0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Cezary Aszkielo...

“Dzik szedł środkiem ulicy koło przedszkola, była 17:20” – czytam post na osiedlowej grupie na Facebooku. Ktoś opowiada, że podwoził starszą panią, bo bała się spotkania z dzikami. Ktoś inny, że dziki “spacerują nawet za dnia”.

- Tam proszę nie iść! – słyszę na Dębnikach, blisko centrum Krakowa. – Wielki dzik tam jest! – ostrzega mnie przechodzień, a na skwerku przy parkingu dzik grzebie w kwiatkach. Nie zwraca na mnie uwagi.

Kilka lat temu dzik wszedł do salonu kosmetycznego w Krakowie. Klientki uciekły, drzwi zamknięto, a właścicielka salonu skarżyła się, że zwierzę zdemolowało wnętrze. Oglądam nagranie z tego zajścia i widzę przerażonego dzika uderzającego głową w szklane drzwi lokalu. “Dzik został odłowiony i przewieziony w bezpieczne miejsce” – podawała potem straż miejska. Najprawdopodobniej wizytą w salonie ściągnął na siebie wyrok śmierci i został uśpiony.

Salon kosmetyczny był na Ruczaju, w południowej części miasta. Kiedyś były tu tereny podmokłe, teraz są grodzone osiedla, korporacje i kampus uniwersytecki. Są też dziki. Koleżanka relacjonuje, że znów widziała je pod Biedronką. Przez tramwajowe okno obserwuję stadko skubiące nędzną kępkę trawy między centrum handlowym a nieczynnym hotelem.

Bobrzą tamę ktoś rozjechał koparką. Łosia zabił myśliwy, bo „pomylił z dzikiem”. Żubr zginął na drodze, potrącony przez auto. Dzikie zwierzęta giną, tracą domy, są płoszone. W reporterskim cyklu OKO.press „Bezbronne” pokazujemy, jak wygląda sytuacja zwierząt w Polsce. Jak prawo, które miało chronić, nie chroni. Jak człowiek, który miał pomóc – szkodzi i zabija.

To druga część reportażu „Jak zabija się dziki”. Pierwszą „Ile święty Hubert pozwoli” przeczytajcie tutaj.LINK cz. 1

Szczury i gołębie

- Wiem, że to uproszczenie: do dzików strzela się w lasach, więc przychodzą do miast — Monika Konieczna przekrzykuje hałas kawiarnianego ekspresu. – Wiem, że przyczyn jest więcej. Ale nie trzeba specjalistycznej wiedzy, żeby połączyć te kropki. Strzelają do ciebie bez ograniczeń, cały rok, więc uciekasz dalej. Dziki w mieście znalazły sobie bezpieczną przystań, mają tu schronienie i jedzenie.

Spotykamy się w Krakowie, Monika mieszka tu i działa w ruchach miejskich. Jest weganką, pojawia się tam, gdzie trzeba chronić przyrodę. Jest też Siostrą Rzeką Wilgą, tak wyróżnił ją kolektyw krakowskiej artystki Cecylii Malik, który przyznaje takie tytuły osobom zaangażowanym w ochronę rzek.

23.10.2022 Krakow , Las Legowy w Przegorzalach , okolice ul. Ksiecia Jozefa . Piknik i spacer protestacyjny " Nie Tedy Droga " w obronie Lasu legowego w Przegorzalach , na terenie ktorego ma powstac wezel komunikacyjny Trasy Pychowickiej i Zwierzynieckiej .
fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.pl
Protest w obronie lasu łęgowego w Przegorzałach w Krakowie, Monika Stoi pośrodku, między Cecylią Malik a nieżyjącym już ornitologiem Kazimierzem Walaszem, 2023 rok, fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Przy kawiarnianym stoliku siedzi z nami też Michał Dobrzyński, którego poznałam dzięki tekstowi, jaki opublikował w “Dzienniku Gazecie Prawnej”.

“Język instytucji został ukształtowany tak, by rozmywać odpowiedzialność i neutralizować moralny ciężar działań. Wystarczy przyjrzeć się, jak mówi się o zabijaniu zwierząt: pozyskanie, odstrzał redukcyjny, eliminacja osobników problemowych, interwencja, humanitarne uśmiercenie, usypianie. Każde z tych określeń usuwa z pola widzenia fakt, że chodzi o intencjonalne odebranie życia czującej istocie” – pisał, polemizując z Wojciechem Stanisławskim, który przekonywał, że mówienie o “karze śmierci” i “egzekucji” dzików jest przesadą.

Poruszył mnie ten artykuł, dlatego przez wspólnych znajomych odnajduję Michała.

Jest nauczycielem osób ze specjalnymi potrzebami, codziennie dojeżdża do Katowic. Na Śląsku wkręcił się w ruchy antyłowieckie, do Krakowa przyjechał za żoną. Michał mówi, że najbardziej znienawidzone w miastach są szczury, gołębie i dziki. – Ludzie zapomnieli, że współistniejemy z dzikimi zwierzętami.

30 osób zginęło przez myśliwych

W połowie czerwca krakowskie media wybuchają: “Atak dzika na roczne dziecko w Krakowie. Mieszkańcy żyją w strachu”, “Dzik zaatakował malutkie dziecko. Boimy się wychodzić z domów”, “Mieszkańcy są przerażeni”.

Akcja dzieje się na osiedlu Kliny – jak mówią mi Monika z Michałem, dziczym zagłębiu Krakowa. Tylko że do żadnego ataku nie dochodzi. Dzik, spłoszony przez psa spuszczonego ze smyczy, ucieka z zarośli, pędzi przed siebie, przypadkiem zahacza o wózek, w którym siedzi 13-miesięczna dziewczynka. Wózek się przewraca. Dziecko trafia do szpitala, na szczęście bez poważniejszych obrażeń.

“To był przypadkowy kontakt zwierzęcia spłoszonego wcześniej przez psa”

- oświadcza Paweł Jastrząb, Komendant Miejski Policji w Krakowie.

“Dziki boją się psów. Gdy poczują się zagrożone, próbują uciec, a jeśli nie mają drogi odwrotu — mogą się bronić. Dlatego psy nie powinny biegać luzem” – pisze po wszystkim biolog, dr Robert Maślak. Wylicza, że w Polsce w ciągu ostatnich 10 lat tylko jedna osoba zginęła po ataku dzika. A i tę liczbę podaje pod znakiem zapytania, bo opiera ją na doniesieniach z mediów. W tym samym czasie około 30 osób zginęło po postrzeleniu przez myśliwych, a około 40 – po pogryzieniu przez psy.

Robert Maślak: "To nie dziki są największym zagrożeniem. Zagrożeniem jest cyniczne straszenie ludzi zwierzętami po to, by uzasadniać ich zabijanie”.

Dzikie lekcje

- Cały czas nakręcana jest atmosfera wokół dzików – mówi Monika Konieczna. Jej ruch miejski, Akcja dla Krakowa, przygotował ulotki edukacyjne o dzikach. Dzięki współpracy z Festiwalem Ktoś, nie Coś Monika chodziła do szkół z “Dzikimi lekcjami”. A miasto? – A miasto wywiesiło czerwone plakaty, na których jest dzik z wielkim napisem UWAGA. Ten czerwony kojarzy się z niebezpieczeństwem, daje znać, że dzik jest zły, straszny i musimy się go bać.

- Skąd tyle dzików w Krakowie? – pytam.

- Poza polowaniami w lasach? Bo miasto się rozlewa, zabudowa wchodzi w kolejne tereny zielone, skąd wypędzane są dziki. Zagospodarowano Zakrzówek, dawny kamieniołom. Dziś są tam baseny, płot, bramki, a zwierzęta przeniosły się na osiedle po drugiej stronie drogi. A gdzie się miały przenieść, skoro z Zakrzówka je wyrzucono? – odpowiada Monika.

Więcej kukurydzy, więcej dzików

- Dziki przyciąga łatwo dostępny i wysokokaloryczny pokarm – dodaje Michał. Wszystkożerne zwierzęta zadowolą się resztką pizzy, zawartością worka z odpadami bio i suchą bułką. Dziki są inteligentne, zapamiętują, gdzie jest najlepsza stołówka i do niej wracają. Śpią pod balkonem, z którego regularnie ktoś wyrzuca resztki, buszują w śmietniku, którego nikt nie zamyka. – Od lat mówimy, że trzeba wymienić kosze na śmieci – zaznacza Michał. – Były próby przykręcania metalowych nakładek na miejskie śmietniki, co kosztuje kilkanaście, może 20 zł za sztukę. Zatrzymały się na pilotażu. Dziki to zwinne zwierzęta, jeśli kosz jest otwarty, to poradzą sobie z nim bez problemu – dodaje.

Przeczytaj także:

Jeśli porówna się dni i miejsca zgłoszeń dotyczących dzików z dniami i miejscami odbioru odpadów, okaże się, że są zbieżne. Ludzie wystawiają worki dzień przed wywozem, a dziki urządzają sobie z tego stołówkę.

Monika: – Na obrzeżach Krakowa mamy dużo upraw kukurydzy, które są idealnym źródłem jedzenia i schronieniem dla dzików. To też je zachęca, żeby osiedlały się w granicach miasta.

W kukurydzy i ludzkim jedzeniu zwierzęta rozsmakowały się dzięki myśliwym, wysypującym jedzenie w nęciskach pod ambonami. Naukowcy udowodnili, że spożycie kukurydzy powoduje u dzików szybsze dojrzewanie płciowe i wydłużenie okresu rui. Szybciej i intensywniej się rozmnażają.

O dzikach językiem myśliwych

Michał i Monika dwa lata temu dołączyli do zespołu do spraw dzików przy Prezydencie Miasta Krakowa. I trafili na ścianę.

mężczyzna na proteście mówi do megafonu
Michał Dobrzyński na proteście przed krakowskim Hunt Expo, fot. Stan Baranski

- Już sama nazwa jest fatalna: “Zespół Zadaniowy ds. rozwiązania nadmiernej ilości dzików na terenie Miasta Krakowa”. Złożyliśmy wniosek o jej zmianę – mówi Monika.

Grupę znaleźli przypadkiem, przeglądając miejski BIP. Michał wspomina: – Przychodzimy na zebranie, a tam sporo myśliwych. A nawet jak nie myśliwi, to osoby z Polskiego Klubu Ekologicznego 80, które mówią językiem myśliwych.

- Siedzą w mundurach i kapelusikach z piórkiem?

- Kamuflują się wizualnie, ale nie kamuflują się słowem – odpowiada Monika. – Po kilku zebraniach wiemy już dokładnie, co się wydarzy: jeden pan powie, że dziki znów były na Zakrzówku i wyrywały ludziom siatki z zakupami, drugi, że dzików jest za dużo, trzeci, że skoro mamy tyle dzików, to powinniśmy otworzyć miejski sklep z dziczyzną. Czwarty powie, że trzeba je policzyć. I tak od lat się spotykają, ustalają, że trzeba policzyć i nic z tego nie wynika.

Spotkania – dodaje Michał – są bardzo rzadko. W zeszłym roku były tylko dwa.

- Nie to, co w Gdyni – wzdycha z zazdrością. – Tam zabrano się do tego porządnie. Duży zespół, eksperci z różnych dziedzin, raport, poważne działania. My powinniśmy się od Gdyni uczyć.

Koordynatorka ds. dzików

Jadę więc do Gdyni, wdrapuję się na czwarte piętro urzędu miasta, gdzie w niewielkim pokoju z balkonem pracuje Agata Grzegorczyk. Czarny t-shirt, czarne spodnie, turystyczne buty i zapał w głosie, kiedy pytam o dziki. Przez kilka lat była rzeczniczką prasową, teraz koordynuje miejskie służby, a od niedawna do listy jej stanowisk dołączyła “koordynatorka ds. dzikich zwierząt”.

- Tutaj w parku – Grzegorczyk wskazuje ręką za okno – myśliwy strzelił do dzika przy dzieciach. Co prawda strzałką z usypiaczem, a nie z broni, ale to nie jest sytuacja, do której powinniśmy dopuszczać. Nasza pani prezydent była od początku przeciwna metodom śmiercionośnym. Uznaliśmy, że trzeba wymyślić coś innego.

Gdynia musiała przetrzeć szlaki. We wszystkich miastach głównym sposobem radzenia sobie z dzikami jest odstrzał. W mniej drastycznej wersji – odławianie i usypianie.

A zabijanie jest po prostu nieskuteczne – powtarzają mi wszyscy, których pytam o dziki. Po śmierci dzików tworzy się nisza, którą szybko zapełniają kolejne osobniki. I tak w nieskończoność.

Przeczytaj także:

- Uczyli nas tego na studiach na przykładzie kormoranów, które niszczyły rybakom sieci, wyjadały im ryby. Ktoś wpadł na pomysł, żeby je wystrzelać. Po kilku latach było ich trzy razy więcej, bo kormorany poczuły się zagrożone i zaczęły się intensywniej rozmnażać. To samo można obserwować u dzików. Nie tędy droga – mówi gdyńska koordynatorka ds. zwierząt.

Żeby naradzić się w sprawie dzików, do urzędu zaproszono naukowców, mieszkańców, leśników, pracowników Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, społeczników. Kilkanaście miesięcy prac zespołu zakończyło się listą rzeczy, które Gdynia może zrobić zamiast strzelania do dzików. Powstał też raport, instrukcja na 200 stron, którą spisali urbanista, biolożka, architektki krajobrazu i prawniczka zajmująca się prawami zwierząt. Jedna z pierwszych rekomendacji: powołanie koordynatora. I tak Agata Grzegorczyk trafiła do biura z balkonem.

Lody dla dzika

Z raportu dowiaduję się, że od 2013 do 2025 roku Straż Miejska w Gdyni dostała 14 845 zgłoszeń dotyczących dzików. 80 procent z nich to były po prostu informacje, że ktoś zauważył dzika.

20 procent to “sytuacje problemowe”. Autorzy raportu się im przyjrzeli. Okazało się, że “jedynie 19 zgłoszeń – czyli 0,6 proc. zgłoszeń problemowych i 0,01 proc. wszystkich zgłoszeń – zawierało deklarowaną przez zgłaszającego informację o uszczerbku na zdrowiu, przy czym w większości dotyczyło to urazów u psów (11 zgłoszeń), a w sześciu przypadkach u ludzi”.

– Mieliśmy jedną przykrą sytuację, kiedy pani została poturbowana przez dzika. Wychodziła ze sklepu, przy drzwiach stał dzik, który wsadził głowę do jej siatki z zakupami. Pani się wystraszyła, dzik się wystraszył, sytuacja była niebezpieczna. Kobieta trafiła na intensywną terapię

- opowiada Agata Grzegorczyk. – Ani ta kobieta nie jest winna, ani dzik. Winni są ludzie, którzy przy tym sklepie wielokrotnie dzika dokarmiali. Dziki to inteligentne zwierzęta, ten sobie zapamiętał, że tutaj dostaje jeść i uznał, że bułka z siatki z zakupami mu się należy. Opowieści o nieodpowiedzialnym dokarmianiu mam na pęczki. Kiedyś z lodziarni wyszła kobieta, miała dwa lody – jeden dla siebie, drugi dla dzika. Byli też mieszkańcy, którzy przynosili pod blok miski z mlekiem, bo locha miała małe i uznali, że tym je poczęstują. To jest prosta droga do tragedii.

Obiad z tulipanów

Proszę Agatę Grzegorczyk o instrukcję dla innych miast. Co zrobić, żeby nie strzelać?

- Przygotowujemy coś, co nazwaliśmy standardem niedostępności. Nie chodzi tylko o śmietniki, ale też o ogrodzenia. Dzik wbrew pozorom jest skoczny, łatwo pokonuje zbyt niskie ogrodzenie – mówi mi urzędniczka. – Wymienimy też pojemniki do dokarmiania kotów wolnożyjących na dzikoodporne. Bo kocia karma to przysmak.

Dziczym przysmakiem są też cebulki tulipanów. Jeśli posadzi się je w mieście, można być niemal pewnym, że rabatka będzie zryta. Przypominam sobie, ile tulipanów widziałam na krakowskich Plantach.

- My sadzimy hiacynty i żonkile, dziki ich nie lubią – mówi Agata Grzegorczyk. – Wypróbowałam to we własnym ogrodzie. Posadziłam krokusy i wieczorem już ich nie było. Jak w tym samym miejscu zakwitły hiacynty i żonkile, to rosną tam do dziś.

kobieta z ciemnymi włosami stoi na tle napisów "gdynia"
Agata Grzegorczyk, fot. Kamil Złoch/ Urząd Miasta Gdyni.

Zapach ludzkiego potu

Opowiadam o tym, co usłyszałam w Krakowie. O rozlewającym się mieście, zabierającym dzikom przestrzeń do życia i wtłaczającym je na osiedla.

- Gdynia nie ma gdzie się rozlewać. Z jednej strony mamy Sopot i Gdańsk, z drugiej Rumię. Z trzeciej – morze. A z czwartej Trójmiejski Park Krajobrazowy. A miasto musi się rozwijać. Nie zatrzymamy tego. Możemy za to zmienić sposób korzystania z Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, skanalizować ruch, żeby spacerowicze chodzili po wyznaczonych ścieżkach, a nie poruszali się bezładnie po całym lesie i nie puszczali tam luzem psów. Badania pokazują, że dzikie zwierzęta w podmiejskich lasach najchętniej gromadzą się przy pasach drogowych – dlatego że tam nie ma puszczonych wolno psów. Zwierzęta czują się bezpieczniej. Tę wiedzę możemy wykorzystać i stworzyć dzikom bezpieczne ostoje wewnątrz lasu – mówi.

Gdynia korzysta również z repelentów, czyli środków z zapachami, których zwierzęta nie lubią. – Ale to śmierdzi! – ostrzega Agata Grzegorczyk. W repelentach stosuje się na przykład zapach ludzkiego potu. Mają też inną wadę – można stosować je tylko raz na jakiś czas, bo inaczej dziki się przyzwyczają i smród przestaje je odstraszać.

Urzędniczka dodaje: – ASF przetrzebił populację, więc na razie w Gdyni mamy mało dzików. Na osiedlach żyje ich około dwudziestu. To nie znaczy, że problemu nie ma. Już widzimy, że lochy mają młode, populacja się odradza. A im więcej dzików, tym więcej konfliktów.

Nie trzaskać dzików

W brutalnym rozwiązywaniu konfliktów z dzikami przoduje Warszawa. W 2026 roku ma zginąć tam 500 zwierząt. Od maja 2024 do października 2025 zabito ich aż 900. Mieszkańcy zbierają nawet podpisy pod petycją, apelując do prezydenta Rafała Trzaskowskiego, żeby sięgnął po humanitarne metody.

“Obecne praktyki zabijania dzików w Warszawie budzą poważne zastrzeżenia etyczne i społeczne. Dochodzi do przypadków uśmiercania samic prowadzących młode, także na terenach zamieszkałych i na oczach mieszkańców, w tym dzieci – co jest naruszeniem prawa” – piszą. W mieście powstała inicjatywa „Nie trzaskać dzików”.

15.04.2026 Warszawa , plac Bankowy 3/5 . „ Protest przeciwko rzezi dzikow przez Lasy Miejskie ” zorganizowany przez organizacje pozarzadowe  .
Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.pl
Protest przeciwko rzezi dzików w Warszawie zorganizowany przez organizacje pozarządowe. Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Kordon wokół Henia

Symbolem warszawskich krwawych praktyk stał się dzik Henio, ten, który zdaniem księdza z Bemowa nie ma duszy. Dzika znało całe osiedle. Nie był agresywny, nie atakował.

24 kwietnia 2026 wszedł na teren placu zabaw przy Domu Zakonnym Sióstr Michalitek. Ktoś z zakonu zamknął furtkę, po policję miał zadzwonić ksiądz. Wiadomość o dziku szybko dotarła do aktywistów prozwierzęcych, którzy próbowali Henia uratować. Prośby o interwencje dotarły nawet do Ministerstwa Klimatu i Środowiska, sprawę konsultowali prawnicy, zgłosiła się fundacja, która mogłaby zaopiekować się Heniem. Aktywiści ustawili się przy płocie placu zabaw – ale uwolnienie dzika uniemożliwiła policja.

Na jednego dzika wysłano 20 funkcjonariuszy. Henio spał w piaskownicy, nie zdając sobie sprawy z walki o jego życie.

Po kilku godzinach na miejsce przyjechali pracownicy Lasów Miejskich, żeby uśmiercić zwierzę, ale nie chcieli robić tego przy dużym zgromadzeniu. Policja odgrodziła teren taśmą, przez megafon wzywali aktywistów, żeby się odsunęli od płotu. Henia otoczyli kordonem. Jeden z policjantów zagroził, że funkcjonariusze będą musieli siłą usuwać protestujących. Aktywiści musieli odpuścić.

Pracownik Lasów Miejskich strzelił do Henia strzykawką ze środkiem usypiającym. To nie zabiło dzika. Zerwał się do ucieczki, biegał po placu zabaw, ale po chwili upadł. Do bezwładnego dzika podszedł weterynarz i wstrzyknął śmiertelną truciznę.

Ciało zabrano z miejsca wydarzeń na noszach, przykryte czerwoną płachtą.

Odstrzał redukcyjny bez ograniczeń

“Dochodzi do całkowitego wypaczenia prawa” – mówiła w OKO.press adwokatka Karolina Kuszlewicz.”Ma ono charakter zarówno systemowy – przyjętej praktyki przez wielu starostów i prezydentów miast – jak i jednostkowy. Systemowy, bo stosowanie art. 45 ust. 3 prawa łowieckiego do obecności dzików w mieście jest wypaczeniem prawa. Decyzje jednostkowe również stanowią nadużycie prawa, dlatego że najczęściej w ich uzasadnieniu w ogóle nie są wykazane przesłanki, które znajdują się w tym przepisie” – podkreśliła.

Artykuł 45 prawa łowieckiego mówi, że zwierzęta mogą być zastrzelone albo odłowione i uśmiercone w sytuacji “szczególnego zagrożenia dla obiektów użyteczności publicznej bądź obiektów produkcyjnych”. Sama obecność dzika na osiedlu nie jest “szczególnym zagrożeniem”.

Karolina Kuszlewicz: “Decyzje mają charakter blankietowy i nie dochodzi do żadnej weryfikacji, czy rzeczywiście są podstawy do uśmiercenia konkretnych zwierząt. Uczyniono z nich automat funkcjonujący w oparciu o najbardziej prymitywny schemat: jest dzik – trzeba go zabić”.

Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła” i sieć Watchdog Polska zapytali 314 starostw oraz 66 urzędów miast na prawach powiatu o decyzje wydawane w ramach artykułu 45. Pytanie dotyczyło lat 2020-2025. “Okazało się, że większość starostów (232) takich decyzji nie wydawała. Jednak w pozostałych 120 powiatach (i miastach na prawach powiatu), od których otrzymaliśmy odpowiedzi, w ciągu ostatnich sześciu lat wydano łącznie aż 633 takie decyzje” – czytam.

Prezydenci i starostowie zazwyczaj wydają decyzję o konieczności uśmiercenia dzików, określając liczbę osobników. Ale są wyjątki – prezydent Grudziądza co roku wydaje decyzję na „odstrzał redukcyjny dzików w ilości bez ograniczeń”.

– Nie ma tutaj żadnych reguł

- mówi mi Krzysztof Wychowałek ze “Źródeł”, do którego dzwonię, żeby lepiej zrozumieć ten prawny chaos wokół dzików. – Kiedy w 1995 roku tworzono art. 45 o szczególnym zagrożeniu, nikt nie myślał o dzisiejszej sytuacji i dzikach w mieście. To jest przepis w prawie łowieckim, mimo że nie dotyczy gospodarki łowieckiej. Mamy więc przestarzały, dziwny przepis, który każdy starosta i prezydent rozumie inaczej.

Zabić w interesie społecznym

- A gdybyśmy spróbowali to poukładać?

- To trzeba by powiedzieć, że są dwa typy decyzji o odstrzale dzików. Pierwszy – kiedy do starosty lub prezydenta zgłasza się konkretny podmiot, na przykład lotnisko i argumentuje, że dzikie zwierzęta wchodzą na pas startowy, zagrażają bezpieczeństwu. Taki podmiot może dostać zgodę na zabicie określonej liczby dzików, lisów czy saren. Drugi typ to te decyzje, które starosta czy prezydent wydaje w sprawie zabicia dzików na terenie powiatu. Błędnie – w mojej i nie tylko mojej ocenie – wykorzystując art. 45 prawa łowieckiego.

Taki odstrzał jest zresztą niezgodny z inną ustawą – o ochronie zwierząt.

Te przepisy wychodzą z założenia, że zwierzęta można uśmiercać, kiedy nie ma żadnej innej alternatywy i przy ograniczeniu cierpienia fizycznego i psychicznego. Ustawa o ochronie zwierząt dopuszcza też “ograniczanie populacji”. Ale zgodę na takie ograniczenie musi wydać sejmik województwa. Ta decyzja wcześniej musi przejść konsultacje i klasyczną drogę legislacyjną, jak każda inna uchwała. Tymczasem starostowie i prezydenci wydają swoje decyzje o dzikach w tajemniczym trybie i po cichu, nie publikując ich nigdzie. Nie można ich opiniować, a nawet zaskarżyć. Wiem, bo próbowaliśmy. W sądzie administracyjnym nie mogliśmy tego zrobić, bo nie jesteśmy stroną decyzji. Poszliśmy więc do Samorządowego Kolegium Odwoławczego – Krzysztof Wychowałek pokazuje mi decyzję, w której SKO odmawia wszczęcia postępowania w sprawie łódzkich dzików.

Powód? W skrócie: aby zaskarżyć decyzję dotyczącą zabicia dzików, należy wykazać stojący za tym interes społeczny. W interesie społecznym, zdaniem SKO, jest uśmiercenie zwierząt, a nie – jak argumentował Ośrodek “Źródła” – pozostawienie ich przy życiu.

Pół miliona za zabijanie

Krzysztof Wychowałek wyjaśnia, że uśmiercaniem dzików zajmują się samorządowe jednostki (jak Lasy Miejskie w Warszawie) albo wyspecjalizowane firmy, które wygrają przetarg.

W Łodzi robi to firma Wildcare. “Miasto zapłaciło za to 499 500 zł (2700 zł brutto za zabicie jednego dzika). W 2026 roku umowę powtórzono” – podają “Źródła”. Najnowsza umowa znowu obejmowała zabicie 185 dzików i 499 500 zł wynagrodzenia.

W Krakowie dzikami zajmuje się firma ŁUKASZ STYRYLSKI CentrumHodowlane.pl, czego dowiaduję się w biurze prasowym magistratu. Firma prowadzi, na zlecenie miasta, “pogotowie dla dzikich zwierząt”.

W 2025 roku pogotowie zabiło 220 dzików. Ale tak naprawdę w Krakowie zginęło ich znacznie więcej – całe miasto jest objęte obwodami łowieckimi, gdzie trzy koła łowieckie polują niezależnie od decyzji wydawanych przez prezydenta. W sezonie 2025/2026 myśliwi zabili dodatkowo 627 osobników. W poprzednim sezonie – 531.

Odłów, czyli co?

- Mówimy najczęściej o “odstrzale” dzików, ale według prawa łowieckiego decyzje mogą być wydawane również na odłów i odłów z uśmierceniem – wyjaśnia Wychowałek.

- Co to znaczy?

- Odstrzał – to wiadomo. Myśliwy strzela do dzika z broni palnej. Z odłowem jest już trudniej, bo ustawa nie definiuje, co to znaczy. Z logiki innych przepisów wynika, że to “schwytanie żywego zwierzęcia”. A co dalej? Stąd w prawie łowieckim “odłów z uśmierceniem”, po który mogą sięgać władze powiatu. Bałagan prawny sięga dalej, bo powstaje pytanie, jak przeprowadza się odłów? Prawo łowieckie reguluje to w miarę szczegółowo, ale tylko wtedy, gdy opisuje odłów robiony w celach hodowlanych czy naukowych. W przypadku odłowu zwierzyny zarządzonego przez starostę czy prezydenta nie ma żadnych zasad.

W Łodzi – trzymamy się z Krzysztofem Wychowałkiem tego przykładu – decyzja prezydentki Hanny Zdanowskiej nie określała, jak odłów ma wyglądać. Dopiero w umowie z firmą Wildcare zawarto instrukcję: miasto wymaga, żeby metodą pierwszego wyboru było wabienie dzików do odłowni. To pułapki, które zamykają się, kiedy zwierzę wejdzie do środka. W odłowni dzik czeka na egzekucję. Umiera po podaniu zastrzyku ze śmiercionośną substancją.

28.05.2026 Lodz , ulica Cwiklinskiej , rodzina dzikow na osiedlu Widzew .
 Fot. Marcin Stepien / Agencja Wyborcza.pl
Rodzina dzików na osiedlu Widzew w Łodzi, fot. Marcin Stępień/ Agencja Wyborcza.pl

To nie eutanazja

Strzelanie z jest zarezerwowane na “wyjątkowe sytuacje” – nie tylko z broni palnej, ale również z broni Palmera, czyli wiatrówki ze strzykawką. Taki strzał usypia dzika, ale go nie zabija. Dopiero później weterynarz dokonuje eutanazji.

– Mówi się o eutanazji dzików, ale to jest wypaczenie tego pojęcia. Eutanazja to metoda pomocy choremu czy rannemu zwierzęciu, któremu trzeba skrócić cierpienie. Eutanazją nie jest chwytanie zdrowego zwierzęcia i zabijanie go

- podkreśla Wychowałek.

Rozmawiamy jeszcze o “utylizacji” martwych zwierząt. To kolejne słowo, które pudruje prawdę.

W Niedzielę Wielkanocną na warszawskim Mokotowie Lasy Miejskie zabiły siedem dzików, a ich ciała – w ramach “utylizacji” – pracownicy wrzucili do kubłów na śmieci. Drastyczne zdjęcia z Mokotowa opublikował nieżyjący już poseł Lewicy Łukasz Litewka – widać na nich, jak mężczyzna w ciemnej bluzie, z kapturem naciągniętym na głowę, trzyma dzika za tylne nogi. Głowa zwierzęcia już jest w czarnym kuble.

Ratusz bronił się, tłumacząc, że martwy dzik jest “odpadem niebezpiecznym”. Do spopielenia musi być przewieziony w worku albo pojemniku.

Trzy lata za przewożenie dzika

Według badań wywożenie dzików też nie jest dobrym rozwiązaniem — podczas odłowów dochodzi do rozbijania grup rodzinnych. Co więcej, miejskie dziki przeniesione do lasów, nie radzą sobie z nowym miejscem.

Dziś i tak nikt nie sięga po takie rozwiązanie. Przepisy dotyczące walki z ASF zabraniają transportu dzików.

Agata Grzegorczyk z Gdyni ma nadzieję, że przepisy w końcu się zmienią i dziki będą mogły być przewożone do lasów. Zapowiada, że taki apel do rządu już jest przygotowywany. Mimo wszystko widzi w tej metodzie szansę: – Moglibyśmy wywozić je niedaleko, niekoniecznie do lasów w innym województwie albo trzymać w jakimś miejscu na kwarantannie. Zanim zmieniono przepisy ze względu na ASF, to działało.

Odłownie, które w Trójmieście wykorzystywano do łapania i wywożenia dzików, są dziś zardzewiałe.

- W Krakowie nie ma ASF, więc urząd miasta wysłał pytanie do Ministerstwa Rolnictwa, czy można zwolnić nas z zakazu przewożenia dzików. Przyszła dosadna odpowiedź z odmową i informacją, ile lat więzienia grozi za przewożenie dzika – wspomina Michał Dobrzyński.

- Ile?

- Trzy.

Żadnych selfie, pies na smyczy

Pytam Marcina Kostrzyńskiego, przyrodnika i fotografa, którego odwiedzam w domu pod lasem, co by poradził Warszawiakowi czy Krakowiance, którzy spotkają dzika.

- Nie podchodzić. Żadnych selfie, żadnego częstowania. Jak będziemy za blisko, dzik może chcieć nas przegonić – nie zaatakować, ale przestraszyć. Kilkadziesiąt metrów to bezpieczna granica. Dziki słabo widzą, jeśli idziemy pod wiatr, mogą nas nie wyczuć. Warto dać znać, że jesteśmy. Zakaszleć, zagwizdać. Tak, żeby nie był naszą obecnością zaskoczony. A pies obowiązkowo na smyczy.

Kilka tygodni później ta wiedza mi się przydaje. Idę wzdłuż lasku w krakowskiej Nowej Hucie, jest już po zmroku. Mój pies intensywnie wącha. W krzakach słyszę szmer. Są, cała dzicza rodzina. Odciągam psa i kilka razy klaszczę. Dziki nasłuchują, robią w tył zwrot, wbiegają w głąb lasu.

Przypominam sobie, co powiedziała mi w Gdyni Agata Grzegorczyk: – My nie powinniśmy myśleć, jak pozbyć się dzików z miasta. Trzeba zrobić wszystko, żeby nauczyć się z nimi w tym mieście żyć.

Przeczytajcie też „Ile święty Hubert pozwoli”, pierwszą część reportażu Katarzyny Kojzar „Jak zabija się dziki”.

Na zdjęciu Katarzyna Kojzar
Katarzyna Kojzar

Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.

Komentarze