Mateusz Morawiecki ma pomysł na dzieci: jak dorosną, niech rodzice w nagrodę za wychowanie zabierają im 1/4 składek emerytalnych. To skończyłoby się tak, że każdy, kto zarabia nie więcej niż 10,5 tys. zł, byłby skazany na głodową emeryturę minimalną. To jakieś 80 proc. z nas.
„Musimy walczyć o każdego nowego obywatela Polski. Polaków nie może zostać w 2060 r. tylko 28 mln” – czytamy w jednym z pierwszych raportów Stowarzyszenia Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego.
Jak chcą walczyć? Pomysły są dwa. Oba wyglądają na chwytliwe i skrojone na miarę niegdysiejszego 500+ jako polityczny gamechanger.
Po pierwsze: Pensja Rodzicielska. Miłosz Kłeczek na antenie wrogiej Morawieckiemu Telewizji Republika sprowadza ją do hasła: likwidacja 800+. Ale to tylko część prawdy.
Ten pomysł polega bowiem na tym, by rodzicom dzieci w wieku 0-3 lata rzeczywiście odebrać 800+, a do tego również tzw. „kosiniakowe”, czy program Aktywny Rodzic. Ale w zamian przez trzy pierwsze lata życia dziecka rodzicom wypłacać świadczenie w wysokości pensji minimalnej, czyli 4 806 zł brutto miesięcznie. Na rękę to ok. 3600 zł.
To świadczenie miałoby być łączone z dochodem z pracy, oskładkowane i opodatkowane jak każde wynagrodzenie za pracę, dzięki czemu pobierający taką Pensję Rodzicielską będzie miał wyższą emeryturę, co jest szczególnie ważne dla kobiet.
Koszt? Ok. 40-42 mld zł rocznie, ale dzięki likwidacji innych świadczeń w ciągu tych trzech pierwszych lat życia dziecka, mniej, ok. 23-25 mld zł.
I na tym się zatrzymajmy, bo znacznie bardziej kontrowersyjny, więc wymagający uwagi, jest drugi pomysł: Emerytalna Składka Rodzinna.
Emerytalna Składka Rodzinna według Stowarzyszenia Rozwój Plus miałaby polegać na tym, że nagle twoje składki emerytalne, które każdy odprowadza do ZUS ze swojej pensji, przestają już być tylko twoje.
Od momentu wejścia w życie reformy 1/4 składki emerytalnej każdego pracującego byłaby zabierana i przekierowywana bezpośrednio na konto emerytalne jego rodziców (po 1/8 dla każdego) i to niezależnie, czy rodzice pracują, czy są już emerytami.
Wysokość samej składki się nie zmieni, co oznacza, że na koncie emerytalnym pracującego dziecka co miesiąc zbierałoby się tylko 3/4 tego, co dotąd.
„Emerytalna Składka Rodzinna (ESR) naprawia głęboką niesprawiedliwość: pracujące dzieci opłacają składki, finansując system, ale ich rodzice — którzy ponieśli koszty wychowania i wprowadzenia na rynek nowych płatników, również kosztem własnych składek i wysokości emerytury — nie dostają za to nic ekstra” – czytamy w raporcie stowarzyszenia.
Ale to bardzo pokrętna logika, o czym za chwilę. Należą się bowiem jeszcze dwa wyjaśnienia, jak w zamyśle miałby działać ten pomysł.
Po pierwsze, jeśli rodzic jest już emerytem, jego emerytura rośnie wyłącznie o realnie dopisane, bieżące składki rodzinne, więc pełen efekt tej reformy widoczny będzie z biegiem lat. Mechanizm z punktu widzenia emeryta będzie podobny do sytuacji, w której dorabia on do emerytury: ma doliczane składki i przeliczaną emeryturę.
Po drugie, bezdzietni przekazują 1/4 składki żyjącym rodzicom, ale po 50. roku życia chroni ich „bezpiecznik”, dzięki któremu stopniowo znów uzyskują krok po kroku coraz większą część składek, by w 60. roku życia już 100 proc. znów trafiało wyłącznie na ich kontro w ZUS.
„Rozwiązanie to ma przede wszystkim na celu zachęcenie obecne osoby w wieku reprodukcyjnym do posiadania dzieci lub do decyzji o kolejnym dziecku” – piszą autorzy pomysłu.
Czy to może zadziałać?
Dr Tomasz Lasocki, prawnik i specjalista ds. zabezpieczeń społecznych z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej, wątpi w skuteczność takiego pomysłu.
„Perspektywa emerytalna dla kogoś, kto dzisiaj, tu i teraz decyduje się, lub nie, na posiadanie dziecka, jest tak odległa, że dla uprawnień emerytalnych »za dzieci« nie ma mocnych, bezpośrednich dowodów, że podnoszą dzietność.
Gdyby taka propozycja zadziałała jako rzeczywisty bodziec do posiadania dzieci, byłby to fenomen na skalę światową”
- mówi ekspert.
I podkreśla, że naukowo potwierdzone jest tylko to, że dzietność mogą zwiększać najwyżej bieżące bodźce, choć i ten efekt jest zazwyczaj umiarkowany.
„A co gorsze, takie rozwiązanie mogłoby pogorszyć sytuację emerytalną tych, którzy i tak będą mieli kłopot z wysokością swoich przyszłych emerytur. Innymi słowy, odbywałoby się kosztem bezpieczeństwa emerytalnego własnego dziecka” – mówi dr Lasocki.
I to jest tu kluczowe. Prosta kalkulacja jest oczywista — jeśli dziecko będzie odprowadzało na swoje konto emerytalne składki o 1/4 mniejsze, bo zabiorą tę część rodzice, to jego emerytura w przyszłości będzie o 1/4 niższa.
„Problem w tym, że jeśli nie naprawimy sposobu kalkulacji nowych emerytur, to i bez tego obecni młodzi dorośli będą masowo skazani na biedę na starość, jeśli będą liczyć wyłącznie na emeryturę z ZUS” – mówi ekspert.
To niby już wiemy, ta teza już nawet nikogo nie porusza. Dopóki nie spojrzymy na bardziej szczegółowe wyliczenia.
Dr Lasocki wyjaśnia, że o ile stopa zastąpienia dzisiejszych emerytów ciągle jeszcze jest w okolicach 55 proc. ostatniej pensji, bo bardzo korzystnie wylicza im się emeryturę dzięki kapitałowi początkowemu, to przyjmuje się, że dzisiejszym 30-latkom, gdy będą przechodzić na emeryturę, a wiek emerytalny nie zostanie podwyższony, przeciętna stopa zastąpienia spadnie do 25 proc.
„To oznacza, że jedynie na emeryturę minimalną, która dziś wynosi 1978 zł brutto, będzie skazany każdy, kto zarabia obecnie 7,9 tys. zł brutto albo mniej. To już jest szokująco wysoki próg”
- mówi ekspert.
„A gdyby jeszcze zacząć zabierać tym ludziom 1/4 składki emerytalnej, to wskazany próg zarobków gwarantujących emeryturę wyższą niż minimalna byłby jeszcze wyższy.
Emeryturę minimalną dostawałby każdy, kto zarabia nie więcej niż 10,5 tys. zł brutto”
- wylicza dr Lasocki.
To oznacza, że ok. 80 proc. ludzi w przyszłości dostawałoby jedynie emeryturę minimalną.
Skąd to wiemy? Patrząc na rozkład zarobków w Polsce pod koniec 2025 roku widać, że 10,5 tys. zł brutto mieści się gdzieś w ósmym decylu rozkładu wynagrodzeń. Ale to zestawienie obejmuje wyłącznie pracowników etatowych. Do tego są przecież jeszcze pracujący na zleceniach i JDG, z których tylko jeden promil odprowadza składki wyższe niż minimalne mimo znacznie wyższych realnych dochodów.
A więc owe 80 proc. to dość ostrożny szacunek. Pozostałe 20 proc., które dostałyby z ZUS cokolwiek więcej niż emerytura minimalna, to dzisiejsza elita zarobkowa Polski. Taki byłby skutek reformy stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego.
Dla porównania obecny poziom „odcięcia” (7,9 tys. zł brutto), po którego przekroczeniu można liczyć na emeryturę wyższą niż jedynie ta minimalna, to dokładnie połowa rozkładu wynagrodzeń. To oznacza, że połowa pracowników dostałaby z ZUS ustawowe minimum, druga połowa więcej.
Wedle logiki stowarzyszenia, ten pomysł ma jednak przecież zadziałać na dzietność. A skoro by zadziałał, to te dzieci, które oddadzą rodzicom 1/4 swojej składki (po 1/8 dla każdego z nich), będą z kolei otrzymywać swoją 1/8 od swojego dziecka. Od dwójki zbierze się już utracona 1/4. A przy trzecim dziecku można już wyjść na plus.
Ale tu jednak należy wrócić do pierwszej uwagi dra Lasockiego: ten bodziec jest zbyt odległą perspektywą, żeby miał prawo zadziałać. Chyba że zdarzyłby się cud na skalę światową. Jeśli nie, ratowanie dzietności skończyłoby się katastrofą emerytalną.
Problemów z tym pomysłem jest zresztą więcej. Dr Tomasz Lasocki podkreśla, że wiek, w którym ludzie zaczynają rodzić dzieci, jest coraz późniejszy. Zanim rodzic zacznie dostawać swoją 1/4 składki od dziecka, musi poczekać na jego trzydziestkę, bo przecież student składek nie odprowadza wcale, a po studiach często ląduje na B2B.
„To zresztą jest też problem tego, że jak ktoś na tym B2B zarabia 30 tys. zł miesięcznie, to składki i tak w 99,9 proc. przypadków odprowadza jedynie od minimalnej wysokości. I taki, dajmy na to, lekarz czy informatyk, jak przejdzie na emeryturę, będzie w szoku, ponieważ po wysokich zarobkach dostanie od państwa minimum. A takich ludzi będą miliony” – dodaje ekspert.
Mamy przecież 1,8 mln przedsiębiorców podlegających ubezpieczeniu emerytalnemu. Do tego jeszcze ci zwolnieni ze składek. „Przecież ci ludzie będą się upominali o trzynastki i czternastki, my wszyscy jeszcze do nich będziemy dopłacali. I mielibyśmy jeszcze obcinać im o 1/4 te składki emerytalne na rzecz ich rodziców, by przez to dopłacać jeszcze więcej do ich emerytur?” – pyta dr Tomasz Lasocki.
Są też wątpliwości, nazwijmy je, etyczne. „Jak będą ustalane relacje w rodzinie? Czy system, niezależnie od woli dziecka, będzie zabierał mu 1/4 jego składek? Nawet wtedy, gdy rodzice byli wobec dziecka przemocowi? I ono teraz ma im oddawać część swoich emerytalnych pieniędzy? Albo, kiedy ci rodzice wcześniej nie płacili alimentów? Czy rodzic ma się prosić o takie pieniądze i czy zrobi to ze świadomością, że dziecko dostanie przez to mniej?” – mnoży pytania dr Lasocki.
Albo co w przypadkach, gdy dziecko jest dorosłe, ale nie może pracować? To będzie kara dla rodziców dzieci niepełnosprawnych.
A z drugiej strony nagroda dla rodziców za sukces dziecka. Bo jeśli zrobi karierę i będzie dużo zarabiać, to 1/4 jego składek emerytalnych będzie większą kwotą, która wpadnie na konta rodziców. „Mamy wobec tego pogłębiać jeszcze różnice wśród emerytów w zależności od statusu dzieci?” – pyta ekspert?
„Zresztą taka premia za sukces dziecka tworzy niezdrową presję. Rodzicom na przykład zupełnie nie opłacałoby się, żeby dziecko wyrosło na artystę, bo będzie pracować na umowie o dzieło całe życie i nici z przejęcia 1/4 jego składki emerytalnej” – podkreśla.
I radzi: jeśli koniecznie musimy wypłacać rodzinom premie emerytalne, to raczej za wychowanie dziecka, a nie za zawodowy sukces latorośli. Tak zrobił to już PiS w programie Mama 4+. Zdaniem eksperta taka konstrukcja prawna miała większy sens.
„Mam wrażenie, że pomysłodawcy nie konsultowali tego pomysłu ze specjalistami, tylko zbliżał się termin pokazania czegoś, a nie zakładali, że to nastąpi tak szybko, że tak szybko de facto wyjdą z PiS, i poprosili jakiś model sztucznej inteligencji, żeby im coś wymyślił dla rodziców. Oczywiście to tylko moje przypuszczenia, bo nie znam kulis” – konkluduje dr Lasocki.
Ekspert jednocześnie podsuwa inne rozwiązanie, rozsądniejsze, zaznacza jednak, że nie jest do niego przywiązany. „To nie jest jakiś pomysł, którym bym forsował, bo i nie muszę, nie zakładam partii politycznej, jednak jest odpowiedzią na pewien rzeczywisty problem społeczny” – mówi dr Lasocki.
I proponuje, by nie mieszać w powszechnym systemie emerytalnym, ale w zamian dać dorosłym dzieciom możliwość fundowania prywatnej emerytury rodzicom, ale tylko do pewnego poziomu i na bardzo restrykcyjnych warunkach.
„Myślę o ludziach, którzy przeszli przez lata 90. i dwutysięczne i w tym czasie odprowadzali mało składek emerytalnych, bo gospodarka musiała się przeorganizować. Mamy więc całe pokolenie ludzi, którzy pracowali bez składek w tym za granicą albo na czarno, żeby dziecku zapewnić dobrą edukację. I teraz dziecko jest w życiu ustawione, a oni mają głodową emeryturę” – mówi dr Lasocki.
„Wyobrażam sobie, że takie dziecko, które stać i wpada w drugi próg podatkowy — o co dzisiaj nie jest trudno — mogłoby fundować rodzicowi comiesięczną emeryturę z własnej kieszeni, ale na przykład, tylko by wyrównać im bardzo niskie świadczenie do poziomu maksymalnie 150 proc. emerytury minimalnej. Ta przekazywana kwota mogłaby obniżać podstawę opodatkowania dziecka. W ten sposób dzieci mógłby wspomagać rodziców, a na zachętę dostawać za to korzyści podatkowe, często w postaci uniknięcia drugiego progu podatkowego” – wyjaśnia ekspert.
Wyjaśnijmy, że dzisiaj oczywiście nie ma przeszkód, by wspomóc rodziców, ale najpierw trzeba odprowadzić od tego podatek.
„Może państwo zechciałoby zrezygnować z pewnej części 32-procentowego podatku od dziecka, na rzecz 12 proc. od rodzica?” – pyta dr Tomasz Lasocki.
To jednak inny pomysł – na niskie emerytury specyficznej grupy, a nie na dzietność. Tak czy inaczej, „składki emerytalne zostawmy, powinny być odprowadzane na własne ubezpieczenie, nie na czyjeś” – podkreśla dr Lasocki.
I dodaje:
„My dziś mamy problem z tym, że ludzie nawet na własne ubezpieczenie nie odprowadzają składek powiązanych z wysokością swoich zarobków, to już tym bardziej nie róbmy tak, że jak ktoś coś odprowadzi, to jeszcze mu to dzielimy na czworo i część zabieramy”.
Są jeszcze dwie rzeczy nie do przecenienia. Już raz rząd pokazał Polakom, że ich środki emerytalne nie są ich własnością. Zrobił to rząd Donalda Tuska przy tzw. rozbiorze OFE. Wbrew powszechnemu przekonaniu Polakom wcale nie zabrano części pieniędzy z OFE, bo zostały one zapisane na ich indywidualnych kontach w ZUS. Zostały więc jedynie przeksięgowane.
Ale w społecznej świadomości Polacy do dziś pamiętają: okradli nas, zabrali nasze emerytalne oszczędności, kiedy tylko premier z ministrem finansów mieli taką potrzebę. A to ma potężne konsekwencje dla naszej skłonności do dobrowolnego oszczędzania na emeryturę — skoro znów mogą nam zabrać, to lepiej nie odkładać wcale.
Wtedy rząd majstrował przy tzw. II filarze emerytalnym. Co by było, gdyby przy I filarze, a więc w składkach odprowadzanych do ZUS, pokazać Polakom, że to też nie są ich pieniądze? Że i tu można im coś zabrać i przekazać tam, gdzie władza uzna za stosowne? Skutki mogłyby być opłakane.
Drugą kwestią jest pokazywanie Polakom, że konta w ZUS są jak świnka skarbonka — tu jest twoja, tu twoich rodziców, teraz będziemy przelewać między nimi.
To samo (świnkę z ZUS-u) robił przez lata Sławomir Mentzen, lider Konfederacji, a przede wszystkim zaciekły wróg ZUS-u. Kiedy w 2022 roku rozpychał się na TikToku jako twórca, rozbił bank filmem, w którym wyjaśniał, że bardziej opłaca się pić piwo niż płacić składki ZUS, bo stopa zwrotu z butelek po piwie będzie niewiele niższa niż suma emerytur, jakie wypłaci nam Zakład.
Mentzen wówczas pomylił składki i ich wysokość, źle policzył czas, przez jaki statystycznie emeryt otrzymuje świadczenie i w ogóle wszystko tam się nie zgadzało w tych wyliczeniach.
Ale Sławomir Mentzen w jednym miał rację. Owszem, ludzie wkładają do systemu emerytalnego statystycznie więcej, niż na starość z niego wyjmują. Kilka lat temu pewien obywatel w petycji do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wykonał własne wyliczenia, uproszczone, ale bliższe prawdy niż te lidera Konfederacji. Wynika z nich, że przeciętny mężczyzna wpłaca do ZUS łącznie 463 171 zł w postaci składek emerytalnych, ale biorąc pod uwagę średnią długość dalszego trwania życia mężczyzn, którzy zdołali dożyć 65 lat, z systemu z powrotem dostaną 266 607 zł w postaci świadczeń emerytalnych.
To oznacza, że statystyczny mężczyzna traci prawie 200 tys. zł.
Kobieta, która płaci składki o pięć lat krócej, a statystycznie żyje dłużej, „traci” w systemie znacznie mniej. Przez całe swoje życie wpłaca 326 721 zł, a wyjmuje na starość 320 900 zł, co oznacza, że w systemie przepada jej tylko 5 800 zł.
Te wyliczenia obywatela nie prowadziły do wniosku: ZUS nas okrada. Prowadziły do wniosku, że mężczyźni są dyskryminowani i należałoby zrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn. To dyskusja na inną okazję, ale ten przykład pokazuje zrozumienie dla faktu, że wbrew wyobrażeniom posła Mentzena, ZUS nie jest po to, żeby przechowywać dla nas pieniądze na później, a jak przyjdzie czas, to nam je oddać.
ZUS jest od tego, żeby ludzi ubezpieczać na czas po osiągnięciu wieku emerytalnego. Tak jak ubezpiecza się samochód od ryzyka wypadku. Ale jakoś nikt nie oczekuje, że po roku bezszkodowej jazdy ubezpieczyciel odda nam składkę za opłacenie polisy.
Pomysł stowarzyszenia Rozwój Plus na przekazywanie 1/4 składki emerytalnej do innej świnki skarbonki niż nasza, pcha nas w logikę, że zwrot składki z polisy nam się jednak należy. A takie myślenie jest dalece szkodliwe.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Komentarze