Śnieg w listopadzie? To nie dowód na to, że klimat się nie ociepla. Wręcz przeciwnie, zawdzięczamy takie opady zjawisku gwałtownego ocieplenia stratosferycznego. Na czym ono polega i dlaczego sprowadza często mróz i śnieg?
Opady śniegu w listopadzie zawsze wywołują tę samą reakcję prawicy – na podstawie jednego epizodu zaczyna bagatelizować trwający dwa stulecia proces powolnego wzrostu średnich temperatur na Ziemi. Nie inaczej było tym razem.
Marianna Schreiber podważyła istnienie globalnego ocieplenia, kpiąc na portalu X (dawniej Twitterze), że „oto spadł śnieg, gdy nasza planeta płonie”. I dodała, że "nie pamięta, kiedy jesienią był śnieg”.
Marianna Schreiber ma słabą pamięć.
Na stronie Centrum Badań Kosmicznych PAN jest mapa, która pokazuje aktualny zasięg pokrywy śniegu w Europie na podstawie obserwacji satelitarnych. Są także wykresy pokazujące dane historyczne, czyli jaki procent powierzchni kraju był pokryty śniegiem w latach ubiegłych (począwszy od zimy z 2004 na 2005 rok).
Dla uproszczenia weźmy pod lupę jedynie ostatnią dekadę. Śnieg w drugiej połowie listopada leżał w latach 2016, 2017, 2018. Potem była przerwa w latach 2019 i 2020, kiedy śniegu pod koniec listopada nie było wcale lub spadł jedynie w niewielkiej części kraju. Niemniej potem listopadowy śnieg zdarzył się w 2021, 2022, 2023, 2024 oraz w bieżącym roku.
Marianna Schreiber ma bardzo krótką pamięć, skoro nie pamięta śniegu w listopadzie pięć lat pod rząd. W naszym klimacie listopadowy śnieg jest raczej nadal normą, skoro w tej dekadzie zdarzył się osiem razy.
To, że w Polsce pod koniec listopada pada śnieg, nie przeczy zupełnie globalnemu ociepleniu. Z tych samych wykresów na stronie CBK PAN wynika, że listopadowy śnieg raczej nie utrzymuje się dłużej niż kilka dni. Podobnie jest z opadami śniegu w grudniu. Jeśli pokrywa śnieżna się utrzymuje, to dopiero w styczniu i lutym (co szczególnie nie dziwi, bo są to najchłodniejsze miesiące roku). Jednak i wtedy leży krócej niż przed laty.
Wystarczy jednak przejrzeć zasoby Narodowego Archiwum Cyfrowego, żeby zobaczyć, że sięgające kolan zaspy towarzyszyły Polakom przez większość zimowych miesięcy dwudziestego wieku. Takie widoki, czyli utrzymująca się długo pokrywa śniegu, są dziś rzadkością.
Jeśli jednak kogoś nie przekonują archiwalne zdjęcia i nagrania, to naukowcy dysponują twardymi danymi. Zacytuję je za „Nauką o Klimacie”, która przytacza dane o zmianie klimatu w Polsce. W okresie 1961-1990 średnia liczba dni z pokrywą śnieżną na nizinach wahała się od 40 dni na krańcach zachodnich kraju do ponad 90 na krańcach północno-wschodnich. W latach 2011-2020 na zachodzie Polski śnieg utrzymywał się przeciętnie przez 18-20 dni, a na północnym wschodzie około 60 dni.
Klimat jak najbardziej się ociepla, po prostu nie ocieplił się aż tak, by śniegu w Polsce już nie było wcale. Jak widzieliśmy z danych satelitarnych CBK PAN powyżej jego opady zdarzają się często i pod koniec listopada.
Prawicowy argument „spadł śnieg, więc klimat się nie ociepla” jest zupełnie nietrafiony także z innej przyczyny.
Po pierwsze, na podstawie jednostkowej obserwacji nie można nic wnosić (a przynajmniej nie należy). To, że rzucamy kostką do gry i wypada jedynka, nic nie oznacza, z pewnością nie oznacza, że średnia liczba oczek wielu rzutów kostką wynosi jeden.
Po drugie, nawet kilka obserwacji z rzędu nie daje nam prawa do wyciągania wniosków natury ogólnej. Rzucając dwiema kostkami, możemy otrzymać w pierwszym rzucie sumę 2, w drugim 6, w trzecim 10. Średnia suma oczek rzutu dwiema kostkami nie wynosi sześć, jednak przekonamy się o tym, dopiero gdy wykonamy więcej rzutów (kilkadziesiąt lub kilkaset). Dopiero wtedy zobaczymy, że średnia suma oczek zbliża się do liczby siedem.
Z pomiarami temperatury na Ziemi jest podobnie. Pojedyncze pomiary niewiele mówią, bo wskazują czasem skrajne wartości. W styczniu zdarzają się dni z temperaturą kilkunastu stopni Celsjusza, w maju zdarzają się przymrozki. Nie zmienia to faktu, że na podstawie wieloletnich obserwacji wiemy, że średnia temperatura stycznia w latach 1991-2020 w Polsce wynosiła -1,2 stopnia a w maju 13,3 stopnia.
Z tych samych wieloletnich obserwacji wiemy też, że styczeń 2025 roku był cieplejszy o 3,2 stopnia od średniej wieloletnie z lat 1991-2020 i był styczniem anomalnie ciepłym. Z kolei tegoroczny maj był chłodniejszy od średniej z tego samego okresu o 2,2 stopnia i należy go zaliczyć do ekstremalnie (ale nie anomalnie) chłodnych.
Jak widać z tegorocznych danych, nie każdy miesiąc jest cieplejszy od tych samych miesięcy w poprzednich latach. Maj bieżącego roku był dużo chłodniejszy od innych majów w poprzednich czterdziestu latach. Nie przeczy to nijak globalnemu wzrostowi średnich temperatur. Wytłumaczenie przytaczam za „Skeptical Science”:
„Krótkoterminowe zmiany temperatur są także wynikiem procesów naturalnych, co zaciemnia obraz [globalnego ocieplenia]. Wzrost stężenia dwutlenku węgla powoduje stopniowy wzrost temperatur, ale wzrost ten jest powolny. Niektóre krótkoterminowe spadki są od niego większe”.
Tłumaczy to również „Nauka o Klimacie”. „Globalne ocieplenie nie wyklucza występowania (zwłaszcza lokalnie lub regionalnie) chłodnych dni, miesięcy, a nawet lat. Robią się one tylko coraz rzadsze”.
Innymi słowy, wykres średniej temperatury jest zygzakowaty. Czasem widać na nim spadek, czasem wzrost. Niemniej od połowy XX wieku krzywa wyraźnie pnie się w górę. Wyraźnie pokazuje to wykres średniej temperatury powierzchni Ziemi obrazujący różnice średnich rocznych temperatur względem średniej temperatury w epoce przedprzemysłowej, czyli latach 1860-1890. Wzrosty są po prostu częstsze niż spadki.
Długoterminowa korelacja między stężeniem CO2 a wzrostem temperatury na Ziemi jest dobrze udowodniona. Cieplarniany efekt dwutlenku węgla opisano już w XIX wieku. W 1896 roku chemik Svante Arrhenius obliczył, że podwojenie ilości dwutlenku węgla w atmosferze podniesie temperaturę planety o 5-6 stopni.
Wszystkie dane obserwacyjne potwierdzają bardzo szybki wzrost koncentracji gazów cieplarnianych w atmosferze, przede wszystkim dwutlenku węgla, mniej więcej w tym właśnie okresie. Wzrostu tego nie da się wytłumaczyć przyczynami naturalnymi, co zauważył Guy Callendar już w 1938 roku.
Na przykład wszystkie ziemskie wulkany wysyłają do atmosfery 0,3-0,6 gigatony dwutlenku węgla rocznie. Spalanie węgla, ropy i gazu dostarcza natomiast około 40 gigaton dwutlenku węgla rocznie. Działalność człowieka uwalnia zatem około stu razy więcej dwutlenku węgla niż aktywność wulkaniczna (podaję za climate.gov).
Ludzka pamięć jest bardzo zawodna. Jak opisywałem to w tekście „Czy pamięć nas zawodzi” w 2023 roku, więcej niż jedna trzecia naszych wspomnień jest całkiem zmyślona. Wspomnienia Marianny Schreiber, która twierdzi, że „nie pamięta śniegu jesienią”, okazały się nieprawdziwe – śnieg w listopadzie padał pięć ostatnich lat z rzędu.
Pamięć jest zawodna, a do tego ulegamy wielu złudzeniom poznawczym. Wśród nich jest „shifting baseline effect”, czyli efekt zmieniającego się punktu odniesienia. Wróćmy do wykresu średniej temperatury powierzchni Ziemi, ale przesuńmy suwak pod wykresem tak, by obejmował jedynie ostatnie ćwierć wieku (zrobiłem to już dla Państwa, wystarczy kliknąć link). Widać na nim, że w tym stuleciu jedynie pięć lat (2004, 2008, 2011, 2018 i 2021 rok) było wyraźnie chłodniejszych od poprzednich. Niemal każdy kolejny rok przyzwyczaja nas do nieznacznie wyższej temperatury.
W latach 1961-1990 średnia temperatura letnich miesięcy (czerwca, lipca i sierpnia) wynosiła 16,6 stopnia, a upalnych dni (czyli z temperaturą powietrza powyżej 30 stopni Celsjusza) było przeciętnie 3-4 rocznie. W ubiegłej dekadzie średnia temperatura latem wynosiła już 18,5 stopnia, a dni upalnych było średnio 10-11 (podaję znów za „Nauką o Klimacie”).
Jeśli przydarzy się lato chłodniejsze (na przykład średnio o jeden stopień), będzie wydawało nam się chłodne, choć za naszego dzieciństwa wydałoby się każdemu normą. Od tego czasu przyzwyczailiśmy się jednak do nowej, cieplejszej normy – przesunął się nasz punkt odniesienia.
Wróćmy jednak do niedawnych opadów śniegu, bo są wynikiem ciekawych zjawisk.
Gdy późną jesienią skraca się u nas dzień, za kołem podbiegunowym nadchodzą polarne noce. Temperatury spadają na całej północnej półkuli, jednak ten spadek jest znacznie większy bliżej biegunów.
Gdy rośnie różnica temperatur między okolicą podbiegunową a naszymi szerokościami geograficznymi, nasilają się wiatry wiejące mniej więcej wzdłuż 60. równoleżnika wysoko w stratosferze, na wysokości od 15 do 50 km. Te wiatry nazywane są „wirem polarnym” (polar vortex). Ten wir polarny słabnie wiosną, gdy kończy się noc polarna, a Arktyka zacznie się ocieplać.
Czasem jednak zdarza się, że wir polarny słabnie także zimą. Nie jest to zjawisko wyjątkowo rzadkie, bowiem zdarza się przeciętnie kilka razy na dekadę. (Informacje te można znaleźć w wielu miejscach w internecie, szczególnie polecam te na stronie climate.gov.)
Dzieje się tak, gdy wyjątkowo silne wyże z niższych szerokości geograficznych przetransportują dużo cieplejsze powietrze do Arktyki. Zachodzi wtedy zjawisko zwane „gwałtownym ociepleniem stratosferycznym” (sudden stratospheric warming, SSW). Temperatura w stratosferze rośnie wówczas o 50-60 stopni w ciągu kilku godzin, więc w istocie jest to zjawisko gwałtowne. Ostatnio zdarzyło się to w marcu tego roku (opisywała NOAA np. tutaj oraz tutaj).
Takie ocieplenie osłabia wir polarny (napędzany różnicą temperatur między chłodnymi okolicami polarnymi a cieplejszymi niższymi szerokościami geograficznymi). Czasem wir polarny rozpada się wręcz na kilka osobnych, mniejszych i słabszych wirów.
To osłabienie wiru polarnego ma istotny wpływ na prąd strumieniowy (jet stream), który rządzi pogodą na naszych szerokościach geograficznych. Jest dobrze opisany w polskiej Wikipedii. Niemniej nie ma to jak animacja – tę znajdziecie Państwo na początku opisu tego samego hasła w angielskiej wersji językowej.
Prąd strumieniowy to strefa silnych wiatrów, wiejąca zwykle nad naszymi szerokościami geograficznymi na wysokości 9-12 km z zachodu na wschód. Oddziela chłodne powietrze z okolic bieguna od cieplejszego. Zwykle przynosi nam stosunkowo ciepłe i wilgotne powietrze znad Atlantyku. Zapewnia też zmienność pogody, czyli charakterystyczną dla naszej strefy klimatycznej naprzemienną wędrówkę niżów i wyżów oraz frontów atmosferycznych pomiędzy nimi z zachodu na wschód.
Gdy wir polarny się rozpada, nie pozostaje to bez wpływu na prąd strumieniowy. Zaczyna wtedy meandrować. Gdy jego zakole wygina się na południe, sprowadza to zimne arktyczne powietrze. I odwrotnie, gdy jego zakole wygina się na północ, przynosi to cieplejsze powietrze z południa kontynentu, czasem nawet zwrotnikowe znad Afryki.
Tegoroczne opady listopadowego śniegu sprowadziło właśnie chłodne powietrze napływające nad Europę z Arktyki. Jednak paradoksalnie opady śniegu przybyły do nas z południa kontynentu.
Już to wyjaśniam.
Rozpad wiru polarnego przynosi pogodowe ekstrema: albo niezwykłe ocieplenie, albo wręcz przeciwnie, silne ochłodzenie. Tym razem rozpad wiru polarnego przyniósł Europie spływ arktycznego powietrza. Sięgało aż nad Morze Liguryjskie i jego Zatokę Genueńską. Tę zatokę zapewne czytelnicy dobrze kojarzą, bo nad jej wodami powstają słynne „niże genueńskie”.
Niże te zasila różnica temperatury między chłodnym powietrzem z północy a ciepłymi wodami Zatoki Genueńskiej. Powstają szybko, są głębokie i są wyjątkowo zasobne w wilgoć. Latem przynoszą naszej części kontynentu bardzo silne opady deszczu, które niejednokrotnie sprowadzają powodzie. Tak było we wrześniu ubiegłego roku, gdy ulewne opady wywołały powódź w Kotlinie Kłodzkiej.
W sierpniu tego roku, gdy nadciągnął niż genueński, udało nam się uniknąć powodzi dzięki szybkiemu opróżnieniu zbiorników przeciwpowodziowych. Oraz temu, że centrum niżu wędrowało za naszą wschodnią granicą, a strefa obfitych opadów jedynie musnęła południe kraju.
Tegoroczne obfite opady śniegu w listopadzie zawdzięczamy dość niecodziennie aż trzem niżom genueńskim, które przeszły przez nasz kraj jeden po drugim (to przeciętna norma na rok). Podobnie jak w sierpniu, strefa opadów obejmowała głównie południowo-wschodnią Polskę. Trzeci z tych niżów przechodził nad naszym krajem, gdy jęzor zimnego powietrza go opuszczał, a znad Atlantyku napływało powietrze cieplejsze – stąd przechodziły w opady śniegu z deszczem, a na zachodzie deszczu.
Co czeka nas w związku z rozpadem wiru polarnego? Trudno powiedzieć. Osłabiony prąd strumieniowy może sprowadzić chłód z Arktyki, zaś po kilku dniach gwałtowne ocieplenie. Można jedynie oczekiwać, że dzięki słabemu wirowi polarnemu początek tegorocznej zimy będzie nas zaskakiwał.
Jak opisuje to w „Wyborczej” Krzysztof Drozdowski, którego teksty są skarbnicą wiedzy na temat meteorologii:
„Możliwe są nietypowe kierunki napływu powietrza: prosto znad bieguna, bo nic nie trzyma powietrza arktycznego w ryzach, albo – przeciwnie – znad północnej Afryki. Są też możliwe dłuższe okresy cyrkulacji wschodniej z napływem chłodu z centralnej Rosji lub nawet Syberii. I to wszystko może dziać się naprzemiennie: najpierw dwudziestostopniowy mróz a w kolejnym tygodniu ocieplenie do 10 stopni”.
Niezwykle podobnie jest z wieloletnimi przewidywaniami nie tylko zimowej pogody w dobie globalnego ocieplenia. Jak wyjaśnia Michalina Broda w krótkim filmie „Nauki o Klimacie” na Facebooku, zmiany klimatu zwiększają prawdopodobieństwo wystąpienia ekstremalnych zjawisk. Modele klimatyczne potwierdzają, że wskutek klimatycznych zmian rośnie także prawdopodobieństwo ekstremalnych opadów śniegu.
Jest to tylko pozornym paradoksem. Po pierwsze, wyższe temperatury oznaczają większe parowanie mórz i oceanów. Po drugie, cieplejsze powietrze może pomieścić więcej pary wodnej (przeciętnie około 7 procent więcej na każdy stopień wzrostu temperatury). A to oznacza obfitsze opady deszczu od wiosny do jesieni, zaś zimą większe opady śniegu.
Jak już widzieliśmy z danych, które przedstawiałem na początku tego tekstu, globalne ocieplenie nie oznacza, że śnieg zniknął z naszych szerokości geograficznych, a jedynie to, że pada rzadziej i utrzymuje się krócej. Natomiast opady śniegu zdarzać się mogą obfitsze.
To tyle, jeśli chodzi o twierdzenia, że opady śniegu są dowodem na brak zmian klimatu. Kpiny, że „pada śnieg, gdy planeta płonie” są argumentem równie rozsądnym, jak twierdzenie, że nie ma żadnego ocieplenia, bo nadal zdarza się, że latem marzną nam nogi, gdy mamy otwarty balkon wieczorem.
Nie chodzi już nawet o to, że pojedyncze obserwacje niczego nie dowodzą (o czym pisałem na wstępie). Takie twierdzenia wynikają przede wszystkim z niezrozumienia natury średniej.
Ubiegłoroczne lato 2024 roku należało do ekstremalnie ciepłych. Średnia temperatura trzech letnich miesięcy wyniosła 19,8 stopnia, podaje IMGW. Jeśli średnia temperatura latem wynosi 20 stopni, w naszym klimacie oznacza to zwykle temperaturę maksymalną w dzień około 25 stopni, która nocami spada do 15 stopni. Nic dziwnego, że latem można w Polsce zmarznąć mimo globalnego ocieplenia.
(W istocie lato to było ekstremalnie ciepłe, a przeciętne letnie temperatury są nadal zbliżone raczej do 18 stopni.)
Podobnie jest ze średnimi temperaturami z wielu lat. Jeden rok ze średnią temperaturą o 2 stopni niższą nie zmieni średniej wieloletniej, jeśli przez dwa kolejne lata temperatury będą wyższe o jeden stopień (albo jeśli przez cztery kolejne lata średnie temperatury będą wyższe o 0,5 stopnia).
Nie pamiętam, kiedy jesienią był taki śnieg, no ale jak wszyscy wiemy przecież z dobrych źródeł, planeta przecież płonie, więc widać tego największe efekty.
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Jeden pomiar lub jedna wartość nie mówi nam nic o zjawisku czy zbiorze danych. Średnia zaś nie mówi nam nic o rozkładzie wartości. Tę samą średnią 11 otrzymamy z liczb 10, 11, 12 oraz 1, 16 i 16.
Dlatego też naukowcy badający klimat analizują dane z wielu dekad. Z tych danych wynika niezbicie, że na naszej planecie jest coraz cieplej (a Europa ogrzewa się dwa razy szybciej niż globalna średnia). Chłodniejszy rok nie zmieni znacząco średniej wieloletniej z trzydziestu lat. Trzy dni listopadowego śniegu nie zmienią jej tym bardziej.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Komentarze