Byłam przekonana, że to trzustka. Kiedy obudziłam się po znieczuleniu, lekarz potwierdził moje obawy. Doszło do przewlekłego stanu zapalnego, który stopniowo niszczył narząd. Wielu lekarzy myśli, że chorują tylko mężczyźni i alkoholicy. I może właśnie dlatego nietypowe pacjentki, jak ja, często są diagnozowane później.
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyZ opowieści o chorobach, które zbieram do tego cyklu, wyłaniają się historie życia. Niektóre z moich bohaterek bardzo wcześnie zostają skonfrontowane z chorującym ciałem. W wieku 20 czy 30 lat zaczynają myśleć o przemijaniu.
Choroba przewlekła, na którą nie ma lekarstwa, potrafi przyspieszyć proces nauki samoświadomości. Tak jest w przypadku Julii Borowiec, bohaterki tego odcinka, która stworzyła listę jasnych i ciemnych stron swojej choroby. Czasem się z nią kłóci, częściej próbuje się z nią zakolegować.
„Taka pani uroda” to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu?
Chcesz opowiedzieć swoją historię zdrowia i choroby? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
Najbardziej uderzające w historii Julii jest to, jak długo lekarze nie wierzyli w jej ból. Nie jest to wyjątek. Jak pisze Caroline Criado Perez w książce „Niewidzialne kobiety”, kobiety są socjalizowane do tego, by nie przerywać i nie podważać autorytetu, co w praktyce utrudnia postawienie trafnej diagnozy.
Badania pokazują też, że mężczyźni zgłaszający ból częściej otrzymują leki przeciwbólowe, a kobiety – środki uspokajające lub antydepresyjne. Julia mówiła lekarzom: „boli mnie tak bardzo, że nie chcę już żyć”. Kierowali ją do psychiatry.
Oddaję jej głos, a następnie lekarzowi, dr n. med. i n. o zdr. Rolandowi Kadaj-Lipka, który jako pierwszy ją wysłuchał.
„Umrę tu i tyle po mnie zostanie”. W głowie miałam tylko jedną myśl: że już go nigdy nie zobaczę. Leżałam na szpitalnym oddziale ratunkowym. Do tej pory to miejsce śni mi się czasem w nocy.
Drzwi się zamknęły i zostałam sama z bólem i strachem. Wokół cierpiący ludzie, jęki, krzyki, obok kilku pijanych mężczyzn, niektórzy krwawili. Słyszałam pikanie aparatur, a w oddali krótkie komendy lekarzy i rytmiczne uderzenia o klatkę piersiową – ktoś właśnie przechodził przez resuscytację.
Chciałam wyć z bólu, ale nie byłam w stanie wziąć nawet głębszego wdechu. Łzy leciały mi po policzkach. Nigdy wcześniej nie bolało mnie tak bardzo. Miałam wrażenie, jakby ktoś na wysokości żeber zawiązał mi drut kolczasty i ściskał z całej siły, chcąc przeciąć mnie na pół.
– Czy może pan zawołać mojego męża? To zajmie tylko chwilę – wyszeptałam do pielęgniarza. Zrozumiał, że sytuacja jest poważna i przemycił go do sali. Chciałam się z nim pożegnać. Ostre zapalenie trzustki może być stanem zagrożenia życia. Czułam silny ból i myślałam, że tego nie przeżyję.
Jednocześnie gdzieś w środku słyszałam znajomy głos: „Julia, dramatyzujesz”.
Przez lata przywykłam do myśli, że to moja wina. I opinii lekarzy, że wymyślam sobie choroby.
Mąż usiadł koło łóżka. Trzymał mi telefon przy uchu, gdy rozmawiałam z rodzicami, by ostatni raz usłyszeć ich głos. Schował swoją dłoń w mojej i delikatnie ścisnął. I już samo to pomogło.
Poznaliśmy się dwanaście lat temu, gdy w sklepie nie mogłam dosięgnąć nowej płyty mojego ukochanego zespołu Coldplay. Podał mi ją, zaczęliśmy rozmawiać i już więcej się nie rozstaliśmy. Trafiliśmy na siebie, jeszcze nie wiedząc, co nas czeka. Że przyjdą takie dni, kiedy nie będę mogła oddychać z bólu, a on będzie mnie mył, suszył mi włosy, czesał. Będzie robił mi jeść i pilnował, żebym na pewno zjadła. Nigdy nie usłyszałam słowa pretensji, nie wyczułam zniecierpliwienia. Czasem myślę, że mógłby mieć łatwiejsze życie z kimś zdrowym. Bywa, że nie czuję się w pełni wartościowa, ale on mi powtarza, że jestem dla niego jedyna – w zdrowiu i w chorobie.
– To nic wielkiego, zespół jelita drażliwego – mówili lekarze, kiedy jako nastolatka zgłaszałam problemy po jedzeniu. Dziś wiem, że taka diagnoza często bywa koszem na wszystko. Kończy diagnostykę, zamiast ją zaczynać.
– Stres, taka pani uroda. To psychosomatyczne – dodawali. Nie zlecali badań.
Żyłam z ciągłym bólem przez prawie dziesięć lat. Kiedy zbliżałam się do trzydziestki, objawy stały się nie do zniesienia. Wstawałam wcześnie rano z uczuciem ciągnięcia w brzuchu. Kilkanaście wycieczek do toalety, znów ból i tak w kółko. Kiedy musiałam wyjść domu, opracowywałam mapę toalet. Moje życie kręciło się wokół jedzenia i bólu. Codziennie brałam leki przeciwbiegunkowe i przeciwbólowe. Funkcjonowałam jak w trybie przetrwania. Uwierzyłam lekarzom, że coś jest ze mną nie tak. Obwiniałam siebie, że mnie boli, że sobie wymyślam, i na pewno jestem nienormalna. A może ja wcale tego nie czuję? Przestałam ufać własnej intuicji. Pojawiła się depresja, ale leki antydepresyjne i terapia nie rozwiązywały problemu, bo tak naprawdę był on gdzie indziej. Nie w mojej głowie.
Ból brzucha zwalał mnie z nóg i trwał od kilku dni do wielu tygodni. Czułam, jakby ktoś ciężkim, okutym metalem butem naciskał z całej siły pod moimi żebrami. Trudno mi było złapać oddech. Płaciłam za kolejne wizyty u specjalistów. Jedna lekarka zleciła badanie kalprotektyny, markera stanu zapalnego w jelitach.
– Wyniki w normie, nic pani nie jest – uznała.
– Ale ja cierpię. Nie wytrzymam tak dłużej żyć. Potrzebuję pomocy.
Kolejnego gastrologa musiałam błagać o skierowanie na kolonoskopię. Powtarzałam mu, że bo moje nieustanne biegunki wskazują na chore jelita.
– Pani sobie szuka chorób – usłyszałam.
Badania nie wykazywały istotnych nieprawidłowości. A ból nie ustępował. Kolejni lekarze rozpoznawali SIBO i przepisywali antybiotyki. Po jednej z takich terapii doszło u mnie do zakażenia Clostridioides difficile (C. diff), bakterią wywołującą ciężkie zapalenie jelita grubego, często związane właśnie z wcześniejszą antybiotykoterapią. Z czasem okazało się, że SIBO było tylko częścią obrazu – raczej skutkiem innej choroby, niż jej przyczyną. Kolejne, wysokie dawki antybiotyków dodatkowo osłabiły mój organizm. Trafiłam na kilka tygodni na zamknięty oddział zakaźny.
W końcu zaczęłam szukać sama, co mi jest. Czytałam publikacje medyczne, fora, grupy pacjenckie. Połączyłam fakty. Uznałam, że problemem może być trzustka – na to wskazywały odchylenia w badaniach, ale do tej pory były lekceważone. Wywalczyłam badanie EUS, czyli dokładne badanie endoskopowe trzustki. Wcześniej słyszałam, że nie ma wskazań, bo tomografia nic nie pokazała. Ważyłam wtedy 34 kilogramy. Wiedziałam, że coś mnie niszczy od środka.
Przez dziesięć lat kuliłam się w sobie i mówiłam lekarzom: dobrze, dziękuję, przepraszam.
Ale wtedy nie chciałam już żyć. I to była moja jedyna nadzieja: znaleźć diagnozę.
Byłam przekonana, że to trzustka. Wpisałam w Google: „rokowania życia z przewlekłym zapaleniem trzustki”. Dwadzieścia lat. Z tymi słowami w głowie poszłam na badanie EUS (jeśli ktoś cierpi jak ja, a przeczytał moją historię tylko do tego momentu, uspokoję, że to była błędna informacja).
Kiedy obudziłam się po znieczuleniu, lekarz potwierdził moje obawy. Poczułam jednocześnie strach i ulgę. Jakby ktoś odczytał wyrok i wręczył nagrodę. Miałam rację. To realna choroba, której nie było jeszcze widać w innych badaniach. Okazało się, że doszło do przewlekłego stanu zapalnego, który stopniowo niszczył narząd. Wielu lekarzy myśli, że chorują tylko mężczyźni i alkoholicy. I może właśnie dlatego nietypowe pacjentki, jak ja, często są diagnozowane później.
Po diagnozie, paradoksalnie, moje życie się poprawiło. Ból nie zniknął, ale przynajmniej wiem, skąd się bierze i co zrobić, gdy pojawia się zaostrzenie. Odzyskałam poczucie sprawczości i powtarzam sobie teraz: „Julia, masz świetną intuicję, dobrze odczytałaś znaki ze swojego ciała i gdyby coś się poważnego działo, będziesz wiedziała”.
Zostało jednak kluczowe pytanie: dlaczego ta choroba w ogóle się u mnie pojawiła? Z nim trafiłam do doktora Rolanda Kadaj-Lipka. To był pierwszy lekarz, który uwierzył we wszystko, co mówiłam. Nie podważał mojego bólu.
Wyjaśnił, że z przewlekłym zapaleniem trzustki, przy odpowiedniej opiece, można żyć tak długo, jak przeciętna osoba.
Kluczowe są regularne kontrole i dbanie o siebie. Niestety wszystkie znane medycynie przyczyny zostały wykluczone, więc… wciąż szukamy.
Stworzyłam listę dotyczącą mojej choroby. Po lewej stronie wpisałam, co straciłam. Po prawej – co zyskałam. Na pierwszym miejscu znalazła się utrata poczucia wolności i spontaniczności, bo dziś wszystko w moim życiu musi być zaplanowane. Jedzenie, stres, sen, nawet zwykłe przeziębienie mogą wpłynąć na nasilenie objawów – u mnie to nie tylko ból, ale też ciężkie biegunki, nudności, wymioty i ogólne osłabienie.
Z drugiej strony, kiedy nie odczuwam dolegliwości, żyję na sto pięćdziesiąt procent – odzywa się wtedy we mnie druga Julia. Ta, która ma energię, żeby przenosić góry. Dzięki chorobie stałam się też odważniejsza. Na przykład jestem bardziej stanowcza w tematach związanych z moim zdrowiem.
Jako dziewczynka uwielbiałam śpiewać, solo i w chórze, więc obiecałam sobie, że kiedy tylko poczuję się lepiej, wrócę do tego. Muzyka zawsze była dla mnie ważna – niedawno pojechaliśmy z mężem na koncert Hansa Zimmera, przepłaciliśmy za bilety kupione na ostatnią chwilę, bo nie wiedziałam, jak się będę czuła, ale nie żałuję ani jednej wydanej złotówki.
Dla kogoś to są może małe kroczki, a dla mnie to właśnie sto pięćdziesiąt procent.
Uwielbiam podróżować i najchętniej zobaczyłabym cały świat, ale dziś nie mogę jechać wszędzie. Wybieram miejsca, w których mam dostęp do dobrej opieki medycznej, bo silne zaostrzenie oznacza szpital. Zdarza się to kilka razy w roku i może przyjść w każdej chwili, dlatego zawsze wożę ze sobą kartę informacyjną o chorobie i zażywanych lekach (a wśród nich są silne środki przeciwbólowe). Wielu lekarzy nadal nie wie, czym jest PZT i jak postępować z zaostrzeniem.
Największym minusem jest to, że straciłam przyjemność z jedzenia. Kiedyś uwielbiałam gotować, wymyślać przepisy. Dziś jedzenia się boję. Bywają momenty, kiedy ból jest tak silny, że najchętniej nie jadłabym wcale, ale wtedy za bardzo chudnę, więc ustawiam przypomnienia o posiłkach albo mój mąż podsuwa mi jedzenie pod nos i pilnuje, żebym coś zjadła.
Choroba sprawiła też, że zdjęłam maskę. Kiedyś miałam intensywne życie towarzyskie, lubiłam wychodzić, spotykać się z ludźmi, być w ruchu. Z czasem, przez ból, coraz częściej zostawałam w domu. W końcu część znajomości się urwała. Nie mam o to pretensji – nie każdy potrafi odnaleźć się w relacji z osobą przewlekle chorą. Mam zasadę, że nie mówię o swoich dolegliwościach, jeśli ktoś nie pyta.
Opowiadam o nich w mediach społecznościowych z konkretnego powodu: żeby inni szybciej trafili na diagnozę i nie musieli przechodzić przez to, co ja.
Skoro już jestem chora, chcę, żeby miało to jakiś sens.
Dziś próbuję też tłumaczyć, czym naprawdę jest choroba przewlekła – taka, w której jednego dnia funkcjonujesz normalnie, a następnego trafiasz do szpitala. Jak wytłumaczyć, że żyję jak na odpalonym loncie i nie wiem, kiedy nastąpi wybuch?
Z tym wiąże się ciągły lęk, że czegoś nie dowożę, że nie nadążam, że nie rozwijam się tak, jakbym chciała. Choroba mnie zatrzymuje.
A jednocześnie właśnie w tych momentach najpełniej widzę, co jest naprawdę ważne. Kariera, spotkania, piękne ubrania, nawet podróże – wszystko to traci znaczenie, kiedy brakuje zdrowia. W chorobie przestajesz udawać. Wiesz bardzo wyraźnie, że liczą się tylko ludzie, których kochasz i którzy zostają. Czasem mówię, że moja choroba jest wredną s…ką – kłócę się z nią, złoszczę, mam dość. Ale są też chwile, kiedy się kolegujemy. Bo jest częścią mnie.
Ma wieloletnie doświadczenie w leczeniu chorób trzustki, nieswoistych chorób zapalnych jelit, chorób autoimmunologicznych i czynnościowych przewodu pokarmowego. Autor polskich wytycznych leczenia przewlekłego zapalenia trzustki. Na co dzień pracuje m.in. w Klinice Gastroenterologii i Chorób Wewnętrznych i Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.
Anna Pamuła: Julia Borowiec, pana pacjentka i bohaterka reportażu, przez dziesięć lat słyszała, że jej ból to stres, somatyzacja albo „taka uroda”. Dlaczego przewlekłe zapalenie trzustki (PZT) jest tak trudne do uchwycenia?
Dr Roland Kadaj-Lipka: Sama definicja tej choroby jest dosyć prosta: to przewlekły, postępujący proces zapalny prowadzący do degradacji miąższu trzustki. Z czasem może prowadzić do prawie całkowitego zniszczenia narządu. Problem z Julią i pacjentkami jej podobnymi polega na tym, że PZT nie zawsze przebiega książkowo. Kiedy do gabinetu trafia młoda kobieta z bólem brzucha, lekarz pierwszego kontaktu rzadko myśli o trzustce.
W medycynie dominuje wtedy rutyna: skoro młoda, to pewnie ma zespół jelita drażliwego, SIBO albo to po prostu „emocje”.
To jest błąd, który kosztuje lata cierpienia. Julia jest przypadkiem trudnym diagnostycznie, wymagającym wnikliwości, a nie szablonu.
W powszechnej świadomości, ale też w oczach wielu lekarzy, chora trzustka to „choroba z wyboru” – wynik nadużywania alkoholu. Jak ten stereotyp wpływa na proces leczenia?
Statystyka nie kłamie – nadużywanie alkoholu to najczęstsza przyczyna PZT. Ale kontekst jest tu kluczowy. Pacjenci często mówią: „ja nie mam problemu, bo się nie upijam”. Tymczasem problemem jest spożywanie regularne: codzienny drink, wino do kolacji, piwo w weekendy. Jednak gdy ktoś już usłyszy diagnozę, w oczach personelu często staje się „alkoholikiem”. To uderzenie młotkiem w głowę, które sprawia, że pacjenci przestają ufać lekarzom lub w ogóle do nich nie chodzą. Julia jest przykładem na to, że choroba może nie mieć absolutnie żadnego związku z alkoholem. Mamy przecież przyczyny genetyczne, które coraz częściej dotykają młodych ludzi, przyczyny żółciopochodne czy autoimmunologiczne.
Czy kobiety chorują na trzustkę inaczej niż mężczyźni? Czytałam, że statystycznie powody autoimmunologiczne albo idiopatyczne częściej dotykają kobiety. A u mężczyzn to właśnie alkohol.
Oczywiście tak mówi oficjalna statystyka. Ale w gabinecie obserwuję wiele pacjentek, które początkowo neguje stosowanie używek. Natomiast ich prawdziwy dramat polega też na tym, że często trudniej im się przyznać do problemu, jeśli faktycznie dotyczy on używek. Mężczyzna często mówi o piciu z lekkim uśmiechem, czasami nawet z dumą, a u kobiet to ogromny wstyd.
Mam pacjentki z korporacji, które piją „małpkę” w drodze do pracy, a potem osiem godzin funkcjonują normalnie.
Ostatnio starsza pani przyznała się, że to wszystko przez brydża, w którego zaczęła grać na emeryturze i przy okazji codziennie pić „małą naleweczkę”. Niezależnie od przyczyny, każda z tych osób zasługuje na diagnostykę, a nie na ostracyzm.
Julia ważyła 34 kilogramy, gdy wywalczyła badanie EUS. Dlaczego tomografia czy rezonans wcześniej nic nie pokazały?
Bo te badania mają ograniczenia, zwłaszcza we wczesnych fazach choroby. EUS, czyli endosonografia, to badanie o najwyższej czułości. To technicznie zaawansowane USG zamontowane na endoskopie, które pozwala obejrzeć narząd milimetr po milimetrze, „na żywo”. Widzimy wtedy drobne zmiany, których nie uchwyci tomograf. Jest ono jednak kosztowne – komercyjnie to wydatek rzędu 4 tysięcy złotych, a sprzęt jest niezwykle drogi dla szpitali. Dlatego lekarze często zwlekają ze skierowaniem, twierdząc, że „nie ma wskazań”, bo zwykłe USG wyszło dobrze.
W jaki sposób może objawiać się ból przy PZT i jak go leczyć?
Ból w przewlekłym zapaleniu trzustki może być bardzo zróżnicowany. Najczęściej lokalizuje się w nadbrzuszu i promieniuje do pleców – wielu chorych opisuje go jako głęboki, „opasujący” ból, który trudno jednoznacznie wskazać palcem. Ma zwykle charakter tępy, ściskający lub piekący, ale może okresowo przybierać postać silnych napadów, przedzielonych okresami bezbólowymi. Typowe jest często jego nasilenie po posiłkach, szczególnie tłustych, oraz po alkoholu.
U części pacjentów ból pojawia się napadowo, u innych staje się przewlekły i utrzymuje się niemal codziennie.
W miarę postępu choroby obraz bólu może się zmieniać – u części chorych dolegliwości z czasem słabną, co bywa związane z zaawansowanym uszkodzeniem trzustki, ale nie niestety nie oznacza poprawy stanu zdrowia. Leczenie bólu jest złożone i wymaga indywidualnego podejścia – od modyfikacji stylu życia i farmakoterapii po, w wybranych przypadkach, leczenie endoskopowe lub operacyjne.
A co z „modą” na suplementy i medycynę z Instagrama? Często poleca się właśnie „leki” na bolący brzuch, na drażliwe jelita…
Trzeba być ostrożnym. Rynek suplementów w Polsce jest ogromny, a większość produktów rzekomo „wspomagających trzustkę” po prostu nie działa. To wyciąganie pieniędzy od pacjentów. Co więcej, niektóre suplementy mogą również wywołać ostre zapalenie trzustki – według doniesień medycznych zdarzały się takie przypadki nawet po odżywkach białkowych. Do tego dochodzą influencerzy bez wykształcenia, którzy za 1500 złotych oferują „konsultacje”. Brakuje im elementarnej wiedzy, ale pacjenci im wierzą, bo czują się tam wysłuchani.
Julia wspomina, że był pan pierwszym lekarzem, który ją wysłuchał. Jak pan buduje tę relację?
Staram się poświęcać pacjentom i pacjentkom tyle czasu, ile potrzebują. Czasami to pięć minut, a czasami czterdzieści. Pacjent musi czuć się w gabinecie komfortowo. Jeśli podejdziemy do niego po ludzku, on lub ona się otworzy. A w przypadku takich chorób jak PZT, wnikliwy wywiad lekarski jest podstawą. Czytam też wszystkie badania zrobione do tej pory. Analizuję je razem z pacjentką. Wierzę, że lekarz powinien zostać partnerem pacjentki w procesie leczenia.
Czy przewlekłe zapalenie trzustki można wyleczyć?
PZT jest nieodwracalne. Ale możemy pacjenta „zaleczyć”. Kluczowe jest wyeliminowanie przyczyny podstawowej – jeśli to alkohol, musimy go odstawić. Jeśli mamy do czynienia z autoimmunologicznym zapaleniem trzustki, stosujemy np. sterydoterapię. W takich przypadkach wyniki bywają wręcz spektakularne i możemy mówić o pewnym rodzaju wyleczalności. Dla większości pacjentów najważniejsze jest jednak leczenie skutków. Podajemy enzymy trawienne, które pozwalają właściwie wchłaniać pokarm oraz kontrolujemy powikłania, takie jak cukrzyca. Chcę to podkreślić: przy właściwym prowadzeniu farmakologicznym i odpowiedniej opiece, z tą chorobą żyje się tak samo długo, jak każda inna osoba.
Julia mówi o lęku przed rakiem trzustki. Jak pan o tym rozmawia z pacjentami?
PZT jest czynnikiem ryzyka nowotworzenia, to prawda. Ale to nie jest wyrok. Moim zadaniem jest przekuć ten strach w czujność. Taki pacjent musi raz w roku przejść badania obrazowe – idealnie EUS, ale może to być też rezonans czy tomografia. Wiedza daje kontrolę, a kontrola zmniejsza lęk.
Dr n. med. i n. o zdr. Roland Kadaj-Lipka podkreśla, że sukces w diagnozowaniu trzustki zależy od współpracy z pacjentką. Dobre przygotowanie sprawia, że badanie jest bardziej efektywne i pozwala lekarzowi na szybsze postawienie trafnej diagnozy.
1. Teczka z dokumentacją.
Większość pacjentów mówi: „wyniki mam w domu u babci” lub „poprzedni lekarz powiedział, że wszystko dobrze”. Dla specjalisty to za mało. Co przynieść na wizytę? Pełne opisy (nie tylko zdjęcia) gastroskopii, kolonoskopii, USG i tomografii. Lekarz musi widzieć konfigurację parametrów i opisy zmian, by móc je porównać z nowym badaniem.
2. Szczerość dotycząca stylu życia.
Lekarz musi wiedzieć, czy szukać przyczyn genetycznych, czy toksycznych. Bez wstydu: poinformuj o wszystkich przyjmowanych suplementach i faktycznym spożyciu alkoholu. To pozwala lekarzowi uniknąć zbędnych, drogich badań i od razu wejść na właściwą ścieżkę leczenia.
3. Notatki o bólu.
Zanim wejdziesz do gabinetu, zastanów się kiedy dokładnie boli, a także jaki to ból i ile trwa?
Julia wraz z innymi pacjentkami założyła Polskie Stowarzyszenie Trzustkowe. Z dr n. med. Rolandem Kadaj-Lipka konsultują tematy medyczne pod kątem merytorycznym. W Polsce – jak mówi Julia – brakuje badań klinicznych, systemowego wsparcia i spójnej strategii działania.
Julia zwraca uwagę na jeszcze jeden problem: niewidzialność pacjentów. W Polsce praktycznie nie istnieje przestrzeń, w której osoby z PZT mogłyby opowiedzieć o swoim doświadczeniu. W zamian funkcjonuje uproszczony i krzywdzący stereotyp: „trzustka = alkohol”.
Tymczasem w stowarzyszeniu są młode kobiety, matki, osoby aktywne zawodowo – ludzie, którzy nigdy nie nadużywali alkoholu. A nawet jeśli ktoś mierzy się z takim problemem – podkreśla Julia – nie powinno to decydować o jego prawie do leczenia. Dla niej kluczowa jest zmiana perspektywy: odejście od oceny na rzecz realnego wsparcia. „Nie pytam, czy ktoś pił. Pytam: jak możemy ci pomóc?”.
Kontakt: https://pstrzustkowe.pl/ Kontakt do Julii: www.instagram.com/julia.loveslife
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze