09 października 2022

Gra w pantofelka. Jak uczyć biologii, żeby nie odstraszyć? [Hawranek pyta, jak ratować szkołę]

Chcę, by uczniowie mieli świadomość, że biologia to wszystko to, co nas otacza, nie suche fakty z podręcznika - o nowatorskich metodach nauczania opowiada Bogusława Mikołajczyk, nauczycielka biologii i autorka bloga edukacyjnego „Biologus designans” 

Mózg lubi aktywność. Lekcja biologii musi trochę przypominać reklamę – musi ucznia zaintrygować, by chciał wziąć w niej udział. To takie trzy razy zet dla nauczyciela – zaciekawić, zaintrygować i zaangażować.

Kilka lat temu, kiedy zachłysnęłam się neurodydaktyką, chciałam ciągle tylko sketchnotki, grywalizację, aplikacje. A teraz po prostu staram się znaleźć równowagę, patrzeć, jak uczennice i uczniowie to biorą – bo mają też przecież inne przedmioty i zobowiązania.

Mamy przeświadczenie, że skoro uczniowie mają dostęp do internetu, to mają dużo większą wiedzę na temat seksualności. Tak nie jest. Potrafią co prawda wymienić rodzaje stosunków, ale nie potrafią powiedzieć, na którym etapie cyklu menstruacyjnego można zajść w ciążę i jak można się zabezpieczyć.

Z Bogusławą Mikołajczyk, nauczycielką biologii z Tarnowskich Gór i autorką bloga edukacyjnego „Biologus designans” rozmawia Maria Hawranek.

To kolejna rozmowa z cyklu OKO.press „Jak ratować szkołę”, który rozpoczęliśmy 1 września. Pytamy nauczycieli z różnych szkół w Polsce, jak dobrze uczyć, jak radzić sobie ze złym systemem, przeładowanym programem, nauczycielskim automatyzmem, skostniałą szkolną strukturą i ideologią, która ogranicza wolność szkoły.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Maria Hawranek, OKO.press:Co mówi podenerwowany ogrodnik do kolegi? Przesadziłeś”. „Dlaczego ludzie uwielbiają delfiny? Bo są na fali”. „Jakie warzywo najlepiej sprzedaje się na targu? Bestseler”. Wchodzisz na lekcje z biologicznym sucharem na ustach?

Bogusława Mikołajczyk*: Raczej zamieszczam je na moim fanpage’u „Biologus designans”, czyli rysująca biolożka. A wzięło się to stąd, że kilka lat temu stworzyłam zgrywalizowane, czyli oparte na mechanizmach z gier, lekcje botaniki „Wielki Ogrodnicus.exe”, wygraliśmy z nimi konkurs „Projektanci edukacji” wydawnictwa Nowa Era. Jednym z zadań w tym projekcie było stworzenie memów. Uczennice i uczniowie rozłożyli mnie swoją pomysłowością na łopatki i zainspirowali.

Jesteś żartownisią?

Kompletnie się spalam przy opowiadaniu dowcipów na żywo, ale odnalazłam się w memach – przeczesuję internet, tworzę własne kompilacje. Robię to trochę na przekór. Postanowiłam, że nie dam się temu, co się dzieje w oświacie - nauczyciele odchodzą, są problemy z wynagrodzeniem, wszechobecną frustracją, panoszącym się hejtem w mediach społecznościowych – „suchary” mają nas ładować energetycznie. Ostatnio wrzuciłam suchar z błędem. Miało być: „Dlaczego choinka nie jest głodna”, a odpowiedź brzmiała: „Bo jodła”. Ale zapomniałam o tym „nie”. Pod postem pojawiły się liczne komentarze, że literówka. Ale przecież błąd to element rozwoju, co powtarzam też moim uczniom - jestem biotechnologiem, dla mnie neurobiologiczne podejście do uczenia się to podstawa. Odpisałam więc: przekuję błąd na inspirację. I wyszedł z tego innowacyjny suchar: „Dlaczego choinka jest głodna? Bo sosna, nie jodła”.

To jak wchodzisz na lekcje?

Zazwyczaj pytam: co słychać, jak się czujecie, jak Wam minął dzień. Uczniowie do szkoły ciągną całą walizkę uczuć, tego, co się dzieje w domu. Mnie samej brakowało tego jako uczennicy, by ktoś to zauważył. Liczyło się tylko tu i teraz na kartkówce. Na początek robię też czasem rozgrzewkę dla mózgu.

Co to takiego?

Zainspirowałam się Joasią Gadomską, autorką bloga „Biologia z blondynką”, która jest moją internetową mentorką. Zwraca uwagę na potrzebę powtórki tego, co było na poprzedniej lekcji. Robię więc na przykład wyobrażonego ping-ponga: rzucam krótkie pytanie – dostaję krótką odpowiedź, 5-6 pytań, bo 45 minut lekcji mija szybko.

Inna metoda to bramkarz: nauczyciel stoi w drzwiach i wpuszcza do klasy tych uczniów, którzy prawidłowo odpowiedzą na pytanie. To może być forma wejściówki na zajęcia laboratoryjne, bo doświadczenie bez podłoża wiedzy nie ma sensu. Czasem to jedna uczennica staje się bramkarzem dla kolejnej i sama musi wymyślić jej pytanie. To też ćwiczy umiejętność zadawania pytań – w klasach starszych wkrada się lęk przed ich zadawaniem i myśli: a bo moje pytanie będzie nieadekwatne, głupie, ktoś mnie wyśmieje.

Na rozgrzewkę może też być sztafeta. Czwórka uczniów przekazuje sobie pałeczkę i pyta o to, co zapamiętali z poprzedniej lekcji. Ta metoda się sprawdza, kiedy klasa jest zgrana. Jeśli nie, to czasem uczniowie zadają takie pytania, by drugi nie umiał odpowiedzieć.

Wspomniałaś o neurobiologii. Jak lubi uczyć się nasz mózg?

Przede wszystkim mózg lubi aktywność. Jak mówi doktor Wojciech Glac, lekcja musi trochę przypominać reklamę – musi ucznia zaintrygować, by chciał wziąć w niej udział. To takie trzy razy zet dla nauczyciela – zaciekawić, zaintrygować i zaangażować. Dlatego często zaczynam od zadawania pytań: co by było, gdyby np. na świecie nie było bakterii? Robimy burzę mózgów, z której wychodzi nam, jak ważne funkcje pełnią w przyrodzie.

Neurobiologię wykorzystuję też przy notatkach – każda samodzielnie wykonana jest lepsza niż ta przedyktowana, która wyłącza mózg.

Przy notatkach często stosujemy kolory, które mózg najlepiej rejestruje, czyli pomarańczowy i jasnożółty. Mózg lubi też wyzwania i rywalizację, lubi zdobywać punkty, ale nie stopnie. Dlatego często sięgam po grywalizację.

Wspomniałaś o Wielkim Ogrodnicusie. O co w tym chodzi?

Grywalizacja polega na włączeniu gry w prowadzenie lekcji. Nauczyciel buduje fabułę, w którą wprowadza uczennice i uczniów. I tak nasz bohater Stefan został skazany za nieekologiczne zachowania względem fauny i flory na pobyt w labiryncie Wielkiego Ogrodnicusa, którym byłam ja. Miał 14 dni, by się z niego wydostać. Każdego dnia otrzymywał zadania do wykonania. Za ich poprawne wykonanie dostawał mililitry bioodżywki, służącej do odbudowy roślin tworzących labirynt. Labirynt był zaniedbany, żeby się z niego wydostać, Stefan musiał go rekultywować.

Te 14 dni to 14 lekcji. Za zadania obowiązkowe, np. notatki rozmaitego typu, karty pracy, drobne projekty, były mililitry odżywki. Za zadania dodatkowe uczniowie mogli dostawać gadżety – np. za przygotowanie plakatu na temat znaczenia mszaków można było zdobyć grabie, które pomogą Stefanowi w porządkach w labiryncie, a uczniowi pozwolą skorzystać z podręcznika przez 15 minut na kartkówce. Uczniowie i uczennice mogli i mogły je robić na lekcji, jeśli im starczyło czasu, albo w domu.

Czyli te nagrody dotyczyły gry, ale też przekładały się na realne życie uczennic i uczniów?

Tak, np. na zwolnienie z kartkówki, czy wydłużenie czasu na sprawdzianie. Mogli wykorzystać te bonusy kiedy chcieli. Gra na lekcji zawsze ma jakiś cel – tu było nim powtórzenie botaniki - i zakończenie, naszym przypadku to była ocena. Mililitry bioodżywki przekładały się na oceny – uczniowie od początku wiedzieli, ile muszą ich zebrać na dany stopień, więc mogli sobie rozplanować zadania – np. jeśli mieli luźniejszy tydzień czy dwa na innych przedmiotach, mogli zrobić więcej zadań z Wielkiego Ogrodnicusa i potem mieć luz. Grywalizacja uczy wzięcia odpowiedzialności i planowania. Uczniowie mają wpływ na to, co i kiedy robią, ale też nie mogą nagle nadrobić wszystkiego pod koniec.

Mówisz, że mózg lubi rywalizować, ale że nie lubi ocen. A jednak ostatecznie celem gry stały się oceny.

Nie stały się jej celem - celem było ugruntowanie wiedzy z botaniki. Oceny są koniecznością - nasza szkoła wymusza na nas wystawienie oceny co semestr.

Kilka razy wspomniałaś o różnych rodzajach notatek. Opowiedz o nich proszę.

Stosujemy notatki: od tradycyjnych, linearnych, przez notatki metodą Cornella, mapy myśli po sketchnotki. Metoda Cornella jest najbardziej zbliżona do tradycyjnej – bierzesz kartkę A5 lub A4, układ pionowy, dzielisz ją na cztery części. Cienki pasek na samej górze to miejsce na temat. Poniżej zostawiasz szeroki, największy pas, który dzielisz na duży blok i cienki margines. Na marginesie wypisujesz słowa kluczowe, np. nowe pojęcia, które pojawiają się w tradycyjnej notatce, zapisanej w tym największym obszarze.

Jak wygląda główna notatka? Może być dosłownym zapisem słów, może być hasłowa, od myślników, każdy decyduje sam. Na samym dole, w czwartej części, jest miejsce na kilka linijek podsumowania, o czym ta notatka jest. Z tak przygotowanych notatek bardzo łatwo się uczyć – wystarczy rzucić okiem na słowa kluczowe, by zorientować się, co pamiętasz, a czego nie. Z kolei mapa myśli to notatka przestrzenna – w centrum piszemy temat, z którego potem jak gałęzie w drzewie odchodzą grube tematy, z których z kolei rozchodzą się cieńsze gałązki – podtematy. Im cieńsza gałązka tym większy szczegół.

A ta sketchnotka?

Sketchnoting to myślenie wizualne – nasz mózg myśli obrazami. Jak zamkniesz oczy, a ja powiem słowo drzewo, to zobaczysz litery, czy drzewo?

Drzewo.

Po co więc w notatce zapisywać ciągi słów, których mózg i tak nie zapamięta? Lepiej narysować chociażby najprostszy obrazek. W sketchnotce zachowujemy równowagę między słowem a grafiką, jej celem jest zebranie najważniejszych pojęć. Temat zapisujemy w chmurce, boksie, jakiejkolwiek zamkniętej przestrzeni, bo mózg lepiej widzi to, co obramowane. Kartkę orientujemy w poziomie, lepiej ogarnialnym dla dwojga oczu, a różne treści zamykamy w różnych ramkach. Opatrujemy je grafiką, która będzie się do nich odnosiła - nie chodzi o upiększenie całości motylkami, tylko narysowanie czegoś, co autentycznie to hasło ilustruje lub nam się z nim kojarzy.

Bardzo ważne: sktechnotka jest skuteczna tylko dla jej autora. Jak ją wprowadzam, pokazuję uczennicom jedną z moich bardziej skomplikowanych sketchnotek i pytam, co o niej myślą. Najpierw jest konsternacja – czy wypada skrytykować panią? Potem zaczynają padać odpowiedzi: no nie wiem, czy bym się z tego nauczyła. Wtedy zachęcam: odważniej! I wówczas przyznają: to jest chaos, ja tego nie czuję, to kompletnie nie moja bajka! A ja im mówię, że dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Tylko ja wiem, co się kryje pod daną grafiką - to ja sobie przypominam, co na szkoleniu mówił prowadzący i co skłoniło mnie do narysowania takiej, a nie innej struktury.

Ale wiesz, nudna lekcja też jest czasem potrzebna – nasze mózgi potrzebują czasem odpłynąć, a teraz są ciągle przebodźcowane. Pytam uczniów, ile książek przeczytali w ciągu dnia.

W ciągu dnia?

Tak. Skonsternowani odpowiadają: żadnej.

A gdyby tak popatrzeć, ile wasze mózgi przetworzyły liter i obrazów ze smartfona i przełożyć to na strony książki? Badania pokazują, że to byłaby jedna książka o objętości około 250 stron.

Gdyby każda lekcja opierała się na efekcie „wow”, to mogłaby spowodować jeszcze większe przebodźcowanie uczennic i uczniów. Dlatego niektóre lekcje są spokojniejsze, bardziej tradycyjne. Kilka lat temu, kiedy zachłysnęłam się neurodydaktyką, chciałam ciągle tylko sketchnotki, grywalizację, aplikacje i stąd się wziął “Wielki Ogrodnicus.exe”. A teraz po prostu staram się znaleźć równowagę, patrzeć, jak uczennice i uczniowie to biorą – bo mają też przecież inne przedmioty i zobowiązania.

Czyli za dużo apek na smartfonach w czasie lekcji to trochę wylewanie dziecka z kąpielą?

Dokładnie tak.

Wszyscy z biologii pamiętamy pantofelka i często nie jest to dobre wspomnienie. Mam wrażenie, że są ważniejsze rzeczy, które powinniśmy wynieść z lekcji biologii. Więc powiedz: czemu pantofelek? I jak go uczniom podajesz, żeby był strawny?

Tak, pantofelek to antyhit, razem z mitozą i mejozą.

Tak! Też wypisałam je w notatkach.

Najpierw zakładamy własną hodowlę pantofelka – bierzemy wodę ze stawu lub jeziorka, umieszczamy w niej siano, jakieś suche liście i już po kilku dniach powinien pojawić się pantofelek. Potem wykonujemy preparaty przyżyciowe (czyli świeże) w kropli wiszącej, i możemy oglądać te śmigające pantofelki pod mikroskopem. Czasem trudno go namierzyć, bo to przecież maleńki organizm jednokomórkowy, więc jak już się pojawi, to aż piszczę z radości: chodźcie zobaczyć, jaki piękny pantofelek! Jestem dość ekspresyjna, co akurat też dobrze wpisuje się w założenia neurodydaktyki – budowanie pozytywnych wrażeń i emocji. Mój entuzjazm niektórym się udziela.

Dlaczego pantofelek jest ważny? Jedna komórka, z początków ewolucji, a wszystko potrafi – spójrz na wodniczki tętnice, jak doskonale regulują ciśnienie osmotyczne. Cały czas nie mogę wyjść z podziwu, jak w jednym mikroorganizmie wszystko jest tak doskonale zorganizowane. Chcę, by uczniowie mieli świadomość, że biologia to wszystko to, co nas otacza, nie suche fakty z podręcznika. Opowiadam im więc o tym, jak wiele rzeczy naukowcy odkryli dzięki pantofelkowi – np. jak zarządzać ciśnieniem przy budowaniu tam.

Anegdota czy emocje są jak hak, do którego uczennica będzie mogła sobie przyczepić pozostałe potrzebne informacje, nawet jeśli nie zapamięta wszystkich szczegółów od razu.

Bo trzeba jasno powiedzieć, że podstawa programowa jest teraz w szkole średniej przeładowana – ja o wielu rzeczach w niej zawartych uczyłam się na studiach – i nie ma możliwości, by po jednej lekcji wszystko zapamiętać.

To teraz poproszę o patent na mitozę i mejozę.

To pretekst, by porozmawiać o nowotworach, które pojawiają się, gdy cykl podziału komórki zostaje zaburzony. Czyli znów mamy temat, który wywołuje emocje, a tym samym szansę, by zakotwiczyć się w pamięci. Po co jest mitoza i mejoza? Np. bez niej nie moglibyśmy rosnąć albo wykrwawilibyśmy się przy byle rance – to dzięki mitozie pojawia się strupek.

Kilka razy zdarzyło się tak, że przerabialiśmy mitozę i mejozę pod koniec roku – ładna pogoda, uczyć się nie chce. Wyszłam więc z uczennicami na podwórko, zrobiliśmy teatrzyk – klasa podzieliła się na chromosomy i odegrała, co się dzieje wewnątrz jądra komórkowego w czasie mitozy i mejozy. Kilku uczniów zapowiadało kolejne fazy procesu jak walkę na ringu bokserskim. Czy dużo z tego zapamiętali? Jeśli nie powtórzyli, to nie czarujmy się – nie. Ale mamy podstawę, mamy hak.

Biologia to nauka terenowa, a ze szkoły poszatkowanej na 45-minutowe lekcje rzadko można ruszyć w teren. Co z tym robisz?

Chodzimy na warsztaty do Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Radzionkowie. Nieopodal szkoły mamy skwerek, gdzie rosną cudne drzewa obrośnięte porostami, więc nie rozmawiamy o nich w klasie, tylko przy tych drzewach. Uczniowie robią zdjęcia, z których potem tworzą plakaty. Jak mamy lekcje o roślinach jedno i dwuliściennych, to idziemy na podwórko, gdzie mamy łąkę kwietną i fajny trawniczek. Rozpoznajemy rośliny z aplikacją Google.

W czerwcu, kiedy kwiatów jest dużo, zadanie polega na tym, by odróżnić podobne i często mylone rośliny – np. niebieską cykorię i niebieski chaber albo żółty mlecz i żółty mniszek lekarski. W maju zaczynamy zbierać zielnik, którzy uczennice i uczniowie mogą dokończyć w domu.

Jakiś czas temu oglądałam film „Zielona szkoła. Ogród szkolny”, o kopenhaskich ogródkach, które uprawiają wszystkie uczennice i uczniowie przez co najmniej jeden rok szkolny. Od zaorania ziemi do zbioru plonów i gotowania. Obłęd. Wy coś hodujecie albo uprawiacie?

Jak mówimy o rozwoju roślin, kiełkowaniu, to uprawiamy rzodkiewki, pomidory, sałatę, buraki, fasolę. Robimy to w woreczkach strunowych, byśmy mogli dokładnie widzieć, co dzieje się z taką fasolką. Potem je kroimy, oglądamy pod mikroskopem. Ze zwierząt mamy patyczaki. Z inicjatywy uczniów mieliśmy też kiedyś aksolotla – przeczytali, jakich warunków potrzebuje, jakiej wody, temperatury, napowietrzenia, sprowadzili do szkoły ogromne akwarium, a potem samego aksolotla ze sklepu zoologicznego. To było fantastyczne. Zmarł niestety po przenosinach na ferie – aksolotle nie lubią zmian otoczenia.

Na biologii siłą rzeczy musisz poruszać tematy, które stały się kontrowersyjne. Na przykład – szczepienia. Jak się w tym odnajdujesz?

Zrobiłam specjalizację z mikrobiologii i immunologii, uczyłam też wcześniej w szkole policealnej dla techników farmaceutów, więc wgryzłam się w ten temat. Ostatnio trafił mi się z uczniami na online’ach, byłam więc szczególnie ostrożna – rodzice mogli słuchać i nie zawsze dobrze zrozumieć moje intencje. Staram się podchodzić dyplomatycznie, nie atakuję.

Chodzi o to, by nie dyskutować z opiniami rodziców, tylko pokazywać fakty.

Zapowiedziałam więc, że opowiem o tym, jak się przygotowuje szczepionkę i na jakiej zasadzie działa. Zaznaczyłam też, że wiedza o szczepionkach z DNA jest stosunkowo nowa i wielu rodziców nie uczyło się o niej w szkole oraz że lęk przed tym, czego nie znamy, jest naturalny. Z drugiej strony dodałam, że sama broniłam magisterkę właśnie ze szczepionek z DNA kilkanaście lat temu, więc jest to już wiedza ugruntowana. Mam wrażenie, że to się jakoś udało – że fakt, że nic im nie narzucam, pozwolił uniknąć stresu. Jeden uczeń podziękował mi, że w końcu zrozumiał, o co z tymi szczepionkami chodzi.

W szkole brakuje edukacji seksualnej. Starasz się uzupełnić jakoś ten brak?

Na tyle, na ile mogę. W porozumieniu z bytomskim SANEPID-em prowadzę program profilaktyczny – m.in. o HIV, HPV. Jest w nim dużo miejsca na tematy związane z seksualnością, jest przyzwoity film edukacyjny, który pokazuje wszystko bez hipokryzji.

Dobrze rozumiem, że w szkole seksualność pojawia się zatem albo na biologii, gdy omawiacie rozwój człowieka, albo w kontekście chorób przenoszonych drogą płciową?

Tak.

Uczysz w technikum. Ile godzin w ciągu pięciu lat nauki może być przeznaczonych na rozmowę o seksualności?

Za mało. Rozmnażanie człowieka to pięć godzin biologii: budowa narządów męskich, żeńskich, zapłodnienie i rozwój prenatalny, rozwój postnatalny, w tym dojrzewanie. Szału nie ma. Do tego dochodzi te kilka godzin z programu z SANEPID-em – po jednej w roku.

Mamy przeświadczenie, że skoro uczniowie mają dostęp do internetu, to mają dużo większą wiedzę w tym obszarze.

Tak nie jest. Potrafią co prawda wymienić rodzaje stosunków, ale nie potrafią powiedzieć, na którym etapie cyklu menstruacyjnego można zajść w ciążę i jak można się zabezpieczyć.

Tłumaczysz im to?

Tak, daje mi do tego przestrzeń program profilaktyczny. Robię grę „Fakty i mity na temat HIV”. Czy można się zakazić przez pocałunek? Czy tylko przez stosunek analny? Czy prezerwatywa jest zabezpieczeniem?

Rodzice protestują?

Do tej pory nie. Są uprzedzeni o tych lekcjach. Nie było zastrzeżeń również po. Na donos rodzicielski jeszcze czekam, bo czasem się zdarzają. Np. w czasie nauczania zdalnego były skargi, że nauczyciele rozmawiają z uczniami o szczepieniach, a przecież te treści doskonale pasują do wielu przedmiotów, w tym chociażby do EDB - Edukacji dla Bezpieczeństwa.

Jak nazywasz genitalia?

Otwarcie mówię o penisach i pochwach. Ptaszków, siusiaczków u mnie nie ma, podobnie jak wielu specjalistów uważam takie określenia za infantylne, tym bardziej w szkole średniej i to jeszcze na lekcjach biologii. Moje dzieci również znają i stosują te fachowe określenia, traktują je zupełnie naturalnie. Ale staram się prowadzić te lekcje z wyczuciem. Pytam uczennice i uczniów, czy czują się dobrze z takimi określeniami.

I jak się czują?

Bywa różnie. Lekcje o HIV i HPV najczęściej przypadają w pierwszej klasie, jeszcze nie są zgrani, jeszcze się siebie wstydzą. Jeśli nie chcą wypowiadać tych słów, nie muszą, oczywiście.

A rozmawiacie o LGBT+?

Na godzinach wychowawczych, gdy uczniowie podejmują takie tematy, tym bardziej, że pojawia się w klasach młodzież nieheteronormatywna. Podkreślam, że rozmawiamy o faktach, nie opiniach, bo znów – młodzież pochodzi z różnych domów.

Otwarcie mówią w szkole: jestem gejem, jestem lesbijką?

Tak. Akurat nie w moich klasach, ale od trzech lat ten temat pojawia się na radach pedagogicznych. Niektórzy uczniowie dążą do zmiany płci.

I co?

Temat jest delikatny. Jeśli pojawia się chłopiec, który identyfikuje się jako dziewczynka i chciałby być nazywanym innym imieniem czy też odwrotnie, to przede wszystkim musimy postępować zgodnie z prawem, a skoro uczeń nie jest pełnoletni… decyduje rodzic. W tym roku do naszego zespołu dołączyli psycholog i pedagog specjalny - to daje wsparcie na etapie przygotowania się do rozmowy z takimi uczniami i rodzicami.

A o in vitro rozmawiacie?

Niezbyt dużo. Ale jeśli ten wątek się pojawia, znów trzymam się faktów naukowych.

Czujesz, że są tematy, których w szkole nie wolno poruszać?

Dla mnie nie ma tematów tabu i nie czuję presji ze strony dyrekcji, ani rady pedagogicznej, ale też mamy podobne poglądy.

Pokazujesz uczniom, że przyroda może być źródłem ukojenia, sposobem na redukcję stresu?

Staram się. Robimy spacery z uważnością – szukamy określonych gatunków drzew, liczymy. Po pandemii spotkaliśmy się w parku przyszpitalnym, dotykaliśmy trawy, drzew, próbowaliśmy nie myśleć o niczym. Tłumaczyłam im, jak funkcjonuje układ nerwowy, czym jest dla nas odpoczynek, i jakie są techniki relaksacji. Kiedy zasugerowałam, że można przytulać się do drzew, nie wiedzieli, o czym mówię. Ale wiem, że jak był czas online’ów, to wszyscy chętnie chodzili do lasu, więc może im się to kiedyś przyda.

Bogusława Mikołajczyk

* Bogusława Mikołajczyknauczycielka biologii i przedmiotów zawodowych z zakresu bioanalityki i farmacji w Zespole Szkół Chemiczno-Medycznych i Ogólnokształcących w Tarnowskich Górach, autorka bloga edukacyjnego „Biologus designans”. Absolwentka kryminalistyki z toksykologią sądową. Finalistka Ogólnopolskiego Konkursu Nauczyciel [email protected] 2022. Należy do społeczności SuperBelfrzy RP.

Udostępnij:

Maria Hawranek

Reporterka i podróżniczka. Pisze dla „Dużego Formatu”, „Wysokich Obcasów”, „Tygodnika Powszechnego” i „Przekroju”. Współtwórczyni reporterskiego projektu IntoAmericas.com. Autorka książki „Szkoły, do których chce się chodzić, są bliżej niż myślisz”. Razem z Szymonem Opryszkiem wydała książki „Wyhoduj sobie wolność”, „Tańczymy już tylko w Zaduszki”. Mama Gucia, ich trzyletniego syna.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne