„Bierzemy pod uwagę dobrostan swój, środowiska, osoby, która produkuje jedzenie. To, co jemy, to wypadkowa tego wszystkiego i poczucia, że dobre jedzenie jest ważne. Rzeczy z kooperatywy często zupełnie inaczej smakują przez to, że są świeże, bo łańcuch dostaw jest maksymalnie krótki, a produkty maksymalnie ekologiczne” – mówi Maria Rózga.
O zdrowym i etycznym jedzeniu opowiada Maria Rózga, koordynatorka komunikacji w Sieci Kooperatyw Spożywczych (SKS) oraz członkini kooperatywy „Beskidzka Paczka” z Bielska-Białej.
Agnieszka Rodowicz, OKO.press: Co jadłaś dzisiaj na śniadanie?
Maria Rózga: Jajka z kooperatywy i mikroliście. Przerośnięte kiełki słonecznika, które są już małą rośliną. Na razie sama je sobie zrobiłam, ale wolę zdecydowanie jak ktoś je robi.
Dlaczego?
Bo to niby łatwe, ale część mi pleśnieje, część usycha. A w naszej grupie jest chłopak, który ma w Bielsko-Białej farmę miejską, ekologiczny ogród i uprawia w nim jadalne rośliny. W części kooperatyw są osoby, które są i konsumentkami, konsumentami, i wytwórcami żywności. To tak zwana kooperatywa prosumencka.
Na zdjęciu: Miejski Ogród Słoneczny – bielska farma miejska i jej właściciel Anel
Czym w ogóle jest kooperatywa spożywcza?
To grupa ludzi, która się zazwyczaj oddolnie formuje wokół potrzeby zdrowego, najczęściej lokalnego, etycznego jedzenia. Dbamy o to, skąd jedzenie pochodzi, jaki ślad węglowy ze sobą niesie. Maksymalnie skracamy łańcuch dostaw i wybieramy rolników, rolniczki, którzy są ekologiczni lub blisko tego podejścia.
Wybieracie i co potem? Jak to się dzieje, że macie co jeść?
Na szczęście jest jeszcze w Polsce trochę takich rolników i rolniczek. To wcale nie jest oczywiste, bo małe gospodarstwa znikają. To nasza ważna misja, by dzięki codziennemu kooperatywnemu kupowaniu jedzenia, nie pozwolić zniknąć bliskim nam, lokalnym producentom żywności. No i możemy kupować jedzenie gdzieś indziej niż w dużej sieciówce, do której produkty pokonują daleką drogę i przechodzą przez wielu pośredników.
My mamy wokół miasta wianuszek producentów, producentek żywności, których wspieramy przez nasze codzienne wybory.
Oni są lub nie ekologiczni, możemy z nimi o tym rozmawiać, dowiedzieć się, jak uprawiają ziemię, jak traktują rośliny i zwierzęta. Ten aspekt relacji jest w kooperatywie bardzo ważny.
Z iloma rolnikami, rolniczkami współpracujecie?
My w Bielsku mamy około 5-7 rolników i rolniczek i bardzo dużo innych dostawców, lokalnych producentów i przetwórców, nie tylko spożywczych, ale też na przykład ekologicznych, naturalnych kosmetyków. Ale nie wszędzie wygląda to tak samo – różne kooperatywy w Polsce mają różne skale działania. Są zupełnie nieduże, współpracujące z jedną rolniczką, która ma dość bogaty asortyment. Są też takie, które współpracują z kilkudziesięcioma rolnikami.
Kontraktujecie ilości produktów, czy kupujecie to, co jest?
Jest różnie. Najczęstszą praktyką w kooperatywach jest zbieranie zamówień i przesyłanie do rolnika, rolniczki i odbieranie zamówionego towaru. Czasem kooperatywy decydują się na stały odbiór jakiejś ilości towaru od rolnika. U nas tak jest z jajkami, zawsze bierzemy ok. 100 sztuk. Pan Andrzej, zaprzyjaźniony, od początku współpracujący z nami rolnik, bardzo dobrze karmi i traktuje swoje kurki. Chcieliśmy brać więcej jajek, więc dokupił kur, a i tak ma ich ciągle mniej, niż byśmy chcieli. Zdarza się też, że jak rolnik czegoś ma dużo, staramy się to rozdysponować. Tak bywa na przykład z borówką amerykańską, która musi być szybko spożyta.
Rozumiem, że macie też listę wszystkich dostępnych produktów?
Tak, mamy oferty od rolników, z którymi współpracujemy. One się zmieniają, bo sezonowość nas obowiązuje, czasem coś zmarznie i na przykład nie ma koperku, choć miał być. Staramy się być w kontakcie z rolnikami i jak coś się zmienia, czegoś jest mniej lub więcej, aktualizujemy ofertę.
Jak często?
Różnie, to zależy od skali gospodarstwa, z którym współpracujemy. Zmiany w ofercie warzyw lokalnych są raz, dwa razy w sezonie. Ale jak ktoś robi dżemy czy sery i się skończą, to znikają z listy. Otwartość na zmiany jest ważnym elementem zakupów w kooperatywie, bo może czegoś nie być, ale za to może być coś innego.
Co możecie kupić w ramach kooperatywy zimą?
Zimą królują warzywa korzeniowe: pietruszka, marchewka, topinambur, różne rodzaje ziemniaków, seler, por, kiszonki. Dzięki współpracy z rolniczką, która ma dużo częściowo ogrzewanych tuneli, mamy też kalafiory, brokuły, sałaty, różnego rodzaju świeże zioła, koperek, szczypiorek, pietruszkę, rzodkiewkę. To nie jest sezonowe, ale jak już nie można patrzeć na jarmuż i ziemniaki, może trochę urozmaicić dietę. W sezonie na owoce, mamy ich obfitość, zimą jest raczej trudno. Jabłka w naszej ofercie pojawiają się sporadycznie. Niestety ciągle szukamy fajnego dostawcy jabłek. Zamawiamy z sieci sycylijskich gospodarstw ekologicznych pomarańcze, cytryny, mandarynki. Pojawia się też coraz więcej produktów z Hiszpanii i z Włoch, w tym awokado.
Co miesiąc zamawiamy kawę, która też nie jest lokalna, ale staramy się, by była z dobrego źródła, które uwzględnia warunki środowiskowe i pracy ludzi. To dla nas ważne sprawy.
Robisz w tym jakieś wyłomy?
Chciałabym zaopatrywać się w jedzenie tylko w kooperatywie, ale niestety nie jest tak w 100 procentach. Myślę, że chyba bym oszalała, gdybym starała się, by wszystko, co jem ja i moje dzieci, było idealne, więc jest różnie. I na przykład jemy banany. Niektóre kooperatywy sprowadzają eko banany z Wysp Kanaryjskich, my na razie ich nie mamy ich w ofercie. Ale są w sklepach ekologicznych i w większych marketach.
Staram się, by jak najwięcej kupować z kooperatywy, ale to też logistyka.
W Warszawie można pójść do sklepu kooperatywnego, u nas nie. Zamówienia są raz w tygodniu i trzeba dobrze przemyśleć zakupy, odpowiednio wcześnie je zamówić, by w poniedziałek się pojawiły. Przez kolejny tydzień nie ma zamówień, więc jak mi się skończą jajka, to idę do sklepu i je kupuję.
W ofercie kooperatywy są też kasze fasole, płatki owsiane, makarony?
Jak najbardziej. Mamy różne źródła, bardziej lokalne i mniej ekologiczne i mniej lokalne i bardziej ekologiczne. Też zależy, w jakim rejonie jest kooperatywa. Bielsko jest otoczone przez dosyć zurbanizowaną okolicę i jest mało rolników, a ekologicznych prawie wcale, więc czasem ściągamy produkty, z innych rejonów Polski. Ale mamy lokalny młyn. Wiemy, jak miele, nie wiemy, co działo się z ziarnem, z którego miele. Godzimy się na kompromisy. Wiemy na przykład od rolniczki, że stosuje jeden oprysk w sezonie i bierzemy od niej warzywa z tą świadomością. Chcemy, by produkty w naszej kooperatywie były dostępne dla różnych osób, a nie tylko najzamożniejszych. Tak to wygląda u nas, ale wiem, że są kooperatywy, które mają wymóg ekologiczności i się go trzymają.
Nabiał, mięso i ryby też są?
Część kooperatyw jest wegetariańska, może nawet wegańska. W większości pojawiają się jednak produkty nabiałowe. W „Beskidzkiej Paczce” jest masło, nabiał krowi oraz kozi. To bardzo ważny element naszej oferty zimowej, jako że wybór świeżych rzeczy jest uboższy. Nie mamy założenia stuprocentowej wegetariańskości. Jeżeli ktoś ma dostęp do dobrego, także etycznie, mięsa, to się u nas pojawia. Tyle że nie wnosimy go do lokalu, w którym się spotykamy. To trochę „podziemny" nurt naszej kooperatywy.
Kurczak spod lady? A ryby? Są w Polsce ryby od niedużych producentów?
Wokół Bielska jest sporo stawów, więc nawiązaliśmy współpracę z gospodarstwem rybnym, ale organizacyjnie nas to przerosło. Towar musi się pojawić w odpowiednim miejscu, czasie, ktoś go musi przywieźć. Albo robi to dostawca, albo my. Z rybami jakoś nie mogliśmy się dogadać. Poza tym nasza przestrzeń jest wegetariańska i nie chcemy łamać tej zasady. Wiemy, że nawet z nabiałem część osób nie do końca dobrze się czuje.
Wygląda na to, że się jednak nie umartwiacie, jeśli o jedzenie chodzi?
Myślę, że ciężko byłoby zachęcać do kooperatyw, gdybyśmy się umartwiali. To wszystko kwestia wyborów. Jedzenie zielonej sałaty zimą może nie jest najlepsze, bo wychładza organizm. Nie jest to też najlepsze dla środowiska, by zimą ogrzewać tunel, w którym rośnie sałata.
Bierzemy pod uwagę dobrostan swój, środowiska, osoby, która produkuje jedzenie. To, co jemy, to wypadkowa tego wszystkiego i poczucia, że dobre jedzenie jest ważne.
Rzeczy z kooperatywy często zupełnie inaczej smakują przez to, że są świeże, bo łańcuch dostaw jest maksymalnie krótki, a produkty maksymalnie ekologiczne. Ale nasze jedzenie ma być też atrakcyjne. Zimą jest trochę smętnie, ale sezon jest wspaniałą, bujną przygodą.
Mówiłaś, że macie też eko-chemię i kosmetyki?
Od początku pojawiały się u nas naturalne kosmetyki, teraz współpracujemy z mydlarnią Pan Bombel, w której są też różnego rodzaju tłoczone olejki oraz mydło kuchenne. Współpracujemy też z lokalną lawendziarnią, mamy miody. Są też sezonowe smaczki, które pojawiają się przez chwilę, jak na przykład jagoda kamczacka, jagoda leśna, borówka amerykańska. Znajoma robi bulionetki w słoiku, gotowy wywar z warzyw. Zwróciłabym też uwagę na kierunek less waste w kooperatywach, by wszystko pakować ekologicznie, wielorazowo. Niektórzy rolnicy sami z siebie tak pakują, z innymi staramy się o tym rozmawiać.
A ile te wszystkie zdrowe, ekologiczne, wielorazowo zapakowane produkty kosztują? Ile tygodniowo wydajesz na jedzenie dla twojej rodziny z dwójką dzieci?
Jest różnie, bo na przykład co dwa tygodnie zamawiam ekologiczne warzywa do kooperatywy, a co tydzień nieekologiczne, więc zmieniają się ich ceny. Wydaję dużo, kiedy są kawy, miody. Teraz sobie pozamawiałam ekologicznych warzyw, na tydzień z okładem nam starczy i zapłaciłam niecałe 200 zł. My nie stosujemy żadnego narzutu cenowego. Jak jadę do naszej lokalnej rolniczki, biorę od niej ekologiczną certyfikowaną marchewkę za 6 zł, to moi koledzy i koleżanki kupują ją po 6 zł. W innych kooperatywach jest często narzut cenowy, składka, którą trzeba zapłacić, ale ceny są naprawdę bardzo w porządku. Zazwyczaj niższe niż w sklepie ekologicznym, ale rzadko kiedy jest tak tanio, jak w supermarketach. Ale wiemy, co stoi za ceną w kooperatywie.
Składki są różne, w zależności od kooperatywy. Z czego to wynika i na co są przeznaczane?
W „Beskidzkiej Paczce” składka wynosi 15 zł miesięcznie. Składamy się na lokal, w którym się spotykamy. Współgospodarujemy nim z innymi organizacjami, dorzucamy się do mediów. Pieniądze idą też na zabezpieczenie jakichś strat, jak się coś tłucze, rozgniecie w trakcie przewożenia czy paczkowania. Mamy fundusz transportowy. Jeżeli pojadę osobiście po marchewkę, mogę sobie odliczyć koszty tej podróży. Jak się spotykamy, możemy kupić ciasto z pieniędzy składkowych, robimy też czasem różnym osobom prezenty. Wiem, że są kooperatywy, gdzie składka jest zależna od tego, ile się wkłada pracy na rzecz kooperatywy. Niektóre stosują też narzut cenowy, niższy dla kooperatystów, dla osób z zewnątrz, które chciałby kupować, wyższy.
Poza składką, potrzebne jest też zaangażowanie?
Żeby to wszystko działało, byłoby dobrze, gdyby każda osoba coś robiła. U nas wymóg zaangażowania jest minimalny – godzina miesięcznie. Można ją spędzić, będąc osobą koordynującą paczkowanie, przesyłać zamówienia i kontaktować się z dostawcą, jeździć po towar, wrzucać coś w social media, zorganizować jakieś wydarzenie, przyjść na spotkanie kooperatywy.
Ktoś z was jest zatrudniony na stałe przy obsłudze kooperatywy?
Nasza kooperatywa jest zorganizowana zupełnie oddolnie i nieformalnie. Nie mamy osób, które na stałe pracują i są wynagradzane. Niestety.
A czy w którejś z kooperatyw w Polsce tak jest?
Na pewno jest tak w „Dobrze”, bo tam kooperatywa jest i stowarzyszeniem i spółdzielnią, prowadzą dwa sklepy, więc zatrudniają osoby w sklepach i w zespole, który to wszystko organizuje. Jak na razie kooperatywy nie są w żaden sposób uznane prawnie. Staramy się to zmienić, żeby zauważono, że kooperatywy nie są tym samym co spółdzielnie, które mają swoje ustawodawstwo. W większości krajów kooperatywa i spółdzielnia jest tym samym. W Polsce kooperatywy zaczęły się pojawiać po 2000 r. I są czymś prawnie, instytucjonalnie, niezauważonym i bardzo oddolnym, co ma swoje plusy, ale też ograniczenia rozwojowe.
W Beskidzkiej Paczce jest was około 50.
Osób, które aktywnie z tygodnia na tydzień robią zakupy, jest bliżej 30, ale w sezonie, czy jak zamawiamy coś z Sycylii, nagle się robi nas dużo więcej. Przy czym jest to raczej 30-50 gospodarstw domowych, czyli z zakupów korzysta dużo więcej osób.
W jakim wieku są wasi członkowie i członkinie?
Jest trochę osób w okolicy wczesnej emerytury, które mają przestrzeń do działania i jeszcze sporo energii. Jest dużo rodzin z dziećmi i osób w okolicy 30-tki. Miejsce, w którym działamy, jest dosyć młode, więc czasem przenikają do nas jeszcze młodsze osoby.
Od jak dawna działacie?
Kooperatywa powstała w 2019 r.
A Sieć Kooperatyw Spożywczych?
W styczniu 2025 roku. Podczas zjazdów ogólnopolskich zastanawialiśmy się, co jest ważne dla różnych kooperatyw. Powstała wizja świata, do której jako SKS chcemy dążyć. Ważna w niej jest sprawiedliwa transformacja społeczna i ekologiczna, ze szczególnym uwzględnieniem systemu żywności. Na co dzień mamy trzy podstawowe sposoby działania czy drogi, które są dla nas ważne w realizowaniu tych postulatów. To jest wspieranie i sieciowanie kooperatyw samych w sobie. Po to, żeby były silne, dostępne, różnorodne i samorządne. Druga rzecz to przyjazne środowisko prawne.
Dążymy do tego poprzez pojawianie się w szczególnie wśród lokalnych władz i mówienie o tym, że kooperatywy zatrzymują pieniądze w regionie, wspierają lokalnych rolników i rolniczki, promują lokalną obywatelską postawę.
Trzecia rzecz to docieranie szeroko do ludzi z informacją, jak istotne jest jedzenie wysokiej jakości i krótkie łańcuchy dostaw. Przyjazne środowisko prawne to jest chyba najtrudniejszy element tej naszej drogi, ale działają też inne organizacje jak Koalicja Żywa Ziemia, której jesteśmy od niedawna członkiem, a która wnosi te tematy do świata polityki. Mamy cały program warsztatów dla lokalnych władz o kooperatywach, by pokazać burmistrzowi, czy prezydentowi, co kooperatywa robi dla regionu. Jeździmy z tymi warsztatami do lokalnych władz. Robimy to we współpracy z kooperatywami, bo też one najlepiej wiedzą, czego potrzebują. Może możliwości dojazdu do lokalu, więc trzeba się dogadać z zarządem dróg, może tańszego, bardziej dostępnego miejsca.
Na stronie SKS-u jest wymienionych 16 kooperatyw. Tyle ich jest, w sumie, czy jest ich więcej, tylko nie ma ich w tej sieci?
Myślę, że można raczej mówić o 30, Kooperatywy pojawiają się, ale też często znikają, poza paroma, które są stabilne, duże i działają od dawna.
A czy wiesz, ile ich jest w Europie?
Nie wiem. Wiem, że w Polsce jest ich stosunkowo mało. Pytanie, co w naszym rozumieniu jest kooperatywą, a co nie? W Hiszpanii czy Francji kooperatywy są czymś jak nasze spółdzielnie i jest ich bardzo dużo, są całe sieci i korporacje kooperatywne. W Polsce działa to niszowo, na zachodzie jest bardziej zorganizowane systemowo.
Jak myślisz, z czego to wynika?
W Polsce ruch spółdzielczy rozwijał się wspaniale i mieliśmy w międzywojniu chyba jedną z pierwszych ustaw spółdzielczych. Przed I wojną światową, kiedy Polska była podzielona na zabory, spółdzielnie i ruch kooperatystyczny rozwijał się bardzo mocno. Był to rzeczywiście ruch ludzi, do tego, by brać sprawy swoje ręce. Często spółdzielnie składały się z ludzi prostych, którzy byli na przykład uwolnionymi chłopami. Tak było w przypadku pierwszej organizacji spółdzielczej na ziemiach polskich założonej przez Staszica. Towarzystwo Rolnicze w Hrubieszowie, oficjalnie powołane do życia w 1816 roku miało na celu wspieranie rolników, ochronę przed nieszczęściami takimi jak pożary czy nieurodzaj oraz wspólne gospodarowanie.
Mamy piękną historię spółdzielczą, która niestety została podkopana w PRL-u.
Upaństwowione spółdzielnie stały się strukturami, w których nie ich członkowie decydują, ale ktoś inny. Nawet tak wspaniała spółdzielnia, jak Społem, która zrodziła się na początku XX wieku i świetnie się rozwijała, ucierpiała przez centralne sterowanie. Natomiast siła Społem od początku leżała w tym, że była to wspólnota: Związek Spółdzielni Spożywców. My też czerpiemy z tego wzorca, bo jako pojedyncze kooperatywy nie jesteśmy silnymi aktorami. Razem możemy więcej. To zrzeszanie się jest drogą, którą byśmy chcieli jako SKS podążać. Zrzeszając kooperatywy, wzmacniając ich głos, ale zostawiając im swobodę organizacyjną i wolność.
Mówisz, że socjalizm, PRL podkopał spółdzielczość. Myślisz, że jest na nią miejsce w kapitalizmie?
Z założenia tego miejsca nie ma, to jest zawsze działanie na obrzeżu. Ale tak też rodziły się pierwsze spółdzielnie, jak ta w Rochdale, w Anglii. System stał się wtedy tak nieprzyjazny dla człowieka, że ludzie postanowili się skrzyknąć i coś zrobić. To byli tkacze, którzy otworzyli sklep spożywczy. Wszyscy się z nich śmiali. Z nas też część ludzi się śmieje. Że to naiwne, niedzisiejsze, że jesteśmy frajerami, bo pracujemy za darmo. Trochę podobne zarzuty. Szczególnie w Polsce wyraźne, bo ludzie ciągle mają potrzebę dorównania do Zachodu, dorobienia się. Społecznikostwo nie jest pierwszym odruchem. Tu się powołam na Bartka Błesznowskiego, z którym współpracujemy. To badacz idei politycznych i jeden z założycieli SKS-u. Mówi, że sprawiedliwa transformacja nie jest możliwa w obrębie logiki kapitalistycznej. Dla kapitalizmu nie ma sensu, by ktoś współdzielił traktor, czy samochód. Z punktu widzenia spółdzielczego, kooperatywnego może to mieć miejsce i to jest świat, o którym nam chodzi.
Powiedz więcej o tych tkaczach.
W 1844 r. założyli sklep, bo było tak drogo, że nie byli w stanie zaopatrzyć się w podstawowe produkty. Sklep wyglądał nędznie, był w kiepskiej dzielnicy, na dodatek przy Alei Ropuch. Bida z nędzą, jedna świeczka i trochę mąki na półce. Wszyscy uważali, że to szaleństwo, tymczasem tkacze odnieśli olbrzymi sukces i opracowali zestaw zasad, które stały się fundamentem dla spółdzielni na całym świecie. Zasadę demokratycznych decyzji: jeden członek, jeden głos, powszechności, że każda osoba może dołączyć do spółdzielni i transparentność. My też się do tego odwołujemy.
Jaki jest zysk z bycia w kooperatywie dla jej członków, rolników i środowiska?
Masz źródło lokalnego, dobrego jedzenia. Jesteś w społeczności. Oczywiście można się w nią różnie angażować, ale z biegiem lat często staje się ważna. Jest też dla wielu osób pierwszą przestrzenią sprawczości, poczucia, że działam, robię to, o czym wiele osób tylko mówi. Te wielkie hasła, jak krótki łańcuch dostaw, ekologia, bezpieczeństwo żywnościowe, realizujemy na co dzień ,robiąc zakupy. Wielu rolników mówi, że odpowiada im ten układ, że mają do nas zaufanie, wiedzą, że jak coś zamówimy, to odbierzemy. Nie robimy dzikich awantur, jak im się czasem coś nie uda, bo to rozumiemy. Jesteśmy zbiorowym klientem, który bierze więcej i myślę, że wpływamy na siebie nawzajem, motywujemy, by było bardziej ekologicznie, więc to korzyść rozwojowo-edukacyjna.
Jeśli chodzi o środowisko, to zmniejszamy odległość dostaw, stosowaną chemię, co minimalizuje ślad węglowy.
On jest i będzie, ale może mniej toksyczny. Kooperatywa, wspierając rolników, sprawia, że małe lokalne gospodarstwa mają szansę się utrzymać. A obecność wianuszka gospodarstw wokół miasta zapewnia zmniejszenie kosztów środowiskowych przy produkcji żywności. Zdarza nam się coś zamawiać od większych firm ekologicznych, ale raczej zamawiamy od jak najmniejszych i jak najbardziej lokalnych rolników i producentów.
Reporterka, fotografka, studiowała filologię portugalską. Nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za reportaż o uchodźcach i migrantach w pandemii (2020), zdobyła też wyróżnienia Prix de la Photographie Paris 2016 i 2009. Jej reportaż "Bo jeśli umrę, nikt się tym nie przejmie. Dzień Dziecka na granicy" opublikowany w OKO.press został właśnie nominowany do European Press Prize 2025.
Reporterka, fotografka, studiowała filologię portugalską. Nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za reportaż o uchodźcach i migrantach w pandemii (2020), zdobyła też wyróżnienia Prix de la Photographie Paris 2016 i 2009. Jej reportaż "Bo jeśli umrę, nikt się tym nie przejmie. Dzień Dziecka na granicy" opublikowany w OKO.press został właśnie nominowany do European Press Prize 2025.
Komentarze