Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by SAUL LOEB / AFPPhoto by SAUL LOEB /...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Teheran to trudne, ale wspaniałe miasto. Głośne, zanieczyszczone, zatłoczone na ulicach i miejskich autostradach, rozlewa się coraz dalej, pełne nierówności i problemów. Jest też pełne świetnej architektury – nowoczesnej i starszej (choć nie nadmiernie starej – zanim Teheran stał się stolicą państwa Kadżarów pod koniec XVIII wieku, był niedużym miastem), rozległych parków z piknikami, doskonałych knajp, serdecznych ludzi.

Nie mieszkałem nigdy w Teheranie, byłem tam zaledwie dwa razy. Ale zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Dlatego trudno mi patrzeć na skutki kolejnych uderzeń izraelskich rakiet i pocisków (to przede wszystkim Izraelczycy atakują Teheran). Izraelczycy i Amerykanie chcą nas przekonać, że uderzają jedynie w cele związane z władzą. Jednocześnie uszkodzili znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO pałac Golestan i teherański bazar, zniszczyli halę sportową na 12 tysięcy osób, w której z Irańczykami rywalizowali m.in. polscy siatkarze. Mamy trudne do zliczenia przykłady zniszczonych ulic, sklepów, kawiarni. Izraelczycy uderzyli też w kilka składów paliwa, rozpylając nad 10-milionową metropolią toksyny.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Dwie tragedie

Iran spotkały w 2026 roku dwie tragedie, jedna po drugiej. W styczniu Irańczycy masowo wyszli na ulice protestować przeciwko opresyjnej władzy. Mają bardzo dużo powodów. Władze krwawo stłumiły protesty – mogła to być największa zbrodnia, jaką Republika Islamska popełniła na obywatelkach i obywatelach w swojej niemal półwiecznej historii. Wielu Irańczyków już wcześniej nie czuło związku ze swoim państwem i jego ideologią. Wydarzenia stycznia 2026 przecięły ten związek dla jeszcze większej liczby osób.

Półtora miesiąca później Iran został zaatakowany przez połączone siły USA i Izraela, a pierwszego dnia ataku zabity został irański przywódca Ali Chamenei. Część Irańczyków nienawidząca władzy witała tę inwazję z otwartymi rękami i nadzieją na polityczną zmianę. Sami publikowaliśmy ich głosy.

„Denerwuję się, ale jestem szczęśliwy. To już koniec Islamskiej Republiki. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy wolni” – mówił nam Kurusz z półtoramilionowego Karadżu na północy Iranu, niedaleko Teheranu.

Przeczytaj także:

Co myślą Irańczycy?

11 dni później nadzieję na taką zmianę zbladły. Musimy przy tym pamiętać, że Irańczycy wciąż mają do wojny różne podejście. Kiedy dzieje się coś ważnego w kraju, którego nie znamy dobrze i chcemy szybko zrozumieć, o co chodzi, rodzi się pokusa, by myśleć o tamtejszym społeczeństwie jako jednolitej grupie. To naturalny odruch –

chcemy wiedzieć, co myślą Irańczycy.

Tymczasem jest to skomplikowane, pluralistyczne społeczeństwo, w którym ta różnorodność od dekad nie ma możliwości wyrażania się na arenie politycznej. Bo polityka w Iranie jest skonsolidowana, krajem rządzą twardą ręką konserwatywni szyici. Przez kolejne dekady zbudowali skuteczny aparat przemocy, który uniemożliwia odejście od jedynej, słusznej linii: państwa sklejonego z religią, wrogiego wobec Zachodu.

Ponad 90 mln osób mieszkających w Iranie ma jednak na temat reżimu różne opinie. Część dalej ma nadzieję, że amerykańskie i izraelskie bomby ich wyzwolą. Nie wszędzie zresztą na terenie tego wielkiego kraju, pięć razy większego od Polski, spadają bomby. Mamy też do czynienia z potężną maszyną dezinformacyjną.

Książę i dezinformacja

Dotyczy ona choćby amerykańskiego uderzenia na szkołę w Minab z 28 lutego. Mieliśmy już wystarczająco dużo niezależnych śledztw dziennikarskich na podstawie dostępnych dziś materiałów. Pokazują jasno: to amerykańskie pociski zniszczyły część budynku szkoły i zabiły pierwszego dnia wojny niemal 200 osób, w większości dzieci.

View post on Twitter

Mimo tego część Irańczyków dalej jest przekonana, że w szkołę uderzyła zabłąkana rakieta Strażników Rewolucji – części irańskich sił zbrojnych, organizacji ideologicznej, chroniącej państwo przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Informacja ta szeroko krążyła na kanałach internetowych, wspierających Rezę Pahlawiego, syna ostatniego monarchy Iranu, Mohameda Rezy Pahlawiego. Pahlawi był w ostatnich latach silnie promowany w sposób, który sugeruje polityczną manipulację. Jego postać posłużyła szczególnie Izraelowi do narracji, że jest alternatywa dla szyickiego reżimu, który można szybko zastąpić. A wobec tego, że demokratyczna opozycja w kraju jest prześladowana i brakuje prawdziwej gotowej do działania alternatywy wobec reżimu – część Irańczyków była podatna na tę manipulację.

Dotyczy to szczególnie wielomilionowej diaspory, która nie odczuwa na własnej skórze skutków izraelskich i amerykańskich bomb.

Jeśli więc ktoś desperacko pragnie zmiany i możliwości powrotu do kraju, informacje o tym, że potencjalny wybawca niesie również śmierć i zniszczenie, wywołuje dysonans poznawczy.

Obserwując tę wojnę z odległości, trudno jednak w działaniach Izraela i USA widzieć wybawienie dla Iranu.

Skąd wojna?

Warto zrobić krok w tył. Dlaczego właściwie ta wojna wybuchła? O potencjalnym amerykańskim ataku na Iran mówiło się co najmniej od uderzenia na Irak w 2003 roku. Niezmiennie orędownikiem tego pomysłu był Benjamin Netanjahu, na stanowisku premiera Izraela od 2009 roku (z małą przerwą w latach 2021-2022).

Prawdą jest, że przez większość swego istnienia od 1979 roku Republika Islamska okazuje otwartą, miejscami agresywną wrogość wobec Stanów Zjednoczonych. Ale nieprawdą jest, że państwo irańskie nie jest w stanie przejawiać w stosunkach międzynarodowych pragmatyzmu. Widzieliśmy to w początkowej fazie amerykańskiej wojny z terroryzmem po atakach na World Trade Center w 2001 roku. Ale szybko zostaliśmy nauczeni, że islam to religia i ideologia ekstremistyczna, niebezpieczna, a wszyscy muzułmanie są jedną, wielką, groźną masą.

A wystarczy chwila uwagi i sięgnięcie do historii islamu czy Bliskiego Wschodu, żeby zobaczyć, jak wielka to bzdura.

Szyiccy Irańczycy odrzucają ideologię sunnickich organizacji terrorystycznych – al-Kaidy a później Państwa Islamskiego. Z obiema organizacjami Iran walczył, w obu przypadkach dochodziło do współpracy – głównie po cichu i ograniczonej – z Amerykanami. W pierwszym wypadku współpraca załamała się, gdy w 2002 roku George Bush zaliczył Iran do „osi zła” – państw wspierających terroryzm, stanowiących zagrożenie dla pokoju na świecie. Dodajmy, że nie oznacza to odrzucenia wszelkich organizacji sunnickich – Iran od dekad wspiera palestyński Hamas. Co też pokazuje, że państwowa religia nie jest wyznacznikiem wszystkich podejmowanych w Teheranie decyzji.

Program atomowy

Częścią narracji o osi zła było przekonanie, że Iran dąży do budowy bomby atomowej. Nie ma tutaj miejsca na przywoływanie całej skomplikowanej historii irańskiego programu atomowego. Warto jednak powiedzieć dwie rzeczy.

Niemal na pewno Iran nie był bliski budowy broni atomowej ani 28 lutego 2026, ani w czerwcu 2025 roku.

2 marca 2026 szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Rafael Grossi powiedział, że Iran nie ma ustrukturyzowanego programu, który miałby na celu zbudowanie bomby atomowej. Wiele komentarzy zatrzymuje się na tym zdaniu, a to błąd. MAEA jednocześnie przyznaje, że nie ma dostępu do irańskich instalacji atomowych. A według wiedzy organizacji Iran dalej posiada 440 kg wysoko wzbogaconego uranu. W najnowszym raporcie na temat Iranu MAEA agencja przyznaje, że nie jest w stanie powiedzieć, czy Iran zawiesił wzbogacanie uranu.

Iran zachował więc pewne zdolności i dalej prowadzi politykę niejednoznacznych i sprzecznych komunikatów. Irańczycy od lat wzbogacają uran i twierdzą, że nie dążą do budowy bomby. Zachowali możliwość przyspieszenia wzbogacania uranu m.in. jako argument w ewentualnych negocjacjach.

Ali Chamenei faktycznie mógł nie dążyć do posiadania bomby atomowej, ale jego „polityka atomowa” dramatycznie zawiodła. Dziś Iran ani nie ma bomby, która mogłaby oddalić widmo ataku; ani nie udało mu się, doprowadzić w negocjacjach do zniesienia przynajmniej części sankcji i poprawienia sytuacji gospodarczej.

Warto jednak powiedzieć jasno: tegoroczne negocjacje nie mogły już doprowadzić do niczego pozytywnego.

Wielki negocjator

To zupełnie inna sytuacja niż w latach 2013-2015. Wówczas udało się administracji Obamy (i kilku innym krajom) wynegocjować porozumienie atomowe, ograniczyć wzbogacanie uranu i w rewanżu znieść część sankcji. Kolejny przykład, że z irańskimi władzami dało się czasem rozmawiać, a po obu stronach wygrywało podejście pragmatyczne.

Ograniczenia monitorowała MAEA i raportowała, że Iran się do nich stosuje. Aż przyszedł nasz dzisiejszy główny bohater – Donald Trump.

Człowiek, który przedstawia siebie jako genialnego negocjatora, w 2018 roku powiedział, że umowa była beznadziejna. Bo nie obejmowała innych zagrożeń ze strony Iranu, np. programu rakiet balistycznych. Wypowiedział porozumienie i zadeklarował, że jest otwarty na rozmowy o nowej, lepszej umowie.

Osiem lat później Trump nawet nie zbliżył się do jakiegokolwiek porozumienia z Iranem.

Tegoroczne negocjacje były farsą. Kilkukrotnie pisaliśmy, że nie posuwały spraw do przodu. Irańczycy zmuszeni byli do rozmów pod naciskiem amerykańskich wojsk stopniowo zbliżających się w stronę ich kraju. Obie strony miały do siebie zero zaufania. Stawiały sprzeczne, niemożliwe do połączenia żądania.

Dwa asy

Na tak ważne rozmowy Trump wysyłał swojego kumpla biznesowego i zięcia. Przywykliśmy do zdjęć Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera na międzynarodowych salonach. Nie jest to jednak standard, by

do kluczowych ról dyplomatycznych wybierać ludzi przy pomocy bezwstydnego nepotyzmu.

Kushner i Witkoff nie kierowali się doświadczeniem w dyplomacji, bo go nie mają. Mieli tylko jeden ster: wytyczne od Trumpa. Międzynarodowe konflikty zbrojne to nie umowa na budowę nowego wieżowca na Manhattanie.

Witkoff na każdym kroku pokazuje, że w międzynarodowej dyplomacji jest amatorem. W wywiadzie dla Fox News z dumą opowiada, że w rozmowach z nim Putin zawsze jest szczery. Razem z Kushnerem próbują tego samego dnia załatwić sprawę Iranu i Rosji (spotkanie w Genewie 17 lutego).

Na trzech krótkich spotkaniach dogadać się z Iranem nie można. Szczególnie, że Witkoff twierdzi teraz, że już na drugim spotkaniu wiedział, że Irańczycy nie negocjują na poważnie. Jednocześnie od ponad roku nie jest w stanie zauważyć, że Rosjanie wcale nie dążą do dyplomatycznego zakończenia wojny.

Krzyżowiec

Czwartą twarzą wojny jest sekretarz wojny i weteran z Iraku Pete Hegseth. Ten sam, który jeszcze dwa lata temu pracował jako gwiazda prawicowej telewizji Fox. Dekadę temu został wypchnięty z organizacji dla weteranów Concerned Veterans for America (Zaniepokojeni Weterani dla Ameryki). Zamiast sytuacją swojego kraju, weterani byli zaniepokojeni tym, że ekscesy alkoholowe i notoryczne napastowanie seksualne przez Hegsetha psuje wizerunek organizacji. Jeden z pracowników organizacji w 2015 roku opisał, jak podczas oficjalnego wyjazdu reprezentujący weteranów Hegseth od rana wyśpiewywał w barze słowa „zabić wszystkich muzułmanów”.

Sekretarz wojny w 2020 roku napisał książkę „Amerykańska krucjata”. Wypowiada się w niej pozytywnie o krzyżowcach, porównuje dzisiejszy moment w historii do wypraw krzyżowych. Książka jest pełna historycznych bzdur i uprzedzeń. Hegseth jest przekonany, że islam to naturalny wróg Zachodu, a dzisiejszy świat wiele zawdzięcza krzyżowcom.

W zeszłym roku znacząco ograniczył działalność komórki w Pentagonie odpowiedzialnej za opracowywanie zasad, które mają ograniczyć cierpienia cywili w czasie wojny.

Już po uderzeniu na Minab, gdzie zginęło niemal 200 osób, w większości dzieci mówił z dumą:

„Żadnych głupich zasad używania siły, nie ładujemy się w żadne budowanie narodu, nie będziemy tworzyć demokracji, nie prowadzimy politycznie poprawnych wojen. Walczymy, by wygrać, nie marnujemy czasu i istnień ludzkich”.

Mały krzyżowiec dostał swoją wojnę i z odległości 10 tys. km może obserwować swoje zabawki, które zabijają muzułmanów. Wbrew jego pijackiemu marzeniu nie uda się zabić ich wszystkich, ale według irańskiej organizacji broniącej praw człowieka z Waszyngtonu, HRANA, we wtorek 10 marca liczba ofiar cywilnych izraelsko-amerykańskiego ataku to co najmniej 1262 osoby.

Starczy?

Nie wiadomo jednak, jak długo Hegseth będzie mógł realizować swoje marzenia. Jego szef drugi raz zasugerował już, że USA wykonało w Iranie swoją robotę, a koniec wojny może być bliski.

W krótkim wywiadzie telefonicznym dla Axios Trump powiedział, że w Iranie nie ma już właściwie celów do zniszczenia. „Jeszcze trochę tego i tamtego… kiedy tylko będę chciał to zakończyć, zrobię to”.

Jeśli tak, jednym z powodów zakończenia „tego” mogą być rosnące ceny ropy. Ten efekt ataku na Iran był oczywisty dla każdego obserwatora światowej gospodarki i Bliskiego Wschodu. Trump jednak do nich nie należy, a być może w Fox News nikt mu tego nie powiedział. Mógł nie wiedzieć.

Iran praktycznie zablokował cieśninę Ormuz, przez którą przepływa 20-30 proc. światowej ropy naftowej. A to w krótkim czasie zwiększyło cenę baryłki o co najmniej 20 dolarów, do ponad 90, a momentami nawet do 100. Jeśli blokada będzie trwała, cena będzie rosła. A z nią koszty gospodarcze dużej części świata.

Czyli – typowy Trump. Dużo gadania; potem ruch, który ma wyglądać na demonstrację siły, a następnie krok w tył.

To samo tylko głupiej

Przypomnijmy sobie kilkuletnią wojnę w Iraku rozpoczętą w 2003 roku. Powstało o niej mnóstwo krytycznych filmów, jej architekci – George Bush i jego wiceprezydent Dick Chenney – zostaną przez historię zapamiętani jako ludzie odpowiedzialni za zdestabilizowanie regionu. Jako aroganci, którzy nie rozumieli Arabów, islamu, Bliskiego Wschodu.

Dwie dekady później historia się powtarza. Ale wszystko dziś jest głupsze. Wojnę rozpętuje prezydent, który nie jest w stanie dwa razy podać tego samego powodu jej rozpoczęcia. Prowadzi ją mały krzyżowiec-alkoholik. A dyplomatycznymi wysłannikami prezydenta są jego korpo-zięć i kumpel z dawnej pracy. Historia nie powtarza się jako farsa, ale jako beznadziejny kabaret, zakryty przez amerykańską flagę.

Oczywiście to, że Trumpowi nie chce się już wojować, nie oznacza automatycznie, że wojna zaraz się zakończy.

Iran sygnalizuje chęć dalszej walki. Amerykanie nie będą mogli sobie pozwolić na upokarzające wycofanie się pod ostrzałem irańskich dronów.

USA i Izrael

A co na to Izrael? Izrael chce walczyć. Bo Izrael, w przeciwieństwie do USA ma jasno postawione cele: zniszczyć każdy przejaw władzy Republiki Islamskiej, zabić każdego przywódcę tego państwa, zdestabilizować Iran za wszelką cenę. Pytanie, jak zachowają się Izraelczycy, gdy Trump zażąda, by wojnę zakończyć. W czerwcu 2025 roku amerykański prezydent właśnie tak zrobił. Włączył się na chwilę do wojny, uderzając w irański program atomowy i następnie zmusił Izrael do zawieszenia broni. Wojna trwała 12 dni, dziś trwa już 11. Tym razem tarcia mogą być większe.

Izrael bowiem czuje, że to szansa, która może się już nie powtórzyć. Ważnym kontekstem są zmiany postawy wobec Izraela i Palestyny w USA.

Instytut Gallupa co roku pyta Amerykanów, kogo na Bliskim Wschodzie wspierają bardziej: Izraelczyków czy Palestyńczyków. W poprzedniej dekadzie wskazania na Izraelczyków stabilnie mieściły się między 55 a 63 proc. Na Palestyńczyków: ledwie między 11 a 21 proc. Jeszcze w 2021 roku było to 55 proc. Ale potem przyszła wojna w Gazie i doszło do tektonicznej zmiany. W 2025 roku pierwszy raz w historii badania sympatia przesunęła się w stronę Palestyńczyków: 41 proc. wobec 30 proc. wsparcia dla Izraelczyków.

Dodatkowo w Stanach Zjednoczonych poparcie dla wojny w Iranie jest niskie, w sondażu Ipsos dla Reutersa – zaledwie 27 proc. NYT na podstawie wielu sondaży pisze o średnim poparciu na poziomie 41 proc. Dla porównania: wojna w Iraku miała średnio poparcie 76 proc. Amerykanów.

To może zwiastować długofalową zmianę w amerykańskiej polityce, która może mieć ogromne znaczenie dla przyszłości Izraela.

Tektoniczna zmiana

Nie stanie się to nagle, w ciągu roku. Amerykańskie poparcie dla Izraela ma długą tradycję i silne zakorzenienie w instytucjach amerykańskiej polityki. Ale pomimo erozji procesu demokratycznego w USA, amerykańscy politycy wciąż przejmują się tym, co sądzą wyborcy.

Nie twierdzę, że USA za chwilę przestanie wspierać izraelską armię miliardami dolarów. Jednak aksjomat bezwarunkowego wsparcia dla Izraela zaczął się kruszyć.

Izrael dalej działa, jakby wsparcie Amerykanów było wieczne. Widać to w Gazie, w Libanie, w Syrii, w Iranie. Izrael działa za pomocą siły, nie interesuje go to, co sądzą sąsiedzi. Agresywnie sunie w stronę aneksji Zachodniego Brzegu. Bez amerykańskiego parasola takie działanie może się na Izraelu okrutnie zemścić.

Dlatego Izraelczycy mogą czuć, że

okres wolnej amerykanki w regionie może się kończyć.

Chcą więc teraz w Iranie zniszczyć, co się da.

Republika Islamska

Tylko co z tego wszystkiego, skoro wygląda na to, że władze Republiki Islamskiej się utrzymają?

Dziś demonstrują siłę i jedność. To oczywiście nie znaczy, że jeśli wojna zakończy się za chwilę, reżim czekają złote lata. Jest sporo niepewności. Władze mają nowego lidera, który wciąż nie wydał z siebie żadnego oświadczenia. Najprawdopodobniej jest lekko ranny i ukrywa się, by nie zostać męczennikiem tak jak jego ojciec.

Wydaje się pewne, że nowe władze Republiki Islamskiej nie będą chętne do rozmów z Amerykanami.

  • Po pierwsze, dzięki Kushnerowi i Witkoffowi przekonali się, że negocjacje z asami z talii Trumpa oznaczają, że za chwilę nastąpi atak. Nie zamierzają kusić losu trzeci raz.
  • Po drugie, najpewniej dalej rosnąć będzie siła Gwardii Rewolucyjnej, z którą Modżtaba Chamenei był blisko związany. A ta formacja, w USA i Europie uważana za grupę terrorystyczną, jest gotowa za wszelką cenę bronić reżimu.
  • Po trzecie, według irańskich mediów Modżtaba Chamenei stracił w izraelsko-amerykańskim ataku ojca, matkę, żonę, siostrę i syna. Możemy z całą pewnością stwierdzić, że nigdy nie był fanem Stanów Zjednoczonych. Dziś ma kilka powodów więcej, by szukać zemsty.

„Nie mieliśmy być zbombardowani”

Wróćmy na koniec do podwójnie zranionych Irańczyków. Tych, którzy najpierw wyszli na ulice, domagali się zmiany w styczniu 2026 roku i zostali z nich krwawo wygonieni. A następnie uderzyła ich wojna.

Obserwując głosy Irańczyków w ostatnich trudnych dniach, nie dziwię się ich emocjom. My, Polacy żyjący w XXI wieku, od ponad dwóch dekad w Unii Europejskiej, z trudem możemy wyobrażać sobie, co czują.

Mogę uważać, że nadzieja, że wojna przyniesie im wyzwolenie i zmianę władzy, jest naiwna, ale rozumiem takie emocje mawiać zdesperowanych ludzi. A to tylko jedno z całej palety skomplikowanych uczuć, jakie noszą w sobie dziesiątki milionów Irańczyków. W kraju i za granicą.

Niestety dzisiaj wydaje się jasne, że taki optymistyczny scenariusz się nie ziści. Pokazują to też głosy z samego Iranu. Część Irańczyków, która w amerykańskim ataku widziała szansę na zmianę, dziś zmienia zdanie. W tekście dla „Financial Times” łamiącym głosem tuż po eksplozji na placu Wanak w północnym Teheranie wypowiada się kobieta o imieniu Madana:

„Wcale nie mieliśmy być zbombardowani. Nasze miasto, nasz kraj, to nie miało się wydarzyć. Dlaczego Wenezuela dostała czystą, bezkrwawą zmianę reżimu, a my nie?”.

Po wojnie w Iranie każdy na świecie, kto chciałby pokładać w Trumpie nadzieje, niech się trzy razy zastanowi.

Permanentna wojna

Patrzymy na głupią wojnę próżnych ludzi, którą przegrywają wszyscy.

Amerykanie trochę chcieli obalić reżim, ale im się znudziło.

Izrael chce zniszczyć, co się da, póki może, nie oglądając się na straty wśród Iranek i Irańczyków.

Irańczycy, zamiast demokratycznej zmiany mogą dostać twardszy, bardziej agresywny reżim z przywódcą, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać, bo nigdy w życiu nie wygłosił ani jednego przemówienia. Zamiast rozwiązywania palących problemów gospodarczych i środowiskowych dostaną jeszcze więcej nacjonalizmu i zamknięcia na świata.

Stosunki między Iranem a krajami Zatoki Perskiej są zniszczone, zaufanie tych krajów do USA – nadwyrężone.

Na podsumowanie wojny jest oczywiście za wcześnie. Trwa i może jeszcze potrwać. Być może faktycznie zdolność Iranu do prowadzenia agresywnej polityki zagranicznej w regionie faktycznie spadła.

Ale taką zdolność wciąż zachowuje Izrael, również zagrażając pokojowi.

Nie nauczyliśmy się niczego po 2003 roku – nielegalna amerykańska agresja została przez większość Europy zaakceptowana, wzięli w niej udział także polscy żołnierze.

Co, jeśli obecna wojna skończy się za chwilę? Iran natychmiast ruszy do odbudowania zdolności militarnych. Gdy to zrobi, Izrael przy pomocy Amerykanów zaatakuje znowu? Czy to jest dziś plan na pokój na Bliskim Wschodzie? Cykliczna wojna i bombardowania co kilka miesięcy?

Na razie wojna przyniosła pogorszenie w każdym aspekcie, którego dotknęła.

Marzy mi się powrót na gwarne ulice Teheranu. Marzy mi się Iran, w którym Iranki i Irańczycy mogliby w końcu żyć w pokoju, w sposób wolny zdecydować o swojej przyszłości i wybierać tego, kto będzie rządził ich krajem.

Takie marzenia są dziś bardzo odległe.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze