiętać.

To nie jest kwestia kontrolowania kogoś, to kwestia bezpieczeństwa.

Są leki o silnym działaniu teratogennym, które mogą uszkodzić płód. Takich leków nie powinno się stosować u kobiet w wieku rozrodczym, chyba że mamy pewność skutecznej antykoncepcji. A w manii tej pewności nie mamy.

Ciąża i ryzyko nawrotu

A co jeśli mimo wszystko dojdzie do uszkodzenia płodu? Jakie opcje ma kobieta w Polsce?

Tu dochodzimy do bardzo trudnych dylematów etycznych. Weźmy lit – teoretycznie może powodować wady serca, zdarza się, że nawet ciężki zespół Ebsteina. Przy niższych dawkach to ryzyko jest niewielkie, ale nie można powiedzieć, że go nie ma. Mogę pacjentce przedstawić opcje: zostajemy przy licie, zmniejszając dawkę, albo wycofujemy się z niego i wprowadzamy inny lek, bez tego ryzyka, ale za to z ryzykiem nawrotu. Przedstawiam możliwości, opisuję ryzyko.

Natomiast skutki decyzji będą dźwigać oni – pacjentka i jej partner – a nie ja.

A jeśli chodzi o to, co dalej, gdyby wada się pojawiła... U nas nie ma w takiej sytuacji możliwości legalnej aborcji. I tego typu rozmowa w Polsce wzbudziłaby bardzo duży opór i różne dylematy moralne. Nie jest to absolutnie moja rola, żeby w tym kierunku doradzać.

Wiele bohaterek tego cyklu opowiada o tym, jak choroba może się ujawnić w okresie ciąży lub – częściej – po porodzie. Jak dużo depresji poporodowych pozostaje nierozpoznanych?

Ryzyko nawrotu jest znacznie większe po porodzie niż w trakcie ciąży. Wiąże się z gwałtownym spadkiem hormonów, ale też z konfrontacją: mam koło siebie małego człowieka, za którego będę odpowiedzialna, moje życie zmieniło się diametralnie. W ciąży to wszystko jest w sferze wyobrażeń, po porodzie staje się realne. Depresja poporodowa pojawia się u kilkunastu procent kobiet i u co najmniej połowy z nich pozostaje nierozpoznana. To szczególny czas, kiedy kobieta po prostu nie ma czasu pomyśleć o sobie. Dlatego tu tak wielka rola lekarza POZ czy pediatry – to on może zauważyć, że młoda matka cierpi, że nieadekwatnie boi się o dziecko, dostrzega nieistniejące choroby, nie daje sobie rady z opieką nad maluchem.

Pacjentka może urodzić zdrowe dziecko

Słyszałam od mojej bohaterki, że niektóre kobiety z ChAD boją się zachodzić w ciążę, bo psychiatrzy mówią im, że nie powinny. Jak Pani do tego podchodzi?

Zawsze powtarzam i głoszę to, gdzie się da: pacjentka z chorobą afektywną dwubiegunową może urodzić zdrowe dziecko i przejść przez ciążę w zdrowiu. Tylko musi to być robione z głową – ciąża powinna być planowana z partnerem i z psychiatrą. Mam wiele pacjentek, z którymi szczęśliwie przeszłam przez ten okres. Miałam pacjentkę, która usłyszała od innego lekarza, że musi zapomnieć o ciąży, bo nic się nie da zrobić. Zaszła w ciążę i urodziła zdrowego synka. Uważam, że nie należy pacjentów straszyć. Trzeba starać się, żeby mieli normalne życie.

Jak powinna wyglądać taka partnerska rozmowa o ciąży?

W rozmowę powinien być włączony partner pacjentki. Konsekwencje nawrotu ponoszą oboje – to nie jest tak, że pacjentka pójdzie na miesiąc do szpitala i wyjdzie, nówka sztuka. To jest dewastujące dla związku i rodziny. Moją rolą jest przedstawienie opcji i ryzyka.

Są leki bezpieczne w ciąży i takie, które są przeciwwskazane.

Wiele zależy od indywidualnej historii: jeśli pacjentka miała łagodny przebieg i od lat jest stabilna, można rozważyć odstawienie leków na pierwszy trymestr. Ale jeśli miała ciężkie epizody, próby samobójcze, psychozy – leków nie odstawiamy, bo ryzyko nawrotu jest ogromne. Nawrót w ciąży zagraża i matce, i dziecku.

Choroba nie przekreśla życia

Moja bohaterka opowiada o tym, jak mania niszczyła jej relacje. Czy kobiety przeżywają te konsekwencje inaczej niż mężczyźni?

W manii może pojawić się rozhamowanie seksualne – i to u obu płci. Pamiętam pacjentkę z małej, konserwatywnej miejscowości, która w pierwszym epizodzie maniakalnym weszła w chaotyczne relacje seksualne. Plotki zaczęły krążyć, narzeczony się dowiedział, rodzina ją niemal wyklęła. Potem, pod wpływem psychoedukacji, zrozumieli, że to była choroba, nie ona. Ale związek był już zniszczony.

To nie ona go zniszczyła – jej choroba.

Kobiety w manii są też bardziej narażone na przemoc i gwałt, bo rozhamowanie łączy się z wchodzeniem w ryzykowne sytuacje. A do tego dochodzi ogromne poczucie winy i wstydu po epizodzie, którego mężczyźni, ze względu na podwójne standardy, mogą doświadczać w mniejszym stopniu.

A co powiedziałaby Pani kobiecie, która właśnie usłyszała diagnozę ChAD?

Że to nie przekreśla jej życia. Choroba dwubiegunowa jest chorobą nawracającą, ale można z nią pracować, kochać, rodzić dzieci, rozwijać się. Mam pacjentki, które są matkami, mają kariery, mają związki. Kluczem jest dobra współpraca z psychiatrą, nieprzerywanie leczenia na własną rękę i planowanie ważnych decyzji w okresach stabilności. Nie należy straszyć. Trzeba mówić prawdę o ryzyku, ale też o tym, co jest możliwe. A możliwe jest naprawdę dużo.

W manii i hipomanii

  1. Nie mów: „Nie nakręcaj się„, „Uspokój się”, „Usiądź„, „Spróbuj zasnąć”. Działało to na mnie jak płachta na byka. W manii człowiek jest pełen energii, której nie da się wyłączyć na życzenie. Kazanie komuś, żeby usiadł na tyłku – to masakra.
  2. Przekieruj energię na bezpieczną aktywność. Weź taką osobę na rower, na szybszy spacer. Moja siostra sprytnie mną „manipulowała" – mówiła: chodź, Olka, posprzątamy szafę. I nagle kombinujemy, przeglądamy, co do wyrzucenia, co nie. Nakierowanie na aktywność, która nie będzie szkodząca. Na pewno nie na imprezę – alkohol to nie jest dobry pomysł.
  3. Pilnuj snu. Jeśli widzisz, że bliska osoba przestaje spać albo twierdzi, że snu nie potrzebuje – to poważny sygnał alarmowy. Brak snu jest jednym z najsilniejszych wyzwalaczy manii.
  4. Nie zmieniaj leków na własną rękę. Nawet jeśli wydaje ci się, że już jest dobrze. Zmiana dawki to decyzja psychiatry.
  5. Jak się mania rozwija, idź do lekarza. To jest konieczność, bo wtedy pewnie trzeba zwiększyć dawkę leków. A jeśli osoba nie śpi od kilku dni albo zachowuje się w sposób, który zagraża jej lub innym – dzwoń po pomoc: numer alarmowy 112 lub Telefon Zaufania dla Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym 116 123.

W depresji

  1. Bądź obecna, nie tylko słowami. Ja nie chciałam za bardzo rozmawiać, nie miałam ochoty, żeby ktokolwiek do mnie mówił. Samo to, że ktoś był, pomógł mi zrobić kanapkę, powiedział „zjedz", „weź leki” – to było chyba najważniejsze.
  2. Uważaj ze zdaniami typu „Jesteś dla nas ważna, musisz zostać". Z jednej strony to było wspierające. Ale z drugiej miałam jeszcze większe wyrzuty sumienia – że oni mnie tak kochają, a ja myślę o tym, że chcę po prostu odejść. Że stwarzam im mega dużą przykrość. To mnie jeszcze bardziej dołowało. Może tylko u mnie tak było – dla niektórych to może być ważne. Ale warto wiedzieć, że nie zawsze takie słowa działają tak, jak chcielibyśmy. Każda osoba w kryzysie reaguje inaczej. Zamiast zakładać, czego ktoś potrzebuje – lepiej zapytać i słuchać.
  3. Zadbaj o siebie. Opiekowanie się osobą w głębokim kryzysie jest wyniszczające. Ty też potrzebujesz wsparcia – terapeuty, grupy wsparcia, kogoś do rozmowy. Nie dasz rady pomagać, jeśli sam się wypalisz.
Na zdjęciu Anna Pamuła
Anna Pamuła

Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.

Komentarze