0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Christophe ARCHAMBAULT / AFPFot. Christophe ARCH...

„Zdrowie psychiczne jest na pierwszym miejscu siły gospodarczej każdego państwa. Choroba psychiczna to najważniejszy powód nieobecności w pracy. W Niemczech odpowiada za 40 proc. zwolnień. Jest także na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o przyznawanie rent. To ogromny problem gospodarczy i społeczny” – mówi nam psychiatra z Kolonii dr med. Friedrich Leidinger. Spytałem go m.in., jak wyglądała reforma psychiatrii w jego kraju, i jakie miałby rady dla Polski.

W Polsce od kilkunastu lat trwa (z dużymi oporami) reforma opieki psychiatrycznej. Zdaniem znanego krakowskiego psychiatry prof. Andrzeja Cechnickiego nasze władze lubią właśnie powoływać się osiągnięcia niemieckiej psychiatrii, wskazując, że jest to dla nas wzór do naśladowania. Nie zaznaczają przy tym, iż nakłady na opiekę psychiatryczną w Niemczech są wielokrotnie wyższe niż w Polsce.

To właśnie prof. Cechnicki umożliwił mi rozmowę z dr. Leidingerem. A ten mówi: „Nie chodzi tylko o pieniądze, ale o to, jaka forma pomocy jest najbardziej skuteczna. Problemem są wielkie szpitale. Dopiero od niedawna mamy w Niemczech wystarczającą liczbę psychiatrów ambulatoryjnych. Udało się znacznie zmniejszyć liczbę łóżek w niemal wszystkich dużych szpitalach. Ale pewne rzeczy się nie udały”. Dr Leidinger opowiada, jak te niedociągnięcia prowadzą do tragedii. Oraz o tym, dlaczego wypaleni zawodowo w Niemczech trafiają do szpitali. A na koniec – co mu się podoba w polskim systemie.

Przeczytaj także:

Sławomir Zagórski: Reforma psychiatrii w Polsce grzęźnie z różnych powodów. Jednym z istotniejszych są pieniądze. Na opiekę psychiatryczną przeznaczamy zaledwie ok. 4,5 proc. środków NFZ. A ile wydają na ten cel Niemcy?

Dr med. Friedrich Leidinger*: Dużo. Może nawet za dużo.

Ale ja bym nie zaczynał od kosztów opieki, tylko od skuteczności. Zdrowie psychiczne jest na pierwszym miejscu siły gospodarczej każdego państwa. Choroba psychiczna to najważniejszy powód nieobecności w pracy. W Niemczech odpowiada za 40 proc. zwolnień [w Polsce w 2025 r. z racji zaburzeń psychicznych wystawiono 1,8 mln zwolnień]. Jest także na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o przyznawanie rent. To ogromny problem gospodarczy.

To także niezwykle ważny problem społeczny.

Choroba psychiczna dotyczy bowiem umiejętności człowieka w utrzymywaniu stosunków z najbliższymi w rodzinie, a także w pracy, w społeczeństwie. Tak jest w Ameryce, w Anglii, we Francji, w Polsce, w Niemczech, w Rosji, wszędzie. Pytanie, jaka forma pomocy jest najbardziej skuteczna, także pod względem kosztów?

I trzeba powiedzieć, że akurat nasza skuteczność w opiece psychiatrycznej jest średnia, tymczasem jej koszty są najwyższe.

Szpitale bardziej szkodzą niż pomagają

Niemcy zaczęły reformować opiekę psychiatryczną znacznie wcześniej niż Polska.

Jestem świadkiem tych początków. Trzeba jednak powiedzieć, że reforma w Niemczech była opóźniona w porównaniu do Anglii, Francji, Holandii czy Stanów Zjednoczonych.

Reforma psychiatrii jest zjawiskiem międzynarodowym. Zaczęła się na całym świecie w drugiej połowie XX wieku w dużych szpitalach psychiatrycznych. Okazało się, że duże szpitale są nieskuteczne. Że bardziej szkodzą, niż pomagają.

W Niemczech ukazała się bardzo ważna książka amerykańskiego socjologa Ervinga Goffmana pod tytułem „Azyle” [Asylums: Essays on the Social Situation of Mental Patients and Other Inmates (1961)]. Goffman porównuje w niej duże szpitale psychiatryczne do obozów koncentracyjnych. Mówi, że to identyczna struktura, która jest antyludzka i zagraża indywidualnemu rozwojowi. Książka Goffmana miała ogromny wpływ na dyskusję o reformie w Niemczech.

Należy przypomnieć, że II wojna światowa oznaczała dla niemieckiej psychiatrii całkowitą klęskę materialną, merytoryczną i moralną.

Od wiosny 1939 r. czołowi psychiatrzy — w tym profesorowie i dyrektorzy szpitali — wraz z urzędnikami „Kancelarii Führera” (kierownictwo NSDAP), Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy — planowali zabójstwo co najmniej 250 tys. pacjentów szpitali psychiatrycznych, aby odciążyć ekonomicznie państwo w obliczu zbliżającej się wojny.

Po długiej dyskusji na temat odpowiedniej metody zabijania — rozważano rozstrzelanie lub zastrzyk z trucizną, które jednak odrzucono jako niewykonalne — zdecydowano się na zatrucie tlenkiem węgla. W celu jego realizacji utworzono organizację przykrywkową, która otrzymała kryptonim „T4”.

„Eutanazja” chorych rozpoczęła się w styczniu 1940 r. Bezpośrednio po przybyciu do ośrodka zabijania osoby te były prowadzone do pomieszczenia, gdzie musiały się rozebrać. Następnie lekarz przeprowadzał krótkie badanie w celu ustalenia przyczyny śmierci, która miała zostać wpisana do aktu zgonu. Potem były one prowadzone „pod prysznic” do właściwej komory gazowej. Po zamknięciu drzwi lekarz otwierał zawór butli z gazem. Po 30 minutach pomieszczenie było wietrzone, a zwłoki poddawane kremacji. Specjalny urząd stanu cywilnego wystawiał akty zgonu. Z reguły krewni otrzymywali taki akt ze sfałszowaną przyczyną śmierci oraz „list pocieszenia”.

Z raportów Gestapo wynika, że pomimo najsurowszej tajemnicy zabójstwa chorych były znane w szerokich kręgach społeczeństwa i powszechnie potępiane. Sporadycznie dochodziło do aktów oporu i protestów. W sierpniu 1941 r. biskup z Münster otwarcie zaprotestował przeciwko tym zabójstwom. 21 sierpnia 1941 r. Hitler nakazał wstrzymanie akcji.

Niemieccy lekarze zabili ostatecznie ok. 200 tys. swoich pacjentów.

Czasami mówi się, że dokonali tego hitlerowcy, ale to nieprawda. Rząd na to pozwolił, ale inicjatywa wyszła od lekarzy. Systematycznie to przygotowali, a następnie wykonali.

Nieliczni sprawcy, którzy zostali postawieni przed sądem w pierwszych latach powojennych, zostali po 1950 r. ułaskawieni lub uniewinnieni. Postępowania przygotowawcze były przeciągane lub umarzane. Zdecydowana większość bez przeszkód kontynuowała karierę i jako wykładowcy akademiccy oraz dyrektorzy placówek kształtowała oblicze krajowej psychiatrii.

W Niemczech potrzebne było nowe pokolenie. Reforma wyszła przede wszystkim ze strony klinik uniwersyteckich, w których pracowali młodzi naukowcy, lekarze jeżdżący na Zachód np. do Anglii.

W Anglii lepsza opieka niż w Niemczech

Co w ramach reformy zrobili Anglicy?

W Anglii już w 1946 r. rozpoczęto reformę całego systemu opieki zdrowia, w ramach której powstała National Health Service [Narodowa Służba Zdrowia]. NHS do dziś jest dla Anglików najważniejszym symbolem narodu angielskiego, prawdziwym dobrem narodowym.

80 lat temu tamtejszy minister zdrowia zdecydował, że psychiatria wejdzie w skład systemu opieki zdrowotnej. I to był najważniejszy krok. Ponadto Anglia jako jedyna zdecydowała o likwidacji swoich wszystkich 130 szpitali psychiatrycznych.

Najciężej chorujący psychicznie mają dziś w Anglii znacznie lepszą opiekę niż np. w Niemczech. Psychiatria w przypadkach kryzysowych funkcjonuje tam o wiele lepiej niż u nas. Nie ma podziału pomiędzy opieką stacjonarną i ambulatoryjną. W Anglii jest jeden zespół, który pracuje z grupą pacjentów i który gwarantuje ciągłość opieki i terapii. A to w opiece medycznej jest najważniejsze.

Nasz system, przeciwnie, utrzymuje fragmentację, ponieważ każda jednostka, każda instytucja, która prowadzi opiekę, ma własny budżet. Własny budżet mają lekarze ambulatoryjni, szpitale, opieka społeczna itd.

Co dzieje się z pacjentami psychiatrycznymi w Anglii, którzy wymagają pobytu na oddziale stacjonarnym?

Trafiają na oddział psychiatryczny w szpitalu ogólnym.

W reformie najważniejsze jest, żeby patrzeć na funkcjonowanie całego układu.

Dam przykład. Byłem ordynatorem w ponad stutysięcznym mieście Gütersloh w Nadrenii Północnej-Westfalii. Był tam duży szpital psychiatryczny, którego działanie w pewnym sensie przerobiliśmy. Byłem odpowiedzialny za geriatrię, czyli opiekę psychiatryczną nad starszymi chorymi.

Zanim podjąłem tam pracę, gdy pacjent był skierowany do szpitala, automatycznie go przyjmowano. Przebywał tam przez pewien czas, a następnie odsyłano go do domu opieki. Zmieniłem cały system. Zdecydowałem, że idziemy do niego z wizytą domową, a potem razem z nim i z jego rodziną ustalamy plan postępowania. Leczenie domowe to była pierwsza, najczęściej wybierana, alternatywa. Mówiłem: “Proszę pani/pana, jutro wracamy jeszcze raz, a jak trzeba, przyjdziemy także w przyszłym tygodniu”.

Drugą alternatywą był oddział dzienny, z którego pacjent wracał do domu wieczorem. A dopiero, gdy pierwsze i drugie rozwiązanie było nie do zrealizowania, przyjmowaliśmy go w szpitalu.

Produkcja rencistów

Co udało się osiągnąć w niemieckiej opiece psychiatrycznej w ostatnich kilkudziesięciu latach, a czego się nie udało?

Udało się, że w każdym mieście powstała struktura, która udziela opieki chorym pilnie jej potrzebującym. Od niedawna mamy wystarczającą liczbę psychiatrów ambulatoryjnych. Są szpitale lub oddziały psychiatryczne przy ogólnych szpitalach. Sytuacja w nich jest mniej więcej humanitarna, w odróżnieniu od tej, jaka panowała przed laty. Mam jeszcze w pamięci okropne sytuacje z tych szpitali, więc to się udało.

Udało się znacznie zmniejszyć liczbę łóżek w niemal wszystkich dużych szpitalach. Połowa ludności ma dostęp do oddziału psychiatrycznego w szpitalu ogólnym. Udało się również stworzyć sprawną strukturę psychiatrii środowiskowej, która zapewnia osobom w stanie ostrym wysokiej jakości i zróżnicowane wsparcie.

Nie udało się natomiast znieść podziału między sektorem stacjonarnym (szpitalnym) i ambulatoryjnym. Szkodzi to przede wszystkim osobom ciężko i przewlekle chorym, które są uzależnione od długotrwałej, niezawodnej relacji terapeutycznej.

Nie udaje się opieka nad przewlekle i ciężko chorymi, którzy mają nie tylko objawy psychiatryczne, ale do tego często używają narkotyków, alkoholu. Wielu ludzi z takimi problemami leży na ulicach. W samej Kolonii jest ponad 10 tys. bezdomnych, a prawdopodobnie 80 proc. z nich to chorujący psychicznie. Oni potrzebują pomocy, która sporo kosztuje.

Ministerstwo Sprawiedliwości zbadało, iż spośród ponad 55 tys. osób przebywających w Niemczech w zakładach karnych aż 70 proc. stanowią chorujący psychicznie. To nasz najsłabszy punkt.

Mamy też w Niemczech kłopot z opieką psychiatryczną nad uchodźcami. Znajduje się wśród nich znaczna liczba osób wymagająca takiej opieki na skutek traumatycznych doświadczeń przed ucieczką i w jej trakcie. Również warunki życia po przybyciu do Niemiec (pobyt w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania, rozłąka z rodziną, niepewna przyszłość itp.) sprzyjają cierpieniu psychicznemu.

Kolejnym problemem jest produkcja rencistów w psychiatrii. Dzieje się tak, ponieważ nie działa rehabilitacja. Nasze instytucje rehabilitacyjne funkcjonują według koncepcji z XIX wieku. Nie można przecież wysłać dorosłych ludzi do szkoły. To idiotyczne. W Ameryce albo w Anglii obowiązuje system „First place, then train”. Najpierw trzeba umocować człowieka w miejscu zamieszkania lub pracy, a rehabilitacja następuje w trakcie, samoistnie, poprzez sam proces umocowania. Nie potrzebujemy do tego żadnego warsztatu pracy chronionej lub instytucji rehabilitacyjnej. Potrzebujemy natomiast osób, potrafią zadbać o chorego w miejscu pracy, w mieszkaniu.

To zupełnie inna koncepcja, która jest znacznie mniej kosztowna. Podobnie każda opieka ambulatoryjna jest nie tylko bardziej korzystna, ale też mniej kosztuje.

Niedobrzy tłumacze języka wariactwa

Czy problemy z więźniami, osobami w kryzysie bezdomności, uchodźcami, wynikają ze słabości opieki społecznej, czy też psychiatrzy niewystarczająco angażują się w pomoc dla tych grup?

Z jednego i z drugiego.

Dwa lata temu w Aschaffenburgu, niedaleko Frankfurtu, afgański uciekinier po dwóch krótkich pobytach w szpitalach psychiatrycznych zabił pod wpływem urojenia dwuletnią dziewczynkę i starszego mężczyznę, który chciał ją uratować. Został uniewinniony i przebywa teraz na oddziale zamkniętym psychiatrii sądowej.

Ale dlaczego go wypuszczono dwa razy? Stało się tak, bo nikt nie chciał z nim rozmawiać, bo brakowało tłumacza. Brakowało zrozumienia, że człowiek, który jest sam, bez rodziny i siedzi w masowej ośrodku dla uchodźców, nie może być wypisany ze szpitala bez żadnej opieki ambulatoryjnej. Taki człowiek nie miał żadnego oparcia. Oczywiście psychiatrzy nie mogli przewidzieć, co się stanie, ale dostrzegam w ich postępowaniu ogromną winę.

60 lat temu psychiatra i filozof Karl Peter Kisker, który kierował Katedrą Psychiatrii Klinicznej i Psychoterapii w Hanowerskiej Szkole Medycznej opisywał początki psychiatrii jako specjalizacji medycznej. To było w XVIII wieku, bo psychiatria powstała poza medycyną, poza instytucjami medycznymi. Pierwszymi dyrektorami zakładów psychiatrycznych byli albo nauczyciele, albo prawnicy, urzędnicy państwa. Potem przyszli lekarze, ale wtedy była inna medycyna niż dziś. To była medycyna funkcjonująca jeszcze według koncepcji antycznych. Ci lekarze mówili: „My tłumaczymy wam ten język zwariowanych”.

A Kisker pisze, że oni byli niedobrymi tłumaczami. Przykładem jest postać niemieckiego poety Friedricha Hölderlina.

Hölderlin był prawdopodobnie schizofrenikiem. Tylko że schizofrenia jako choroba została zdefiniowana sto lat po jego śmierci. Ale on prawdopodobnie był psychotyczny. Pierwsza część jego twórczości powstała przed wybuchem psychozy, a druga po. Nie podlega jednak dyskusji, że to jest szczyt poezji w języku niemieckim. Współcześni Hölderlina rozmawiali z nim bez problemów, brali na poważnie, to, co mówił.

Natomiast kiedy przyszli lekarze, Hölderlin został umieszczony szpitalu uniwersyteckim w Tybindze. Spędził tam półtora roku. Uratował go pewien stolarz, który był wielbicielem jego poezji. Wziął go do domu, w którym poeta spędził drugą połowę życia. Żył tam prawie 40 lat.

Karl Peter Kisker po latach napisze, że lekarze byli niedobrymi tłumaczami języka wariactwa. Z tym że lekarze stworzyli język medyczny, język diagnozy. Myślę, że ta historia opisuje zadanie psychiatrii. Zadaniem psychiatrii jest tłumaczenie. My pracujemy na granicy pomiędzy „obcym” a tym, co znamy, co jest nam bliskie.

Oddział dla wypalonych zawodowo

Dlaczego Niemcy nie poszli do końca wzorem Anglików i nie zlikwidowali swoich szpitali psychiatrycznych? Dziś mają 128 łóżek psychiatrycznych na 100 tys. mieszkańców. Średnia europejska to 78 łóżek, w Polsce jest ich 62.

Oczywiście byłoby lepiej, gdybyśmy rozwiązali wszystkie te duże zakłady. Ale nie mieliśmy możliwości.

W Niemczech za ustawy dotyczące świadczeń socjalnych (kasy chorych) odpowiada Bundestag, natomiast poszczególne kraje związkowe są odpowiedzialne za planowanie szpitali, a zrzeszenia lekarzy kas chorych (podmioty prawa publicznego) za zapewnienie ambulatoryjnej opieki medycznej, która jest całkowicie oddzielona od opieki szpitalnej.

Nie ma centralnego organu, który mógłby przeforsować swoją politykę wbrew oporowi pozostałych stron. Wszystko musi być negocjowane ze wszystkimi. Każda polityka, również w zakresie opieki psychiatrycznej, jest kompromisem.

Proponowane przez reformatorów zlikwidowanie dużych szpitali zakończyło się niepowodzeniem z powodu oporu lobby szpitalnego (dyrektorzy i związki zawodowe nie chciały oddać władzy), krajów związkowych (obawy przed obciążeniem związanym z dodatkowymi inwestycjami) oraz podmiotów prowadzących szpitale ogólne (prywatnych, niekomercyjnych i publicznych), które w większości przypadków były skłonne otworzyć specjalistyczny oddział psychiatryczny jedynie pod naciskiem ekonomicznym, obawiając się negatywnego wpływu na reputację swoich placówek.

W Polsce szpitale psychiatryczne są państwowe, a w Niemczech to prywatne przedsiębiorstwa albo przedsiębiorstwa pożytku publicznego. Największym właścicielem łóżek szpitalnych jest Helios, spółka akcyjna.

Czy to znaczy, że Helios jest zorientowany na zysk i zdrowie staje się towarem?

Tak. Ci, którzy mają akcje, świetnie na tym zarabiają. Niestety, w medycynie ogólnej mamy system fee for service. To znaczy, że jeżeli robisz 100 operacji na kręgosłup, zarabiasz pewną sumę, a jak robisz 500, zarabiasz pięć razy więcej. Kwestie medyczne są na drugim planie, jest to wyłącznie gra gospodarcza.

Ani 50 lat temu, ani dzisiaj, nie ma możliwości zmuszenia właściciela szpitala ogólnego, aby powstał u niego oddział psychiatryczny. Tylko w niektórych przypadkach było to możliwe, jeżeli np. liczba łóżek, powiedzmy pediatrycznych lub ginekologicznych, była znacznie większa niż potrzeby. Wtedy szpital po to, by utrzymać liczbę łóżek, był skłonny otworzyć oddział psychiatryczny.

Dziś — jak już wspominałem — mamy ok. połowy łóżek w wyspecjalizowanych szpitalach psychiatrycznych i połowę w oddziałach psychiatrycznych przy szpitalach ogólnych. A niestety przez to, że duże szpitale psychiatryczne przetrwały, mamy takie dziwolągi, jak np. cały oddział stacjonarny dla osób wypalonych zawodowo. Wypalenie zawodowe nie jest chorobą. Dotknięci nim ludzie potrzebują pomocy, ale nie muszą leżeć w szpitalu. Tymczasem leżą.

W szpitalu psychiatrycznym w Bonn jeszcze dwa lata temu był z kolei oddział stacjonarny, w którym leczono osoby jąkające się.

Światowa Organizacja Zdrowia policzyła kiedyś łóżka szpitalne zajmowane przez pacjentów korzystających z psychoterapii. Okazało się, że na całym świecie jest ich 60 tys. Więcej niż połowa stoi w Niemczech.

Osoby doświadczone psychiatrią

Czy jest coś, przed czym w kontekście naszej reformy psychiatrii by nas pan przestrzegał?

W Niemczech składka ubezpieczenia zdrowotnego jest wysoka i rośnie dalej. To groźba dla rozwoju całej gospodarki. 90 proc. mieszkańców kraju jest członkami jednej kasy chorych i składka w niej aktualnie wynosi 15 proc. od zarobku brutto, z czego połowę płaci pracodawca, a połowę osoba ubezpieczona. Do tego mamy jeszcze składkę rentowo-emerytalną, która wynosi ponad 20 proc. Pracodawcy się skarżą, bo już prawie połowa zarobku idzie na koszty socjalne. Siła robocza staje się coraz droższa i przedsiębiorcom coraz mniej opłaca się inwestować.

My w Polsce martwimy się, że składka zdrowotna jest za niska, z tym że ludzie chcą mieć dobrą opiekę, ale bez podnoszenia składki. Gdyby pan się przeniósł w tej chwili z Kolonii do Krakowa i miał nam pomóc we wdrażaniu reformy opieki psychiatrycznej, o co by pan zabiegał w pierwszej kolejności? Pan zna polskie realia.

Tak dobrze już nie znam, ale spróbuję odpowiedzieć. Uważam, że dwa najważniejsze punkty to"

  • po pierwsze, utrzymanie możliwości istniejącego systemu zarządzenia. Myślę tu o korzyściach systemu scentralizowanego. Po niemiecku jest takie wyrażenie “aus einem Guss”. Chodzi o to, że polityka państwowa na szczeblu krajowym, wojewódzkim i gminnym może być wspólna, zharmonizowana. To duża zaleta Polski, w przeciwieństwie do Niemiec.
  • po drugie, w Polsce za słaba jest reprezentacja osób, które najbardziej potrzebują opieki psychiatrycznej. W Niemczech, a także w innych krajach, istnieją organizacje rodzin i organizacje chorych. Organizacje chorych w Niemczech mają świetną nazwę: „Osoby doświadczone psychiatrią". Bo oni rzeczywiście mają to doświadczenie. Nie ja po tylu latach pracy w psychiatrii, ale właśnie oni. I to mi się podoba.

W Niemczech organizacje te rozmawiają z rządem na wszystkich szczeblach. Wypowiadają się m.in. w kwestii legislacji. Uważam, że ich wkład do dyskusji jest niezbędny.

W niektórych miastach w Polsce też działają takie ruchy samorzecznicze, ale trzeba stworzyć federację krajową, która będzie partnerem dla rządu i Ministerstwa Zdrowia.

Brakuje młodych lekarzy

Co sprawiło, że silne organizacje powstały w Niemczech? Pacjenci zorganizowali się oddolnie czy pomogli im w tym lekarze?

Oczywiście niektórzy lekarze, psychoterapeuci angażowali się w sprawę, ale przede wszystkim na początku powstania tych organizacji był bunt. Bunt przeciwko lekarzom, przeciwko szpitalom.

Zdecydowałem się na pracę w psychiatrii w latach 70., w czasie studiów, bo wtedy niemal codziennie można było przeczytać w gazetach o skandalach, o niewiarygodnych przypadkach w szpitalach psychiatrycznych w Nadrenii. Pojawiła się idea reformy, o której dyskutowano i to wszystko mnie zainteresowało. W takiej atmosferze, w 1984 r., powstały pierwsze organizacje rodzin. Organizacje pacjentów zaczęły działać 2-3 lata później.

Czy dla studentów medycyny psychiatria jest dzisiaj atrakcyjną specjalizacją?

Mogę zacząć od osobistego przykładu. 48 lat temu napisałem doktorat na oddziale diabetologii na Uniwersytecie w Düsseldorfie. Mój profesor, który mnie bardzo lubił, wiedział, że chcę pracować jako psychiatra. Mówił mi nieraz, że nie muszę tego robić. Że przecież mam wszystkie możliwości pracy u niego albo gdzie indziej. Że mogę zostać prawdziwym lekarzem.

Odpowiadałem, że dużo się u niego nauczyłem, co zresztą jest prawdą. Często rozmawiałem z pacjentami chorującymi na cukrzycę. To — podobnie jak schizofrenia — również choroba nieuleczalna, ale można z nią bardzo dobrze żyć. Nauczyłem się u mojego profesora, jak powinno wyglądać spotkanie pomiędzy pacjentem a jego lekarzem. I tego, że pacjent sam musi być ekspertem swojej choroby, bo to z nią żyje.

W tamtych czasach psychiatria była zupełnie nieatrakcyjna i tylko wariaci, tacy jak ja, szli do pracy w tym kierunku.

Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Młodzi lekarze wybierają psychiatrię, bo interesuje ich połączenie ogólnej medycyny z psychoterapią. Atrakcyjna jest też różnorodność możliwości pracy.

Ale psychiatria należy też do tych specjalizacji, gdzie wciąż brakuje młodych lekarzy. Zarobek — przynajmniej na początku — jest ograniczony. Gdybym chciał dużo zarabiać, zostałbym dermatologiem albo okulistą.

Pochwała Krakowa

A jaki jest stosunek niemieckiego społeczeństwa do chorujących psychicznie? Spotykają się oni ze stygmatyzacją?

Nie, nie. Stygmatyzacja wychodzi przede wszystkim z samego środowiska psychiatrów, fachowców. Ale są też programy jej przeciwdziałania.

Muszę powiedzieć, że ostatnio jestem zadowolony z postawy Stowarzyszenia Psychiatrów Niemieckich. Gdy zaczynałem pracować, Stowarzyszenie było przeciwnikiem reformy, wręcz centrum antyreformy. A dziś jego członkowie popierają ją.

Cieszy mnie też, że 15 lat temu podczas kongresu w Berlinie, Stowarzyszenie przyznało się do odpowiedzialności za zbrodnie psychiatrów. Do czasu wspominanego kongresu członkami honorowymi Stowarzyszenia były osoby, którzy należały do najgorszych morderców. Ich członkostwa honorowe zostały wówczas symbolicznie skreślone.

Dziś Stowarzyszenie ma wiele programów dla młodych psychiatrów. Organizacje pacjentów i rodzin są zawsze zapraszane na jego kongresy. Pod tym względem psychiatria i środowisko psychiatrów funkcjonują w samym środku społeczeństwa.

Czy jest cokolwiek, co my w Polsce w psychiatrii robimy lepiej od was?

Podziwiałem zawsze lekkość funkcjonowania systemu opieki nad chorującymi psychicznie w Krakowie. To, że pacjent raz przyjęty do systemu miał na każdym etapie leczenia tych samych terapeutów, miał wokół siebie osoby zaufania. Że w leczeniu bardzo często wykorzystywano także sztukę, w tym malarstwo. Że można było jeździć z pacjentami na narty, a w lecie na obóz w górach. Że można było stać na scenie w Teatrze Słowackiego i grać.

To były możliwości, o których my w Niemczech mogliśmy tylko pomarzyć.

Kraków jest szczególnym miejscem na mapie Polski. To miasto wybitnych psychiatrów.

Tak, ale poza Krakowem też były dobre przykłady. Np. w Warszawie dr Andrzej Axer, socjolog pracujący w zespole prof. Andrzeja Piotrowskiego, zajmował się tzw. hospitalizacją domową. To było rozwiązanie z nędzy, bo w nowych osiedlach nie było ani szpitala psychiatrycznego, ani opieki zdrowotnej. On je zorganizował z zespołem ambulatoryjnym, który chodził do domów, do mieszkań, odwiedzał pacjentów i ich rodziny.

Również na prowincji można znaleźć doskonałe przykłady nowoczesnej psychiatrii. Dr Krzysztof Trembla rozdzielił inwestycję w specjalistyczną klinikę na trzy lokalizacje – Bielsko-Białą, Andrychów i Oświęcim – i dzięki inteligentnemu połączeniu opieki ambulatoryjnej i szpitalnej stworzył wzorcowy system opieki psychiatrycznej.

No i nie sposób nie wspomnieć o dzisiejszej reformie, opartej na istnieniu Centrów Zdrowia Psychicznego, która ma szanse odmienić oblicze całej polskiej psychiatrii.

Friedrich Leidinger – dr med., specjalista psychiatrii, psychoterapii i geriatrii z Kolonii. Współtwórca i b. przewodniczący Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Zdrowia Psychicznego. Oprócz pełnienia funkcji kierowniczych w różnych szpitalach psychiatrycznych przez ponad 15 lat pracował jako kierownik ds. nadzoru merytorycznego i konsultant specjalistyczny w Landschaftsverband Rheinland, największym podmiocie zarządzającym szpitalami psychiatrycznymi w Niemczech. Członek zarządu Federalnego Stowarzyszenia Rodzin Osób Chorych Psychicznie, członek zarządu Europejskiego Stowarzyszenia Rodzin Osób Chorych Psychicznie.

Na zdjęciu Sławomir Zagórski
Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze