Uroczystość zesłania Ducha Świętego, czyli tradycyjne Zielone Świątki, powinna być szczególnie uroczyście obchodzona przez zadeklarowanych bezwyznaniowców i apostatów, którzy usłuchali wewnętrznego głosu i odeszli od kościoła. Być może był to głos Ducha Świętego.
Jak każdego roku, chrześcijanie niemal wszystkich wyznań obchodzą Zielone Świątki, uroczystość zesłania Ducha Świętego. W tym roku przypadają w niedzielę 24 maja. Niektórzy wręcz uważają to wydarzenie za opisane w Nowym Testamencie w Dziejach Apostolskich w rozdziale 2, 1-11:
„Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku.
»Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?« – mówili pełni zdumienia i podziwu. »Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? – Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże«”.
Warto zwrócić uwagę, że jest tu mowa „pobożnych Żydach ze wszystkich narodów pod słońcem”, a więc jest to doświadczenie grupy Żydów, którzy rozpoznali obiecanego Żydom mesjasza w ukrzyżowanym Jezusie z Nazaretu, który pięćdziesiąt dni wcześniej zmartwychwstał. Nie ma więc tutaj mowy o chrześcijanach tylko o transformacji judaizmu w religię uniwersalną, która dopiero później zostanie nazwana chrześcijaństwem.
Innymi słowy, doświadczenie obecności powiewu ducha rozsadziło etniczną religię Żydów i przekształciło ją w coś zupełnie nowego. Dodajmy jeszcze, że autor Dziejów Apostolskich, św. Łukasz, należał do uczniów św. Pawła, który w dużym stopniu był odpowiedzialny za wyprowadzenie judaizmu na szerokie wody Imperium Rzymskiego i ostatecznego zerwania z prawnymi ograniczeniami tej religii, jak chociażby obrzezanie czy przestrzeganie reguł koszerności.
Dla tych, dla których przywołana scena jest opisem historycznego zdarzenia, stała się ona znakiem rozpoznawczym ich tożsamości religijnej. Tak dalece, że nazywają siebie Zielonolonoświątkowcami (w nawiązaniu do popularnej w polszczyźnie nazwy Zielone Świątki), czy chrześcijanami pentakostalnymi (to z kolei nawiązanie do greckiej etymologii pięćdziesiątnicy, czyli właśnie do zstąpienia na apostołów Ducha Świętego po pięćdziesięciu dniach od zmartwychwstania).
Chcę od razu zaznaczyć, że nie zamierzam snuć okolicznościowych rozważań związanych z tym świętem. Interesuje mnie raczej możliwość spojrzenia na nie z perspektywy antropologa kultury, który nie wypowiada się na temat prawdziwości czy fałszu podobnych wierzeń, tylko próbuje uchwycić dające się opisać konsekwencje w konkretnych zachowaniach określonych grup.
A te bywają niekiedy zaskakujące również dla samych przywódców religijnych. Jednym z nich jest odchodzenie od praktyk religijnych danej wspólnoty z powołaniem się na wewnętrzny przymus i głos sumienia. Nie jest to zjawisko nowe, ale jak się wydaje, w ostatnich latach przybrało tak bardzo na sile, że zyskało w socjologii religii nowej pojęcie.
Mówi się mianowicie o ludziach bezwyznaniowych lub w odwołaniu do amerykańskiego kontekstu – o „nones”. Czyli o ludziach wpisujących w rubryce „do jakiej religii należysz” słowo „none” (do żadnej). Niektórzy widzą w tym zjawisku kolejną odsłonę kryzysu religii i nowej radykalnej formy sekularyzacji, inni (ja do nich należę) dostrzegają w tym nowatorskie formy religijności uwolnionej od konfesyjnych ograniczeń.
Jeśli integralną częścią doktryny chrześcijańskiej jest wiara w Ducha Świętego, który jest w stanie aktywnie współkształtować rzeczywistość, to znaczy, że religia ta dopuszcza również radykalną zmianę istniejącego porządku kościelnego.
Jednak w dotychczasowej praktyce doszło do absolutyzacji władzy administracyjnej i dyscypliny doktrynalnej, której szczytowym osiągnięciem stały się dogmatyczne formuły trynitarne i chrystologiczne z IV i V wieku na soborach w Nicei (325 roku), Konstantynopolu (381 rok) i w Chalcedonie (451 roku).
(W katolicyzmie symbolem władzy absolutnej jest ogłoszony w 1870 roku dogmat o nieomylności papieża w sprawach doktryny i obyczajów.)
Najnowszym przykładem takich praktyk była ogłoszona przez kościół katolicki w 2000 roku deklaracja „Dominus Iesus”, poświęcona wyjątkowości zbawienia w Jezusie Chrystusie, które jest możliwe tylko w Kościele katolickim, wymierzona przede wszystkim w teologów proponujących inne rozwiązania i akceptujących istniejący pluralizm religijny.
Była to nowa odsłona słynnej formuły z drugiej połowy III wieku ukutej przez św. Cyryla z Kartaginy: extra ecclesiam nulla salus (poza Kościołem nie ma zbawienia). Obowiązuje ona praktycznie do dzisiaj, choć w katolicyzmie Sobór Watykański drugi osłabił jej radykalny wydźwięk, dopuszczając możliwość zbawienia również dla wyznawców innych religii w deklaracjach z 1965 roku „Nostra Aetate”, poświęconej wyznawcom innych religii, i „Dignitatis humanae”, przyznającej ludzkiemu sumieniu wolność decydowania i wybierania sposobu wierzenia.
Jak się wydaje, a przekonuje o tym gwałtowana reakcja niektórych księży i publicystów na list episkopatu o dialogu z judaizmem, doktryna św. Cypriana ma się w polskim katolicyzmie znakomicie.
Łaciński tytuł w OKO.press pojawia się chyba po raz pierwszy. To wskazanie na praktykę, którą Watykan stosuje od niepamiętnych czasów. Niemal każdy dokument ma łaciński tytuł, zwykle są nimi pierwsze słowa tekstu. Oznacza zakorzenienie w katolickiej Tradycji, zawsze pisanej z dużej litery, oczywiści jako wyraz szacunku dla ciągłości zasadniczej niezmienności doktryny katolickiej.
Tak jest też z najnowszą encykliką papieża Leona XIV poświęconą AI, sztucznej inteligencji, „Magnifica Humanitas” (Wspaniała ludzkość), którą papież podpisał 15 maja tego roku, a jej ogłoszenie jest przewidziane na 25 maja. Jak się wydaje, będzie to kolejna próba pokazania jak bardzo katolicyzm „nadąża” za rozwojem cywilizacji i ma w kwestii AI wiele do powiedzenia, a być może pojawią się też głosy, że to przejaw działania Ducha Świętego, który działa zawsze w sytuacjach kryzysowych.
Ciągłość doktryny katolickiej to oczywiście fikcja, która jednak się utrzymuje mimo dość solidnej bazy danych wskazujących na brak ciągłości i zasadniczą zmienność nauczania kościelnego.
Co więcej, ta zmienność jest niejako wpisana w istotę chrześcijaństwa, jeśli przyjąć, że to Duch Święty wyznacza jego najgłębszy wymiar. Skoro bowiem chrześcijaństwo opiera się na wierze w Trójjedynego Boga (Bóg Ojciec, Syn Boży i interesujący nas dzisiaj szczególnie Duch Święty), a jedną z boskich osób jest właśnie „Duch święty, który wieje kędy chce” (J 3, 8).
Tak więc, jeśli istotą tej trzeciej osoby Trójcy Świętej jest nieprzewidywalność, to powinno mieć to przełożenie również na doktrynę tej religii. Tak jednak się nie dzieje, o czym świadczy np. wielość wyznań chrześcijańskich odwołujących się do raczej ludzkich niż boskich intuicji założycieli i założycielek kolejnych wcieleń „prawdziwego kościoła”.
Ale nie tylko mnogość wyznań i wzajemne spory między nimi są wyznacznikiem ludzkiego oblicza tej religii. Również w ramach poszczególnych wyznań dochodzi to często dramatycznych zwrotów, zwykle zresztą wymuszanych zewnętrznymi naciskami. Jeden z najwybitniejszych historyków Kościoła katolickiego, amerykański jezuita John O’Malley, zwykł mawiać, że wszelkie zmiany w katolicyzmie nigdy nie były dokonywane z woli papieży, ale były rozpaczliwą próbą dostosowania się do nowych okoliczności.
Pretekstem do tych może nazbyt abstrakcyjnych rozważań jest zjawisko wspomnianych wyżej „nones”, czyli osób, które zdecydowały się opuścić struktury religii instytucjonalnej, nie rezygnując przy tym z wiary religijnej, którą definiują po swojemu. Opisałem je w niedawno opublikowanym artykule „»Nones« (bezwyznaniowi) jako wyzwanie dla tradycyjnych form przynależności religijnej”.
Zainteresowanych zwłaszcza kontekstem amerykańskim odsyłam do tego tekstu, natomiast korzystając z kolejnej uroczystości Zesłania Ducha Świętego, obchodzonej przez Kościół katolicki, pozwolę sobie w formie nieco bardziej publicystycznej słów kilka o tej nowej „religijnej” kategorii powiedzieć.
Na początek postawmy pytanie: Czy można traktować osoby, które deklarują brak przynależności do jakiejkolwiek instytucji religijnej jako osoby religijne? To pytanie nie jest teoretyczne. W ostatnich dziesięcioleciach pojawia się coraz więcej ludzi, którzy uznają religię za istotną część ich tożsamości i jednocześnie odcinają się od istniejących instytucji religijnych.
Określają siebie niekiedy jako osoby uduchowione, ale nie religijne właśnie po to, by wskazać na dystans wobec dotychczasowych form wyrażania religijności i duchowości. Zdaniem socjologów religii mamy do czynienia z ludźmi bezwyznaniowymi, ale nie z ateistami. Stąd właśnie zaproponowana kategoria „nones”.
Socjologowie religii wraz z pojawieniem się na początku XXI wieku „nones” byli wyraźnie podzieleni w ocenie tej grupy religijnej. Istnienie „nones” zostało po raz pierwszy odnotowane przez prestiżową sondażownie amerykańską Pew Research Center w 2015 roku i zidentyfikowane jako jedyna grupa „religijna” wykazująca rosnący trend.
Dla niektórych brak przynależności do określonego wyznania lub tradycji religijnej przy jednoczesnym deklarowaniu wiary w Boga było wyrazem niekonsekwencji, podczas gdy inni, wręcz przeciwnie, postrzegali to jako gest odwagi i religijnego nonkonformizmu.
Niezależnie od tych ocen, faktem pozostaje, że grupa ta jest jedną z najszybciej rosnących w USA. Prognoza opublikowana w 2022 r. przez tę samą Pew Research Center pokazuje, że za niecałe pół wieku, w 2070 roku, 52 proc. Amerykanów będzie niezaangażowanych religijnie, a jednocześnie tylko nieco ponad jedna trzecia z nich (35 proc.) będzie chrześcijanami.
Amerykański teolog katolicki o wietnamskich korzeniach Peter C. Phan nazywał „nones” odkrywcami nowych kierunków w duchowości, w życiu religijnym. Jak powiedział w jednej z konferencji na jezuickim uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku w 2013 roku: „Proponuję spojrzeć na »duchowych poszukiwaczy« – jako pionierów formy życia chrześcijańskiego, która jest zarówno »religijna«, jak i »duchowa«, a która jest szczególnie odpowiednia dla naszych czasów”.
Chciałbym podkreślić fakt, że to pozytywne podejście do „nones” jest autorstwa katolickiego księdza, który swoją refleksję teologiczną rozwija na katolickim uniwersytecie Georgetown w USA, ponieważ do niedawna to Kościół katolicki ubolewał nad procesem sekularyzacji i upadkiem praktyk religijnych.
Obecnie możemy obserwować bardziej pozytywną ocenę tych zmian. Warto zwrócić uwagę na duże podobieństwo z deklaracją bezwyznaniowości, która w języku polskim ma swoją tradycję. Jej najciekawszym przedstawicielem jest Jan Baudouin de Courtenay, którego deklaracja bezwyznaniowości pod koniec lat 20. XX wieku była prawdziwą sensacją nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce.
Jan Baudouin de Courtenay znany jest przede wszystkim jako wybitny językoznawca, ale też jako cięty i zaangażowany publicysta. Jego autobiograficzny esej „Mój stosunek do Kościoła” można zaliczyć do klasyki deklaracji bezwyznaniowości. Jest to tekst o rozstaniu się z instytucjonalnym katolicyzmem, który pod koniec XIX wieku, a zwłaszcza w okresie międzywojennym, nie tylko utracił swój religijny charakter, ale bez reszty wdał się w dwuznaczny alians polityczny.
To właśnie upolityczniony katolicyzm zniechęcał do siebie najlepszych synów i córki ówczesnej Polski.
Sam należę do tej grupy, więc nie chcę unikać osobistego tonu wypowiedzi. Otóż przestałem być katolikiem w 2005 roku, gdy opuściłem zakon jezuitów po 29 latach. Nie tylko przestałem chodzić do kościoła i uczestniczyć w katolickich obrzędach, ale uznałem, że nie mają dla mnie żadnej wartości.
Innymi słowy, zobaczyłem, że tzw. niebo i zbawienie wieczne, i to wszystko, co ma je umożliwić, to czysty wymysł, a tzw. sakramenty i sakramentalia to kościelna strategia kontroli i podporządkowania. Tak wiem, sam w tej kontroli i w tym podporządkowywaniu ludzi instytucji przez wiele lat uczestniczyłem.
Dotyczy to również katolickiej doktryny łącznie z dogmatami o Trójcy Świętej, transsubstancjacji, czy dziewiczym poczęciu Maryi Matki Jezusa. Również dogmaty o zmartwychwstaniu, wniebowstąpieniu, wniebowzięciu, nie wspominając już o na zawsze dla mnie wątpliwym dogmacie o nieomylności papieża.
To wszystko przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Czy będzie nadużyciem, jeśli dodam, że w takim procesie stopniowego uwalniania się od doktrynalnej socjalizacji katolickiej dostrzegam działanie podobnych procesów, jakie odnotował autor Dziejów Apostolskich w cytowanym na początku opisie zesłania Ducha?
W teoretycznych konstrukcjach, których celem jest wzbudzenie przeświadczenia, że katolicyzm jest czymś wyjątkowym, jedynym i posiada coś, czego inne religie nie są w stanie zapewnić, można widzieć zamykanie się na działanie Ducha świętego.
Przecież są to twory ludzkiej wyobraźni, a religijne spory i wojny związane z tymi teologicznymi konstrukcjami, są zapisem potrzeby kontroli i podporządkowania, o czym tak perswazyjnie pisał Dostojewski w „Braciach Karamazow”, gdy przedstawiał spotkanie Wielkiego Inkwizytora w Jezusem, który próbował mu uświadomić, że jego praktyki są sprzeczne z jego nauczaniem.
Ja również, mimo że byłem przez lata członkiem organizacji kościelnej i piastowałem w niej odpowiedzialne funkcje, z upływem lat zdałem sobie sprawę, że nikt nie oczekiwał ode mnie jej współkształtowania, tylko podporządkowania. Jak długo spełniałem te oczekiwania, byłem akceptowany, a nawet chwalony.
To się zmieniło w ostatnich latach XX wieku i pierwszych XXI. Wtedy okazało się, że każda nieostrożna wypowiedź, krytykująca działania papieża Jana Pawła II, spotyka się z histeryczną reakcją, której początkowo nie rozumiałem. Byłem bowiem przekonany, że wszystko, co robię, było w najlepszym interesie Kościoła i zgodne z jego doktryną.
Owszem wiele elementów tej doktryny budziło moje wątpliwości, ale nie uważałem za stosowne, by się nimi dzielić publicznie. Pozostawiałem je jako temat prywatnych rozmów z zaufanymi przyjaciółmi. Wielu z nich, i to nawet księża i jezuici, podzielali i do dziś podzielają moje wątpliwości, jednak wyrażają je tylko prywatnie.
Nie wydaje mi się, by było to doświadczenie odosobnione, wprost przeciwnie, uważam je za typowe dla instytucji kościelnych. Są one, w świetle tego, co napisałem powyżej, przejawami działania Ducha Świętego i trzeba im pozwolić wybrzmieć do końca. Jak na razie Duch działa poza strukturami kościelnymi, a parafrazując przywołane wyżej powiedzenie św. Cypriana, należałoby powiedzieć, że zbawienie jest możliwe tylko poza Kościołem!
W istocie wszystko się zmieniło, gdy opuściłem zakon i zacząłem żyć na własny rachunek i od kiedy nie musiałem nikogo pytać o zgodę czy mogę swoje myśli uzewnętrznić. Od 20 lat moje wątpliwości stały się częścią mojego światopoglądu. Mój zmarły w 2020 roku przyjaciel ks. Wacław Hryniewicz kiedyś mi napisał, pamiętaj Staszku, że możesz pisać więcej niż ja i korzystaj z tego.
Inny, być może mój najważniejszy, partner teologicznych i historycznych rozterek, wspomniany już amerykański jezuita John O’Malley, na tydzień przed śmiercią na początku września 2022 roku, napisał mi, że pontyfikat Jana Pawła II to był najgorszy pontyfikat w historii Kościoła.
Myślę, że O’Malley wiedział, co pisze, bo całe jego życie było próbą pokazania, że katolicyzm jest wyznaniem racjonalnym i otwartym na racjonalną krytykę. Jan Paweł II tym przeświadczeniem poważnie zachwiał. Utożsamiał bowiem katolicyzm z własną fundamentalistyczną wizją chrześcijaństwa.
Był w tym bardzo podobny do „odnowiciela” islamu Ajatollaha Chomeiniego, który stworzył Irańczykom nie raj, obiecany przez Koran, ale piekło i to już na ziemi. Podobnie Jan Paweł II ze swoją krucjatą nowej ewangelizacji i podporządkowania całego świata Chrystusowi sprawił, że rozpoczęte na Soborze Watykańskim drugim w latach 1962-1965 próba odnowy katolicyzmu została skutecznie zablokowana.
W jej miejsce pojawił się dziwaczny mesjański projekt, którego korzenie sięgają XIX-wiecznych rojeń Andrzeja Towiańskiego i jego nawiedzonego kółka fantastów. Jan Paweł II uznał, że jest nie tylko godny kontynuowania, ale że powinien objąć cały świat, oczywiście z nim w roli głównego odnowiciela.
W moim przekonaniu nie będzie przesadą, jeśli powiem, że cały projekt „odnowy”, a raczej restauracji katolicyzmu, jaki zaproponował polski papież, był skierowany przeciw działaniu Ducha. I właśnie dlatego w ostatnich latach tego pontyfikatu pojawiły się masowe ruchy wychodzenia z Kościoła. Dotknęły one również polski katolicyzm.
Już na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o zjawisku, które ściśle łączy się z problematyką „nones”, chodzi mianowicie o formalne sankcjonowanie odejścia od Kościoła w formie aktu apostazji.
Mimo że zjawisko apostazji jest w Polsce stosunkowo nowe, doczekało się już systematycznego opracowania, którego autorką jest Magdalena Grabowska z Uniwersytetu Gdańskiego. Jej książka, Odchodząc od wierzeń: analiza narracyjna dyskursu o apostazji, nie tylko stanowi znakomite wprowadzenie w temat apostazji, ale również dostarcza językowych kategorii pozwalających precyzyjnie określić samo zjawisko odchodzenia od religii.
Autorka we „Wstępie” pisze, że zamierza przedstawić „analizę narracyjną danych jakościowych w postaci wywiadów o autobiograficznej treści przeprowadzonych z 35 osobami (19 kobiet i 16 mężczyzn) w przedziale wiekowym 18 – 50+, które podjęły decyzję o odejściu ze wspólnoty Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce i podzieliły się tą informacją w mediach społecznościowych, na fejsbukowej grupie o nazwie »Apostazja 2020«, która aktualnie, to jest w roku 2022, liczy ponad 22 tysiące członków”.
To ważna informacja, gdyż pozwala od razu zorientować się, że mamy do czynienia nie tyle z ciekawostką sezonową, ile z istotnym zjawiskiem społecznym, którego znaczenie będzie rosnąć w najbliższych latach. Jest to studium interdyscyplinarne, jednak mocno zakorzenione w językoznawczej analizie ludzkich wypowiedzi.
Korzysta też z ustaleń socjologów religii, psychologów, a nawet medioznawców. Innymi słowy, jest to wnikliwa i precyzyjna analiza języka bohaterów jej książki, czyli polskich apostatów, którzy zdecydowali się udzielić jej obszernych wypowiedzi dotyczących decyzji zerwania z kościołem.
Znowu trzeba podkreślić, że podstawą refleksji nad apostazją, podobnie jak analiza „nones”, jest kontakt indywidualny (choćby w formie odpowiedzi na ankietę w przypadku „nones”), który nierzadko ma formę głębokich i szczerych rozmów na temat doświadczenia odchodzenia od wspólnoty, porzucania praktyk, które od wczesnego dzieciństwa stanowiły ważny element życia i wychowania.
W zakończeniu Magdalena Grabowska przedstawia wnioski płynące z apostazji jako faktu społecznego w Polsce. Istotne jest uchwycenie złożoności samego zjawiska, ale też wskazanie na jego formalny charakter: „W tym akcie [apostazji] widoczna jest potrzeba formalnego zamknięcia etapu życia związanego z przynależnością do Kościoła katolickiego”.
Zapewne dla wielu czytelników będzie zaskoczeniem konstatacja, że apostazja dla większości bohaterów książki nie była aktem dramatycznym czy bolesnym. Wprost przeciwnie, jak stwierdza autorka: „Zmiana tożsamości z religijnej na świecką z punktu widzenia osób, które zgodziły się podzielić doświadczeniem apostazji ze mną, okazała się dość łagodna. Od dłuższego czasu nie utożsamiały się z nauczaniem Kościoła katolickiego. W trakcie rozmów dobitnie sygnalizowały potrzebę świeckiego państwa, świeckiej szkoły oraz odseparowania państwa od Kościoła.
Zatem akt apostazji w przypadku tych osób to w większości przypadków formalność, zamknięcie pewnego etapu życia oraz symboliczne odcięcie się”.
Podobnie swoje odejście od katolicyzmu przed laty opisał w „Dziennikach” Witold Gombrowicz. I być może sięgnięcie do świadectw literackich znacznie wzbogaciłoby nasze rozumienie takich zjawisk jak bezwyznaniowość czy apostazja. A skoro w przypadku literatury mówimy o natchnieniu, to może etymologicznie skrywa się w tym przeświadczenie, że można i w tym wypadku mówić o działaniu Ducha rozsadzającego nasze przyzwyczajenia, również te religijne. Mój mistrz Jan Błoński zwykł w przypadku literatury mówić, że jest ona szczególnym przypadkiem locus theologicus (miejscem teologicznym). Być może jako dobry katolik miał na myśli schodzenie Ducha Świętego pod pióro pisarza .
Jak się wydaje, bezwyznaniowcy zaczynają coraz śmielej wychodzić na ulice, a zjawisko apostazji na stałe zagościło w polskich mediach. Polki i Polacy swoje odejście od Kościoła katolickiego przestali traktować jako temat wstydliwy. Wprost przeciwnie, dla wielu akt apostazji to sposób demonstrowania własnej niezależności i krytycznego osądu instytucji, która nie tylko przestała spełniać ich religijne i duchowe oczekiwania, ale stała się źródłem irytacji, a nawet gniewu.
Czynią to pisarze, ludzie kultury, ale też zwykli ludzie, których wyznaniami są przepełnione media społecznościowe. Te głosy są odnotowywanie nie tylko przez krytycznie nastawionych do kościoła odbiorców. Również osoby pozostające w kościele, a nawet księża zdają sobie sprawę, że to zjawisko nie jest chwilową modą, ale coraz bardziej znaczącym faktem społecznym.
Może uroczystość zesłania Ducha Świętego, czyli tradycyjne Zielone Świątki, powinny być szczególnie uroczyście obchodzone właśnie przez nich, bo to bezwyznaniowcy i apostaci pokazują, że można, a nawet trzeba słuchać wewnętrznego głosu i doświadczają, że jest to głos wyzwalający.
Sobota
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Komentarze