Z Adamem Razem, izraelskim historykiem, rozmawiamy m.in. o zbrodni grabieży podczas izraelsko-arabskich wojen, polityce pamięci w Izraelu, obowiązującym dyskursie historycznym i kulturalnym, a także o wpływie Benjamina Netanjahu na „ducha” Izraelczyków.
Kacper Max Lubiewski: Twoja przedostatnia książka, Loot: How Israel Stole Palestinian Property [Grabież. Jak Izrael ukradł palestyńskie mienie, wyd. angielskie Verso Books, 2024 – red.], podejmuje temat grabieży palestyńskiej własności przez żołnierzy IDF-u [izraelskich sił zbrojnych – red.] i żydowskich milicji podczas izraelskiej wojny o niepodległość w 1948 roku. Także dzisiaj, przy okazji wojen w Libanie i Gazie, internet zalewają dowody na podobne zachowanie Izraelczyków. Dlaczego grabieże pozostają tak rozpowszechnionym problemem w izraelskim wojsku?
Adam Raz*: Grabieże są niewystarczająco zrozumianym fenomenem: chociażby dlatego, że w porównaniu z innymi zbrodniami wydają się mniej ważne i mniej brutalne. W swojej książce chciałem pokazać, że pod jednym względem – politycznym – grabieże są unikalne. W wyniku wojny w 1948 roku ok. 750 tys. Palestyńczyków opuściło swoje domy – odłóżmy na chwilę na bok pytanie, dlaczego – a chwilę po ich ucieczce Izraelczycy przystąpili do plądrowania. Nie przedstawiciele struktur państwowych, a zwykli ludzie! Grabieże mają też to do siebie, że dochodzi do nich, gdy tylko kończą się bitwy. To nie jest długi, rozciągnięty w czasie proces. W 1948 kradziono wszystko: meble, biżuterię, pieniądze, zaopatrzenie sklepów.
Wracając do politycznego aspektu grabieży: gdy ludzie plądrują, popełniają przestępstwo i zdają sobie z tego sprawę. To znaczy, że zależy im na tym, żeby ich przestępstwo nie zostało odkryte, a oni sami – ukarani ani zmuszeni do zadośćuczynienia. Innymi słowy, przyzwolenie na grabieże służy rekrutowaniu zwykłych ludzi do wysiłku skierowanego przeciwko powrotowi uchodźców.
Czyli oprócz wymiaru mikro, tj. wstydliwego doświadczenia i partykularnego interesu tej czy innej izraelskiej rodziny, grabieże mają też wymiar makro, bo czynią ze społeczeństwa interesariuszy bardzo konkretnej polityki już po wojnie.
Bingo! Musimy pamiętać, że największe zbrodnie wojenne w historii izraelsko-palestyńskich starć są popełniane przez mniejszość żołnierzy: większość z nich nigdy nie masakrowała cywilów i nie przeprowadzała czystek. Ale plądrowanie prawie zawsze jest masowe. Niektórym czytelnikom może się wydawać, że w Gazie czy Libanie jest tak biednie, że w wioskach nie ma nic oprócz chatek i meczetu. Nic bardziej mylnego: są sklepy z komputerami, jubiler czy hurtownie ubrań; jest więc co rozgrabić, mimo że jest to niezgodne nie tylko z prawem międzynarodowym, ale też z prawem izraelskim! To też mit, że plądruje się tylko rzeczy małe, jak pieniądze czy biżuterię. Jeśli chcesz przesunąć lub ukryć pianino lub lodówkę, nie możesz tego zrobić sam: potrzebna ci jest pomoc twoich kolegów w jednostce, a przynajmniej ich ciche przyzwolenie. To kolejny argument za masowością problemu plądrowania, choć, jeśli chodzi o wojnę w Gazie, ukarano tylko jednego żołnierza.
Mówisz, że izraelski rząd od zawsze przyzwalał na grabieże, ale wiemy przecież, że Dawid Ben Gurion [premier Izraela podczas wojny w 1948 roku – red.] wielokrotnie wypowiadał się przeciwko temu zjawisku – zarówno publicznie, jak i podczas tajnych spotkań rządu – i domagał się kar dla winnych żołnierzy. Nawet dzisiaj wysocy rangą generałowie IDF-u potępiają grabieże jako zachowanie niegodne izraelskiego munduru.
Oczywiście – publiczne potępianie plądrowania miało miejsce przy każdej izraelskiej wojnie. Ale nawet jeśli założymy, że te wypowiedzi są szczere, a wcale takie nie muszą być, to jakie mają znaczenie, jeśli nie prowadzą ani do procesów, ani do kar? To głównie zagrywka PR-owa.
Mogę ci pokazać grupy na Facebooku, na których Izraelczycy sprzedają generatory skradzione z Gazy.
Grabieże dzieją się w biały dzień, ale władze mogą obawiać się backlashu, który mógłby powstać w społeczeństwie. „Jak to? Wysyłamy naszych młodych obywateli na wojnę, żeby narażali własne życie, a teraz mielibyśmy ich wsadzać do więzienia?” – dla wielu to nie do pomyślenia. Swoją drogą, to też sposób, w jaki wielu żołnierzy przyznaje sobie prawo do szabrowania. To nie jest tak, że idą na wojnę po to, żeby kraść lub że siedzą po nocach, organizując w Excelu swoje zarobione miliony. Myślą raczej: „Jestem w trudnej i niebezpiecznej sytuacji, więc dlaczego miałbym sobie nie «odbić» mojego poświęcenia?”
Prawdopodobnie i tu pojawia się jeszcze wątek bycia zrekrutowanym do zmowy milczenia wobec zobaczonych przestępstw.
Powtarzam: żołnierze wiedzą, że postępują niezgodnie z prawem. Ale jeśli sam popełniłeś przestępstwo, to dużo trudniej jest krytykować swój rząd za jego przewinienia – nawet jeśli sam niczego nie ukradłeś, ale np. nie zgłosiłeś tego, co widziałeś, swojemu przełożonemu. Wtedy dużo bardziej prawdopodobne jest, że nie będziesz popierał założenia komisji śledczej, która miałaby zbadać zbrodnie rządu w Gazie, bo co, jeśli przy okazji wyjdzie na jaw twoja wina?
Zostawmy na chwilę temat grabieży i porozmawiajmy o historii w trochę szerszym sensie. Jak opisałbyś dyskurs historyczny w Izraelu? Jak dobrze Izraelczycy znają swoją historię? Co jest nieobecne w kolektywnej pamięci?
To niełatwe pytania, bo nasze społeczeństwo jest niezwykle zróżnicowane i trudno mówić o jakichś uniwersalnych prawdach. Tak czy tak, są trzy elementy, które izraelscy Żydzi mają wspólne. Po pierwsze, Izraelczycy wypierają najbrutalniejsze elementy swojej historii, jak Nakba czy zbrodnie popełnione podczas wojny sześciodniowej. Za każdym razem doniesienia o przestępstwach były przykrywane społeczną ekstazą, bo przecież przetrwano potencjalne zniszczenie państwa. W międzyczasie Izrael rozpoczął okupację Zachodniego Brzegu, której większość Izraelczyków nie pamięta jako wydarzenie, tylko jako część swojej rzeczywistości. To, co z zewnątrz wydaje się skandalem i zbrodnią, w Izraelu jest głęboko znormalizowane, bo okupacja postrzegana jest nie jako konsekwencja teraźniejszych decyzji politycznych, lecz raczej jako skutek odległej przeszłości.
Drugim elementem izraelskiej pamięci historycznej jest szczególne miejsce Zagłady. Jest ona ostatecznym dowodem na to, że Żydzi są wiecznymi ofiarami i mają wobec swoich dziadków i babek obowiązek zrobić wszystko, żeby ich dzieci przeżyły. Narracja „praw człowieka” nigdy się w Izraelu do końca nie przyjęła: rządziły nami etos syjonistyczny, etos równościowy i socjalistyczny czy etos żydowsko-religijny, ale prawa człowieka nigdy nie były dla nas najwyższą wartością. Nawet koncepcja pokoju z Palestyńczykami w Izraelu jest wyrażana jako część tradycji syjonistycznej, egalitarystycznej czy żydowskiej, ale nie w odniesieniu do niezbywalnych ludzkich praw.
Jaki jest trzeci aspekt?
Jest bardzo prosty: 60 proc. Izraelczyków urodziło się już po tym, jak rząd Rabina podjął szczerą próbę zakończenia konfliktu, lub było wtedy małymi dziećmi. Od tego czasu Izraelczycy żyją odseparowani od Palestyńczyków mentalnie i fizycznie. Musiałem przeprowadzić się do Berlina, żeby moje dzieci miały szansę zaprzyjaźnić się z Syryjczykami czy Libańczykami, mimo że państwo, z którego pochodzą, graniczy z ojczyznami ich kolegów!
Ostatnie 30 lat w Izraelu zostało całkowicie zdominowane przez jednego człowieka: Benjamina Netanjahu. Młodym Izraelczykom trudno jest wyobrazić sobie inny Izrael, bo nigdy go tak naprawdę nie doświadczyli. To, moim zdaniem, jest najważniejszą polityczną spuścizną Netanjahu: to, że zabił wyobraźnię Izraelczyków.
Moje dzieci dorastały w domu, gdzie na ścianie wisiał portret Karola Marksa, ale nawet one – podobnie jak cała izraelska młodzież, niezależnie od poglądów politycznych – mówią językiem Netanjahu.
W latach 90. otwarcie domagaliśmy się pokoju: to mógł być nawet zimny pokój i nie musieliśmy się lubić z Palestyńczykami, ale przed oczami mieliśmy szansę na Nowy Bliski Wschód [wizja ówczesnego premiera z ramienia Partii Pracy Szymona Peresa, zakładająca ścisłą integrację Izraela w regionie – red.]. Dzisiaj nawet aktywiści mówią o pokoju w atmosferze znużenia i separacji od Palestyńczyków.
Czy owe rezygnacja i pesymizm przeniknęły też do życia codziennego, czy może pozostały na płaszczyźnie wyborów i polityki?
Izraelczycy byli kiedyś – i w pewnym sensie nadal są – niezwykle politycznym narodem; ludzie mają na ogół jasne poglądy i partyjne tożsamości. Nie muszę chyba dodawać, że dużo też protestują. Ale po 7 października [2023 roku, dzień ataku Hamasu na Izrael – red.] po raz pierwszy usłyszałem przy szabatowym stole, że nie wolno nam rozmawiać o polityce. Wcześniej był to temat najważniejszy! Mój szwagier i kuzyn służyli w Gazie, więc kiedy napisałem w gazecie, że Izrael dopuścił się tam ludobójstwa, to łatwiejsza była dla nas wszystkich cisza niż szczera rozmowa. To też jest powód, dla którego dzisiaj rozmawiamy w Berlinie, a nie w Tel Awiwie – wybór między zmilitaryzowanym i brutalnym dyskursem a ciszą przestał mi odpowiadać.
Powiedziałeś już, że najważniejszą schedą Netanjahu będzie likwidacja wyobraźni politycznej izraelskiego społeczeństwa. Zastanawia mnie, czy jest jeszcze coś w jego polityce pamięci oraz polityce historycznej i kulturalnej, co wpływa na to, kim są dzisiaj Izraelczycy?
Przydatne w zrozumieniu Netanjahu wydaje mi się rozpatrywanie jego kariery nie jako kariery polityka, lecz mafiosa.
Podobnie jak szef mafii, Netanjahu nie ma ideologii w klasycznym tego słowa znaczeniu.
Nie ma oporów przed zniszczeniem państwa, jeśli oznaczać to będzie dla niego pozostanie u władzy. Dla większości polityków stanowisko premiera jest środkiem do wprowadzenia w życie określonego celu, ale dla Bibiego bycie szefem rządu jest celem samym w sobie. Udało mu się zbrutalizować niezwykle dynamiczne, wyrafinowane i wykształcone społeczeństwo, do tego stopnia, że ci z nas, którzy pamiętają lata 80. i 90., nie poznają swojego kraju.
Netanjahu udało się zatrzymać historię: nawet liberalni i szanowani izraelscy intelektualiści przybrali perspektywę oblężonej twierdzy, którą społeczeństwu sprzedaje nasz premier: musimy żyć al charbenu – czyli z mieczem [w ręku]. Ben Caspit, jeden z najpopularniejszych izraelskich dziennikarzy, napisał ostatnio jakiś artykuł o Niemczech, gdzie nazwał niemieckie wojsko Wehrmachtem – jakby Holokaust miał miejsce zaledwie wczoraj. Jesienią Izraelczycy być może pozbędą się Netanjahu, ale jego wpływ na to, jak w Izraelu się mówi i myśli, jest dużo głębszy niż pojedyncze wybory.
*Adam Raz – izraelski historyk związany z kolektywem naukowym „Akevot”, autor biografii izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu, publicysta Haaretz oraz autor książek przedstawiających krytyczne spojrzenie na historię konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.
Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.
Komentarze