0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jaafar ASHTIYEH / AFPFot. Jaafar ASHTIYEH...

„Dotarło do mnie, że nie chcę być kolejnym trybikiem w machinie okupacji. Miałem pełną świadomość swojego uprzywilejowania – wsparcia ze strony najbliższej rodziny oraz zaplecza materialnego, które pozwoliło mi na luksus publicznego sprzeciwu. Wiedziałem, że stać mnie, by głośno powiedzieć „nie” i ponieść konsekwencje mojego sprzeciwu”.

„Łącznie spędziłem w więzieniu dwa miesiące. To stosunkowo łagodna kara, bo niektórzy trafiają za kraty na pół roku”.

„Najdotkliwszy okazał się jednak ostracyzm społeczny. Po złożeniu deklaracji o odmowie zaczęto odrzucać moje podania o pracę już w pierwszym etapie rekrutacji. W dobie powszechnej cyfryzacji wystarczy wpisać moje nazwisko w wyszukiwarkę. W kilka sekund rekruter ma pełen wgląd w moje poglądy, publiczne wypowiedzi i działania”.

Przeczytaj także:

Znajomi chodzili na protesty

Aleksander Kamkow: Co skłoniło cię do decyzji, by odmówić służby wojskowej?

Soul Behar Tsalik: To była decyzja, która dojrzewała we mnie powoli. Dorastałem w Tel Awiwie, bardzo liberalnym mieście, chodziłem do stosunkowo liberalnego liceum i zostałem wychowany przez otwartych, krytycznie myślących rodziców. Jako uprzywilejowanej społecznie osobie było mi łatwiej wyjść poza utarte schematy myślenia.

W liceum zacząłem bardziej interesować się historią. Zachęciło mnie to do poszukiwania informacji o historii Izraela, o Nakbie, o okupacji. Uderzyła mnie kolosalna różnica między informacjami, które można znaleźć w Internecie po hebrajsku, a tymi dostępnymi w języku angielskim. To spostrzeżenie wydało mi się niezwykle ciekawe i w dużej mierze z niego wynika moje krytyczne podejście do wielu narracji obecnych w moim otoczeniu.

Ważnym wątkiem osobistym jest dla mnie dorastanie w Jaffie, czyli w palestyńskiej dzielnicy. Jako dziecko codziennie słyszałem śpiew muezzinów. W przeciwieństwie do wielu żydowskich Izraelczyków od zawsze miałem kontakt z Palestyńczykami. Większość w ogóle nie spotyka Palestyńczyków na co dzień, za wyjątkiem tych zajmujących się sprzątaniem, kierowców autobusów albo lekarzy.

W moim liberalnym kręgu znajomych wszyscy chodzili na protesty – więc i ja zacząłem. Na manifestacjach oskarżaliśmy rząd o bycie faszystami, nacjonalistami i tak dalej. Jednak ludzie nadal przychodzili na nie z flagami Izraela. Było w tym coś głęboko niedorzecznego, jakbyśmy chcieli walczyć z nacjonalizmem, ale przy pomocy nacjonalizmu. W trakcie protestów cały czas powtarzano, że Izrael nie może stać się dyktaturą, że to jedyna demokracja na Bliskim Wschodzie... Nikt nie zadawał niewygodnych pytań o sytuację milionów Palestyńczyków, dla których Izrael nie jest żadną demokracją.

Wszystko to jawiło mi się jako głęboki paradoks. Wtedy też, w samym sercu antyrządowych manifestacji, natrafiłem na tzw. Blok Przeciwko Okupacji – radykalną formację lewicową. Jej działacze głośno mówili o destrukcyjności całego systemu kolonialnego. Starali się skłonić protestujących do głębszej refleksji i przyjęcia bardziej krytycznej postawy.

To właśnie za ich sprawą dotarło do mnie, że nie chcę być kolejnym trybikiem w machinie okupacji. Miałem pełną świadomość swojego uprzywilejowania – wsparcia ze strony najbliższej rodziny oraz zaplecza materialnego, które pozwoliło mi na luksus publicznego sprzeciwu. Wiedziałem, że stać mnie, by głośno powiedzieć „nie” i ponieść konsekwencje mojego sprzeciwu.

Mesarvot

Wtedy też dołączyłeś do kolektywu Mesarvot. Czy mógłbyś nieco więcej opowiedzieć o tej organizacji?

Mesarvot [odmawiające – przyp. red.] to kolektyw wspierający każdego, kto decyduje się na odmowę służby wojskowej – niezależnie od tego, czy skończy się to dla niego więzieniem, czy łagodniejszymi konsekwencjami. Mesarvot zapewnia pomoc prawną i bezpłatne porady praktyczne.

Wykonujemy naszą pracę w ramach wolontariatu, a w skład kolektywu wchodzą przede wszystkim osoby młode.

Organizujemy też demonstracje solidarnościowe z palestyńskimi więźniami, tworzymy fanziny, plakaty i treści na Instagramie, żeby szerzyć świadomość społeczną o okupacji i czystkach etnicznych.

Chcemy w ten sposób pokazać młodym Izraelczykom, że to do nich należy decyzja, czy pójdą do wojska, czy też odmówią służby wojskowej.

To szczególnie trudne zadanie biorąc pod uwagę fakt, że nawoływanie do odmowy służby wojskowej stanowi w Izraelu przestępstwo, za które można dostać nawet 15 lat więzienia. Dlatego też oficjalnie nie zachęcamy do odmówienia służby, a jedynie działamy na rzecz świadomości społecznej, że taka możliwość istnieje i staramy się wspierać wszystkie osoby, które się na to decydują.

Chciałbym w tym miejscu opowiedzieć nieco o nazwie naszego kolektywu oraz naszej ideologii. Podobnie jak po polsku, w języku hebrajskim domyślną formą gramatyczną dla grupy osób różnej płci jest forma męskoosobowa.

Świadomie zdecydowaliśmy się na formę żeńską, aby zaakcentować feministyczny i queerowy charakter naszego kolektywu.

W Izraelu postawy antysystemowe często idą ze sobą w parze. Jeśli ktoś odmawia służby, to z dużym prawdopodobieństwem jest osobą o poglądach anarchistycznych, komunistycznych albo socjalistycznych. Chcieliśmy w ten sposób wyrazić także nasze wsparcie względem kobiet – przez wiele lat to właśnie one stanowiły większość osób świadomie odmawiających służby wojskowej.

Wreszcie, używanie formy żeńskiej to coś, co niesamowicie wkurza faszystów. Pewnie w Polsce faszyści też się strasznie wściekają za każdym razem, gdy używa się feminatywów. Ludzie cały czas pytają: „Ale jak to, jesteś w Mesarvot? Przecież jesteś facetem”. Odbieram takie reakcje jako bardzo zabawne.

Solidarność nie ma wyjątków

Jak myślisz, dlaczego osoby sprzeciwiające się militaryzmowi tak często mają poglądy feministyczne, socjalistyczne lub anarchistyczne?

Ponieważ nie da się prowadzić walki o wyzwolenie jednej dyskryminowanej grupy bez solidarności ze wszystkimi uciskanymi mniejszościami.

Walczymy o prawa Palestyńczyków, bo widzimy w nich równych i pełnoprawnych ludzi. Z tej samej perspektywy podchodzimy do walki o prawa kobiet. Mocno angażujemy się w walkę o prawa osób queer, bo to dokładnie to samo: stawianie człowieka w centrum.

Tymczasem militaryzm robi coś odwrotnego – próbuje obniżyć wartość człowieka, zamienić go w bezimienną maszynę, która strzela do innych bezimiennych maszyn.

Nasza działalność jest cześcią szerszej walki o to, by widzieć człowieka w pełni, jako istotę obdarzoną niezbywalną godnością. A wojna to rzecz potworna i mroczna, która pozbawia człowieka godności i dlatego należy jej unikać.

Systemy militarystyczne pozostają ze swej natury patriarchalne – nawet wtedy, gdy próbują się reformować w kierunku większej inkluzywności. Dziś IDF zachęca kobiety do służby, a Izraelczycy odczuwają wielką dumę z pilotek, które służą w armii. Dla mnie to czysty obłęd – wiele z nich jest odpowiedzialna za śmierć tysięcy niewinnych ludzi.

Władza stosuje pinkwashing oraz feministyczną narrację jedynie do zdobywania poparcia dla kolejnych operacji wojskowych. Podczas ataku na Iran wmawiano nam, że chodzi o wyzwolenie kobiet, jakby ich sytuacja w tym kraju miała usprawiedliwiać masowe bombardowania, które zabiły tysiące kobiet i dziewcząt.

W Mesarvot próbujemy snuć inną narrację. Nie pozwolimy się podzielić, staramy się budować intersekcjonalną koalicję. Dlatego też jesteśmy otwarci zarówno na perspektywę Izraelczyków, jak i osób queer, kobiet, Palestyńczyków i wszystkich pozostałych. Tylko działając razem, możemy przeciwstawić się logice podziałów, która faworyzuje etnonacjonalizm i militaryzm.

„Nie w moim imieniu”

Wróćmy do twojej historii. Po pierwsze, twoja odmowa miała charakter publiczny, a po drugie, zrobiłeś to podczas wojny w Strefie Gazy. Co chciałeś w ten sposób przekazać izraelskiemu społeczeństwu i całemu światu?

Swoim głosem chcę dotrzeć do trzech różnych grup odbiorców i każdej z nich mam do przekazania nieco inną myśl. Chcę uświadomić społeczności międzynarodowej – zwłaszcza Amerykanom i Europejczykom, że czas bezwarunkowej pomocy dla Izraela musi minąć.

Wobec osób sprzeciwiających się jego polityce nagminnie wysuwa się zarzuty o antysemityzm. Tymczasem ja, jako rodowity izraelski Żyd, mówię wprost: „nie w moim imieniu”. Potępiam zbrodnie mojego kraju i daję wam pełne prawo do protestu.

Drugą grupą są Palestyńczycy i ruchy solidarnościowe. Chcę im pokazać, że po drugiej stronie muru mają partnerów do rozmowy – ludzi, którzy ich rozumieją i deklarują gotowość do współpracy. Choć stanowimy dziś margines, nasz opór dowodzi, że zmiana jest możliwa.

Z kolei do samych Izraelczyków apeluję o zerwanie z destrukcyjnym konformizmem. Nie musimy godzić się na zastany porządek; mamy prawo powiedzieć „nie”. Publiczna odmowa służby wojskowej to sposób na zademonstrowanie naszego sprzeciwu wobec przemocy, dyskryminacji i okupacji.

Konsekwencje protestu

Jakie konsekwencje spotkały cię za odmowę służby?

Łącznie spędziłem w więzieniu dwa miesiące. W skali kraju to stosunkowo łagodna kara, bo niektórzy trafiają za kraty na pół roku. Choć nie wspominam pobytu w więzieniu z utęsknieniem, mam pełną świadomość tego, czego doświadczają Palestyńczycy, z którymi od lat solidaryzujemy się w oporze. Są poddawani systematycznym torturom. Byłoby z mojej strony nietaktem, gdybym narzekał na moje doświadczenia w więzieniu.

Najdotkliwszy okazał się jednak ostracyzm społeczny. Po złożeniu deklaracji o odmowie, zaczęto odrzucać moje podania o pracę już w pierwszym etapie rekrutacji. W dobie powszechnej cyfryzacji wystarczy wpisać moje nazwisko w wyszukiwarkę. W kilka sekund rekruter ma pełen wgląd w moje poglądy, publiczne wypowiedzi i działania. Co więcej, bycie rozpoznawalnym na ulicy wiąże się dziś z realnym zagrożeniem bezpieczeństwa osobistego.

Pomijając moją sytuację na rynku pracy, okazjonalne zaczepki na ulicy czy hejt w internecie, znajduję się w komfortowym położeniu – moja rodzina nadal utrzymuje ze mną kontakt. Znam jednak dramatyczne historie młodych ludzi, którzy po odmowie pójścia do wojska zostali z dnia na dzień wyrzuceni z domów i odcięci od jakiegokolwiek wsparcia. Presja środowiska bywa bezwzględna. Całkowicie rozumiem osoby, które obawiają się utraty stabilności finansowej czy wsparcia od rodziców.

Konformizm to potężna siła

Czy z perspektywy czasu nie żałujesz swojej decyzji?

Mimo wielu przeciwności, w pełni ją podtrzymuję. Z moralnego punktu widzenia nie miałem innego wyjścia. Odmowa służby to jedyna przyzwoita postawa w obecnych okolicznościach.

Dlaczego zatem tak niewielu młodych Izraelczyków decyduje się na odrzucenie wezwania do wojska?

Zrozumienie, jak izraelska machina państwowa zdołała tak skutecznie wykorzenić ze społeczeństwa odruch buntu, krytyczne myślenie i potrzebę zadawania pytań, zajmie badaczom jeszcze wiele lat. Militarystyczna indoktrynacja przenika wszystkie sfery naszego życia – żołnierze pojawiają się w szkołach, a nawet w przedszkolach. Media nieustannie podtrzymują wyidealizowany, oderwany od rzeczywistości obraz armii.

Trzeba zrozumieć specyfikę Izraela: służba w armii determinuje tu całe życie. O nadchodzącej służbie myśli się już w liceum – walczysz o jak najlepsze oceny, by trafić do prestiżowej jednostki, uruchamiasz rodzinne koneksje, analizujesz ścieżki wojskowe rodziców. Przydział do elitarnej formacji to gwarancja błyskotliwej kariery w cywilu. Jako chłopak z Tel Awiwu, mający przed sobą doskonałe perspektyw, świadomie z tego zrezygnowałem. Cieszę się z tej decyzji, choć wielu może uważać mój krok za radykalny. Służba wojskowa to przecież systemowy pakiet startowy w dorosłość: ulgi podatkowe, ułatwienia na studiach, zapomogi od państwa.

Odmowa służby wojskowej wymaga ogromnej siły charakteru, zwłaszcza, gdy twoi rodzice służyli w wojsku, brat walczy na froncie, a bliski przyjaciel zginął w boju.

Podważenie izraelskiego militaryzmu często wymaga całkowitej przebudowy własnej tożsamości.

Taka decyzja może oznaczać zerwanie więzi z rodziną, przyjaciółmi i dotychczasowym życiem. Konformistyczne mechanizmy społeczne działają tu z niezwykłą precyzją, a zależności pomiędzy wojskiem, a życiem codziennym, skutecznie zniechęcają ludzi do jakichkolwiek prób buntu.

Wreszcie, służba w wojsku pełni ważną rolę społeczną. Tysiące rezerwistów rusza na front wcale nie dlatego, że wierzą w słuszność tej czy innej wojny. Często jest wręcz odwrotnie – wewnętrznie głęboko sprzeciwiają się tym działaniom.

Mimo to idą na komendę uzupełnień, ponieważ zmusza ich do tego lojalność wobec kolegów z oddziału.

Nie potrafią znieść myśli, że ich przyjaciele będą ginąć na polu walki, podczas gdy oni sami pozostaną w bezpiecznych domach. Mamy tu do czynienia z tragicznym, a zarazem subtelnym mechanizmem szantażu emocjonalnego, który skutecznie zmusza kolejne pokolenia Izraelczyków do zasilania izraelskiej machiny wojennej.

Dla większości ludzi świadomość, że ich własne państwo dopuszcza się potworności, pozostaje psychicznie nie do zniesienia. Przecież po powrocie do domu trzeba nadal żyć wśród tych samych ludzi, wsiadać z nimi do autobusu i funkcjonować jak gdyby nigdy nic. Umysł uruchamia więc mechanizmy obronne, to sprawia, że odsuwamy od siebie bolesną prawdę. Znacznie łatwiej wierzyć w wygodną iluzję, że tylko my mamy rację, świat ogarnęło antysemickie szaleństwo, a nasze działania pozostają bez skazy. Dzięki temu sumienie milknie, a my wciąż możemy postrzegać siebie jako bohaterów.

Możemy zmienić Izrael

Z powodu ludobójstwa w Gazie i przemocy na Zachodnim Brzegu coraz więcej ludzi w krajach zachodnich postrzega cały IDF jako organizację przestępczą. Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że każdy, kto służył w armii Izraela, jest współodpowiedzialny za jego zbrodnie?

Nadrzędnym celem IDF jest okupacja. Owszem, w szeregach IDF zdarzają się ludzie, którzy nigdy nie podnieśli broni i nigdy nie opuścili swojej bazy wojskowej w centrum kraju, gdzie pracują jako kucharze albo nauczyciele – w ostatecznym rozrachunku pozostają jednak narzędziami w rękach państwa, służącymi do rozbudowy jego projektu kolonialnego.

Tymczasem izraelska machina wojenna dąży do intensyfikacji kolonialnej przemocy. Tak długo, jak jest się częścią tej machiny, jest się współodpowiedzialnym za jej zbrodnie.

Czy masz nadzieję, że Izrael stanie się w przyszłości mniej zmilitaryzowanym krajem?

Tak długo, jak istnieje Izrael, społeczeństwo trwać będzie przy poglądach i schematach myślenia ugruntowanych w syjonizmie. Nie widzę zatem szans na poprawę sytuacji w obecnych warunkach.

Jestem jednak optymistą i wierzę, że syjonizm nie przetrwa długo oraz że uda nam się go zastąpić bardziej postępową, humanistyczną ideologią, kładącą nacisk na równość wszystkich ludzi. Za jeden z wielu przykładów dających mi nadzieję uznaję Niemcy. Chociaż w tym kraju nadal obecne są ruchy skrajnie prawicowe i rasizm, nie sposób uznać dzisiejsze Niemcy za państwo nazistowskie. Co więcej, Izrael i Niemcy to państwa historycznie zaprzyjaźnione. Doświadczenie Niemiec i innych krajów, które wyzwoliły się z totalitarnych ideologii, pokazuje, że zmiana na lepsze jest możliwa – dlatego nie wolno nam rezygnować z walki o lepsze jutro.

Co musiałoby się stać, aby Izraelczycy „wyleczyli się” z syjonizmu i tego, co nazywasz ideologią wyższości rasowej?

Osobiście uważam, że taka zmiana społeczna nie będzie możliwa bez silnej presji zewnętrznej – mam na myśli sankcje oraz bojkot na polu kulturalnym, sportowym i akademickim. Wielu Izraelczyków, nawet tych o lewicowych poglądach, zasadniczo sprzeciwia się jakimkolwiek formom bojkotu. Obawiają się, że to jedynie pogłębi ich poczucie wyobcowania i izolacji. Jednak za rzeź w Gazie i czystki etniczne, których dopuszcza się Izrael, muszą pójść konkretne konsekwencje. Twierdzenie, że zapraszanie nas na Eurowizję sprzyja jakiemukolwiek dialogowi, to czysta bzdura. Dziś każdy gest sprzeciwu ma znaczenie – postulat wykluczenia Izraela z tego czy innego konkursu ma głęboki sens.

W tym kontekście nie raz spotkałem się z głosami sprzeciwu wobec bojkotu akademickiego. Niektórzy argumentują, że nauka powinna stać ponad polityką, a izraelscy badacze często sprzeciwiają się okupacji i apartheidowi. Jednak uczelnie stanowią nieodłączną część izraelskiego projektu kolonialnego. Uważam, że jeśli ludzie tacy jak ja – a nie ma nas wielu – trochę ucierpią z powodu sankcji, nie będzie to wygórowana cena za wyzwolenie Palestyny.

Czy dostrzegasz niebezpieczeństwo, że nałożenie na Izrael sankcji może przynieść odwrotny skutek, prowadząc do jeszcze większej radykalizacji?

Bojkoty mogą początkowo wywołać opór, ale sądzę, że na pewnym etapie ta reakcja obronna pęknie. Nie można wiecznie obrażać się na cały świat – każdy potrzebuje sojuszników i w pewnym momencie Izrael będzie musiał zmienić kurs. W chwili obecnej bardzo daleko nam do takiego scenariusza. Większość świata wciąż przyjmuje Izraelczyków z otwartymi ramionami – czy to na uczelniach, w prywatnych korporacjach, firmach zbrojeniowych, czy w dyplomacji. Ten problem jeszcze nas nie dotyczy.

Dlatego dziś musimy zrobić wszystko, by powstrzymać przemoc – a to nie będzie możliwe bez wstrzymania współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa, dotkliwych sankcji ekonomicznych, bojkotu akademickiego, kulturalnego, sportowego i izolacji Izraela na arenie międzynarodowej.

Aleksander Kamkow

Absolwent hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim i semitystyki na Freie Universität Berlin. Socjalista i dumny częstochowianin. Badacz dialektu Druzów z miasta al-Suwejda na południu Syrii. Publicysta, pisał dla magazynu „Kontakt” i „Magazynu Muzułmańskiego Al-Islam”.

Komentarze