0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

800 Plus wywołało jedynie ziewnięcia. Pomysł z komisją rosyjską tylko wzmocnił opozycję, znacząco zwiększając frekwencję na marszu 4 czerwca. Spot wyborczy z ujęciami z Auschwitz spowodował skandal i zmusił do odcięcia się od własnej partii nawet prezydenta Andrzeja Dudę. Jak nie idzie, to nie idzie – to może być dewiza pierwszej fazy kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości.

Partia rządząca stawała w wyborczych progach startowych po długiej sondażowej zadyszce z wynikami badań, które pokazują, że od zdobycia po raz trzeci samodzielnej większości w Sejmie dzieli ją co najmniej milion głosów. Kampania miała być trampoliną do sondażowego skoku, ale rozpoczęła się od pogrążenia partii w zażartych konfliktach pomiędzy zwalczającymi się frakcjami, które chcą mieć dominujący wpływ na kształt wyborczej opowieści PiS.

Sztab wyborczy partii zdominowany przez byłych współpracowników Beaty Szydło, otoczenie premiera Mateusza Morawieckiego i zaplecze prezydenta Andrzeja Dudy konkurują ze sobą namiętnie.

Każdy z tych ośrodków próbuje narzucić styl kampanii, lub choćby wepchnąć swe trzy grosze między pomysły rywali. Ten toksyczny układ to osobiste dzieło Jarosława Kaczyńskiego – który jeszcze w grudniu zdecydował, że zarówno sztab wyborczy, jak i otoczenie Morawieckiego będą miały prawo do prowadzenia działań kampanijnych. Efekty już widać.

Ul śpiących pszczół

Oficjalne wejście w tryb wyborczy nastąpiło 13 maja, gdy w Warszawie zaczęła się dwudniowa konwencja „Programowy Ul”. Spindoktorzy PiS reklamowali ją jako elektryzujące wydarzenie, mające wstrząsnąć polityczną sceną. „Wiedzcie, że coś w trawie brzęczy" – emocjonował się przed konwencją szef sztabu wyborczego PiS Tomasz Poręba. Realia okazały się odmienne.

Pierwszy dzień konwencji „Programowy Ul” był po prostu dość senną akademią okolicznościową, z której w pamięć nie zapadało dosłownie nic. Drugiego dnia prezes PiS Jarosław Kaczyński wyciągnął z rękawa to, co sztabowcy PiS uważali za asa kier – czyli zapowiedź zwiększenia świadczenia 500+ do 800 złotych. Problem tylko w tym, że oklaski za to szef partii rządzącej zebrał głównie na konwencyjnej sali, wypełnionej starannie dobranymi działaczami PiS. Polski internet zareagował za to na zapowiedź 800+ nieskrywaną irytacją – co opisała w OKO.press Anna Mierzyńska.

Wyborcy natomiast – wzruszeniem ramion.

Obietnica 800 Plus nie dała Prawu i Sprawiedliwości żadnych sondażowych zysków. A polityczni konkurenci z PiS natychmiast wskazywali dziennikarzom palcem szefa sztabu Tomasza Porębę jako promotora słabo czytelnej koncepcji „Programowego Ula” – czyli winowajcę tej kampanijnej porażki.

Samozniszczenie komisją rosyjską

Niedługo później eksplodowała PiS-owi w rękach wyborcza wunderwaffe (przynajmniej w zamyśle jej autorów), mająca zapewnić obozowi rządzącemu przewagę w kampanii. Ustawa o komisji do spraw wpływów rosyjskich mimo swej niekonstytucyjności została przeforsowana przez PiS po to, by partia dostała narzędzie do walenia obuchem w opozycję na ostatniej prostej kampanii wyborczej. Jej realny polityczny efekt był jednak zupełnie inny. Uchwalenie „lex Tusk” przełożyło się na mobilizację zwolenników opozycji przed zwołanym przez Donalda Tuska na 4 czerwca marszem. Ulicami Warszawy przeszła prawie 400 tysięczna manifestacja, w której wzięli też udział liderzy Lewicy oraz Polski 2050 i PSL, dotąd najmocniej zaznaczający swoją odrębność względem inicjatyw Platformy.

Czy – i w jakiej formie – komisja w ogóle powstanie, dopiero się dowiemy. Na razie pomysł jej powołania spotkał się ze zdecydowanym sprzeciwem amerykańskiego Departamentu Stanu, zaś Komisja Europejska wszczęła z tego powodu kolejną procedurę naruszeniową wobec Polski. W obliczu tego – i widząc mobilizujący wpływ ustawy na zwolenników opozycji – PiS zaczął się wycofywać ze swego pomysłu rakiem.

Symbolem tego była wolta prezydenta Dudy, który skierował do Sejmu głęboką nowelizację ustawy zaledwie 4 dni po tym, jak ją z fanfarami podpisał. Tym razem jako winowajcy wskazani zostali przez konkurentów z partii ludzie Morawieckiego, którzy mieli przygotować projekt ustawy, a następnie przeforsować nadanie mu biegu w Sejmie. Przy okazji warto odnotować, że Morawiecki i jego zaplecze mieli w tej sprawie wsparcie Andrzeja Dudy i jego ludzi.

Przeczytaj także:

Horror w internecie

Po drodze był jeszcze skandal ze spotem, w którym PiS wykorzystał ujęcia z niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, by oskarżyć dziennikarza Tomasza Lisa i obóz Platformy Obywatelskiej o zbrodnicze zamiary i tym samym zniechęcać wyborców opozycji do udziału w marszu 4 czerwca. Protestowało Muzeum Auschwitz, zmuszony zareagować był prezydent Andrzej Duda. Tu jako główny winny wskazany został przez politycznych konkurentów Michał Moskal ze sztabu wyborczego PiS – odpowiadający za promocję działań partii w internecie.

A skoro już o internecie mowa, to w nim PiS wydaje się być obecnie już tylko cieniem samego siebie z ery kampanii 2015 i 2019 roku. Rządząca partia nie potrafi się już przebijać ze swymi narracjami w sieci, ustępując pola opozycji. Dobitnie pokazała to sytuacja po marszu 4 czerwca, którą poddała analizie w OKO.press Anna Mierzyńska.

PiS nie radzi sobie na żadnym z przedwyborczych frontów.

Ten zaskakująco słaby początek kampanii PiS wydaje się sugerować, że partia rządząca utraciła swój społeczny słuch.

I to mimo tego, że PiS – także za fundusze instytucji państwa, a nawet państwowych spółek – nieustannie zamawia zarówno sondaże, jak i innego typu badania społeczne (w tym bardzo skomplikowane i drogie), po to, by identyfikować potrzeby i zmieniające się nastroje wyborców. Co z tego jednak, że trafiają one do sztabu wyborczego, na zaplecze polityczne premiera i do doradców Andrzeja Dudy, skoro te kampanijne ośrodki decyzyjne zażarcie się zwalcząją – wzajemnie oskarżając się o niepowodzenia.

Publiczne połajanki

W poniedziałek 12 maja na Twitterze publicznie pożarli się Tomasz Poręba (szef sztabu PiS) i Marcin Mastalerek (były spindoktor PiS, obecnie społeczny doradca prezydenta Andrzeja Dudy z synekurą w postaci posady wiceprezesa piłkarskiej Ekstraklasy).

Zaczęło się od wywiadów, w których Mastalerek krytykował poczynania sztabowców PiS. Później nastąpiła złośliwa odpowiedź Poręby, w której przypomniał, że Mastalerek pozostaje na „politycznym oucie”. „Pycha kroczy przed upadkiem. Dokładnie tak zachowywała się Platforma Obywatelska w 2015 roku" – skwitował to Mastalerek.

View post on Twitter

„Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. I tak właśnie jest z ludźmi odpowiedzialnymi za tę kampanię. Po prostu zderzają się głowami” – mówił OKO.press kilka dni temu jeden z polityków obozu rządzącego, znajdujący się obecnie raczej w cieniu, ale doskonale poinformowany o stosunkach wewnątrz PiS. Było to dokładnie w momencie, w którym sztabowcy PiS bez żadnych ogródek rozpowszechniali wśród dziennikarzy informację (prawdziwą zresztą), że fatalnie przygotowana, bezprawna i łamiąca konstytucję ustawa o komisji rosyjskiej powstała w Kancelarii Premiera. Robili to zarówno po to, by zepchnąć z siebie odpowiedzialność, jak i po to, by podkopywać pozycję Morawieckiego i jego ludzi.

Kilka dni później, kiedy Mastalerek i Poręba publicznie dogryzali sobie na Twitterze, nasz rozmówca nie odbierał już telefonu. Po kilku godzinach zwłoki wysłał jedynie SMS – „Nie. Ja już nie mam siły. Szkoda gadać”.

Zwalczają się jednak nie tylko Mastalerek z Porębą. Kampanię wyborczą PiS kreuje obecnie kilka konkurencyjnych partyjnych grup interesów.

Dziel, rządź i... trać

Sztab wyborczy PiS został zdominowany przez te środowiska w obozie rządzącym, które – delikatnie mówiąc – nie przepadają za premierem Mateuszem Morawieckim i jego zapleczem. Szefem sztabu PiS – a więc teoretycznie „dyktatorem” kampanijnej polityki – został europoseł Tomasz Poręba. Zaczynał w PiS jako pracownik biura przy Nowogrodzkiej, gdzie zyskał osobiste zaufanie Jarosława Kaczyńskiego. Obecnie gra w jednej drużynie przede wszystkim z Beatą Szydło. Ludźmi byłej premier są też obecni w sztabie wyborczym PiS jej dawni PR-owcy, czyli Anna Plakwicz i Piotr Matczuk.

„Team Szydło” zgodnie z zasadą „dziel i rządź” zrównoważony został jednak w sztabie także przez obecność w nim sekretarza generalnego PiS Krzysztofa Sobolewskiego i jego zastępcę oraz delegata frakcji wicepremiera Jacka Sasina – Andrzeja Śliwkę. Wszystko po to, by ludzie Szydło nie czuli się w sztabie zbyt pewnie.

Miejsc w sztabie nie dostali natomiast ludzie z otoczenia premiera, w tym jego główni polityczni asystenci –Tomasz Matynia i Mariusz Chłopik. Obaj są nieźle znani opinii publicznej za sprawą wycieków ze „skrzynki Dworczyka”. Obaj też widzą się w roli politycznych strategów, zdolnych kształtować nie tylko politykę komunikacyjną Kancelarii Premiera, ale i całą kampanię wyborczą partii rządzącej.

Poza sztabem znalazł się też oczywiście Marcin Mastalerek – rzeczywiście (jak pisze Poręba) znajdujący się w PiS na oucie, po tym jak o przerwaniu jego politycznej kariery zadecydował osobiście Jarosław Kaczyński. Mastalerek odegrał bardzo istotną dla PiS rolę w kampaniach prezydenckiej i parlamentarnej 2015 roku, tuż po tym jednak szef partii uznał go za człowieka zbyt ambitnego.

Z dala od prac sztabu trzymany jest wreszcie Adam Bielan – niegdyś wieloletni spindoktor PiS, potem „dysydent” wędrujący po partiach usiłujących wybić się na niepodległość względem PiS, a wreszcie szef będącej przystawką obozu rządzącego Partii Republikańskiej.

I Mastalerek, i Bielan nie szczędzą obecnie krytyki Porębie i sztabowi wyborczemu – także tej otwartej, w mediach. Ich intencje wydają się dość czytelne – liczą na nowe rozdanie w obozie władzy jeszcze przed wyborami, chcieliby wrócić do łask. Trudno rozstrzygnąć, czy wyborcy opozycji powinni trzymać kciuki za spełnienie tych nadziei, czy raczej liczyć na to, że PiS po prostu nie zdąży już do wyborów uporządkować swej sytuacji wewnętrznej. Pewne natomiast jest, że obecna zażarta konkurencja między odpowiadającymi za kampanię ośrodkami decyzyjnymi zdecydowanie nie poprawia przedwyborczej sytuacji Prawa i Sprawiedliwości.

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta. Pracował w "Dzienniku Polska Europa Świat" i w "Polsce The Times". W OKO.press pisze o polityce i sprawach okołopolitycznych.

Przeczytaj także:

Komentarze