„Nie dochodzi do żadnej weryfikacji, czy rzeczywiście są podstawy do uśmiercenia konkretnych zwierząt. Działania są automatyczne, a funkcjonują w oparciu o najbardziej prymitywny schemat: jest dzik – trzeba go zabić” – o dzikach w mieście mówi adwokatka Karolina Kuszlewicz
Dziki giną w miastach. Strzela się do nich na osiedlach, przy domach, w obecności dzieci. W piątek 24 kwietnia w Warszawie na placu zabaw zastrzelono dzika Henia. Policję wezwał ksiądz z pobliskiej parafii, na miejsce przyjechało 20 (!) funkcjonariuszy. Społecznicy próbowali Henia ratować – bezskutecznie. W OKO.press opisywaliśmy też zabicie lochy z młodymi na terenie Instytutu Psychiatrii i Neurologii na warszawskim Wilanowie. Poproszeni przez personel szpitala pracownicy Lasów Miejskich zabili matkę, zostawiając w barłogu pasiaki. Po kilku godzinach wrócili, żeby dokończyć „dzieła”.
Czy to zgodne z prawem? Pytamy Karolinę Kuszlewicz, adwokatkę, ekspertkę od praw zwierząt.
Regina Skibińska: W wielu miastach w Polsce trwają odstrzały dzików. Decyzje zapadają na poziomie starostw i prezydentów miast. Jak to wygląda od strony prawnej? Kiedy takie odstrzały mogą mieć miejsce?
Karolina Kuszlewicz: Dochodzi do całkowitego wypaczenia prawa. Ma ono charakter zarówno systemowy – przyjętej praktyki przez wielu starostów i prezydentów miast – jak i jednostkowy. Systemowy, bo stosowanie art. 45 ust. 3 prawa łowieckiego do obecności dzików w mieście jest wypaczeniem prawa. Decyzje jednostkowe również stanowią nadużycie prawa, dlatego że najczęściej w ich uzasadnieniu w ogóle nie są wykazane przesłanki, które znajdują się w tym przepisie.
Decyzje mają charakter blankietowy i nie dochodzi do żadnej weryfikacji, czy rzeczywiście są podstawy do uśmiercenia konkretnych zwierząt.
Uczyniono z nich automat funkcjonujący w oparciu o najbardziej prymitywny schemat: jest dzik – trzeba go zabić.
Ale to jest niezgodne z prawem.
Przypomnijmy może czytelnikom, co znajduje się w art. 45 ust. 3 prawa łowieckiego.
Przepis ten mówi o tym, że zwierzęta mogą być zastrzelone albo odłowione i uśmiercone w sytuacji szczególnego zagrożenia dla obiektów użyteczności publicznej bądź obiektów produkcyjnych. Trzeba zwrócić uwagę na to, że to jest przepis, który znajduje się w ustawie prawo łowieckie i mówi o szczególnym zagrożeniu. Jest więc przewidziany na sytuacje wyjątkowe, w których mielibyśmy do czynienia np. z zagnieżdżeniem się dzikich zwierząt w jakimś obiekcie produkcyjnym czy obiekcie użyteczności publicznej, gdzie w inny sposób nie można byłoby sobie z nimi poradzić. Mówimy o takim zagrożeniu, którego w zasadzie nie można inaczej usunąć i ma charakter szczególny.
Tutaj trzeba bardzo mocno podkreślić, że w Polsce jest przyjęta idea racjonalnego ustawodawcy. Nie chodzi o tego ustawodawcę, który siedzi w parlamencie, bo on składa się z poszczególnych osób, które w części są racjonalne, a w części racjonalnością i merytoryką nie grzeszą.
Według tej idei mamy czytać prawo jako takie, które jest racjonalne i sensowne. Racjonalność prawnicza mówi o tym, że każde słowo użyte przez prawodawcę jest użyte świadomie i po coś. W związku z tym, jeżeli ten nasz prawodawca nie posługuje się w artykule 45 ust. 3 prawa łowieckiego sformułowaniem jakiegokolwiek zagrożenia, ale posługuje się świadomie kwalifikowanym typem zagrożenia (mówiąc o zagrożeniu szczególnym), to znaczy, że ten przepis przewidziany jest na sytuacje wyjątkowe. Nie na sytuacje regularnego reagowania na obecność dzikich zwierząt w mieście.
Czyli decyzji o odstrzałach dzików w miastach nie da się wytłumaczyć przy założeniu, że ustawodawca jest racjonalny?
Takie czytanie przepisu, jak dzisiaj prezentuje Warszawa, bo ona się stała symbolem tego wypaczania prawa, jest absurdalne z punktu widzenia założenia racjonalności prawodawcy. To założenie opiera się również na tym, że prawo ma być interpretowane i stosowane zgodnie z najlepszą wiedzą istniejącą w danym czasie w odniesieniu do regulowanej materii.
Tutaj materią regulowaną jest sytuacja związana z „konfliktami” na linii człowiek – dziki. Zgodnie z wiedzą naukową dziki, w związku z presją, która jest na nie wywierana przy zwalczaniu ASF – a badania dowodzą, że masowe zabijanie dzików jest nieskuteczne w walce z tą chorobą – wchodzą do miast, w których mogą poczuć się bezpieczniej.
A jednocześnie miasta takie jak Warszawa nie prowadzą mądrej polityki związanej z obecnością zwierząt dzikich, mimo że one są tu i będą.
Nie prowadzą polityki, polegającej m.in. na zarządzaniu śmieciami, zagospodarowaniu przestrzeni, z odpowiednimi nasadzeniami, z edukacją mieszkańców. Mamy więc taką sytuację, że pomimo istnienia metod nieśmiercionośnych, które wynikają z nauki, miasto i tak decyduje się na odstrzał.
Trzeba także podkreślić, że antynaukowe jest założenie, jakoby miasto miało być przestrzenią „czystą” od zwierząt. Oprócz tego, że jest to cel potworny, będący przedłużeniem na inne gatunki niechlubnej historii ludzkości, która ma na swoim koncie eksterminowanie tzw. innego, to jest po prostu absurdalne. Miasto jest z zasady przestrzenią wielogatunkową.
Współczesna urbanistyka mówi o tym, że zarządzanie miastem musi polegać na układaniu relacji pomiędzy poszczególnymi podmiotami, które żyją w wysokim zagęszczeniu i intensywnie na siebie wpływają. Naprawdę czas zobaczyć, że w mieście poza człowiekiem są także inne istoty czujące. Jednocześnie to człowiek jest bardziej niebezpieczny dla drugiego człowieka niż dzik w mieście. Na przykład kolizje z udziałem dzików w Warszawie w 2025 roku stanowiły zaledwie 0,6 proc. wszystkich kolizji drogowych.
Nawiązałam do tej niechlubnej historii ludzkości, bo przecież to, jak dziś władze Warszawy, ale i organy władzy rządowej, postępują wobec dzików, jest naprawdę bardzo podobne do najohydniejszych form kolonializmu.
Dzikom zabierane są kolejne miejsca życia, są wypędzane z lasów poprzez masowe polowania bez okresów ochronnych oraz piętnowane i ścigane za rzekome szerzenie zarazy ASF, w której roznoszeniu mają naprawdę nikły udział. Tam, gdzie jako swoiści uchodźcy próbują znaleźć schronienie, zabijane są jako ci, którzy weszli na cudzy teren.
Jakie są dostępne metody nieśmiercionośne?
To metody związane z kształtowaniem przestrzeni i zaprzestaniem tworzenia dla dzików bazy pokarmowej w mieście. Nauka mówi, że zwierzęta wracają w miejsca, które są dla nich korzystne pokarmowo. Działa tu efekt próżni – jeśli dzik zostanie zabity w konkretnym miejscu, zostanie ono zajęte przez kolejne zwierzęta o takich samych potrzebach.
Decyzja prezydenta Warszawy jest sprzeczna nie tylko z taką racjonalnością, o której mówimy potocznie, ale i z racjonalnością prawodawcy, ponieważ nie chce stosować się do tego, co mówi nauka i wiedza merytoryczna.
Co w takim razie miasto może zrobić? Na co przepisy pozwalają? Bo władze Warszawy mówią tak: dziki na placach zabaw są niebezpieczne, jest ryzyko dla dzieci, co chwila pojawiają się informacje o tym, że dziki komuś zrobiły krzywdę, czy zabiły psa. Musimy działać, a jedyną opcją jest zabijanie.
Chcę zwrócić uwagę na to, jaką dowolność w stosunku do dzików pozwalały sobie władze Warszawy. Świadczy o tym również to, że główną argumentacją jest zagrożenie najczęściej dla dzieci, bo to wywołuje efekt szantażu emocjonalnego. Tymczasem kwestie związane z zarządzaniem zabijania zwierząt, stwarzających nadzwyczajne zagrożenia dla zdrowia lub życia ludzkiego nie należą wcale do kompetencji prezydenta miasta.
Od tego jest sejmik województwa, a nie prezydent miasta. Zatem stosuje on argumentację nieadekwatną do podstaw prawnych, na których oparł decyzję. Jest jeszcze artykuł 33a ustawy o ochronie zwierząt, który mówi o tym, że w sytuacji nadzwyczajnego zagrożenia dla zdrowia lub życia człowieka, zwierzęta mogą zostać zastrzelone bądź uśmiercone z odłowem.
Taką decyzję wydaje sejmik województwa po zasięgnięciu opinii PZŁ, ale także organizacji społecznych, do których statutowych celów należy ochrona zwierząt.
Jest tu jeszcze jeden wątek prawny. W obu tych podstawach prawnych mowa jest o zagrożeniu, które ma charakter kwalifikowany, czyli szczególny bądź nadzwyczajny – takimi słowami posługują się ustawy.
To oznacza, że w sytuacji zagrożenia nieszczególnego i nienadzwyczajnego, czyli takiego potencjalnego zagrożenia związanego po prostu z obecnością dzików na terenach miejskich, metody śmiercionośne miastu nie przysługują.
Ale to nie oznacza, że miasto ma pozostać bierne. Każda gmina jest związana m.in. art. 7 ustawy o samorządzie gminnym, który mówi o konieczności zapewnienia mieszkańcom bezpieczeństwa, o kształtowaniu zieleni miejskiej, o ochronie środowiska.
W odpowiedzi na ryzyka związane z samym faktem obecności zwierząt dzikich, gdy nie są to osobniki agresywne czy z jakichś innych przyczyn bardzo problemowe, miasto ma podejmować środki w ramach swoich kompetencji środowiskowych i związanych z kształtowaniem zieleni. Ale muszą to być metody nieśmiercionośne.
Metody śmiercionośne są zarezerwowane tylko do sytuacji nadzwyczajnej. Jeśli uczciwie czytać ustawę, to wynika z niej obowiązek zachowania gradacji metod.
A w konkretnych sytuacjach, które ostatnio miały miejsce, miasto miało jakieś możliwości działania?
W sytuacji, gdy dziki zostały uśmiercone w Wielkanoc między blokami bardzo możliwe, że należało po prostu poczekać, aż zwierzęta opuszczą ten teren. Trzeba było poinformować mieszkańców, żeby zachowali ostrożność, trzymali swoje psy na smyczach i żeby do tych dzików nie podchodzili. Straż Miejska powinna monitorować miejsce, do którego przemieszczą się te dziki.
Jeżeli przeszłyby się do miejsca, gdzie rzeczywiście stanowiłyby jakieś szczególne zagrożenie, wtedy można by podjąć te najdalej idące kroki. Ale na tamten moment podstaw do takiego działania nie było. To można było zrobić doraźnie.
Drugą rzeczą jest wprowadzanie nie tylko tego doraźnego reagowania, ale całej zorganizowanej wieloaspektowej polityki zarządzania miastem pod kątem obecności dzików, czyli m.in. bardzo dobrze zorganizowanej gospodarki śmieciami. Na przykład w Wawrze po zmianie operatora śmieci po prostu zalegały na ulicach. W Warszawie nie ma śmietników dzikoodpornych. Nie ma wprowadzonych żadnych standardów związanych z dokarmianiem kotów wolno żyjących, a karma dla tych kotów także przyciąga dziki. Tymczasem można zaprojektować specjalne karmniki, które nie będą dostępne dla dzików.
Oczywiście ważna jest edukacja mieszkańców związana z niedokarmianiem dzików i z reagowaniem na spotkania z nimi. Uczenie mieszkańców, że sam widok dzika nie oznacza, że zwierzę zamierza człowieka zaatakować. I jednocześnie istotne jest odpowiednie kształtowanie zieleni miejskiej. Pewne nasadzenia przyciągają dziki. Wiadomo na przykład, że dziki kochają tulipany, a nie przepadają za hiacyntami czy narcyzami.
Pracowałam przez półtora roku w zespole, który przygotowywał raport dla Gdyni. W raporcie opracowanym przez Biuro Urbanistyki Wielogatunkowej znajduje się przegląd metod z całego świata związanych właśnie z nieśmiercionośnym postępowaniem wobec dzików.
I te metody odpowiednio wdrożone, uszyte na miarę konkretnego miasta, będą skuteczne. Tyle że istnieje też taki próg, w którym musimy się pogodzić jako mieszkańcy czy włodarze miast, że miasto nie jest monolitem gatunkowym. Czyli jeżeli którekolwiek miasto będzie miało postawić sobie za cel to, żeby nie było na jego terenie zwierząt dzikich, to nie osiągnie tego ani metodami śmiercionośnymi, ani nieśmiercionośnymi.
Chciałabym teraz jeszcze poruszyć drastyczniejszą kwestię, czyli sposobów zabijania dzików, bo przypadki, z którymi się zetknęłam i o których słyszałam od czytelników, wiążą się z dużym okrucieństwem wobec zwierząt. Chodzi mi np. o sytuację, gdy pracownik Lasów Miejskich ranił dzika i odszedł do samochodu, zostawiając cierpiące zwierzę. Dzika znalazł aktywista, który nagrał też reakcję pracownika LM. Z kolei przy Instytucie Psychiatrii i Neurologii pracownicy Lasów Miejskich zabili lochę i odjechali, zostawiając w zimny dzień siedem świeżo narodzonych warchlaków. Dopiero kilka godzin później wrócili, żeby je zabić. Oficjalnie warchlaki zostały uśpione, ale ślady krwi rozbryzganej na konarze drzewa w miejscu zdarzenia budzą wątpliwości co do tego, czy naprawdę zostały zabite w taki sposób. Czy w tych przypadkach nie można mówić o znęcaniu się nad zwierzętami, co przecież jest przestępstwem?
To bardzo możliwe. Mamy szereg sytuacji, gdzie można podejrzewać popełnienie przestępstwa. Jeśli te przypadki byłyby właściwie udokumentowane, to bardzo możliwe, że pokazywałyby nam po prostu znęcanie się nad tymi zwierzętami. Nawet jeśli byśmy uznali, że dane zwierzę mogłoby być zabite na konkretnej podstawie prawnej, to nie można tego robić w sposób, który zwiększa cierpienie fizyczne i psychiczne zwierzęcia. Mamy art. 33 ust. 1a ustawy o ochronie zwierząt, który mówi o tym, że uśmiercanie zwierząt ma się odbywać w sposób minimalizujący cierpienia fizyczne i psychiczne zwierzęcia. Według ustawy zachowania, które nie przestrzegają tej reguły, są przestępstwem.
Jeżeli zostaje zabita matka, a potem przez ileś godzin te maluchy zostają bez niej, bez żadnej opieki, w zimnie, bez jedzenia, są spanikowane. Taka sekwencja zdarzeń w moim przekonaniu narusza przepisy ustawy i powinna być badana pod kątem podejrzenia popełnienia przestępstwa, znęcania się nad tymi zwierzętami, ale także uśmiercania ich w sposób niezgodny z prawem.
Kolejna kwestia to obecność dzieci przy zabijaniu dzików.
Wiemy o tym od mieszkańców. Zresztą na niektórych filmach pokazujących uśmiercanie dzików słychać dzieci. Tymczasem ustawa o ochronie zwierząt mówi o tym, że uśmiercanie zwierząt kręgowych przy udziale dzieci jest przestępstwem.
Na komisji poświęconej konfliktowi z dzikami, na której mnie nie było, ale mam relację od przedstawiciela z Biura Urbanistyki Wielogatunkowej, Karol Podgórski, dyrektor Lasów Miejskich w Warszawie miał powiedzieć, że on nie jest w stanie zapewnić, żeby w takich sytuacjach na pewno nie było dzieci. Czyli co? Czy mamy do czynienia z sytuacją, w której z zasady Warszawa zamierza łamać prawo, bo uznaje, że z jakichś przyczyn enigmatycznych wolno to robić?
Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości, a prywatnie myśliwy, powiedział niedawno w „Dużym Formacie”, że dziki wchodzą do miast, to wynik niewłaściwej gospodarki łowieckiej, gdyż doprowadzono do nadmiernego rozmnożenia tych zwierząt. To nie znajduje potwierdzenia w danych, które pokazują znaczący spadek liczby dzików w ciągu ostatnich kilku lat.
Minister sprawiedliwości nie powinien wypowiadać się na ten temat. Jest ministrem konstytucyjnym i jego właściwością jest nadzór nad wymiarem sprawiedliwości, a nie wypowiadanie się z pozycji myśliwego.
To był głos myśliwego, który reprezentuje mentalność paradygmatu łowieckiego – czyli strzelać więcej. To pokazuje, jak te klapki myślenia łowieckiego przesłaniają cały świat nawet ludziom, którzy w innych obszarach potrafią być rozsądni.
To widać też w Warszawie. Bo kto doradza prezydentowi Warszawy w sprawie dzików? Dyrektor Lasów Miejskich, który jest myśliwym. Kto był na komisji w spawie dzików? Eugeniusz Grzeszczak, łowczy krajowy, Tomasz Krasowski, dyrektor Departamentu Polityki Ekologicznej, Geologii i Łowiectwa z Urzędu Marszałkowskiego i jednocześnie wiceprezes Naczelnej Rady Łowiectwa – myśliwy i Marek Kret, komendant Państwowej Straży Łowieckiej.
To przede wszystkim środowiska łowieckie kształtują politykę wobec dzików.
A przecież zabijanie tych zwierząt często wiąże się po prostu z zarabianiem na tym, czyli mamy błędne koło. Widać, że niezależnie od różnic partyjnych, od tego, jak politycy kłócą się w innych kwestiach, tu jest porozumienie ponad podziałami: zabijamy dziki, bo jest ASF, zabijamy dziki bez okresów ochronnych, zabijamy dziki, bo weszły do miasta i weszły w rabaty tulipanów. Tak, jakby całe decydowanie o dzikach było w rękach myśliwych, a perspektywa naukowa nie istniała.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Komentarze