Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Regina SkibińskaFoto Regina Skibińsk...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Był chłodny dzień, 25 lutego 2026 roku. Jedna z pacjentek Instytutu Psychiatrii i Neurologii przy ul. Sobieskiego w Warszawie wyszła na spacer.

– Pierwszy raz dostałam pozwolenie wyjścia na spacer. Chciałam się odseparować od innych ludzi, a tu jest taki zagajnik, więc poszłam do niego i weszłam na polankę. Wtem z zarośli wyskoczył dzik, który biegł w moją stronę. Uciekłam, ale gdy się uspokoiłam, to wydało mi się dziwne, że dzik mnie pogonił i chciałam dowiedzieć się, dlaczego to zrobił. Zakradłam się bliżej zarośli i zobaczyłam maleńkie warchlaki. Już wiedziałam, czemu locha mnie odpędzała – opowiada S., pacjentka szpitala.

Prawdopodobnie locha przedostała się na teren szpitala, żeby urodzić młode. Lochy szukają w tym celu spokojnego miejsca, a po 2-3 tygodniach opuszczają je razem z warchlakami.

– Po powrocie ze spaceru poszłam do pielęgniarek, żeby ostrzegły ludzi, żeby tam nie chodzili. Pielęgniarki zadzwoniły do ochrony, która poinformowała jakieś służby. Przed zmrokiem poszłam z ochroniarzem, żeby pokazać mu to miejsce. Następnego dnia koło południa byłam w gabinecie zabiegowym, z którego był widok na polankę. Zobaczyłam ubranych na zielono dwóch mężczyzn, którzy chodzili w okolicy zarośli. Po zakończeniu konsultacji poszłam w to miejsce sprawdzić, czy jest locha. Już nie było, a w barłogu zostało ukrytych pod gałązkami i liśćmi siedem maleńkich dziczków. Wiem, że nie powinnam ich dotykać, ale jednego wyjęłam, żeby pokazać, jaki jest mały i zrobiłam mu zdjęcie. Domyśliłam się, że zabili lochę i zaczęłam na własną rękę szukać pomocy dla warchlaków. Skontaktowałam się z aktywistami, którzy mieli złapać maluchy i zawieść do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt – mówi S.

Przeczytaj także:

Dzicze niemowlaki podzieliły los matki

Służbą wezwaną na miejsce byli pracownicy Lasów Miejskich, którzy zabili lochę.

– Do wykonania odłowu użyto aplikatora pneumatycznego. Zwierzę zostało poddane sedacji, a następnie podano mu środek do eutanazji – podaje Karol Podgórski, dyrektor Lasów Miejskich.

Po zabiciu lochy pracownicy Lasów Miejskich odjechali, a maleńkie, świeżo urodzone pasiaczki zostały w chłodny lutowy dzień bez ciepła matki oraz jej mleka. Maluchy tuliły się do siebie w barłogu, a S. w sali szpitalnej czekała na aktywistę. Mężczyzna jednak miał po drodze awarię samochodu i minął się w szpitalnej bramie z pracownikami Lasów Miejskich.

Po wizycie pracowników Lasów Miejskich warchlaków w barłogu już nie było. Pacjentka szpitala natomiast sfotografowała tam dużo krwi. Było jasne, że maluchy zostały uśmiercone, wątpliwości natomiast budziła metoda. Bo skąd krew w przypadku eutanazji za pomocą zastrzyku?

Karol Podgórski tłumaczy, że zwierzęta zostały poddane sedacji, a następnie podano im środek do eutanazji. Według niego prowadzenie interwencji w opisany sposób może prowadzić do tego, że w miejscu zdarzenia pojawia się krew. Może się to również zdarzyć podczas pobierania próby krwi w kierunku ASF od martwych zwierząt.

Czy szpital jest miejscem do zabijania zwierząt?

Monika Beuth, rzeczniczka prasowa Urzędu m.st. Warszawy, wyjaśnia, że w tym przypadku z pilną prośbą o interwencję zwrócił się do pracowników Lasów Miejskich personel szpitala, obawiając się o bezpieczeństwo zarówno służb medycznych, jak i pacjentów placówki.

– Zwierzę zachowywało się agresywnie. W związku z tym, że zwierzęta znajdowały się na terenie mocno zurbanizowanym nie było możliwości ich przepłoszenia/wygonienia. Pozostawienie ich w tym miejscu było również bardzo ryzykowne. Należy zakładać, że personel szpitala, odpowiedzialny za swoich pacjentów, najlepiej potrafi ocenić jakie działania powinny być podejmowane w ich interesie – mówi Monika Beuth.

Obawy szpitala są zrozumiałe, wątpliwości dotyczą jednak zastosowanych środków.

Zapytałam Instytut Psychiatrii i Neurologii, czemu szpital zdecydował się na tak drastyczne rozwiązanie i czy zdarzenie nie wpłynie negatywnie na zdrowie pacjentów.

„Obowiązkiem Instytutu Psychiatrii i Neurologii jest zadbanie o bezpieczeństwo pacjentów. Locha była agresywna, stwarzała bezpośrednie zagrożenie dla personelu i pacjentów, dlatego też o zdarzeniu niezwłocznie zostały powiadomione Lasy Miejskie Warszawa. W/w jednostka przeprowadziła działania zgodnie z obowiązującymi przepisami i procedurami” – brzmi odpowiedź (pisownia oryginalna). Szpital nie wspomniał jednak o tym, że locha dostała się na jego teren, gdyż nie zadbał o stan ogrodzenia, w którym są dziury.

Nie wiadomo, czemu szpital uznał lochę za agresywną i stwarzająca bezpośrednie zagrożenie dla ludzi. Locha nikogo nie zaatakowała, jedynie odpędziła pacjentkę, która pochopnie zbliżyła się do zarośli.

Pacjentka, która zgłosiła obecność lochy i warchlaków przy szpitalu, bardzo przeżyła to zdarzenie, przez kilka dni nie mogła się pozbierać, gdy pomyślała o dzikach, wpadała w histeryczny szloch i miała wyrzuty sumienia, że przez nią zginęły zwierzęta, choć nie miała pojęcia, że zgłoszenie tak się zakończy. Gdyby wiedziała, jaki będzie finał, nie informowałaby personelu szpitala o tym, że w zaroślach przy szpitalu są dziki.

– Świadomość zabijania i cierpienia, widok krwi może znacznie pogorszyć stan psychiczny, spowodować bardzo duży stres, utratę poczucia bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej, czy nawet traumę – komentuje Izabela Kadłucka, psycholożka i prezeska Fundacji Niech Żyją!

Prawo pozwala na zabijanie loch tuż po porodzie

Zastrzelone warchlaki miały zaledwie kilka dni. Jak wyjaśnia dyrektor Lasów Miejskich w Warszawie, Karol Podgórski, działania prowadzone były zgodnie z obowiązującymi przepisami. W aktualnej sytuacji prawnej redukcja dzików może być prowadzona przez cały rok. Nie ma obecnie okresów ochronnych dla tych zwierząt ani ograniczeń, zarówno jeżeli chodzi o płeć, jak i wiek osobników.

Okres ochronny na dziki zniósł w 2017 roku ówczesny minister środowiska z PiS Jan Szyszko (ten, który zasłynął z uczestniczenia w polowaniu, polegającym na strzelaniu do bażantów wypuszczanych z klatek), prywatnie teść Karola Podgórskiego (O koneksjach OKO.press pisało już w 2018 roku w tekście „Środowisko Szyszki. Na pożegnanie ministra publikujemy listę 40 jego krewnych i znajomych w resorcie i instytucjach, które mu dotąd podlegały”).

Wielu myśliwych do dziś krytykuje możliwość zabijania dzików bez okresów ochronnych, są myśliwi, którzy nie strzelają do loch tuż po porodzie, ale szef warszawskich Lasów Miejskich nie ma żadnych skrupułów.

Trzaskowski otacza się myśliwymi

W Warszawie dziki zabijane są na podstawie decyzji prezydenta Rafała Trzaskowskiego, w ubiegłym roku zdecydował on o zabiciu 500 dzików i ósemka ze szpitala przy Sobieskiego jest w tej puli.

Zapytałam Biuro Prasowe Urzędu m.st. Warszawy o to, czy prezydentowi Trzaskowskiemu nie przeszkadzają nieetyczne metody rozprawiania się z dzikami.

Wcześniej pisałam o pracowniku Lasów Miejskich, który ranił dzika, a gdy zwierzę się męczyło, siedział w samochodzie oraz o zabijaniu dzików na oczach przypadkowych przechodniów, w tym dzieci. To są praktyki przekraczające „zwykłe” zabijanie dzików, a zabicie lochy i zostawienie pasiaków na kilka godzin bez jej ciepła i jedzenia, i dopiero potem przeprowadzenie egzekucji można uznać za znęcanie się nad zwierzętami.

Monika Beuth wykręca się od udzielenia wprost odpowiedzi na to pytanie.

– Prezydent Warszawy wielokrotnie wypowiadał się na ten temat i zawsze podkreśla, że są to bardzo trudne decyzje, jednak jako prezydent miasta jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo mieszkańców i to musi stanowić bezwzględny priorytet. W obecnej sytuacji, z jednej strony gwałtownego wzrostu populacji dzików, z drugiej braku innej dopuszczalnej prawem formy redukcji liczby tych zwierząt, Lasy Miejskie zmuszone są do prowadzenia odstrzału. Nie ulega żadnej wątpliwości, że musi on być prowadzony z poszanowaniem praw zwierząt oraz obowiązującego prawa – tłumaczy Monika Beuth, podając przy okazji przypadki zdarzeń konfliktowych z udziałem dzików (m.in. od 1 stycznia do 31 grudnia 2025 roku odnotowano 121 zgłoszeń dotyczących ataków dzików na ludzi oraz 29 ataków na psy), ale nie odpowiadając na pytania o konkretnie wskazane nieetyczne metody zabijania.

Od dawna jednak pojawiają się pytania o alternatywne metody podejścia do kwestii dzików, ale ze strony Urzędu Miasta st. Warszawy nie było woli poszukiwania innych rozwiązań niż zabijanie zwierząt. W 2022 r. odbywały się spotkania społeczników, naukowców i władz miasta w kwestii dzików. Pojawił się wtedy pomysł, aby zdobyć realne informacje o miejskiej populacji dzika i władze miasta zgłosiły się do Instytutu Badawczego Leśnictwa, ale nic z tej kooperacji nie wyszło, bo urzędnicy wycofali się z propozycji finansowania tych badań.

Jak podaje Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, w lutym radna Marta Szczepańska otrzymała odpowiedź na interpelację ws. dzików. Urząd miasta informuje w niej, że nie przewiduje „utworzenia formalnego doradczego zespołu ds. ochrony dzikich zwierząt przy Biurze Ochrony Środowiska”.

W lutym Lasy Miejskie złożyły wniosek do Biura Ochrony Środowiska o zwiększenie limitu odłowu z uśmiercaniem do 400 dzików oraz odstrzału redukcyjnego do 100 dzików.

Taka polityka wobec dzików nie dziwi, jeśli się weźmie pod uwagę otaczanie się przez Rafała Trzaskowskiego myśliwymi. Myśliwym jest Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo, a także Angelika Gackowska, szefowa Ptasiego Azylu oraz wspomniany Karol Podgórski, dyrektor Lasów Miejskich. Te ostatni był w czasie rządów PiS członkiem zarządu głównego Polskiego Związku Łowieckiego, nominację na to stanowisko wręczył mu ówczesny Pełnomocnik Rządu ds. Leśnictwa i Łowiectwa Edward Siarka z Solidarnej Polski.

Miasta idą na łatwiznę

Sytuacje konfliktowe z dzikami coraz częściej są rzeczywistością miast, mimo że populacja tych zwierząt w Polsce znacząco spadła na skutek zmasowanych odstrzałów w ramach walki z ASF. Dziki migrują do miast z lasów, w których się na nie poluje, a z drugiej strony miasta rozrastają się, obejmując tereny, na których żyją dzikie zwierzęta. Warszawa nie jest jedynym miastem, które prowadzi krwawą walkę z dzikami. Wiele miast idzie tym samym tropem.

O odstrzałach redukcyjnych dzików decyduje starosta lub prezydent miasta na prawach powiatu. Zgodnie z art. 45 ust. 3 ustawy Prawo łowieckie może to zrobić „w przypadku szczególnego zagrożenia w prawidłowym funkcjonowaniu obiektów produkcyjnych i użyteczności publicznej”.

Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła” zbadał, jak w praktyce wygląda wydawanie takich decyzji przez starostów i prezydentów miast. Okazało się, że w latach 2020-2025 w 120 powiatach (i miastach na prawach powiatu), w ciągu ostatnich sześciu lat wydano łącznie aż 633 takie decyzje. Dotyczyły różnych zwierząt (saren, lisów, ptaków), ale najczęściej chodziło o zabijanie dzików.

Jak podaje ODE „Źródła”, w 2025 roku w 52 miejscach starostowie albo prezydenci miast wydali decyzje o zabiciu dzików. Liczba zwierząt wskazanych w decyzjach wahała się od kilku (Starostwo Powiatowe w Słupcy) do 2000 (Urząd Miasta Łodzi).

W powiecie mińskim oraz w mieście Grudziądzu władze wydały decyzję na „nielimitowany odstrzał”. O ile decyzja starosty w Mińsku dotyczyła wyłącznie terenu lotniska wojskowego, o tyle Prezydent Miasta Grudziądz każdego roku wydaje decyzję na „odstrzał redukcyjny dzików w ilości bez ograniczeń” na terenie całego miasta. Dodatkowo zakazuje podawania tej informacji do wiadomości publicznej.

Zdaniem ODE „Źródła” art. 45 ust. 3 Prawa łowieckiego czyni ze starosty czy prezydenta miasta faktycznego decydenta w sprawie życia i śmierci zwierząt żyjących w mieście.

„Nawet nie dysponując rzetelnymi badaniami ich liczebności, starosta albo prezydent może wydać decyzję nakazującą zabicie określonej liczby zwierząt, bez wskazania szczegółowych warunków. Decyzja ta nie musi być konsultowana z organami ochrony przyrody (np. regionalnym dyrektorem ochrony środowiska) ani z organizacjami zajmującymi się ochroną zwierząt, nie musi być także ogłaszana w BIP. Jedynym podmiotem, z którym decyzja musi być uzgadniana, jest Polski Związek Łowiecki, którego członkowie są następnie odpłatnymi wykonawcami jej skutków” – piszą „Źródła”.

Obecnie głośno jest o decyzji starosty otwockiego o zabiciu 100 dzików w Józefowie. Decyzja ta podzieliła mieszkańców, wielu z nich potestuje przeciwko odstrzałowi tych zwierząt.

Są też miasta, które próbują bezkrwawo rozwiązywać konflikty na linii dzik-człowiek i kładą nacisk na takie rozwiązania, jak zabezpieczanie śmieci, które dziki traktują jak stołówkę. Świnoujski magistrat np. rozdaje mieszkańcom preparat odstraszający dziki, który ma formę ekologicznego, biodegradowalnego płynu o intensywnym zapachu. Poznań zastosował podejście kompleksowe i powołał w tym celu specjalny zespół, którego celem jest nie tylko reagowanie w sytuacjach zagrożenia, ale przede wszystkim edukacja i promocja harmonijnego współistnienia człowieka z dzikimi zwierzętami.

;
Regina Skibińska

Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.

Komentarze