Sprawa Rzeczniczki Praw Dziecka budzi kontrowersje. Ale czy w Polsce dziecko musi mieć siniaki, żebyśmy uwierzyli, że dzieje mu się krzywda?
Krzyk na dziecko? „Każdemu się zdarza”. Wyzwiska? „Rodzic był w emocjach”. Klaps? „To nie bicie”. Z przemocą wobec dzieci mamy w Polsce osobliwy układ: najlepiej reagować dopiero wtedy, gdy jest już na tyle widoczna, że nie da się jej nie zauważyć. A potem pytać, dlaczego nikt nie działał wcześniej.
13 sierpnia na warszawskiej Białołęce Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak była świadkinią sytuacji, w której przebywająca na przystanku autobusowym kobieta zaczęła szarpać i wyzywać jedno z pozostających pod jej opieką dzieci.
RPD zaoferowała młodej matce pomoc, po czym – gdy ta kontynuowała agresywne zachowania – wezwała policję. To był czwartek – zaraz przed długim weekendem. Pracownicy Ośrodków Pomocy Społecznej i sądów mieli już wolne. Jedyną możliwością kontaktu z sądem była tak naprawdę rozmowa z sędzią dyżurującym. Alternatywa? Czekanie do poniedziałku. Tyle tylko, że przemoc wobec dzieci nie robi sobie wolnego w weekend.
Zajmujący się sprawą sąd nie stwierdził podstaw do odebrania dzieci. Nie był to jednak koniec sytuacji. Niewiele później, po spotkaniu rzeczniczki z przedstawicielami policji, została wydana decyzja o rozdzieleniu rodziców i dzieci. Ze względu na dynamiczny przebieg zdarzeń nie było możliwe zorganizowanie im opieki ze strony bliskich, co jest w takich sytuacjach pierwszym wyborem. Dzieci zostały umieszczone w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Komentarze