Gdy po kilku miesiącach mój brzuch jest wciąż pusty, idę do ginekolożki. Każe mi zrobić testy hormonalne. W wieku 36 lat orientuję się, że moja płodność ma datę ważności. No i szok: jak to „niepłodność”, przecież my już mamy jedno dziecko?
Donald Trump. Dlaczego słyszę o nim każdego dnia, zamiast o niepłodności? Według Światowej Organizacji Zdrowia z tym problemem (nie z Trumpem) mierzy się średnio co szósta osoba na świecie. W Polsce: 1,5 miliona par. Par, bo niepłodność nie dotyczy wyłącznie kobiet.
A jednak wciąż nie traktujemy jej z powagą zarezerwowaną dla twardej polityki, choć to właśnie w gabinetach ginekologicznych i klinikach leczenia niepłodności rozstrzyga się, jak będą wyglądały nasze społeczeństwa za 20 czy 30 lat.
„Taka pani uroda” to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu?
Chcesz opowiedzieć swoją historię? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
Z rozmów z moimi bohaterkami – Joanną Caffo i dr Małgorzatą Kanią – dowiedziałam się na przykład, że gdybym teraz zdecydowała się na dziecko, miałabym 5 proc. szans na poczęcie. W tym roku stuknie mi 42 lata. Do tego endometrioza i choroba genetyczna, która była jednym z powodów, dlaczego nie zdecydowałam się na kolejne dziecko. Niepłodność nie jest abstrakcyjną statystyką, ale sumą konkretnych historii o granicach wytrzymałości i decyzjach podejmowanych w samotności.
Jedną z nich jest opowieść Joanny o niepłodności wtórnej – temacie niemal niewidzialnym, bo przecież „jedno dziecko już jest”. Oddaję jej głos.
Niedługo po ślubie, przyśniło mi się, że trzymam w ramionach czarnoskóre dziecko. Płakałam. Nie czułam gotowości na bycie mamą. Poza tym niemowlę było inne, a ja nie umiałam go zaakceptować.
Dwa lata później wrócił do mnie podobny sen, ale tym razem obudziłam się i poczułam w brzuchu miękkość. Byłam gotowa do macierzyństwa. I przekonana, że wystarczy chcieć. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogą nas czekać kłopoty.
Byłam najstarszą córką. Chętnie opiekowałam się młodszą o dziesięć lat siostrą i kuzynami. W szkole – grupą zuchów. Wyobrażałam sobie, że w przyszłości zostanę mamą trójki. W domu miało być gwarno i radośnie, podobnie jak w u mnie, w poznańskim bloku.
W wieku 34 lat poczułam, że dziecko musi się wydarzyć. Mijały jednak miesiące, ale gniazdo pozostawało puste. Raz wrzuciłam na Facebooka zdjęcie, na którym miałam lekko wydęty brzuch. „Gratulacje!” – pisały do mnie kuzynki. Ich pozytywne reakcje były z jednej strony krzepiące. To miłe, gdy dostaje się tyle uwagi. Ale mi było wstyd, że nie daję im tego, czego oczekują. Innym razem na konferencji koleżanka zapytała, czy jestem w ciąży, a ja w szloch.
Nie padło wtedy słowo „niepłodność”. Byłam przekonana, że to się powinno wydarzyć naturalnie – przecież moja mama urodziła ostatnią córkę dokładnie w moim wieku. Cały czas się staraliśmy. Boże, jak myśmy się starali…
Po roku prób, pewnego dnia mama zadzwoniła, że tata przewrócił się na rowerze. Po kilku godzinach kolejny telefon – rak mózgu. Glejak. Nieuleczalny. Całą moją uwagę z braku dziecka skierowałam na realny brak, to znaczy zagrożenie życia taty. Nasza relacja była czasami trudna, ale bliska – jak to córka z ojcem. Żyłam wtedy od kilku lat na południu Francji i wróciłam do Polski. Byłam z tatą w szpitalu podczas operacji, trzymałam go za rękę, kiedy się budził. Trudne momenty. Po kilku dniach poleciałam do domu po wsparcie, przytulić się do męża.
I wtedy wywołaliśmy do życia Gaję.
Nawet nie wiedziałam, czy to był dzień płodny, a wcześniej miesiącami śledziłam to w kalendarzu.
W ciąży miałam jedno marzenie: żeby mój tata mógł poznać swoją wnuczkę. Żeby dotrwał do tego momentu.
Od początku starań podjęliśmy z mężem decyzję, że jeśli płód będzie miał niepełnosprawność – terminujemy. Ciąża rozwijała się prawidłowo. Trzy dni przed USG drugiego trymestru, pierwszy raz poczułam ruchy Gajutki.
Nic nie zapowiadało wtedy, że spadnie na nas bomba: podejrzenie wady genetycznej, to może być trisomia. Mąż mówił: nie jestem gotowy na wychowanie dziecka z taką niepełnosprawnością.
A ja nie wyobrażałam sobie już aborcji, mimo że we Francji, przy ciężkich wadach, można to zrobić do ostatniego momentu. Okazało się, że to na szczęście nie była trisomia. Lekarz wykrył za to wadę serca. Mówił: możliwe będą komplikacje po porodzie – od „zagrożenie życia”, po „będzie ok”. Tłumaczył, nic nie ukrywał, żebyśmy czuli, że to nasza decyzja. Chyba wypowiedział słowo „śmierć”, ale byłam na to głucha. Wierzyłam w moją córkę od początku, na 100 procent. Nie było dla mnie innej opcji niż „życie”.
Gajkę lekarze chcieli wyciągnąć mi z brzucha półtora miesiąca przed terminem. Nie zgodziłam się. Potem pediatrka gratulowała mi zawziętości, bo im większe dziecko, tym mniejsze ryzyko powikłań w trakcie potencjalnej operacji serca. Urodziłam przez cesarskie cięcie, bo była ułożona dupką w dół – jeszcze niegotowa na świat.
Była najpiękniejszą istotą na świecie. Nie potrzebowała operacji od razu. Tylko mój tata czuł się coraz gorzej. Zbliżał się koniec. Być z dzieckiem, czy żegnać się i opiekować ojcem? Utulić dziewczynkę we mnie, która traci rodzica, czy stanąć w roli dojrzałej mamy?
Kiedy Gajka miała miesiąc, lekarze powiedzieli, że tacie zostało kilka tygodni życia. Poleciałam wtedy z córką pierwszy raz do Polski. Tata chodził o kulach, ale jeszcze kontaktował. Wyłysiał po chemii. Z potężnego mężczyzny stał się kruchy. Ale dłonie miał wciąż duże, uścisk mocny i trzymał Gajutkę w ramionach z całych sił. Jestem pewna, że przetrwał ten rok po diagnozie, bo czekał na swoją pierwszą wnuczkę.
Odszedł kilka miesięcy później.
Śmierć, a ja znów: życie. Kiedy Gaja ma półtora roku, zaczynamy starać się o kolejne dziecko.
W tym słowie „starać” jest jakaś ukryta męka. Wysiłek. Przy pierwszym dziecku, jeszcze cieszyliśmy się na zaplanowany seks. Ale przy drugim – siada mi libido. „Musimy się kochać dziś”, powtarzamy ciągle i staje się to nieznośne. W naszej naprawdę dobrej, bliskiej relacji pojawia się frustracja. Ale to dopiero początek koszmaru.
Gdy po kilku miesiącach mój brzuch jest wciąż pusty, idę we Francji do ginekolożki. Każe mi zrobić testy hormonalne. W wieku 36 lat orientuję się, że moja płodność ma datę ważności. No i szok: jak to „niepłodność”, przecież my już mamy dziecko?
Zaczyna się leczenie. Codzienne zastrzyki – wymiotuję, mam rozwolnienie, czasem kilka dni leżę w ubikacji z poduszką na ziemi. Lekarka mówi o silnej reakcji organizmu. Potem bolesny zabieg udrożniania jajowodów, po którym nie mogę patrzeć na mój brzuch, cały w sińcach. W ogóle przestaję oglądać się w lustrze, bo tyję i puchnę.
Rzucam palenie, więc nie mam jak odreagować. Żeby przetrwać, odcinam się od ciała. Nie szukam dotyku męża, przyjemności. Co miesiąc – test. Najgorszy moment to oczekiwanie na wyniki.
A potem żałoba, że się nie udało.
I rezygnacja ze wszystkiego: nie idę na imprezę albo odwołuję konferencję, bo przecież zastrzyk, nie wsiadam do samolotu, bo nagle ogarnia mnie lęk, że lot negatywnie wpłynie na moje hormony. Cały czas myślę o drugim dziecku, a raczej o tym, że nie jestem w stanie powołać go na świat. Dostaję tyle rad, że przestaję słuchać samej siebie. Daję się nabierać sprzedawcom nadziei – chcę wierzyć, że pomoże mi bransoletka z płodnymi punktami GPS za 300 euro. Nie wiem tylko: w którym momencie się zatrzymać, jeśli nic nie działa?
Po roku prób lekarka uznaje, że powinnam iść w stronę dawstwa komórek jajowych. „Ma pani stare jajeczka”. Jej słowa dudnią mi potem w uszach. Wyję w poduszkę, czuję się bezużyteczna i strasznie stara. Mimo to rozważam jej radę: prywatne leczenie za granicą, we Francji trafiłabym na koniec kolejki, bo mam już jedno dziecko. Czas oczekiwania jest długi, a jakość komórek bywa różna.
Zaczynają się podróże do Polski. Pani doktor mówi, że wynik rezerwy jajnikowej jest super, i że jeden plemnik wystarczy. Proponuje procedurę in-vitro.
Mam przekonanie, że w Poznaniu jestem lepiej zaopiekowana. W prywatnej klinice pani doktor robi badania mężowi, przepisuje suplementy. Do tej pory nikt się o tym nie zająknął. Czy to dlatego, że jestem również klientką, a nie tylko pacjentką? Po kilku miesiącach leczenia, nic się nie zmienia. Rozważamy inne opcje. Adopcja? Mąż nie jest przekonany. Dawstwo gamet? Pracuję nad swoją gotowością, tylko czy na pewno będę się czuła matką tego dziecka?
Ale w końcu decydujemy się na prywatną klinikę w Czechach. Jestem gotowa, a nagle świat się wali, pierwsza fala koronawirusa. Lockdown. Po kilku miesiącach umawiamy się drugi raz na rozpoczęcie procedury. Kolejna fala pandemii krzyżuje nam plany.
Pewnego dnia budzę się i czuję, że w moim sercu jest puste miejsce. Ktoś je właśnie opuścił. Od początku terapii hormonalnej mijają dwa lata. Zaraz moje 37. urodziny, a ja myślę po raz pierwszy, że te moje „stare jajeczka” świadczą też o dojrzałości. Reprezentują w wiosce starszyznę, która wie lepiej.
Mogłabym próbować pięć albo dziesięć lat, tylko życie mi ucieka. Rozumiem, że wpadłam w kompulsję leczenia. Wszystko inne odłożyłam na później. Nie wyjeżdżałam na wakacje, ani na warsztaty rozwojowe, nie zmieniłam pracy.
W końcu mówię mężowi, że ten pociąg odjechał. Czuję mocno w brzuchu, że mamą drugi raz już nie będę. I że wybieram siebie i swoje zdrowie. Powoli wciąga mnie życie.
Zaczynam realizować marzenie, od lat odkładane na później – razem z przyjaciółką i psychoterapeutką tworzymy grupę edukacyjną dla osób borykających się z problemem niepłodności. Nazywamy ją „Płodnik”. Chcę poruszyć wreszcie ten temat w Polsce. Jako psychoterapeutka pomóc innym kobietom, ale nie w zajściu w ciążę, tylko w znalezieniu drogi życiowej. Z dzieckiem lub bez. W wypowiedzeniu, bez poczucia winy: dość już torturowania mojego ciała, wyrzeczeń, poświęcenia. Moja kobiecość i człowieczość jest równie ważna, jak matkowość. A matkować mogę też światu, co robię, angażując się w nowy projekt.
Im intensywniej żyję, tym żałoba po pustym gnieździe szybciej mija. Rozmawiam z innymi kobietami i wietrzymy nasze traumy. Cieszę się z każdego momentu z Gajutką, która dziś jako dziesięciolatka żyje dzielnie z wadą serca i z neuroatypowością. A my z nią.
Wreszcie zrozumiałam, że czarnoskóre dziecko ze snu sprzed ciąży to właśnie ona.
Płakałam wtedy, że nie chcę mieć „innego” dziecka, a moja córka jest właśnie taka. Wyjątkowa. Porzucenie starań o drugie dziecko było najlepszą decyzją dla naszej rodziny. Pozostało we mnie to puste miejsce w sercu, które czasem zakłuje. Ale życie przecież polega na akceptowaniu strat. Niektóre z nich okazują się błogosławieństwem.
Jest specjalistką endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości. Pracuje w Klinice Ginekologii i Położnictwa w Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka (UCZKIN) w Warszawie. Jest też jedną z nielicznych lekarek w Polsce oferujących pełną diagnostykę i leczenie niepłodności (w tym inseminację i in vitro) na NFZ.
Moja bohaterka, Joanna, po urodzeniu pierwszego dziecka była przekonana, że kolejna ciąża to tylko kwestia czasu. Przeżyła szok, gdy usłyszała: „niepłodność”, przecież już mam dziecko! Czy niepłodność wtórna to częsty problem?
Dr Małgorzata Kania: To zjawisko, które dotyka bardzo wielu par, choć bywa niedoszacowane. Definiujemy ją jako brak możliwości uzyskania ciąży po pół roku (u kobiet powyżej 35. roku życia) lub roku (u młodszych) regularnego współżycia, mimo że para już wcześniej uzyskała ciążę. Problem polega na tym, że otoczenie – a czasem i sami lekarze – bagatelizują ten ból. Padają słowa: „masz już jedno, ciesz się z tego, co jest”. Tymczasem stres związany z niepłodnością jest, według badań, porównywalny do stresu towarzyszącego chorobie nowotworowej. Para ma prawo do własnej wizji rodziny i jeśli pragnie drugiego czy trzeciego dziecka, nie możemy tego umniejszać.
Joanna we Francji usłyszała, że przez to, że ma już dziecko, trafia na koniec kolejki do refundacji. Jak to wygląda w Polsce?
W naszym systemie publicznym, na szczęście, nie ma takich priorytetów. Każda para w programie rządowym in vitro, niezależnie od tego, czy stara się o pierwszą, czy kolejną ciążę, jest traktowana tak samo. Wyzwaniem jest jednak to, co dzieje się zanim trafi na in vitro. Brakuje rzetelnej, publicznej diagnostyki „od A do Z”. Często pary tracą lata na nieskuteczne metody leczenia, podczas gdy czas jest ich najgorszym wrogiem.
No właśnie, Joanna usłyszała brutalne: „ma pani stare jajeczka”. Miała wtedy 36 lat.
To bolesna prawda ewolucyjna: wiek kobiety jest głównym czynnikiem ograniczającym płodność u naszego gatunku. Rodzimy się z określoną pulą komórek jajowych, która z każdym rokiem maleje. Szczyt płodności przypada na wiek 25-30 lat – wtedy szansa na ciążę w pojedynczym cyklu to około 25 proc.
Po 35. roku życia ten spadek gwałtownie przyspiesza, a po 40. roku życia błędy genetyczne w komórkach jajowych są już bardzo częste.
U mężczyzn ten proces jest znacznie wolniejszy i spadek płodności obserwujemy dopiero około 55. roku życia. Często widzimy w mediach kobiety rodzące po pięćdziesiątce, ale rzadko mówi się o tym, że wiele z tych ciąż pochodzi z zamrożonych wcześniej komórek jajowych lub od dawczyń. To buduje złudne poczucie, że mamy czas.
W historii Joanny uderzyło mnie, że przez lata diagnozowano tylko ją. Dopiero w Polsce ktoś zbadał nasienie męża.
To klasyczny błąd. Niepłodność to zawsze choroba pary. Diagnostykę należy zaczynać równolegle u obojga partnerów. Często badanie nasienia jest pierwszym krokiem, bo jest nieinwazyjne. Nieuczciwe jest poddawanie kobiety bolesnym i inwazyjnym badaniom, jak np. sprawdzanie drożności jajowodów, bez wiedzy o tym, czy nasienie partnera w ogóle daje szansę na zapłodnienie.
Fakt, że mężczyzna spłodził dziecko kilka lat wcześniej, nie daje gwarancji, że dziś jego parametry są prawidłowe.
W niepłodności wtórnej częściej spotykam się z oporem mężczyzn przed badaniami, bo przecież „już mają dziecko”. To mity, które musimy obalać.
Co najczęściej przestaje działać po pierwszym dziecku? Dlaczego kolejna ciąża nie przychodzi?
Przyczyny mogą być tożsame z niepłodnością pierwotną: zaburzenia owulacji, endometrioza czy czynnik męski. Ale niepłodność wtórna ma też swoje specyficzne tło związane z przebytym porodem. Mogą pojawić się zrosty wewnątrzmaciczne, stany zapalne po połogu czy tzw. nisze w bliźnie po cięciu cesarskim. Każdy zabieg na macicy pozostawia ślad, który może utrudniać kolejną koncepcję.
Joanna przyznała, że w pewnym momencie kupowała wszystko: suplementy, bransoletki, drogie terapie eksperymentalne. Czym jest „sprzedawanie nadziei” w kontekście niepłodności?
To oferowanie metod, które nie mają twardych dowodów naukowych na to, że zwiększają szansę na urodzenie dziecka. Przykładem może być osocze bogatopłytkowe (PRP) podawane do jajników. Choć badania pokazują, że może ono czasem poprawić wyniki hormonalne, nie ma dowodów, że realnie przekłada się na wzrost żywych urodzeń, a to jest miara sukcesu leczenia.
Pacjenci muszą wiedzieć, które metody są eksperymentalne.
Czerwoną flagą dla pacjentki powinna być sytuacja, w której lekarz obiecuje: „na pewno się uda” lub „bez tego zabiegu nie ma pani szans”. Uczciwy lekarz mówi o szansach na ciążę realnie, opierając się na statystyce, a nie na marketingu. Na przykład zbyt rzadko mówi się, że in vitro to metoda leczenia, która nie daje 100 proc. gwarancji zajścia w ciążę. Szanse powodzenia pojedynczego cyklu to ok. 40 proc.
Moja bohaterka w pewnym momencie poczuła, że leczenie stało się kompulsją. Odłożyła życie na później. Jak rozpoznać moment, w którym należy przestać i jaką w tym rolę ma lekarz?
To jedna z najtrudniejszych decyzji, wymagająca ogromnej odwagi. W medycynie dążymy do modelu shared decision making – wspólnego podejmowania decyzji przez lekarza i parę. Musimy wybrać drogę, która jest skrojona na miarę nie tylko fizycznych, ale i psychicznych oraz ekonomicznych możliwości pacjentów.
Zakończenie leczenia bez sukcesu nie jest porażką – jest wyborem dobrostanu i ochrony własnego zdrowia psychicznego. Jako lekarze też to przeżywamy, ale musimy dać parze przestrzeń na rezygnację.
Jak powinna wyglądać dobra, empatyczna komunikacja z pacjentem w gabinecie leczenia niepłodności?
To, co mówimy w gabinecie, ma ogromne znaczenie. Musimy pamiętać, że jedna wizyta, która dla nas jest kolejnym punktem w grafiku, dla pary może być najważniejszym i najbardziej stresującym doświadczeniem w ich procesie leczenia. Słowa potrafią sprawić ból i stygmatyzować, dlatego staram się je dobierać bardzo uważnie. Nie chodzi o „owijanie w bawełnę”, bo uczciwość jest najważniejsza, ale o formę przekazu. Zamiast mówić pacjentce, że jest „za stara”, co jest raniące, rozmawiamy o obniżonej rezerwie jajnikowej i o tym, jakie realne ograniczenia to za sobą niesie.
Najważniejsza jest rzetelna informacja o rokowaniach. Jako lekarze znamy ograniczenia medycyny i wiemy, że nie każdej parze da się pomóc. Uczciwy lekarz nigdy nie powie: „na pewno się uda”. To byłoby dawanie złudnej nadziei, co uważam za dużą krzywdę. Dobra rozmowa to taka, w której przedstawiamy różne drogi, mówimy, która może być szybsza, a która będzie wymagała więcej kroków, i zostawiamy parze przestrzeń na decyzję.
Co by Pani powiedziała Joannie dziesięć lat temu?
Powiedziałabym, że jej wartość jako kobiety nie zależy od liczby posiadanych dzieci. Że proces leczenia niepłodności to ultramaraton, w którym najważniejsze jest, by po drodze nie zgubić siebie. I że medycyna ma granice, których przekraczanie za wszelką cenę czasem kosztuje zbyt wiele.
Kiedy zgłosić się do lekarki?
O co zapytać lekarkę w klinice?
Zbieram opowieści o chorobach i zdrowiu kobiet. Chcesz opowiedzieć swoją historię? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze